Wiara w postęp ekonomiczny, tak zawładnęła
naszymi umysłami, iż stała się milczącym założeniem istnienia
opatrzności. Nawet ci, którzy byli głęboko niezadowoleni z istniejącego
podziału bogactwa, ze struktury klasowej lub z jakiejkolwiek innej
cechy systemu gospodarczego lub społecznego, nigdy nie wątpili w
jego dynamiczny, produkujący bogactwo potencjał, który – jak
wierzyli – mógłby zostać wykorzystany dla dobra ogółu.
Utopie polityczne – zarówno lewicowe, jak i prawicowe –
opierały się i nadal się opierają na koncepcji wyzwolenia potencjału
wiedzy i spożytkowania go w taki sposób, by służył
„potrzebom ludzi”. Mówiąc krótko – bez względu
na to, jak będzie przyszłość, musi być ona realizowana poprzez ciągły
wzrost gospodarczy.
Stopa wzrostu gospodarczego jest jedynym wskaźnikiem
postępu, któremu składają hołd politycy, bez względu na to, jaką
partię reprezentują. Wskaźnik wzrostu gospodarczego osiągnął międzynarodowe
uznanie jako kryterium oceny wszelkich ogólnych osiągnięć poszczególnych
narodów, jako powszechne kryterium cnoty. Przez ostatnie 10 lat, na
przykład, ukazujące się w prasie artykuły na temat
„niepowodzeń”, „upadku”, „krytycznego
położenia” itd. Polski dotyczyły – praktycznie biorąc
– tylko aspektów życia gospodarczego i na jako takim się
koncentrowały. Przez 10 lat naród polski był przedstawiany przez
następujące po sobie rządy, przez przemysłowców, przez
dziennikarzy i przez technokratów – faktycznie przez
wszystkich, którzy pysznili się przynależnością do przedniej straży
postępu i przymierzem z przyszłością – jako niepoprawny spóźnialski
Nowej Zjednoczonej Europy.
Znikły już z horyzontu wszystkie aspekty życia
naszego narodu poza aspektem gospodarczym. Wkład do nauki i
literatury, do dramatu i baletu, zmysł polityczny, cudowne tradycje,
wspaniałe klimaty polskiej wsi – nieocenione zalety, będące
wytworem złożonego procesu historycznego, nie mieściły się po
prostu w porządku dziennym tego nowego, ekonomicznego szacowania
wartości narodów.
W tradycyjnej wierze ekonomistów więcej –
to znaczy lepiej. Istotnie, podręcznikowy opis wzrostu gospodarczego
jako procesu, który skutecznie zwiększa obszar wyboru, wydawałby się
sankcjonować założenie na korzyść systemu ekonomicznego, który z
upływem czasu wytwarza – wśród innych rzeczy – zwiększenie
przypadającej na głowę ilości dóbr i usług wyprodukowanych przez
człowieka. Jeśli można powiedzieć, że wzrost gospodarczy zwiększa
zakres możliwości wyborów stojących przed konsumentem, to nie
wynika z tego jeszcze, że należy uważać, iż ludzie są zamożniejsi.
Przede wszystkim wybór ten dotyczy tylko ilości i odmian dóbr osiągniętych
dla przeciętnej jednostki w jej roli konsumenta.. W swych innych
rolach – pracownika, obywatela, członka rodziny lub cząstki większej
społeczności – jednostka może się wcale nie spotkać z większą
ilością wyrobów jako rezultatem wzrostu gospodarczego.
Współczesny wzrost gospodarczy oraz kształtowane
przezeń normy i postawy wytworzyły wysoce złożoną przemysłową i
miejską organizację, coraz bardziej podatną na załamania, głównie
w wyniku zwiększania się bogactwa, dyfuzji produktów i procesów
technologii oraz szybkości zmian, które to czynniki łącznie, w
sposób nieunikniony, podważają wpływ kompleksu instytucji oraz mitów,
zapewniających stabilność i spoistość wszelkich cywilizacji.
