now@ on-line  17 kwietnia 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

AKI:

wielkanocna legenda

burak wydania:

bur@k

ISP-Ż:

Jakub Kudlecki:

Krzysztof Smoliński:

 

Magdalena:

polemika

micra:

to nie jest śmieszne

wiosna

Monika Kos-Nowicka:

Solidarność:

Roman Kafel

Zbyszek Koreywo:

 
 

AKI

Wielkanocna legenda

Wiosna to szczególna pora roku. W tym, to bowiem okresie obserwować możemy szereg nietypowych dla pozostałych pór roku zjawisk. Martwa wydawałoby się dotąd przyroda nagle budzi się do życia. Przejmującą, zimową ciszę poranków niespodziewanie pewnego dnia przerywa śpiew ptaków, z których znacząca część by móc tę niespodziankę sprawić, pokonać musiała tysiące kilometrów. Ludzie też jacyś inni. Częściej zwracają uwagę na rzeczy błahe, obok których dotąd przechodzili obojętnie. Są bardziej rozmowni, uśmiechnięci, kolorowi. No i jest oczywiście Wielkanoc. Święta, w okresie których chrześcijanie przeżywają największą tajemnicę swej wiary – Śmierć i Zmartwychwstanie. Z Wielkanocą właśnie, a ściślej mówiąc z Palmową Niedzielą kojarzy mi się pewna stara legenda, którą być może nie tylko z tego jednego powodu warto przypomnieć. Przenieśmy się więc w czasie. Zamykamy oczy i...

Jest wiek XVII. Biedna, mała wieś leżąca u podnóża łagodnych, przypominających kopy, zalesionych gór. Składa się na nią kilka pochylonych, pokrytych słomianą strzechą chałup. Na środku wsi cembrowana studnia z nieodłącznym żurawiem, którego skrzypienie najlepiej słychać o zachodzie słońca. Wokół domostw rozrzucone są skąpe poletka uprawne, na których z dziada pradziada pracują tutejsi mieszkańcy. Ziemia tu licha, kamienista to i zbiory marne. Ale i tak lwią ich część oddać trzeba do „dworu”. Cóż z tego, że okolica piękna i malownicza, kiedy oni tego nie dostrzegają. Cóż z tego, że lasy pełne są zwierzyny, kiedy oni cierpią głód, bo polować może jedynie „dziedzic”. Taki tu porządek rzeczy, a oni dawno się już z nim pogodzili. Wiodą swój żywot według tego samego, nie zmienionego od lat rytmu. Szansę na jakąkolwiek odmianę losu miało niewielu. Jednym z nich był Okted Lasta, syn starego Jędrzeja, który dość nietypowo syna nazwał, a to na okoliczność, że jako ósmy na świat w rodzinie przyszedł. Młodzian ów od samego początku jakiś inny był. Do roboty żadnej się nie palił, za to ciekawy był okrutnie wszystkiego. Przez przypadek do dworu trafił, gdzie do gustu młodemu dziedzicowi przypadł. Odtąd tam spędzał dnie całe, a nierzadko i noce. Dzięki wrodzonemu talentowi, który nie wiadomo skąd się wziął, szybko pisać i czytać się nauczył. Poznał też bliższą i dalszą okolicę będąc towarzyszem licznych podróży swego nowego przyjaciela. Nauczył się też konno jeździć i bronią wszelaką władać. Mijały lata. Obaj chłopcy wyrośli na tęgich młodzieńców. Wówczas to młody panicz na nauki do obcych krajów wyjechał. Lasta zaś do rodzinnej chaty powrócił. Wtedy z całą jaskrawością dostrzegł jak ona jest ciasna i nędzna. Zobaczył, jak ciężko cała rodzina pracować musi na swą i tak marną egzystencję. Od niepamiętnych też czasów poznał, co znaczy być głodnym. Zaczął narastać w nim bunt, poczucie krzywdy. Wkrótce nadeszło nieuniknione. Ku rozpaczy starego ojca zabronił przekazywania kolejnych powinności do dworu. Namawiał też innych, by podobnie postępować zaczęli. Lecz chłopi kosmatymi rękami po rozczochranych łbach się drapali z nogi na nogę przestępując nie wiedzieli co im czynić wypada. Z jednej strony podziwiali młodzieńca, który ekonoma przepędził łamiąc mu bat na grzbiecie przy tym. Z drugiej jednak strony panicznie bali się dziedzica, który znany był z ciężkiej ręki. Bali się słusznie, bo reakcja dworu była szybka i taka jak zawsze – oddział hajduków. Tym razem jeszcze, młody Lasta ucieczką się ratował. Schronił się w pobliskich górach. Przyrzekł sobie wtedy, że ostatni to już raz przed „dworskimi” bez walki ucieka. Jak się potem okazało, dotrzymał raz danego słowa. Ale póki co sam pozostał. Powędrował na Liptów, Orawę dotarł aż do odległego, cesarskiego Wiednia.

