now@ on-line  2 kwietnia 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

AKI:

dzień jakich wiele

bajdula:

burak wydania:

bur@k

Diana:

ks Witold Kowalów:

na Wołyniu

Krzysztof Smoliński:

 
 

Waldemar Łysiak

MANIPULATORIADA

czyli Profanacja zwłok

Artykuł opublikowany za wiedzą i zgodą Autora. Źródło: „Tygodnik Solidarność”   Nr 4 z 26 stycznia 2001.

Zbigniew Herbert: "Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". 

 

" - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"
Z. Herbert, "Przesłanie Pana Cogito"

Opinia Zbigniewa Herberta o Adamie Michniku - że jest manipulatorem, człowiekiem złej woli, kłamcą i oszustem intelektualnym - nie została przez poetę napisana, tylko wypowiedziana, i można ją usłyszeć oglądając film Jerzego Zalewskiego "Obywatel poeta". Rzecz wszakże w tym, iż oglądało go dotychczas niewiele osób (tylko widownia kolaudacyjna TVP, czyli jurorzy oceniający, tudzież grono uczestników dwóch niewielkich publicznych pokazów, plus prywatny krąg ludzi bliskich Zalewskiemu), a polska opinia publiczna jest już od prawie roku chroniona przed tą antykomunistyczną i antymichnikowską "trucizną" staraniem cenzorów TVP wskrzeszających bujne lata PRL-owskich "knebli z ulicy Mysiej". Ta cenzuriada dostaje silne wsparcie od gazety Michnika, czego dowodem wręcz drastycznym (nawet wobec standardów uprawianych przez Michnika notorycznie) stał się wywiad "Gazety Wyborczej" z żoną zmarłego poety (30-XII-2000-1-I-2001), w którym wdowa prezentuje Herberta jako człowieka bredzącego chorobliwie "bardzo dużo złych rzeczy". Ów głośny już wywiad Katarzyny Herbertowej - będący koronnym dowodem słuszności sądu Herberta o Michniku jako manipulatorze, kłamcy i szalbierzu intelektualnym kierowanym złą wolą - stanie się w przyszłości koronnym "casusem" dla wszystkich uczciwych analiz studialnych (historiograficznych, publicystycznych czy akademickich) tyczących manipulacji prasowej tudzież intelektualnej. Tym tekstem "Gazeta Wyborcza" dokonała rzeczy niemożliwej z pozoru: zeszła niżej dna etycznego, które wyznaczyła sobie już dawno jako swój zwyczajny poziom. Wśród najohydniejszych kłamstw "Gaduły Wyrodnej" królował dotychczas tekst o tym, że Powstańcy Warszawscy (żołnierze AK) programowo mordowali żydowskich niedobitków z getta warszawskiego. Był to wszakże paszkwil o tyle mniej groźny, że mało kto w takie arcyhaniebne pomówienie uwierzył, bo nawet młodzi rodacy (czerpiący wiedzę historyczną od ojców i matek) domyślili się, iż "Adaś" uprawia tu antypolską i antygojowską szulerkę gwoli jakichś swoich "wyższych celów". Tymczasem wywiad z żoną Herberta może być wiarygodny dla ogromnej liczby czytelników "GW", bo któż jak nie "pani Katarzyna" znał psyche wielkiego poety, któż obcował z nim częściej, któż lepiej wsłuchiwał się w bicie jego serca jak nie małżonka? Ten czytelnik nie wie, iż udzielając rzeczonego wywiadu pani Herbertowa leczy własne kompleksy, podbechtywana sprytnie przez interlokutora (tu kłania się Freud), a tym bardziej nie wie, iż spowiadająca się na zamówienie dama zwyczajnie kreuje (by nie powiedzieć: fałszuje) rzeczywistość, głównie metodą przemilczania faktów, które negliżują jako nonsensowne jej tezy o niepoczytalności Herberta wywołanej "chorobową nicią" co poetę "oplotła" (cytuję barwne sformułowania z wywiadu). Pani Herbertowa pomija również "wstydliwe" dziś dla niej fakty towarzyskie (o czym za chwilę), by nie uczynić wywiadu humorystycznym. Zatem wywiad nie jest komiczny - jest tragiczny, przez co rozumiem charakter i poziom jego kluczowych fragmentów, tych, dla których w ogóle został zmajstrowany, a które mają pośmiertnie ubezwłasnowolnić Herberta jako antymichnikowca i antykomunistę, i ubrudzić jego sojuszników
z kręgu antykomunistycznego. Iluż to już aforystów żartowało sobie, że wdowy po wielkich ludziach winno się hinduskim zwyczajem palić na stosach razem z ciałami mężów, by nie mogły głupim lub fałszywym słowem kalać pamięci małżonka, albo robić z niego "post mortem" durnia bądź wariata!