Człowiekowi zbytnio się powiodło w jego dążeniu
do opanowania przyrody i wykorzystania swej inteligencji do osiągnięcia
specyficznych celów, a sukcesy przyczyniły się do spotęgowania
apetytów. Dzisiaj nie ma hamulców dla jego ambicji ani granic jego
drapieżności. Zaczęły one rujnować porządek społeczny, tak jak
zrujnowały ekologiczny.
Od początków dziewiętnastego wieku, i o wiele
szybciej – od czasów drugiej wojny światowej, społeczeństwa,
aby się posunąć naprzód w sensie ekonomicznym, bezmyślnie uwalniały
się od mitów i instytucji, które rozwijały się przez stulecia i
tysiąclecia. Wielkie systemy religijne, idea boskiego prawodawcy, świętość
rodziny, bogata osnowa zwyczajów i obyczajów, ceremonie i obchody,
obrzędy i błogosławieństwa – mimo przeciwieństw losu i
cierpień obdarzające społeczności z wcześniejszych epok celem
istnienia, wspaniałością i godnością – leżą dziś w
gruzach. W pośpiechu, w którym pozbawiliśmy się tego dziedzictwa,
tak by bez zahamowań zaspokoić swe chęci, nie udało się nam
rozpoznać opatrznościowej racji jego istnienia: stworzenie przezeń
zawiłego systemu, wzdłuż którego można płynąć –
odpowiednio do zwyczajów i sytuacji – nie dające się stłumić
prądy ludzkiej miłości: miłości synowskiej, miłości
romantycznej, miłości powstającej z szacunku i czci oraz miłości
zrodzonej ze smutku i wspomnień. W następstwie osadzonych w tradycji
instytucji, za pośrednictwem, których miłość i szacunek mogłyby
łatwo i stale znajdować ujście.
Zwiększa się grono takich ekonomistów, którzy są
głęboko zaniepokojeni problemami środowiska, powstającymi w wyniku
stosowania nowoczesnych, skomplikowanych technologii. Jednakże liczba
ludzi zainteresowanych zawodowo społecznymi następstwami postępu
– lub, mówiąc ogólniej, wzrostu gospodarczego jest mało
imponująca. Większość ludzi nie zauważa efektów ubocznych.
Jak się powszechnie uważa, człowiek w przeszłości
był świadom istnienia przyrody, a siebie uważał za jej część, i
to było źródłem jego trwałego zadowolenia, Jeżeli się zgadzamy
z tym poglądem, to dla „dobrego życia” konieczna jest
taka organizacja społeczeństwa, by człowiek nie był – jak to
się często dziś dzieje – oddalony od bezpośredniego widoku,
głosów i rytmu przyrody. Muszę w tym miejscu uczynić jeszcze uwagę
o „spokoju i ciszy”, przez które rozumiem wolność od
niechcianego hałasu – samochodów, samolotów, motorówek, pił
tarczowych, kosiarek trawników, pługów śnieżnych, nart motorowych
i wszystkich innych napędzanych benzyną lub elektrycznością pojazdów
oraz narzędzi, a także urządzeń stereofonicznych i hi-fi. Jednakże
niewielka jest nadzieja na zahamowanie rosnącego
„zanieczyszczenia hałasem”. Ciągły wzrost liczby podróży
w kraju i zagranicą, rozwój uzdrowisk położonych na terenach górskich,
wzdłuż wybrzeży mórz i jezior przyczynia się do równomiernego
rozprzestrzeniania się hałasu na całej powierzchni Ziemi. Może być
oczywiście prawdą, jak to się często stwierdza, że silniki
samochodów i samolotów będą w przyszłości mniej hałaśliwe niż
obecnie, ale przewiduje się, że ich liczba jeszcze się zwiększy.
Kontynuowanie obecnie występujących trendów sprawi, że w przyszłości
będzie mniej miejsc na Ziemi (a być może wcale ich nie będzie), do
których wrażliwy człowiek mógłby uciec od ciągłego niepokoju,
powodowanego hałasem silników, a mimo to nie skazać się na życie
w odosobnieniu.
