now@ on-line 19 marzec 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

AKI:

naród wybrany

.Barman:

Callineczka:

czy cała Polska skacze?

Diana:

nie wierzę

prof. Ivo Cyprian Pogonowski:

Joanna:

za chlebem

Kasia Kordyl:

Magdalena:

odjazd w macierzyństwo

#Marcel:

StefanDetko:

szeol

Szaman Falarek:

ZIM:

zbliża się kres panowania

uniwersytet now@:

Krzysztof Smoliński:

 
 

Diana

Nie wierzę

Ks. Jan Twardowski w tomiku swojej poezji p.t. „Krzyżyk na drogę” umieścił m.in. takie strofy:

Straciłem wiarę

W ostatnią lekcję i dzwonek

Nie wierzę w ogóle i koniec

Nie wierzę, że Matki Boskiej nie zobaczę

Nie wierzę, że komunista nie płacze

Nie wierzę już w bociana

Nie wierzę, że głód jest mniej potrzebny od chleba

Nie wierzę, że krowa zarżnięta nie idzie do nieba

Żeby naprawdę uwierzyć

W ile trzeba nie wierzyć

Autora poznałam osobiście i wiem, że jego słowa są przemyślane i niosą zbawienny w trudnych chwilach przekaz.

Zwątpienie dopada wszystkich. Miarą człowieka nie jest to jak często upada, ale jak szybko się podnosi.

Byłam ostatnio w urzędzie zatrudnienia, gdzie chodzę już od paru lat, choć prawa do zasiłku dawno nie mam. Obserwuję ludzi i nieudolne próby zatrudnienia ich gdziekolwiek.

W ciasnym korytarzu kłębi się sfrustrowany tłum. W modnych tak teraz boksach panie urzędniczki usiłują obsługiwać w miarę szybko.

Siadam na ławce i wsłuchuję się w szum cicho prowadzonych rozmów. Tak naprawdę chyba po to tu przychodzę: aby posłuchać tych wszystkich, którzy wypadli poza burtę statku ”Zatrudnienie”. Bieda. Tutaj bardzo ją widać. Odbieram złe spojrzenia, gdy nagle dzwoni moja komórka. Nie powinnam jej tu mieć. Kluczyki od samochodu schowałam do kieszeni kurtki przed wejściem. Tu powinnam nie mieć nic. Każda rzecz poza niezbędnym minimum jest zbytkiem. Dostosuj się do reszty lub zostań w ciepłym domu i nie zawracaj głowy jeśli stać cię na chleb.

Przez dziesięć lat dostałam tylko jedną propozycję pracy. Mimo, że pojechałam tam od razu, to posada była już zajęta. Mam za sobą dwa kursy, które miały sprawić cud przyjęcia do pracy kobiety po czterdziestce. Przez okres tych dziesięciu lat pracowałam 1,5 roku, gdy pracę znalazłam sobie sama. Czytałam w numerze now@ coś o emancypacji.

Panowie podobno czują się niejako zwolnieni z konieczności podejmowania dodatkowych starań, bo kobiety robią się bardziej przebojowe i potrafią również zadbać o rodzinę. Otóż chyba autor zapomniał w jakich realiach żyjemy, w jakim kraju to się dzieje.

Dziś oboje małżonkowie muszą pracować, aby starczyło na bieżące potrzeby. Gdy pracuje jedno, wtedy nie ma co czasem do garnka włożyć. Mówimy tu o większości Polaków, gdzie rodziny są cztero lub pięcioosobowe. Akurat jestem w takiej sytuacji, że mój mąż utrzymuje dom na poziomie wcale nie najgorszym i mogłabym nie gnać raz w miesiącu do zatrudniaka.

Mamy tylko jedno dziecko: córeczkę w wieku dziewięciu lat. Zapewniam autora wspomnianego artykułu, że gdybym pracowała, moje dziecko nie miałoby mniej miłości, że dałabym radę wychować córkę w ciepłej, kobiecej tonacji. Pewnie, że lepiej, gdy dziecko ma mamę zawsze, w każdej chwili na wyciągnięcie swej małej łapki.

Ale dzieci rosną. Nie należą do nas. Rosną po to, aby żyć swoim życiem. Potem odchodzą.

I co się dzieje? Zostają matki, które poświęciły się ich wychowaniu i.... nadal są na utrzymaniu męża. Zapomniały już jak to jest bez dzieci. Wtedy chyba czują się trochę oszukane. Wtapiają się więc w wychowywanie wnucząt.

A ja tak nie chcę. Nie umiem zrezygnować z własnych zawodowych marzeń, z własnego aktywnego życia. Co jakiś czas buntuję się przeciw roli gospodyni domowej i rodzina wcale na tym nie ubożeje.

Ciekawa jestem jak ci spracowani mężowie żyjąc w domach, gdzie nie widać spodziewanego dostatku mieliby uchronić swoje żony i dzieci przed brutalizacją życia na zewnątrz, poza domem?

Nas, kobiety do pracy zmusza nie tylko sytuacja finansowa, ale również przymus aktywnego uczestnictwa w teraźniejszości. Przecież tylko osobiste i aktywne uczestnictwo w życiu na zewnątrz da nam obraz zagrożeń czyhających na nasze dzieci!

Nie można dzisiejszych wymogów i konieczności cywilizacyjnych porównywać do tego, co było istotne w czasach przeszłych. Świat bardzo się zmienia. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale musimy nadążyć za nim i my, kobiety.

Podejrzewam, że wielu mężów to duże dzieci, które w kobiecie chciałyby widzieć świętość i ostoję na własny użytek. Wszystkie wartości moralne przeżywają kryzys. A my mamy być ostoją moralności i miłości dla naszych mężów i dzieci.

Posłannictwo? Poświęcenie? Lenistwo umysłowe?

Co ma nas (i naszych mężów) tłumaczyć w biernej postawie niepracujących pań zajmujących się domem?

Jest takie słowo, którego zabrakło w artykule o emancypacji. To słowo brzmi: PARTNERSTWO. I nie ja je wymyśliłam.

powrót do strony głównej