U źródeł wywiadu pt. "Pani Herbert" leży wspomniany film pt. "Obywatel poeta", gdzie Herbert bez ogródek piętnuje ludzi władających rodzimą kulturą, publiczną mentalnością i sceną polityczną, czyli "samych swoich": komunistów, postkomunistów, intelektualistów przefarbowanych taktycznie na pozorny antykomunizm lub otwarcie lewicujących (także znanych twórców, Miłosza i innych), i wiesza psy na Michniku jako na szkodniku moralnym, łajdaku par excellence. Kręgi "postępowe" musiały przeciw temu zareagować. Zareagowały swoim zwyczajem, czyli cenzurą. Film Zalewskiego uległ cięciom, emisję ciągle przesuwano "ad calendas Graecas", wreszcie jednak wyznaczono termin w TVP 28 lipca 2000. Ale filmu nie wyemitowano wtedy (bo "sami swoi" okazali się znowu mocniejsi), został więc "półkownikiem". Pech "samych swoich" polegał tu wszakże na tym, iż jeszcze nie wszystkie polskie media są czerwone lub różowe - te nieliczne przyzwoite wszczęły publiczny bój o "Obywatela poetę" (vide mój artykuł "Po stronie prawdy" w "Tygodniku Solidarność" 15-IX-2000). Sprawa nabrała takiego rozgłosu, że kilka miesięcy później TVP (borykająca się z ciągłymi zarzutami o wskrzeszanie cenzury) wyznaczyła nowy termin emisji filmu: 29 stycznia 2001. Czy emisja rzeczywiście nastąpi (i w jakiej formie, z jakimi cięciami cenzorskimi) - zobaczymy już za kilka dzionków. Wcześniej zobaczyliśmy kontruderzenia wyprzedzające (to termin wojskowy) nowo upieczonego antyHerbertowskiego duetu pan Michnik-pani Herbert. Dwa. Z datą 1 stycznia 2001 ukazał się w gazecie pana Michnika ów obrzydliwy wywiad dezawuujący wielkiego poetę. Dzień później - z datą 2 stycznia - TVP otrzymała pismo kancelarii adwokackiej reprezentującej panią Herbertową. Pismo informowało TVP 2, że jeśli film Zalewskiego zostanie wyemitowany w swej formie pierwotnej (czyli oryginalnej) to pani Katarzyna Herbert pozwie telewizję publiczną i PAI (Polską Agencję Informacyjną - współproducenta filmu) przed sąd.
Cóż tak bardzo zabolało wdowę, że wszczęła kroki prawne, grożąc sądem ludziom i instytucjom związanym z wyprodukowaniem i z planowaną emisją "Obywatela poety"? Michnik i jego kompania postanowili wmówić opinii publicznej, że tak panią Herbertową zdegustowały antykomunistyczne i (zwłaszcza) antymichnikowskie wypowiedzi Herberta, które serwuje ów film - i temu właśnie służy wywiad w noworocznej "GW". Jednak wśród ludzi, którzy już film oglądali, mówi się (i to gremialnie, prawie bez wyjątków), że wdowę rozwścieczyło coś zupełnie innego. Duże partie długiego jak na dokument (prawie półtoragodzinnego) filmu to wywiad z wielką miłością Herberta - z jedyną kobietą, dla której pisał wiersze (notabene erotyki), i z którą utrzymywał wieloletni kontakt. Ta pani mówi nostalgicznie do kamery o ich miłości, czułości, przyjaźni etc., co dla żony być przyjemne nie mogło. Udzielając teraz wywiadu "GW", pani H. napomyka o kochankach męża i (z widocznym przekąsem) o tym, że dla niej nie pisał wierszy. Lecz pretensjami sercowo-łóżkowymi nie dałoby się zamazać wizerunku "Adasia" jako kłamcy, manipulatora i wydrwigrosza intelektualnego, więc "Gazeta Wyborcza" musiała eksponować wątek zupełnie inny: oto sama wdowa po nieodżałowanym zaświadcza, że antysalonowość, antykomunizm i (zwłaszcza) antymichnikowość Herberta były przejawem starczej choroby (w domyśle: umysłowej) "Pana Cogito".
Sformułowana pismem adwokackim konkretna pretensja pani H. wobec filmu to... twarz i głos Herberta. Pani H. żąda - pod groźbą trybunału - usunięcia z "Obywatela poety" wszystkich fragmentów zawierających twarz i głos Zbigniewa Herberta (czyli wszystkich jego wypowiedzi przeciw Michnikowi i komunistom), twierdząc, że emitowanie tej twarzy i tego głosu naruszałoby jej prawa, a uzasadnia żądanie artykułem 81 Prawa Autorskiego mówiącym o "wizerunku" (vulgo twierdzeniem, iż głos jest także częścią "wizerunku", a wszelkie prawa do upubliczniania "wizerunku" - całego "wizerunku" poety - może dawać tylko ona). Roszczenia te wszakże zostały uznane za bezpodstawne przez prawników realizatora filmu (firma "Dr Watkins"), a przez ekspertów renomowanej firmy prawniczej "Hogan and Hudson" (do której zwróciła się o ekspertyzę PAI) wręcz zmiażdżone. Poinformowana o tym TVP nie ma żadnych podstaw formalnych (prawnych), by kolejny raz wstrzymać emisję "Obywatela poety". Jeśli to zrobi - przyczyną będą wyłącznie naciski i manipulacje polityczne "samych swoich".
Stare chrześcijańskie powiedzonko mówi: "Bóg naznaczył pewnych ludzi, by walczyli o prawdę i sprawiedliwość". Otwartą wojnę z "samymi swoimi" Herbert wszczął w 1985 roku. Udzielił wtedy wywiadu J. Trznadlowi (wywiad ten został opublikowany jako fragment "Hańby domowej"), nazywając "wyścigiem serwilizmu" i "dżumą" prostytucję polskiej inteligencji (także twórczej, czy zwłaszcza twórczej) wobec stalinizmu i późniejszego "realnego socjalizmu", czyli wobec każdej formy komunizmu. Mówił o tym z detalami,