Jeżeli czytelnik akceptuje moją interpretację
ostatnich wydarzeń, (chociaż, być może, nie bez pewnych zastrzeżeń)
i zgadza się z ogólnym wnioskiem, że na horyzoncie nie widać
niczego obiecującego, będzie się on na pewno zastanawiać, czy
radykalne zmiany konieczne do opuszczenia przez nas ścieżki wzrostu
są możliwe z politycznego punktu widzenia. Jeżeli przyjmiemy, że
opinia ogółu jest coraz bardziej sceptyczna w odniesieniu do
ostatecznych dobrodziejstw wzrostu gospodarczego, to problemem się
staje, czy zachodnie cywilizacje, od wieków wiedzione ideą postępu
wyrażające się w materialnej obfitości, w rozwoju nauk i w wolnych
instytucjach, potrafią odrywać się stopniowo od reakcji głęboko
zakorzenionych w ich sposobie życia. Czy będą umiały poddać naukę
i technologię ciągłym ograniczeniom i tak przekształcić swe
instytucje, aby można było urzeczywistnić zdrowszy i bardziej
zdolny do życia system gospodarczy. Gdy przypominają mi się trzy
cechy współczesnego świata: konwencjonalny racjonalizm, zawarowane
interesy i brak zaufania w skali międzynarodowej – skłonna
jestem w to wątpić. Konwencjonalny racjonalizm może być określany
jako uporczywe trwanie w wierze, że bez względu na historię nauki i
technologii do nich właśnie nadal musimy się zwracać o ratunek.
Gdy skutkiem zastosowania jakiejś nowej technologii jest cierpienie
lub nieszczęście, lekarstwa szuka się zawsze w większej ilości
techniki, a nigdy – w mniejszej. Zawarowane interesy, jest to
termin, który przywodzi na myśl zorganizowaną siłę bogatych
akcjonariuszy, magnatów przemysłowych, wielkich posiadaczy
ziemskich, bankierów oraz pracujących na wysokich stanowiskach w urzędach
państwowych – a wszyscy oni popierają establishment i są
nieustraszonymi zwolennikami wzrostu gospodarczego. Uważają, że ich
powołaniem jest popieranie jakiegoś wzrostu: prywatnych zysków albo
sprzedaży, albo dochodów, albo eksportu, albo liczby zatrudnionych,
branż czy klientów. Ta wielka podniecająca gra liczbowa absorbuje
ich całkowicie, z dnia na dzień i z roku na rok, a ich życie
towarzyskie jest jej podporządkowane i pomocne. Mówiąc krótko
„partia kolesiów”.
Gdyby nawet w ostateczności przeważył rozsądek,
na przykład jako opatrznościowy wynik wielu szeroko opisywanych (i
dzięki temu znanych ogółowi) fatalnych wyników powstałych w
rezultacie zastosowania nowych syntetyków lub technologii, z których
żaden, na szczęście, nie był zgubny dla ludzkości, polityka
nastawiona na wprowadzenie gospodarki w stanie równowagi natrafiłaby
na inną poważną przeszkodę. Jest nią powszechna obawa, że
istniejąca w takiej gospodarce kontrola technologii doprowadziłaby
do tego, że kraj pozostałby w tyle w „wyścigu myszy”.
Osobiście wątpię, by te obawy były uzasadnione. Innowacje
technologiczne nie są już tym, czym były niegdyś, a mianowicie
wytworem szerzenia się przedsiębiorczości i rozwoju rynków.
Dzisiaj są one w coraz większej mierze wynikiem wysoko
zorganizowanych badań naukowych, ukierunkowanych na specyficzne cele.
Czy jest, więc możliwe, by skończyć moją
wypowiedź akcentem, chociaż umiarkowanego optymizmu? Gdybym tak swe
wywody zakończyła, dowodziłoby to braku odpowiedzialności z mojej
strony. Chociaż jednak widoki są ponure, nie znaczy to, że powinniśmy
się czuć przygnębieni i bezsilni. Wzrost w moim ujęciu – zarówno
w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości –
dostarczył nam sam z siebie pewnej satysfakcji. Nie jesteśmy już
jak stada zagubione na pustyni. Każdy z nas może się opierać na własnych
zdrowych zmysłach, nawet wśród zbiorowego szaleństwa...