| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: dzień
jakich wiele
bajdula: burak wydania: Magdalena: ci
mężczyźni
czy mężczyzna może być kobietą Mariusz Dastych: StefanDetko: |
micra Jest taka uliczka Jest we mnie taka uliczka. Pamiętam małą uliczkę. Łączyła główny trakt do pałacu Lubomirskich z przejazdem przez stare wały poaustriackie, dalej już były pola i miedze, którymi latem chodziliśmy nad rzekę. Uliczka była króciutka, ot parę numerów z jednej strony. Na początku stał dom, do którego wejście było od głównego traktu. Wysokie drewniane ogrodzenie zasłaniało całe podwórko, w ogrodzeniu była furtka, którą przekraczałam tylko razem z Babcią, mieszkali tam Ukraińcy, jak się ich nazywało u nas w domu. Ale ta nazwa nie niosła za sobą negatywnych odczuć jak to się dzieje obecnie. Ta nazwa określała odmienność obyczaju, święta w innym terminie i wspaniałe pieczone pierogi, na które wołała nas, dzieci, Pani Maria otwierając furtkę. Od czasu do czasu otwierano bramę i wyjeżdżał gospodarz, wóz, para pięknie utrzymanych koni i znowu zaproszenie dla dzieciaków. ·Naprzeciw tego ogrodzenia po drugiej stronie traktu był murowany dom parterowy, z poddaszem, cały zajęty przez rodzinę Cyganów. Rządziła rodziną stara Cyganka, wielka, szeroka, zawinięta w nie wiem ile spódnic, z głosem jak dzwon. Jej mąż drobny szczupły, wiecznie pod wpływem wina i piwa rządził mężczyznami tego rodu, ale tak na dobrą sprawę nigdy nie zdarzyło się żeby zarządził coś, co nie odpowiadałoby starej. Pamiętam jak pewnego wieczoru, moja Babcia nie mogła odszukać jednej kury. Nasza hodowla składała się z tak olbrzymiej ilości kur, że można je było zliczyć na palcach rąk, więc Babcia mocno zatroskana opowiedziała sąsiadkom nowinę o pojawieniu się lisa. Późnym wieczorem zastukał do nas Cygan senior trzymając pod pachą mocno wypłoszoną kurę. Wyraz twarzy mojej Babci musiał być bardzo dziwny, bo senior zapytał czy coś nie tak z tą kurą? Na co Babcia szczerze odpowiedziała, że po prostu nasza kura wyglądała całkiem inaczej i że tej nie chce. Najbardziej zabolały go słowa, „że tej nie chce „. Wyrazy oburzenia seniora słychać było aż do wałów. W gniewie rozstali się oboje, Cygan odszedł z kurą. Za chwilę zaczęło się piekło w domu Cyganów, najpierw był ogólny jazgot, potem odgłosy trzepania dywanów a na końcu donośne solo starej. Następnego dnia, z samego rana, na podwórko wtoczyło się parę spódnic oczywiście z trzepoczącą się kurą. Stara przeprosiła Babcię za ewidentną pomyłkę, stwierdziła, że kura zaplątała się całkiem przypadkiem i powiedziała coś, co utkwiło mi do końca życia w pamięci. Pani M... my jesteśmy uczciwi cyganie, a uczciwy cygan żyje w zgodzie z sąsiadami, co u sąsiadów to dla niego święte. Po takim przemówieniu nie przyjęcie kury stanowiłoby zerwanie stosunków dobrosąsiedzkich. Tego dnia był na obiad rosół. Dzięki takiemu rozwiązaniu mogłam dalej bawić się spokojnie z Wandzią, prześliczną cyganeczką w moim wieku, pod czujnym okiem starej Cyganki i Pani Marii dokarmiającej nas pierogami. Obok domu Babci, po tej samej stronie ulicy był dom Pani Radczyni z Krakowa, wdowy po radcy. Od domu do wałów ciągnął się sad, tak zdziczały i zarośnięty, że nie rodził żadnego owocu, ale był! Tajemniczy, ciemny, nieprzystępny. Radczyni miała zawsze jedną kozę i opowiadała wszem i wobec o wyższości mleka koziego nad krowim. Na to kozie mleko udało jej się namówić tylko naszą kotkę Mickę, która dosyć regularnie odwiedzała Radczynię w porze dojenia. Micka, podobnie jak Radczyni, dożyła bardzo sędziwego wieku. I co najdziwniejsze w dniu, w którym odeszła, od rana przeszła przez obejścia wszystkich sąsiadów, po południu poszła do Radczyni, o nietypowej porze, a wieczorem na mleko już nie przyszła. Ulica miała też swego krawca, mocno wychudzonego, prawie wysuszonego Żyda, który zamieszkał na ulicy już po wojnie, ale mimo to cieszył się szacunkiem sąsiadów. Mieszkał sam z żoną, nie mieli dzieci. Pamiętam, że kiedy umarł, przez długi czas przechodziliśmy koło ich domu wyciszając rozmowy. Po drugiej stronie ulicy na całej jej długości ciągnął się sad, do którego my dzieci nawet nie zaglądaliśmy, wystraszeni opowieściami o spuszczonych luźno psach. Miejscem spotkań całej ulicy był kiosk spożywczy, w którym kupowało się chleb, masło, piwo i wódkę. Na ladzie królowała butelka ze słodką wodą na dnie, która służyła jako pułapka na osy.Głośne bzykanie os i widok ruszającej się butelki spowodował, że do dziś dnia boję się panicznie wszystkiego, co bzyczy. Oczekiwanie na chleb stanowiło główny pretekst do tych zebrań. Tam dowiedziałam się, że awantura o kurę skończyła się trzepaniem nie dywanów, lecz starego Cygana i jego dwudniową abstynencją. ·Ulica żyła własnym rytmem, wyznaczanym kolejnymi świętami, dla każdego innymi. Nikogo nie dziwiły palące się w piątek świece w domu krawca, ani to, że pani Maria odprowadzała Babcię do kościoła, a potem szła sama do cerkwi. Babcia zawsze chodziła 6 stycznia z życzeniami świątecznymi do domu za ogrodzeniem, a sąsiad przychodził w wigilię rano do Dziadka i w imieniu swoim i żony składał życzenia. Babcia zawsze powtarzała, że nieważne jest, kto jakie ma pochodzenie, ważny jest człowiek i jeżeli będziemy szanować innych to sami zasłużymy na szacunek. ·Zastanawiam się, w jaki sposób mogę te proste, w końcu, słowa przekazać dalej... I komu? Gdzie są małe ojczyzny dzieci wychowanych na klatkach schodowych czy w wejściach do bloków? Jakie piekło stworzyliśmy własnym dzieciom? I jakie one nam stworzą?
| |||