a puentował tak: "To było małe, głupie, nędzne, zakłamane". Gdyby powiedział, że było zbrodnicze - też nie minąłby się z prawdą. Albowiem intelektualna elita (gromady wszelakiego rodzaju twórców) doby bierutowskiej i gomułkowskiej miała pełną świadomość, że - jak to ujął Z. Kubiak - "socjalizm jest uciskaniem społeczeństwa przy użyciu elit inteligenckich, które dadzą się do tego zatrudnić". Że będą się łatwo dawały zatrudniać - wiedzieli już Lenin (zwał pracujących dlań inteligentów i usłużnych twórców "pożytecznymi idiotami") oraz Stalin (zwał ich "tanimi kurwami"). Że będą pozbawione serc i sumień - bolszewicy też doskonale wiedzieli; G. Nenning tak scharakteryzował własną klasę (lewicującą inteligencję): "Bezmyślność, oschłość, zgodne naśmiewanie się z Kościoła, a przede wszystkim brak serca i odwagi, by dojrzeć sytuację, w jakiej znajduje się naród".
"Samym swoim" nie zabrakło wszakże czujnego oka i ucha, by dojrzeć sytuację, w jakiej znajduje się parciejący system "demokracji ludowej". Znowu Z. Kubiak: "Już u schyłku lat 60. pisarze czy intelektualiści wiedzieli, że kryzys komunizmu jest nieuchronny, że to się nie rozwija. Rozwijał się tylko kapitalizm". W latach 70. zaczęto się więc przebranżawiać na "dysydenckość". L. Tyrmand słusznie później zauważy, iż liski przefarbowały się na "antykomunizm" wtedy, "kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem". O tych rodzimych "dysydentach", przemalowanych z wcześniejszych "zasłużonych dla krzewienia ustroju", można rzec to samo, co włoska specjalistka, M. Fenelli, rzekła roku 1994 o sowieckich "dysydentach": "W opozycji inteligentów wobec Kremla było dużo swoistego leninowskiego spektaklu. Wciąż nie do końca rozumiem, jak też się wam udawało granie Ťwalczących z reżimem opozycjonistówť i jednocześnie deklarowanie: Ťnie jesteśmy wrogami władzy radzieckiejť. Domyślam się, że chodziło o branie pieniędzy z obu stron". Pani Fenelli za domyślność winna dostać celującą notę.
Lewacka "dysydenteria" (można mylić z dyzenterią) postkomunistyczna lat 80. miała już kilkuletni staż, nie lubiła więc gdy jej wodzom (np. Kuroniowi, eks-szefowi bolszewickiego harcerstwa), jej trubadurom (np. Konwickiemu, stalinowskiemu stupajce kulturowemu) i jej samej przypominano byłe prostytucyjne wysługi i piruety. Dlatego chłoszcząca ich tyrada Herberta w "Hańbie domowej" wywołała furię "salonów". Odtąd przepaść między "księciem poe-tów" a lewicującą inteligencją "opozycyjną" powiększała się już nieubłaganie, by apogeum osiągnąć w latach 90., które celnie streszcza J. Galarowicz: "Niegdysiejsi piewcy komunizmu, jego wierni słudzy, ludzie skompromitowani - naukowcy, artyści, dziennikarze - stają na czele budowniczych nowych czasów, wracają (w przebraniu socjaldemokratów, liberałów, europejczyków) na pierwsze strony gazet, gorliwie naród pouczając, radząc mu itp. Zdrajcy sugerują, że należą się im pomniki. W najwyższej cenie są konwertyci - ludzie, którzy odeszli od komunizmu. Prawdziwi patrioci, spychani na margines, są bezradni". Właśnie ta bezradność Dobra wobec rozpanoszonego Zła mobilizowała Herberta jako rycerza piętnującego nikczemników. A właśnie te jego rycerskie harce przeciwko "samym swoim" mobilizowały ich do zadawania mu ciosów. Hersztem wrogów Herberta został A. Michnik.
Michnik był zawsze heroldem wojującej lewicy (komunistów zwał Prometeuszami), tej lewicy, o której P. Johnson pisze: "Lewica zawsze jest zdolna do popełniania niesprawiedliwości, i zawsze gotowa jest tłumić prawdę w imię własnej, wyższej racji". Tak właśnie uczynił Michnik już na samym progu III Rzeczypospolitej, krzykiem broniąc z trybuny sejmowej złodziejskiego majątku PZPR (" - Co ja tu słyszę?! Nienawiść!") i gwałtownie się przeciwstawiając jakiemukolwiek rozliczeniu zbrodniarzy komunistycznych, czyli torpedując sprawiedliwość w jej najoczywistszym, elementarnym wymiarze. Tę abolicjonistyczną ideologię rozwinął później do rangi żelaznej doktryny, stając się gensekiem całego nadwiślańskiego bloku antylustratorów i antydekomunizatorów. Zjednało mu to wielu sympatyków wśród "europejczyków" i esbeków (swego czasu cytowano pewnego majora bezpieki, charakteryzowanego przez ofiary jako szczególnie bestialski oprawca, który piał na temat Michnika:
" - Co za wspaniały, mądry człowiek!"). Równocześnie jednak rosły szeregi ludzi, których zdumiewała, konsternowała, wreszcie przerażała zapiekłość, z jaką Michnik wybiela katów i broni ich przed wszelką odpowiedzialnością, choćby tylko moralną.
