| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: dzień
jakich wiele
bajdula: burak wydania: Magdalena: ci
mężczyźni
czy mężczyzna może być kobietą Mariusz Dastych: StefanDetko: |
AKI Dzień, jakich wiele
Cała rodzina od dawna już czekała na ten marcowy, sobotni wieczór. Mają przecież jeszcze w pamięci przyjęcie, które odbyło się w roku ubiegłym. A bawiono się wówczas doskonale. Teraz też z pewnością wszystko świetnie się uda. Trwają ostatnie przygotowania przed wyjściem, krzątanina pośród której co chwila rozlega się perlisty śmiech. Humory dopisują. W końcu wsiadają do samochodu. Na przyjęcie odwiezie ich sąsiad. Wiadomo, trzeba przecież będzie spełnić toast. Jeden z dwójki nastoletnich synów trzyma na kolanach tort. To niespodzianka na dzisiejszy wieczór. Drugi chłopak głośno się zastanawia nad skutkami gwałtownego hamowania. Znowu wszyscy wybuchają śmiechem. W samochodzie jest ciepło, przytulnie z radia płynie cicha muzyka. Dojechali do skrzyżowania z drogą dwupasmową. Pali się czerwone światło. Samochód się zatrzymuje. To już niedaleko. „No i jedziemy, mamy zielone” – powiedział po chwili postoju jeden z pasażerów. Samochód wolno ruszył z miejsca... Dyżurka Pogotowia Ratunkowego. Telefony odbiera kobieta w białym fartuchu. Nie jest jednak ani lekarką ani pielęgniarką. Przepis taki. Dyżur objęła jakieś półtorej godziny temu. Mimo to odebrała już wiele telefonów. Jedne były z gatunku tych chamskich i wulgarnych, ale do nich zdążyła już przywyknąć. W innych pytano o czynne o tej porze apteki. W jeszcze innych proszono o pomoc. Znowu zabrzęczał dzwonek. Kolejny telefon. Kobieta spokojnym, opanowanym głosem wypytuje o szczegóły. Robi przy tym jakieś notatki. W końcu odkłada słuchawkę. Z głośników słychać komunikat „wyjazd sekcji nr 3”. To tzw. eRka, karetka reanimacyjna. Pierwszy pojawia się kierowca. Czyta adres i podchodzi do planu miasta wiszącego na ścianie. „Najszybciej będzie dwupasmówką” – myśli. Jest też lekarka i sanitariusz – to prawdopodobnie coś z sercem. Wsiadają do samochodu i karetka ostro rusza. Jadą dość szybko. W oknach mijanych domów odbija się niebieskie światło sygnalizacyjne. Wielotonowy sygnał dźwiękowy niesie się echem przez ulice i zaułki. Jakiś przechodzień przystanął na moment, popatrzył na pędzącą karetkę „ktoś umiera, albo się rodzi” – pomyślał i poszedł w swoją stronę. Przez miasto przejechali bezpiecznie. Są już na drodze dwupasmowej. Lekarka z sanitariuszem rozmawiają o czymś, śmieją się. To ich praca, zdążyli się już przyzwyczaić. Tylko kierowca jest skupiony. Jedzie z prędkością przekraczającą 100 kilometrów na godzinę. Pomimo to prowadzi pewnie i dla niego to nie pierwszyzna. Droga jest sucha, widoczność dobra, ruch stosunkowo mały. Szybko zbliżają się do skrzyżowania. Sygnalizator świetlny rośnie w oczach. Zielone światło, które przyjaźnie świeciło od dłuższej już chwili, nagle zmieniło się na żółte. „Zdążymy, inni kierujący z pewnością nas zauważyli, poczekają”... I rzeczywiście, samochody stoją. Jednakże nie wszystkie, bo oto jeden z samochodów ruszył... Oba te pojazdy wyjechały w różnym czasie, w różnych celach z dwóch różnych, odległych od siebie o kilkanaście kilometrów miejsc. Trasa ich przejazdu przecinała się tylko w tym jednym punkcie. Tam też się spotkały... Teraz zewsząd już słychać dźwięki syren. Ten cichy i spokojny dotąd wieczór zamienił się nagle w kakofonię dźwięków. Wszystkie samochody „uprzywilejowane” jadą w tym samym kierunku. W jednym z tych samochodów jadą strażacy. Wewnątrz atmosfera nerwowej niepewności. Tak jest zawsze podczas jazdy do wypadku. Oni już wiedzą, że są ofiary, że są ranni, że ktoś jest uwięziony we wraku samochodu. Najważniejszą teraz kwestią jest to, co zastaną na miejscu. Jaki widok tym razem zaatakuje ich wzrok, ich zmysły. Każdy z nich wyobraża to sobie na swój własny, straszny sposób. Ech, żeby już być na miejscu, zacząć coś robić, przestać rozmyślać. Czas jednak w takich chwilach płynie niemiłosiernie wolno, jakby się droczył. Tak jest zawsze gdy na coś usilnie czekamy, gdy czegoś bardzo chcemy. Dojechali. Teraz wszystko przebiega bardzo szybko. Krótka ocena sytuacji i działanie. Wreszcie działanie. Atmosfera tego miejsca szybko wszystkim się udziela. Grymasy bólu na twarzach rannych. Jacyś ludzie biegnący z noszami. Walające się wszędzie różne fragmenty samochodów. Gęstniejący tłum gapiów. A przy tym nieustające jęki syren, szczęk ciętych blach karoserii samochodu, którego marki nie sposób określić, krzyki ludzi, warkot silników. Przecinające co chwilę mrok zimne, niebieskie światła dodają jeszcze wrażenia niesamowitości wszystkiemu, co się dzieje wokoło. Od tego szalonego pędu, ruchu, bieganiny odcinają się wyraźnie trzy postacie. Leżą one nieruchomo i patrzą nic nie widzącym wzrokiem jakby zdziwione tym nagłym zamieszaniem. Ich majestatyczny bezruch nie pasuje do tego miejsca, ale nie dana im będzie już nigdy możność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Jedna z tych postaci w groteskowo – makabryczny sposób umorusana jest ciastem... Zewsząd słychać okrzyki typu „dramat”, „tragedia”, „nieszczęście”, „tacy młodzi”... A ponad tym, gdzieś z góry spogląda pewnie na wszystko duch kobiety, żony i matki leżących nieruchomo postaci. Zastanawia się ona pewnie czy pozostać wśród żywych, czy też odejść z tymi, których kochała. W końcu dokonała wyboru. Po dwóch dniach zerwała cieniutką nić łączącą ją jeszcze z życiem i odeszła na zawsze, do swoich... Nareszcie koniec. Wszyscy wracają lekarze, sanitariusze, strażacy, policjanci. Kolejny raz widzieli oblicze śmierci. Wszyscy oni chcą jak najszybciej zapomnieć, wyrzucić z pamięci stojące ciągle przed oczyma obrazy „tej” nocy. To jednak nie łatwe. Ale z czasem się uda. Zawsze się udaje. Przecież kiedyś znów zabrzmi dźwięk dzwonka... Niektórzy w sposób inny niż zwykle, bardziej czuły przywitają się z żonami czy dziewczynami. Inni więcej czasu niż zwykle poświęcą swoim dzieciom, będą dla nich bardzie pobłażliwi. Kilku przez parę dni będzie bało się usiąść za kierownicą. A może będą i tacy, którzy powiedzą - ot dzień jakich wiele... | |||