Po kilku latach na powrót stanął na rodzinnej ziemi. Teraz jednak nie był już sam. Towarzyszyło mu kilku, poznanych w czasie tułaczki, gotowych na wszystko kompanów. Oni też chcieli równać świat. Wieść o zbójnikach, którzy zabierali bogatym, a oddawali biednym, wymierzali panom sprawiedliwość, stawali w obronie maluczkich szybko się rozeszła. Stali się symbolem swobody i wolności. Sława ich zataczała coraz szersze kręgi. Śpiewano o nich pieśni na weselach i odpustach. Przypisywano im czyny te, które popełnili i te, których nie popełnili. Za życia już stali się legendą. Dobry to był czas, wesołego zbójowania.

Z czasem, teraz już hetman Lasta, pojmować zaczął jak niewiele znaczy jego mały oddziałek. Jak mało dokonać może by na świecie sprawiedliwiej było. Stąd gniew w nim narastał. Kary, które panom wymierzał bardziej okrutne się stawały. Teraz przystrzyżenie wąsów i brody na cudaczny sposób już nie wystarczało. Batożono nieboraka, a dwór z dymem puszczano. Najbardziej cierpieli na tym mieszkańcy wsi okolicznych, na których dworscy odwet za wszystko brali. Chłopi szemrać poczęli. I nie oni jedni. Wiernym kamratom też taki stan rzeczy przestał się podobać. Hetman pokrzykiwał na nich, czego wcześniej nie zwykł czynić. Nawet najbliższy kompan hetmana, którego ze względu na wzrost niezbyt imponujący Petitem przezywano o przejściu do innego bractwa zbójnickiego przemyśliwać zaczął. Lasta dla wszystkich stawał się ciężarem. Ciężarem do tego stopnia, iż chłopi nie pamiętający zasług wcześniejszych, kapliczkę przydrożną zbudowali w intencji by zbójnicy opuścili ich strony.

Od tej pory słuch o zbójnikach zaginął. Nikt więcej ich nie widział. Wraz z nimi przepadł bez wieści skarb ogromny, który zgromadzili. Powiadano, że długie lata jeszcze uprawiali swój zbójecki proceder po węgierskiej stronie. Lasta zawsze jednak na zimowe leże powracał w rodzinne swe strony.

Chociaż o jego śmierci nikt, nigdy nie słyszał, las, w którym rzekomo miał być grób jego, z czasem „lasem gróblastym” nazywać zaczęto. Zaś w Palmową Niedzielę po dziś dzień, w czasie mszy zwanej sumą, wtedy, gdy kapłan ewangelię (Mękę Pańską) czyta, w lesie gróblastym, w miejscu skąd wieże trzech kościołów widać, odsłania się grota zbójnickimi skarbami po brzegi wypełniona. Schną one mieniąc się przy tym blaskiem niezwykłym. Śmiałek, który owo miejsce odnajdzie i blask ów nieziemski zniesie, nabrać może skarbów ile udźwignąć zdoła.

Są też i tacy, którzy twierdzą, że Okted Lasta żyje wciąż jeszcze i błąka się po ukochanych górach. Jedynie częściej niż zwykle w doliny schodzi, a nawet hen na równiny wędruje. Ciągle przy tym świat równać próbuje. Możnym błędy wytyka, prawdą oczywistą, choć brutalną często w oczy świeci. I choć bardzo się zmienił, ciągle jeszcze zdarza mu się zapominać, iż „wesoły” okres zbójowania, więcej wszystkim pożytku przynosił.

Jak to mówią, w każdej bajce jest trochę prawdy. Las gróblasty istnieje naprawdę, a porasta on zbocza nomen – omen Złotej Górki. Kapliczka zbudowana przez chłopów z odpowiednią inskrypcją też stoi po dzień dzisiejszy. Właśnie minęła Niedziela Palmowa. Może warto więc w okresie tej Tajemnicy Wielkanocnej zajrzeć w głąb siebie i wydobyć na zewnątrz jakieś zadawnione, wciąż jeszcze jątrzące się rany, a nóż wyschną? A może przy tej okazji odnajdziemy w sobie coś, co dawno już uznaliśmy za utracone...

powrót do strony głównej


now@ on-line dwutygodnik Internautów     http://nowamedia.w.interia.pl