Herbert zaczął kontestować tę michnikiadę w tym samym 1990 roku, w którym i ja wytoczyłem pierwsze antymichnikowskie działa. Ja na stronicach "Lepszego" (gdzie m.in. proponowałem polskiemu społeczeństwu, by obrało sobie Michnika Ubu-królem); Herbert pisząc list otwarty do S. Barańczaka (gdzie atakował bronionych przez Michnika "samych swoich", grzmiąc: "I to jest ich historyczna wina, której, co gorsza, nie potrafią odpokutować choćby skromnym przyznaniem się. Przeciwnie, zacierają ślady i chodzą pomiędzy nami jako niewinne ofiary"). Kilka lat później, gdy torpedujące sprawiedliwość praktyki Michnika (już potentata medialnego) szerzyły coraz większe spustoszenie etyczne - Herbert i ja coraz mniej przebieraliśmy w słowach. Opublikowałem wiele tekstów piętnujących działalność Michnika, prezentując go jako Mefistofelesa tumaniącego społeczeństwo i zatruwającego duszę narodu; głównym wśród tych tekstów był artykuł o rutynowej kłamliwości "Gazety Wyborczej", pt. "Ministerstwo prawdy" ("Tygodnik Solidarność" 20-V-1994). Pisałem m.in.:
"Czuję do Michnika i jego stachanowszczyzny pogardę i obrzydzenie. Cóż bowiem innego jak wstręt można czuć do byłego "dysydenta", który kumpluje się z Urbanem i Kiszczakiem, chla bruderszaftowe wino z Jaruzelskim i Kwaśniewskim, toczy rozpaczliwą walkę przeciw lustracji (a więc przeciw deagenturyzacji Rzeczypospolitej), ogłupia i deprawuje Polaków apologią relatywizmu moralnego, leseferyzmu, permisywizmu etc., przez całe lata trzyma nad komuną ochronny parasol i staje się heroldem-symbolem tej różowej koterii UD-ckiej, co doprowadziła Polskę do stanu zawałowego pod względem etycznym?".
Herbert był w trudniejszej sytuacji niż ja, gdyż swego czasu przyjaźnił się z Michnikiem. Ale Herbert był człowiekiem, dla którego - jak to mówiąc o nim ujął J. Trznadel - "prawda była ważniejsza niż względy towarzyskie". Herbert uznał (całkowicie słusznie), że Michnik stając po stronie jawnego Zła zdradził swoich przyjaciół ("Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół!" - to słowa Herberta z roku 1994), wykazując owym przeniewierstwem karygodną nielojalność. W lipcu 1999 roku żona Herberta, udzielając wywiadu miesięcznikowi "Tysol" (dodatek "Tygodnika Solidarność"), przypomniała: "Zbyszek nie uznawał nielojalności".
Katalog surowych sądów Herberta o Michniku jest bogaty; kilka cytatów: "Wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość - zawiodłem się"; "On stacza się po równi pochyłej"; "Cynizm i najpospolitszy nihilizm"; "Jest on klasycznym przykładem kariery komunistycznego Dyzmy" itd., itp. Inni dawni przyjaciele bądź znajomi Michnika (np. L. Dymarski) wyrażali sądy podobne. L. Kaczyński rzekł: "Niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu nienawiści w życiu publicznym jak Adam Michnik". G. Herling-Grudziński: "Michnik winien pójść do dobrego psychiatry". R. Ziemkiewicz: "Michnik to leninowski "pożyteczny idiota", miotany jakimiś zapiekłymi kompleksami i urazami (...) To pajac".
R. Lazarowicz stwierdził przed paru laty, że Michnik "ma szczególną inklinację do otaczania się kanaliami". Fakt, ale Michnika otaczają nie tylko jego esbeccy i nomenklaturowi kumple, czy gromada jego pokornych wyrobników (etatowych dziennikarzy "GW") - ma on również wielką hordę miłośników wśród "inteligencji" (przesiąkniętej lewicowością i fałszywym humanizmem typu "polityczna poprawność") i wśród trzeciorzędnych "ludzi pióra", miałkich pismaków, gotowych hagiografować swego guru bezwstydnie i bronić go zawzięcie. A. de Saint-Exupéry pisał: "Jeśli pozwolisz, by robactwo się rozmnożyło - rodzą się prawa robactwa. I rodzą się piewcy, którzy będą je wysławiać". Taki właśnie mydłek schlastał dopiero co "prawem robactwa" moje (w dużej części antymichnikowskie) "Stulecie kłamców" na łamach "Nowej Res Publiki" (periodyk M. Króla, Smolara, Jastruna-juniora i podobnych), opluwając tę książkę jako produkt "antyliberała", "antykomunisty", "ciemnogrodzianina", wroga "grubej kreski" itp., a wreszcie nieomal przepraszając "samych swoich", że w ogóle pisze o Łysiaku, i kończąc "w nadziei, że to już ostatni tekst, jaki ukazał się o twórczości Waldemara Łysiaka" (sic!). Przy tym wszystkim nie ukrywał, że broni Michnika, Małachowskiego i Mazowieckiego, krytykowanych przez Łysiaka. W drugiej połowie lat 90. Herbert inkasował podobne uszczypliwości lub epitety od takich samych lizusków ze sfory michnikowskiej, lecz żeby go doszczętnie pognębić gazeta "Adasia" wytoczyła dużo cięższe armaty przeciwko "księciu poetów", sugerując m.in. jego bezpieczniackość i niepoczytalność.
Widząc ogrom Zła zalewającego "wyzwoloną Rzeczpospolitą" - ogrom hańby usprawiedliwianej piórami kundli Michnika - i chcąc walczyć przeciwko temu, Herbert szukał medialnej platformy dla swej walki. Robił różne próby, by wreszcie podjąć decyzję oczywistą - wybrał najprzyzwoitszy i najodważniejszy tygodnik antykomunistyczny: "Tygodnik Solidarność", będący zarazem głównym medialnym adwersarzem Michnika. Od roku 1994 ukazywały się tam wywiady i teksty Herberta budzące wściekłość "GW". Kontruderzenia michnikowców też były ciężkie; za największe uchodzi "szlaban", jaki "sami swoi" postawili we wpływowych międzynarodowych kręgach dla kandydatury Herberta do literackiej Nagrody Nobla, podsuwając "na zamianę" słabszą poetkę, ale "swoją" (ta pani jest faworyzowanym rymopisem "GW", obok Miłosza) - jednak tego nie da się udowodnić, bo ten cios nie ma formy pisemnej jako dowodu. Dowieść można innych nieprawości Michnika wymierzonych w "księcia poetów".
