now@ on-line

napisz do nas


bajdula:

czy grozi nam kryzys?

dlaczego się nie rozumiemy?

po wyborach

ZASADA:

Scheda

dlaczego byłem przeciw

Magdalena:

wiara w postęp

czy jesteśmy lepiej traktowane?

ZIM:

jest rzeczą zadziwiającą

micra:

przegrana

StefanDetko:

przegrana i co dalej?

 

 

STATeria

 Magd@lena

 Wiara w postęp ekonomiczny

Wiara w postęp ekonomiczny, tak zawładnęła naszymi umysłami, iż stała się milczącym założeniem istnienia opatrzności. Nawet ci, którzy byli głęboko niezadowoleni z istniejącego podziału bogactwa, ze struktury klasowej lub z jakiejkolwiek innej cechy systemu gospodarczego lub społecznego, nigdy nie wątpili w jego dynamiczny, produkujący bogactwo potencjał, który – jak wierzyli – mógłby zostać wykorzystany dla dobra ogółu. Utopie polityczne – zarówno lewicowe, jak i prawicowe – opierały się i nadal się opierają na koncepcji wyzwolenia potencjału wiedzy i spożytkowania go w taki sposób, by służył „potrzebom ludzi”. Mówiąc krótko – bez względu na to, jak będzie przyszłość, musi być ona realizowana poprzez ciągły wzrost gospodarczy.

 

Stopa wzrostu gospodarczego jest jedynym wskaźnikiem postępu, któremu składają hołd politycy, bez względu na to, jaką partię reprezentują. Wskaźnik wzrostu gospodarczego osiągnął międzynarodowe uznanie jako kryterium oceny wszelkich ogólnych osiągnięć poszczególnych narodów, jako powszechne kryterium cnoty. Przez ostatnie 10 lat, na przykład, ukazujące się w prasie artykuły na temat „niepowodzeń”, „upadku”, „krytycznego położenia” itd. Polski dotyczyły – praktycznie biorąc – tylko aspektów życia gospodarczego i na jako takim się koncentrowały. Przez 10 lat naród polski był przedstawiany przez następujące po sobie rządy, przez przemysłowców, przez dziennikarzy i przez technokratów – faktycznie przez wszystkich, którzy pysznili się przynależnością do przedniej straży postępu i przymierzem z przyszłością – jako niepoprawny spóźnialski Nowej Zjednoczonej Europy.

 

Znikły już z horyzontu wszystkie aspekty życia naszego narodu poza aspektem gospodarczym. Wkład do nauki i literatury, do dramatu i baletu, zmysł polityczny, cudowne tradycje, wspaniałe klimaty polskiej wsi – nieocenione zalety, będące wytworem złożonego procesu historycznego, nie mieściły się po prostu w porządku dziennym tego nowego, ekonomicznego szacowania wartości narodów.

 

W tradycyjnej wierze ekonomistów więcej – to znaczy lepiej. Istotnie, podręcznikowy opis wzrostu gospodarczego jako procesu, który skutecznie zwiększa obszar wyboru, wydawałby się sankcjonować założenie na korzyść systemu ekonomicznego, który z upływem czasu wytwarza – wśród innych rzeczy – zwiększenie przypadającej na głowę ilości dóbr i usług wyprodukowanych przez człowieka. Jeśli można powiedzieć, że wzrost gospodarczy zwiększa zakres możliwości wyborów stojących przed konsumentem, to nie wynika z tego jeszcze, że należy uważać, iż ludzie są zamożniejsi. Przede wszystkim wybór ten dotyczy tylko ilości i odmian dóbr osiągniętych dla przeciętnej jednostki w jej roli konsumenta.. W swych innych rolach – pracownika, obywatela, członka rodziny lub cząstki większej społeczności – jednostka może się wcale nie spotkać z większą ilością wyrobów jako rezultatem wzrostu gospodarczego.

 

Współczesny wzrost gospodarczy oraz kształtowane przezeń normy i postawy wytworzyły wysoce złożoną przemysłową i miejską organizację, coraz bardziej podatną na załamania, głównie w wyniku zwiększania się bogactwa, dyfuzji produktów i procesów technologii oraz szybkości zmian, które to czynniki łącznie, w sposób nieunikniony, podważają wpływ kompleksu instytucji oraz mitów, zapewniających stabilność i spoistość wszelkich cywilizacji.

