now@ on-line 19 marzec 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

AKI:

naród wybrany

.Barman:

Callineczka:

czy cała Polska skacze?

Diana:

nie wierzę

prof. Ivo Cyprian Pogonowski:

Joanna:

za chlebem

Kasia Kordyl:

Magdalena:

odjazd w macierzyństwo

#Marcel:

StefanDetko:

szeol

Szaman Falarek:

ZIM:

zbliża się kres panowania

uniwersytet now@:

Krzysztof Smoliński:

 
 

Joanna

Za chlebem

27 luty 2001 rok. Za oknem szaro-buro. Powoli wstaje kolejny dzień zimy – w tym roku rzeczywiście jest to zima. Dla mnie najbardziej ponura z dotychczasowych zim. W zeszłym roku o tej porze pisałam ostatnie rozdziały mojej pracy magisterskiej. Z prawdziwą, nie udawaną pasją. Wierzyłam, że to, co robię jest ważne – wzbogaci mnie o ważną wiedzę o świecie i o ludziach. Potrzebną wiedzę. Pracę napisałam oczywiście na piątkę...

Mija kolejny miesiąc, kiedy pozostaję bez pracy. Nie wiem już co jest ważne, co jest potrzebne: jaka wiedza, jaka postawa...? Kiedy rozpoczynałam moje poszukiwania pracy mówiło się głośno o tym, że trzeba być przebojowym, pewnym siebie i swojej wartości, wymagającym wobec siebie ale nie mniej wobec pracodawcy. Mówiło się: „ jeśli wyrzucają cię drzwiami, wejdź oknem!” Minęło kilka miesięcy. W dodatku „Praca” do „Gazety Wyborczej’ czytam, że pracodawcy już nie lubią tych pewnych siebie, wolą spokojniejszych, skromniejszych. Pokornych. Nie wiem, co jest trudniejsze: żebranie o pracę, płaszczenie się i przez to obniżanie poczucia własnej wartości, czy postawa pewniaka, nawet wbrew swojej osobowości, nawet, kiedy traci się wiarę...

Teraz to już bez znaczenia. Prawie 3 miliony osób nie ma pracy – bez względu na to, czy są pewni, czy niepewni siebie. Mogą stawać na głowie – nic im to nie pomoże.

Urząd Pracy w mojej miejscowości (ok. 13 tysięcy mieszkańców). Okazuje się, że jestem jedyna (na razie), która po ukończeniu studiów zarejestrowała się tutaj jako bezrobotna. To się nawet zgadza. Moi znajomi, którzy wyjechali stąd na studia nie mają zamiaru tu wracać. Podejmą prace jakąkolwiek, byle nie przyjeżdżać tutaj jako bezrobotni. Mi zależy na składkach na kasę chorych. To właściwie jedyny powód, dla którego co miesiąc stoję w kolejce, żeby podpisać się na liście. „Pani myśli, że znajdzie tutaj pracę? – pyta młody urzędnik. Rzeczywiście, przez chwilę tak myślałam. Szybko porzuciłam tę myśl – Nawet jeśli Pani coś znajdzie, mało płacą” – uśmiecha się znacząco. Jego uśmiech oznacza: „Chyba osoba wykształcona nie zadowoli się takimi zarobkami”. Każą mi przejść do pokoju pani, która nazywa się „doradca zawodowy”, czy coś podobnego. Pani rozmawia ze mną poufale, jak równy z równym. Doskonale zdaje sobie sprawę, że mogłabym ją świetnie zastąpić na jej stanowisku. Tym bardziej, że swoją edukację zakończyła na technikum ekonomicznym. Tak jak większość ludzi pracujących w tym urzędzie. Sporo młodzieży tutaj kończyło tę szkołę. To była szkoła, która dawała zawód. W przeciwieństwie do liceum ogólnokształcącego, po którym można było jedynie iść na studia. Ja skończyłam liceum, bo chciałam się uczyć dalej. Teraz moi rówieśnicy po technikum obsługują mnie w różnych urzędach w moim mieście. Ja nie mam pracy i nic nie wskazuje na to, żebym miała ją wkrótce dostać.

Pani doradca daje mi doskonałą radę: „ Niech Pani stąd wyjedzie do dużego miasta, i jak najprędzej znajdzie tam pracę. Pracodawcy źle patrzą na osoby, które długo po studiach nie pracują...” Rzeczywiście, wyjechałam do dużego miasta. Co do szybkiego znalezienia pracy – bardzo chętnie, proszę Pani! Bardzo chętnie...