Szczególnie obrzydliwe chwyty antyHerbertowskie wyprodukowała "Gazeta Wyborcza" po śmierci geniusza, w roku 2000, gdy "salony" vel "środowiska" wiedziały już, że film Zalewskiego da każdemu możność wysłuchania sądu Herberta: " - Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny". Wiosną roku 2000 (Zalewski kończył właśnie montaż filmu) "GW" publikuje rozmowę swoich czołowych amazonek (A. Bikont i J. Szczęsna) z Herlingiem-Grudzińskim, w taki sposób żonglując słowami, by Herbert zaczął się jawić czytelnikom jako ubecki kapuś.
W. Wencel nazwie to później "manipulacją", która była "równoznaczna z sugestią współpracy poety ze służbami specjalnymi PRL". Podobnie piętnowali wybryk "GW" inni spośród nielicznych uczciwych dziennikarzy i publicystów. Sam Herling zdążył (tuż przed swą śmiercią) zaprotestować gwałtownie przeciwko wykorzystywaniu jego nazwiska do takich brudnych trików. Dwie spryciule, które go wmanewrowały w robienie bezpieczniackiej "gęby" Herbertowi - nazwał pogardliwie (i może aluzyjnie) "paniami śledczymi".
Sztuczka z "TW" Herbertem nie wyszła, sięgnięto więc do środka ostatecznego - do chorobliwej nieodpowiedzialności za słowo, czyli do dewiacji starzejącego się piernika. Już przed paru laty "Gaduła Wyrodna", piórem jednego ze swych "strzelców wyborczowych", przezwała Herberta Stevensonowskim wampirem Hyde’em, sugerując tym patologiczność jego umysłu. Później (po śmierci Herberta) T. Jastrun tłumaczył, że w latach 90. Herbert "dał się użyć" (sic!) jako "młot na polskich intelektualistów", czym "przekroczył granice smaku", a wszystko to wskutek "okresowych stanów depresji" (klarowna parabola wobec znanej medykom "depresji maniakalnej"). Wszelako takie głosy mogły być uznane za zwykłe ujadanie wrogów. Gdyby jednak potwierdziła tę diagnozę sama żona - można byłoby Herberta lat 1990-1998 osadzić w wariatkowie "elegancko". Sięgnięto więc do żony. I ta udzieliła wrogom męża rajcującego ich wywiadu!
Sam fakt, że pani H. podjęła współpracę z "GW", jest rzeczą wstrętną - jest policzkiem wymierzonym zmarłemu mężowi przez wdowę - bo "książę poetów" zadeklarował publicznie (w liście do S. Remuszki już A.D. 1992), że nigdy nie będzie drukował na łamach gazety Michnika. Druga obrzydliwość (jeszcze większa) to fakt, iż pani H. postponuje męża dzięki łamom szmaty, która dopiero co "złożyła na nieżyjącego Herberta nikczemny donos" (jak to trafnie ujął L. Dymarski). Wreszcie trzecia hańba (główna) to ględzenie pani Herbertowej, że wskutek nagłej słabości ciała i ducha Herbert gadał przeciwko "Adamowi" i jego komilitonom "bardzo dużo złych rzeczy", których wszakże nie myślał, ino tak mu się paplało chorobowo pod wpływem złych ludzi ("Stał się bezbronny jak dziecko. I różni cwaniacy go za nos wodzili"), więc trzeba te "bardzo niesprawiedliwe sądy Zbyszka o ludziach" co rychlej wykreślić z jego życiorysu. Cały ten wywiad służy właśnie preparowaniu trupa - przemalowywaniu Herberta zamalowywaniem czarną cenzorską farbą jego wieloletniego, bezkompromisowego i absolutnie niedwuznacznego politycznego wyboru. Sam fakt urządzenia przez "Gadułę Wyrodną" tej manipulacji to wzorcowa wręcz nikczemność l la Michnik. L. Kaczyński już parę lat temu zarzucił Michnikowi "wykorzystywanie skrajnie nikczemnych metod". Michnik się od tamtej pory nie zmienił - jest to podłość niereformowalna.
Wywiad przeprowadził stary giermek Michnika, J. Żakowski, ten sam, co niegdyś przeprowadził ze swym "capo" książkowy wywiad-rzekę, podczas którego "Adaś" zapewnia czytelników: " - Chrystus mnie umiłował". Rozmowa z panią H. też wypełniłaby małą książeczkę - wywiad zajął sześć bitych kolumn drobnego druku. Żakowski, świadom niebezpieczeństw i świadom roli "zeznań" pani H., prowadzi tę długą rozmowę w sposób (trzeba mu to przyznać) bezbłędny. Przybiera pozę i ton, które można określić mianem "kreacja na przyjaciółkę" - jest cały czas ciepłym, swojskim, współczującym, wręcz tulącym się troskliwie do rozmówczyni zwierzeniobiorcą, pełnym humanitarno-humanistycznych wahań i rozterek, nucącym melodię współbrzmiącą, gotowym w każdej chwili cofnąć się lub poddać. Już pierwszym pytaniem sygnalizuje swą rzekomą słabość, co ma ośmielić panią H., vulgo "przełamać lody": " - Nie jestem pewien, czy w ogóle powinniśmy rozmawiać. Boję się tej rozmowy". Spytany dlaczego się boi, wyjaśnia: " - Bo bardzo bym nie chciał sprawić Pani przykrości ani wydrukować niczego, co sprawiłoby przykrość Pani mężowi, którego podziwiam (...) Ale tylko Pani może powiedzieć, kim on był naprawdę".