 

Człowiekowi zbytnio się powiodło w jego dążeniu do opanowania przyrody i wykorzystania swej inteligencji do osiągnięcia specyficznych celów, a sukcesy przyczyniły się do spotęgowania apetytów. Dzisiaj nie ma hamulców dla jego ambicji ani granic jego drapieżności. Zaczęły one rujnować porządek społeczny, tak jak zrujnowały ekologiczny.

 

Od początków dziewiętnastego wieku, i o wiele szybciej – od czasów drugiej wojny światowej, społeczeństwa, aby się posunąć naprzód w sensie ekonomicznym, bezmyślnie uwalniały się od mitów i instytucji, które rozwijały się przez stulecia i tysiąclecia. Wielkie systemy religijne, idea boskiego prawodawcy, świętość rodziny, bogata osnowa zwyczajów i obyczajów, ceremonie i obchody, obrzędy i błogosławieństwa – mimo przeciwieństw losu i cierpień obdarzające społeczności z wcześniejszych epok celem istnienia, wspaniałością i godnością – leżą dziś w gruzach. W pośpiechu, w którym pozbawiliśmy się tego dziedzictwa, tak by bez zahamowań zaspokoić swe chęci, nie udało się nam rozpoznać opatrznościowej racji jego istnienia: stworzenie przezeń zawiłego systemu, wzdłuż którego można płynąć – odpowiednio do zwyczajów i sytuacji – nie dające się stłumić prądy ludzkiej miłości: miłości synowskiej, miłości romantycznej, miłości powstającej z szacunku i czci oraz miłości zrodzonej ze smutku i wspomnień. W następstwie osadzonych w tradycji instytucji, za pośrednictwem, których miłość i szacunek mogłyby łatwo i stale znajdować ujście.

 

Zwiększa się grono takich ekonomistów, którzy są głęboko zaniepokojeni problemami środowiska, powstającymi w wyniku stosowania nowoczesnych, skomplikowanych technologii. Jednakże liczba ludzi zainteresowanych zawodowo społecznymi następstwami postępu – lub, mówiąc ogólniej, wzrostu gospodarczego jest mało imponująca. Większość ludzi nie zauważa efektów ubocznych.

 

Jak się powszechnie uważa, człowiek w przeszłości był świadom istnienia przyrody, a siebie uważał za jej część, i to było źródłem jego trwałego zadowolenia, Jeżeli się zgadzamy z tym poglądem, to dla „dobrego życia” konieczna jest taka organizacja społeczeństwa, by człowiek nie był – jak to się często dziś dzieje – oddalony od bezpośredniego widoku, głosów i rytmu przyrody. Muszę w tym miejscu uczynić jeszcze uwagę o „spokoju i ciszy”, przez które rozumiem wolność od niechcianego hałasu – samochodów, samolotów, motorówek, pił tarczowych, kosiarek trawników, pługów śnieżnych, nart motorowych i wszystkich innych napędzanych benzyną lub elektrycznością pojazdów oraz narzędzi, a także urządzeń stereofonicznych i hi-fi. Jednakże niewielka jest nadzieja na zahamowanie rosnącego „zanieczyszczenia hałasem”. Ciągły wzrost liczby podróży w kraju i zagranicą, rozwój uzdrowisk położonych na terenach górskich, wzdłuż wybrzeży mórz i jezior przyczynia się do równomiernego rozprzestrzeniania się hałasu na całej powierzchni Ziemi. Może być oczywiście prawdą, jak to się często stwierdza, że silniki samochodów i samolotów będą w przyszłości mniej hałaśliwe niż obecnie, ale przewiduje się, że ich liczba jeszcze się zwiększy. Kontynuowanie obecnie występujących trendów sprawi, że w przyszłości będzie mniej miejsc na Ziemi (a być może wcale ich nie będzie), do których wrażliwy człowiek mógłby uciec od ciągłego niepokoju, powodowanego hałasem silników, a mimo to nie skazać się na życie w odosobnieniu.