Liceum ogólnokształcące i przedtem szkołę podstawową ukończyłam z wyróżnieniem. Na studiach nie wyróżniałam się, ale nauka nie sprawiała mi najmniejszych kłopotów. Zawsze byłam systematyczna, pilna. Nie jestem leniwa. Dużo czytam, jestem ciekawa świata i ludzi.

Nigdy nie wątpiłam w wysoką wartość mojej wiedzy, mojej postawy, mojego sposobu myślenia. Moją samoocenę potwierdzało niejednokrotnie uznanie egzaminatorów. Teraz to wszystko nie wystarcza, nie ma nawet znaczenia. Zaczynam tracić wiarę w siebie, wątpić w sens mojej nauki, czasami nawet w sens życia...

Moje koleżanki szybko dały za wygraną. Krótko po obronie prac magisterskich podjęły pracę w sklepach, jako ekspedientki ( nie wszędzie chcą przyjąć do takiej pracy osoby z wyższym wykształceniem – miały więc szczęście?!). Potrzebowały pieniędzy i tyle. Przedtem podjęły kilka nieudanych prób w miejscach odpowiadających ich wykształceniu. Na darmo. To mądre dziewczyny, znają języki obce, świetnie obsługują komputer. Skończyły filozofię, matematykę, historię, psychologię. Nie liczą na ciekawszą pracę, na lepsze zarobki. Na niewiele liczą. Stoją za ladą, umierają z nudów, czasami może nawet żałują, że zmarnowały tyle lat (i pieniędzy), żeby studiować. Nie widzą sposobu, żeby się stąd wyrwać. Jeśli zrezygnują z obecnej pracy, nikt nie zagwarantuje im lepszej (czy nawet jakiejkolwiek innej).

Ja chwilowo się uparłam i nie chcę pracować w sklepie. Uśmiecham się do pracowników doradztw personalnych nawet wówczas, kiedy słyszę :”niestety nie możemy Pani pomóc. Proszę szukać dalej.” Dopiero, kiedy wracam do mieszkania łzy kręcą mi się w oku. W skrzynce na listy nie ma żadnej informacji dla mnie. Nikt nie fatyguje się, żeby napisać parę słów:” Pani kwalifikacje nam nie odpowiadają”. Nie dość więc, że czuję się beznadziejnie niepotrzebna, to chwilami czuję, że w ogóle mnie nie ma. Kompletnie zignorowana. Na kilkadziesiąt wysłanych ofert otrzymałam jedynie dwie odpowiedzi (negatywne, ale zawsze to odpowiedzi). To prawie tak, jakbym nie dostała żadnej.

Więc łzy kręcą mi się w oku; po tysiąc razy rozważam (i zadręczam się tym) czy nie napisałam lub powiedziałam czegoś nie tak, czy nie tak się zachowałam. Nagle nabieram pewności, że jestem do niczego, że wszyscy patrzą na mnie z góry, że ludzie, których mijam na ulicy wiedzą, że jestem bezrobotna i patrzą na mnie karcącym wzrokiem. Jest mi wstyd i mam ogromne poczucie winy. Mam poczucie winy wobec moich rodziców. Czuję, że nie spełniłam ich oczekiwań. Kiedy więc kolejnego dnia rano budzę się, nie mam ochoty wychodzić z domu. Nie mam siły uśmiechać się do ludzi z doradztw i działów personalnych, którzy „nie mogą mi w niczym pomóc”. Chce mi się tylko płakać...

Nie chcę się poddawać. Zaraz po ukończeniu studiów dziennych podjęłam studia podyplomowe. Chce wierzyć w to, że ktoś w końcu doceni i zechce wykorzystać moją wiedzę. Mimo to, że nie mam doświadczenia (nigdy go nie zdobędę, jeśli nikt nie da mi szansy!). Zastanawiam się, czy wszyscy ci młodzi ludzie, którzy rozmawiają ze mną w miejscach, w których staram się o pracę, rozpoczęli pracę tam posiadając już kilkuletnie doświadczenie? Czy będąc licealistami pracowali już w wielkich firmach? Czy rzeczywiście jestem aż tak spóźniona?! Zastanawiam się, co stanie się z masą wykształconych młodych ludzi, którzy nie znajdą sobie nigdzie miejsca? Co stanie się z dziewczynami pracującymi w sklepach, jako ekspedientki, bez szans na zmianę pracy?

Zastanawiam się, czy ludzie, którzy pracują, którzy wypychają Nas za drzwi, wzruszają ramionami albo niecierpliwią się, kiedy prosimy ich o rozpatrzenie Naszej oferty, czy ci ludzie są w stanie pojąć strach, jaki odczuwa bezrobotny, udrękę poczucia odrzucenia, zepchnięcia na boczne tory, na margines? Udrękę poczucia bycia NIKIM!

powrót do strony głównej