No więc mówią sobie "kim on był naprawdę", ale nie tylko on - cała trzecia strona wywiadu poświęcona została wybielaniu komunisty Miłosza. Miłosz, w dobie stalinowsko-bierutowskiej dyplomata reżimu - w roku 1992 zapewniał: "Nie macie pojęcia jaką fascynującą przygodą intelektualną był komunizm". Innym razem ocenił tamten etap swego życia per: "Uprawiałem prostytucję", wszelako ze swoją lewicowością niezbyt daleko odszedł od "uprawiania", co Herberta gniewało i pchało do ataków na kolegę. Duet Żakowski-Herbertowa tak długo wałkuje ów problem (problem wojny, którą Miłoszowi wytoczył Herbert zdegustowany "samą swoją" postawą Miłosza) - tyloma pokrętnymi pytaniami i odpowiedziami - że w końcu człowiek zaczyna myśleć jak amerykański republikanin: "Ile razy jeszcze trzeba przeliczyć głosy, żeby wygrał Al Gore?". Ile trzeba gadania, żeby Miłosz wyszedł z tej afery bez szwanku, a Herbert z "image’em" maniaka-awanturnika czepiającego się bez sensu?
Użyłem słowa "duet" nieprzypadkowo. Prowadzona umiejętnie pani H. robi z męża błazna mającego rozdwojenie jaźni - co innego głoszącego, a co innego myślącego. Zresztą jeśli nawet myślał coś złego o "samych swoich", to nie powinien był mówić, tak się nie robi, nie wypada, nie uchodzi, "salony" tego nie lubią, a fe! Czytamy: "... nie wszystko się mówi, co człowiek czasami pomyśli czy poczuje". A "Zbyszek", mający tylko "czasami" takie głupie myśli, generalnie przecież myślał coś zupełnie innego, niż mówił. A plótł tak bez sensu, bo już był chory. Czytamy: " - Nieraz zachowywał się przecież zupełnie inaczej, niż sam by sobie życzył. To go rujnowało". Gdy "obiektywizm" pani H. chwilowo słabnie - pan Ż. szybko spieszy z pomocą:
" - Ale jednak on sam te wszystkie rzeczy, różne straszne rzeczy, powiedział...". Gdy zaś "poprawiająca" męża pani H. zdaje się być bliska załamania, "wywiadowca" cofa się jak ślimak do swej skorupy (" - Zawsze możemy przerwać") lub odgrywa współbolejącą "przyjaciółkę" (" - Nie musi mi Pani wszystkiego tłumaczyć. Wiem, że to jest trudna rozmowa, dla Pani i dla mnie. I słucham z podziwem, jak Pani potrafi o tym opowiadać"). Opowiadają więc sobie w tandemie o aberracjach "księcia poetów".
L. Dymarski, przeczytawszy ów śliski dialog, napisał: "Pani Herbert, jak sądzę, nie zdaje sobie sprawy, że mówi o zmarłym Mistrzu źle". Moje wrażenie jest zupełnie inne - rozmawiająca z panem Ż. pani H. doskonale zdaje sobie sprawę jakie zamówienie realizuje, i robi to świadomie aż nadto. Zgadzam się natomiast z kolejnym (lekko kpiarskim) zdaniem Dymarskiego: "Odnosi się wrażenie, że pani Katarzyna dzielnie, milcząco, ale źle znosiła Ťopcjęť Herberta, i dopiero teraz, po śmierci poety, stara się to naprawić". To samo przypuszcza W. Wencel: "Żona poety stara się więc wymazać ostatnie osiem lat życia Herberta ze względu na własne kontakty towarzyskie i bardzo widoczne w rozmowie sympatie polityczne". Teza jest więc taka: Herbert poślubił kobietę o zupełnie innych niż jego własne sympatiach salonowo-politycznych, lecz ona dla dobra ich związku tłumiła swoją "opcję", i dopiero wyzwolona zgonem poety mogła dać publiczne ujście tym swoim proudeckim, promichnikowskim sympatiom. Jest to zapewne prawda, ale nie do końca, bo osławiony dialog z "GW" stanowi ewidentnie doraźną transakcję mającą podreperować aktualny status "salonowy" pani H. Kluczem był tu główny medialny wróg "Gazety Wyborczej" - "Tygodnik Solidarność".
Widząc w Michniku lidera, więcej: symbol tej formacji, która hańbi i deprawuje III Rzeczpospolitą - Herbert, jak już wspomniałem, od roku 1994 związał się mocno z "Tysolem". Mocno, znaczy: właściwie monopolistycznie, gdy idzie o walkę polityczno-etyczno-kulturową. A z kim innym miał się wiązać? Z "Najwyższym Czasem", którego sternik, J. Korwin-Mikke, wyraża wobec gen. Jaruzelskiego szacunek równy "braterstwu" między Michnikiem a "Jaruzelem"? (K. Herbertowa: "Zbyszek Jaruzelskiego po prostu nienawidził. Uważał, że jest to człowiek, który spodlił Polskę. A "Gazeta" Jaruzelskiego broniła. To stworzyło przepaść między Adamem a Zbyszkiem zanim jeszcze ostatecznie wróciliśmy do Polski"). Lub może miał się wiązać z "Gazetą Polską", której szef, P. Wierzbicki, dziś już otwartym tekstem pieje hymny pochwalne pod adresem Michnika jako "oryginalnego politycznego wizjonera"? (notabene wiceszefowa "GP", niegdyś publikująca u Kwaśniewskiego, dziś publikuje u Michnika). Pragnąc zachować czyste sumienie - Herbert nie mógł wybrać innej gazety jak "Tygodnik Solidarność". "Tysol" stał się dla "księcia poetów" platformą publicystycznej krucjaty. Czas odwetu przyszedł teraz, gdy "Gadule Wyrodnej" udało się skaptować wdowę Herbertową.