 

Jeżeli czytelnik akceptuje moją interpretację ostatnich wydarzeń, (chociaż, być może, nie bez pewnych zastrzeżeń) i zgadza się z ogólnym wnioskiem, że na horyzoncie nie widać niczego obiecującego, będzie się on na pewno zastanawiać, czy radykalne zmiany konieczne do opuszczenia przez nas ścieżki wzrostu są możliwe z politycznego punktu widzenia. Jeżeli przyjmiemy, że opinia ogółu jest coraz bardziej sceptyczna w odniesieniu do ostatecznych dobrodziejstw wzrostu gospodarczego, to problemem się staje, czy zachodnie cywilizacje, od wieków wiedzione ideą postępu wyrażające się w materialnej obfitości, w rozwoju nauk i w wolnych instytucjach, potrafią odrywać się stopniowo od reakcji głęboko zakorzenionych w ich sposobie życia. Czy będą umiały poddać naukę i technologię ciągłym ograniczeniom i tak przekształcić swe instytucje, aby można było urzeczywistnić zdrowszy i bardziej zdolny do życia system gospodarczy. Gdy przypominają mi się trzy cechy współczesnego świata: konwencjonalny racjonalizm, zawarowane interesy i brak zaufania w skali międzynarodowej – skłonna jestem w to wątpić. Konwencjonalny racjonalizm może być określany jako uporczywe trwanie w wierze, że bez względu na historię nauki i technologii do nich właśnie nadal musimy się zwracać o ratunek. Gdy skutkiem zastosowania jakiejś nowej technologii jest cierpienie lub nieszczęście, lekarstwa szuka się zawsze w większej ilości techniki, a nigdy – w mniejszej. Zawarowane interesy, jest to termin, który przywodzi na myśl zorganizowaną siłę bogatych akcjonariuszy, magnatów przemysłowych, wielkich posiadaczy ziemskich, bankierów oraz pracujących na wysokich stanowiskach w urzędach państwowych – a wszyscy oni popierają establishment i są nieustraszonymi zwolennikami wzrostu gospodarczego. Uważają, że ich powołaniem jest popieranie jakiegoś wzrostu: prywatnych zysków albo sprzedaży, albo dochodów, albo eksportu, albo liczby zatrudnionych, branż czy klientów. Ta wielka podniecająca gra liczbowa absorbuje ich całkowicie, z dnia na dzień i z roku na rok, a ich życie towarzyskie jest jej podporządkowane i pomocne. Mówiąc krótko „partia kolesiów”.

 

Gdyby nawet w ostateczności przeważył rozsądek, na przykład jako opatrznościowy wynik wielu szeroko opisywanych (i dzięki temu znanych ogółowi) fatalnych wyników powstałych w rezultacie zastosowania nowych syntetyków lub technologii, z których żaden, na szczęście, nie był zgubny dla ludzkości, polityka nastawiona na wprowadzenie gospodarki w stanie równowagi natrafiłaby na inną poważną przeszkodę. Jest nią powszechna obawa, że istniejąca w takiej gospodarce kontrola technologii doprowadziłaby do tego, że kraj pozostałby w tyle w „wyścigu myszy”. Osobiście wątpię, by te obawy były uzasadnione. Innowacje technologiczne nie są już tym, czym były niegdyś, a mianowicie wytworem szerzenia się przedsiębiorczości i rozwoju rynków. Dzisiaj są one w coraz większej mierze wynikiem wysoko zorganizowanych badań naukowych, ukierunkowanych na specyficzne cele.

 

Czy jest, więc możliwe, by skończyć moją wypowiedź akcentem, chociaż umiarkowanego optymizmu? Gdybym tak swe wywody zakończyła, dowodziłoby to braku odpowiedzialności z mojej strony. Chociaż jednak widoki są ponure, nie znaczy to, że powinniśmy się czuć przygnębieni i bezsilni. Wzrost w moim ujęciu – zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości – dostarczył nam sam z siebie pewnej satysfakcji. Nie jesteśmy już jak stada zagubione na pustyni. Każdy z nas może się opierać na własnych zdrowych zmysłach, nawet wśród zbiorowego szaleństwa...

strona główna