| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: dzień
jakich wiele
bajdula: burak wydania: Magdalena: ci
mężczyźni
czy mężczyzna może być kobietą Mariusz Dastych: StefanDetko: |
ZASADA polemiki No i stało się. Po raz pierwszy na łamach Now@ pojawia się polemika, szkoda tylko, że nie jest to temat bezpośrednio związany z polityką. Ale co dziś z polityką związane nie jest? Ciekawe co z tego wyniknie. Co prawda głównym przesłaniem miała być dyskryminacja w pracy, ale co tam zauważono inne wątki. I ja nie wierzę Nawiązując do swojego poprzedniego artykułu chcę na wstępie podkreślić, że nie było moim zamiarem ocenianie postaw feministycznych i ich wartościowanie, a jedynie stwierdzenie pewnych zjawisk, które wiążą się emancypacją kobiet. Podkreślę więc jeszcze raz, że skutkiem zaangażowania kobiet w pracę zawodową, a tym samym przejęcie części odpowiedzialności za utrzymanie materialne rodzinny spowodowało zdjęcie części owej odpowiedzialności z mężczyzny. Jest to niezależne od tego, czy aktualna sytuacja gospodarcza jest dobra, czy zła, czy świat się zmienia szybko czy też powoli. Fakt pozostaje faktem – odpowiedzialność jest rozłożona na dwoje, a nie na jednego. Oczywiście znów staram się tego nie oceniać, po prostu mówię, że tak jest. Jednak zastanawiam się dlaczego nie ma symetrii w dążeniach do równouprawnienia płci, dlaczego za podziałem odpowiedzialności w utrzymaniu materialnym rodziny nie idzie podział odpowiedzialności za wychowanie dzieci i otoczenia ich miłością, ale przecież zwrot „matczyna miłość” kojarzy się jednoznacznie i nierozsądnym wydaje się dążenie do tego by powstał zwrot „ojcowska miłość” o takim samym znaczeniu. Czy jeszcze dziś ruch feministyczny nie jest tak skrajny, czy może jest, na tyle, świadomy, że tak daleko posunięta unifikacja płci jest niemożliwa do realizacji? Może jednak są obszary, w których natury oszukać się nie da? Ale to temat na zupełnie inna bajkę. Pozostaje jeszcze zapewnienie o dawce miłości przeznaczonej dla dziecka. Tak, zapewne pracująca matka kocha swe dziecko tak samo, jak matka nie pracująca. To dla mnie prawda raczej oczywista, lecz pytanie należy postawić nie z punktu widzenia matki, lecz z punktu widzenia dziecka, a przy tak ustawionej optyce rzeczy mają się chyba odmiennie. Sam pamiętam z dzieciństwa klucz zawieszony na szyi i odgrzewane w pośpiechu obiady. Z tego zdaję sobie sprawę, ale z czego sprawy sobie nie zdaję. Nie pamiętam pocieszenia w pustym domu, gdy wracałem po porażce szkolnej do domu, nie pamiętam radości z odniesionych sukcesów. Oczywiście, później, gdy rodzice wracali po pracy była radość, było pocieszanie, były kary i nagrody, ale to było już z drugiej ręki, odświeżane to już nie było tak spontaniczne jakby mogło być. Porównuję dziś siebie z moimi synami i widzę, że na pewno są bardziej pewni miłości swej matki niż ja byłem pewien miłości swej, choć myślę, że jedna i druga kochają swe dzieci równie mocno. Niestety w przypadku nie jest najważniejsze to jak mocno dzieci kochamy, lecz to ile tej miłości możemy im okazać i dać i nikt mnie nie przekona, że matka pracująca i niepracująca maja takie same możliwości. Nawiasem mówiąc model rodziny z jednym dzieckiem, jeżeli by się przyjął w skali powszechnej, w ciągu dwudziestu sześciu pokoleń doprowadziłby do zniknięcia Polaków z obszaru pomiędzy Bugiem a Odrą. I ostatnia sprawa, choć nie przedostatnia, kwestia brutalizacji. Jak tak spojrzeć na „brutalizację życia na zewnątrz”, to pozostaje tylko się zastanowić co jest przyczyna owej brutalizacji, a może wtedy uzyska się wiele cennych odpowiedzi. Owo ostatnie, to próba zrozumienia „przymusu aktywnego uczestnictwa”, „przymusu nadążenia” i „biernej postawy niepracujących pań”. Próba niestety nieudana, bo jakby nie odczytywać tych zdań, to wynika z nich jasno: dzieci to ciężar, dzieci to przeszkoda, dzieci to ograniczenie, dzieci to zamknięte drzwi na świat. No właśnie, za czym my chcemy nadążać? Może lepiej zatrzymać się i zapytać o cel tej podróży, o to, czy to, za czym chcemy nadążać podąża w kierunku przez nas aprobowanym? I co to znaczy bierność? Odlot w teori ę spiskuW jednej now@ dwa artykuły krytyczne, krótko mówiąc dwa w jednym. Lecz gdy czytałem ten drugi to w zasadzie traktowałem go jako artykuł informacyjny i trudno mi było wyczuć nastawienie autorki, lecz pod koniec czytania już chyba wiem jakie poglądy przeważają, lecz postaram się wypowiadać na temat poglądów ruchów feministycznych, a nie poglądów autorki. Przede wszystkim jest znalazłem jedną bardzo ważną uwagę i podejrzewam, że to jest istota sprawy. Uwaga dotyczyła niskiego prestiżu macierzyństwa i to jest to, to jest to z czym należy walczyć, nie wiem czy jest to cecha jedynie społeczeństwa patriarchalnego, ale wiem, że jeśli tak jest, to jest źle. A tak jest. I to w zasadzie by wystarczyło. Ale w dalszym ciąg czytam o jakichś nich, o machinie propagandowej, o władzy i uwalnianiu się od niej. I zaczynam się zastanawiać kto to oni, kto my, gdzie ta tajna organizacja się mieści i kto nią kieruje, i kiedy to tak wszystko zaplanowano, ułożono i wdrożono? Ale na szczęście przychodzi otrzeźwienie i ucieczka z tej paranoi, przecież to jest tylko opis pewnych radykalnych odłamów, przecież dialektyka materialistyczna jest już dziś przeżytkiem, to tylko odgłosy z zaświatów. A może nie…? | |||