Prawie cała ostatnia kolumna wywiadu pana Ż. z panią H. poświęcona jest rozstrzeliwaniu naczelnego redaktora "Tygodnika Solidarność", Andrzeja Gelberga, i samego "Tysola"; cytuję fragmenty: " - Zbyszek powiedział: "Nie mam gdzie drukować, to będę tu drukował"(...) I wtedy nagle znalazł się w środowisku, z którym nigdy nic go nie łączyło (...) Znalazł się w świecie, do którego przecież nigdy nie należał. Już nad tym nie panował (...) Stał się bezbronny jak dziecko. I różni cwaniacy za nos go wodzili (...) Oni po prostu próbują sobie Herberta przywłaszczyć (...) A ja marzę o jednym: żeby postać Zbyszka nareszcie przestała być używana do robienia taniej polityki przez ludzi, którzy w ostatnich latach życia zaczęli go oklejać". I tak dalej, i tym podobnie. Muzyka dla uszu Michnika. Jest czymś szczególnie paskudnym wobec czytelników - jest zwyczajnym robieniem durnia z czytelnika "GW" - gdy pani H. w jednym miejscu nieopatrznie przyznaje, iż "Zbyszek" sam zwrócił się do "Tysola", bo "chciał walczyć z komunistami, których nienawidził", a trochę dalej pani ta zapewnia gorąco, że środowisko antykomunistów było mu duchowo obce, było "światem, do którego nigdy nie należał" i "z którym nigdy nic go nie łączyło", zaś antykomuniści-antymich-nikowcy to "cwaniacy", co "za nos go wodzili" i "przywłaszczali sobie" nieomal wbrew jego woli! Ten szokujący przyjaciół Herberta słowotok, szpikowany krzywdzącymi wtrętami typu "Gelbergowi to bardzo dogadzało" - ma wręcz upiorny charakter, przeczy bowiem logice, rzeczywistości, faktom, i głęboko obraża Zbigniewa Herberta (antykomunistę ze stażem kilkudziesięcioletnim, i antymichnikowca ze stażem ponad dziesięcioletnim!). Będąc profanacją jego pamięci - jest profanacją świeżych jeszcze zwłok "księcia poetów".
Sformułowanie "upiorny charakter" to ciężkie sformułowanie, winienem je tedy godziwie (bardziej szczegółowo) uzasadnić. Pani H., udzielając "GW" wywiadu (wywiadu w sumie antymężowskiego), nicuje prawdę nie tylko wielokrotnie, ale i dubeltowo - tym, co mówi, i tym, czego nie mówi, co wstydliwie pomija. Mówi, że Herbert został przez antykomunistów-antymichnikowców właściwie zgwałcowny ("oklejony", "przywłaszczony" etc.), bo był już "bezbronny jak dziecko". Przeczy to drodze życiowej Zbigniewa Herberta, przeczy jego wieloletniej walce piórem, przeczy jego czystej duszy, przeczy jego świadomym wyborom - brzmi równie nonsensownie jak brzmiałoby twierdzenie, że moderniści siłą lub podstępem zmusili Picassa do opozycji wobec realizmu iluzyjnego.
J. Trznadel: "Cała ta, wyrażona przez żonę poety, rewizja poglądu Herberta jest według mnie nie tylko nieprawdziwa, ale i szczególnie małoduszna". Nadto pani H. sugeruje bezwłasnowolność mentalną (chorobową) poety w ostatnich latach życia, co - gdybyśmy w to uwierzyli - zmuszałoby do przypuszczeń, że jego wspaniałe rymy i eseje z tych lat pisały za niego jakieś krasnoludki lub inni "murzyni".
Ciekawe jest również to, co pani H. przed panem Ż. ukryła. Ponieważ zgodnie z oczekiwaniem piętnowała ile wlezie naczelnego redaktora "Tysola" i całe środowisko "Tygodnika Solidarność" jako "cwaniaków", którzy poetę "za nos wodzili" - niezręcznie jej było wspominać, że na pogrzebie Herberta redaktor Gelberg (antykomunista od zawsze i antymichnikowiec od dziesięciu lat) był bodajże jedynym człowiekiem, któremu padła w ramiona, by wyszlochać swój ból. Wcześniej, gdy znany antybolszewik, prezydent Kwaśniewski, wyraził chęć (tuż po zgonie "mistrza") udekorowania antykomunisty Herberta - zapytana o zgodę małżonka zwróciła się z prośbą o radę do Andrzeja Gelberga i rady tej (nie przyjmować!) usłuchała (pewnie była wtedy także "bezbronna jak dziecko"). Równie niezręczne byłoby wspominanie jak bardzo była wniebowzięta, gdy pierwszą rocznicę śmierci "księcia poetów" "Tysol" uczcił wspaniałym koncertem na jego cześć (rymy Herberta śpiewali Niemen, Szczepanik i Gintrowski) - odtwarzano wówczas z taśmy magnetofonowej głos poety, a pani H. wyrażała swą serdeczną wdzięczność ludziom, którzy według jej nowej (dzisiejszej) wersji rzeczywistości robili "tanią politykę" kosztem Herberta. A już najbardziej niezręczne byłoby ujawnianie "przyjaciółce" (gazecie Michnika), że w maju 1999 roku pani H. sama poprosiła "Tygodnik Solidarność", by przeprowadził z nią wywiad (wywiad pt. "Mój Zbyszek", bardzo obszerny, kilkukolumnowy, ukazał się na łamach "Tysola" dwuodcinkowo - w czerwcu i lipcu 99). Tak ją "opletli" ci niegodziwi "cwaniacy"! Dzięki Bogu, dzięki "Adasiowi", którego "Chrystus umiłował", i dzięki panu redaktorowi Żakowskiemu, którego "Adaś" namaścił - oprzytomniała.
Dzisiejsza radykalna zmiana frontu przez wdowę po Herbercie jest demonstracją pragmatyzmu. Pani H. zauważyła, że antykomuniści i antymichnikowcy są nad Wisłą w odwrocie, że to nie "Tysol", lecz "Gazeta Wyborcza" modeluje opinię publiczną i daje przepustki do salonów, żłobów i laurów - cóż więc mogła zrobić? Wykonała spektakularną woltę (tym łatwiejszą, gdy zgodną z wewnętrzną "opcją" pierwotną), gwiżdżąc na to, że mąż się w grobie przewraca. Gwizdał na to również red. Żakowski, wbrew swym zapewnieniom, iż nie chciałby "wydrukować niczego, co sprawiłoby przykrość Pani mężowi, którego podziwiam". Wydrukował stek "insynuacji" o Herbercie, czyniąc z geniusza marionetkę ubezwłasnowalnianą przez chorobę i przez wrogów bossa pana Ż. Ciekawy hołd dla człowieka, którego się podziwia.
"Sami swoi" - przy całej ich potędze medialnej (opiniotwórczej), dzięki której zawładnęli Polską - mają jednak bolesny kłopot: nie zdołali skompletować stuprocentowo swej sfory, brakuje im paru "wielkich nazwisk". Rzecz charakterystyczna - wszystkie "wielkie nazwiska" wysługujące się im lub sprzyjające im to "umoczeńcy" - umoczeni w stalinizm, marksizm i lewactwo. Miłosz i Konwicki pracowali dla czerwonego reżimu, Mrożek wzywał do "czujności pisarza (...) na podstawie marksistowskiego światopoglądu", Kapuściński wyrażał jedno życzenie: "Chciałbym całym sobą, jako członek Partii, służyć nieśmiertelnej idei Stalina", Szymborska pluła na religię, reklamując Lenina jako "Adama nowego człowieczeństwa", a Lem pluł na zachodni system "rządzenia terrorem", tłumacząc, iż "całkowicie odmiennie jest w społeczeństwie budującym socjalizm" itd., itp. Natomiast "wielkie nazwiska" nie umoczone - pozostawały oporne wobec "salonu" monopolizowanego przez "samych swoich". Dochodziło tu zresztą do bulwersujących "qui pro quo", choćby wtedy, gdy L. Tyrmand ujawnił swoje antysalonowe poglądy ("zoologiczny antykomunizm"), suchej nitki nie zostawiając na "elicie". Taki sam numer wyciął im S. Kisielewski ("Kisiel"), uważany przez "samych swoich" za swojaka - rzetelnym "Dziennikiem" skopał "salon" bez litości i bez respektu, wywołując chóralny skowyt "elity kulturalnej". Również Herberta "salon" uważał za swojego, a tu "Zbyszek" zaczął się im wymykać w latach 80., by w 90. rżnąć ich już po faryzejskich mordach gołą pięścią. Herling-Grudziński także pokazał im zgięty łokieć, nie szczędząc słów bardzo krytycznych, czasami wręcz obelżywych. To bolało, gdyż było klęską prestiżową tout court. O mnie nie ma co mówić - zawsze toczyłem wojnę przeciwko tej bandzie szumowin intelektualnych i politycznych łotrów, a kłopot ze mną wciąż polega na tym, że wszystkie edycje moich książek biją rekordy sprzedaży, zaś ta najbardziej antymichnikowska - "Stulecie kłamców" - ma już wprost astronomiczny nakład (od prawie roku nie schodzi z list bestsellerów). Problem - co z tym zrobić?
Jedyna metoda kontrowania żywego - oczerniać. Jedyna sensowna metoda przeciwko zmarłemu - neutralizować procesem reinterpretacji jego poglądów. Zabieg wydawałoby się niewykonalny, lecz przy pomocy żony taka akrobacja jest do pomyślenia. I do zagrania. Co właśnie uczyniono z Herbertem na łamach "GW". C. Michalski: "Herberta nie sposób zniszczyć, więc się go dosyć agresywnie reinterpretuje". Fakt - niszczyć (obmową, kłamstwem, błotem rzucanym przez renegatów) można takich ludzi jak sędzia S. Nizieński, jeden z najszlachetniejszych i najdzielniejszych rodaków (ów "sprawiedliwy w Sodomie" procedurami prawnymi eliminuje esbeckie szczury, deratyzując kraj). Ze zmarłym poetą takie chwyty nie są możliwe, lecz można spróbować - wbrew faktom - wytworzyć fałszywą mitologię, wchłaniając go do szeregu swojej formacji "post mortem". Historia zna wiele przypadków "zapisywania trupa do partii". Czy szykowana (jak słyszałem) piórami "pań śledczych" Michnika (Bikont i Szczęsnej) książka o Herbercie będzie kolejnym etapem megamanipulacji? Przestrzegam: "korniki" (vide motto), nie kontynuujcie tego procederu, bo dzięki ludziom takim jak ja i dzięki współczesnej technice (taśma magnetofonu) Herbert będzie wam wciąż zza grobu powtarzał swój definitywny sąd o waszym idolu rodem z piekła: " - Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny".

powrót do strony głównej


now@ on-line dwutygodnik Internautów      http://nowamedia.w.interia.pl