| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: znasz
li ten kraj?
bajdula: jaka
szkoła
Diana: spojrzenie
w lustro
Magdalena: |
Mariusz Dawid Dastych DLACZEGO MUSIAŁ ZGINĄĆ KSIĄDZ JERZY? Spisek czy prowokacja? Nie znalem nigdy osobiście księdza Jerzego Popiełuszki. Nigdy nie spojrzałem w oczy jego mordercom, choć przez pewien czas przebywałem obok nich – w tym samym pawilonie specjalnym Aresztu Śledczego MSW na Rakowieckiej. Kiedy wyprowadzano ich z celi sąsiadującej z lazaretem, inne cele były zamknięte. Nas, politycznych, „wrogów państwa” trzymano w pełnej izolacji od świata zewnętrznego i wewnętrznego – nawet w tym samym pawilonie, nadzorowanym przez SB. Los sprawił jednak, że sprawa księdza Jerzego, jego zabójców i ich przełożonych dotknęła również mnie. Wszystko zaczęło się po 19 października 1984 roku, w Budapeszcie. 19 października to był dzień popełnienia zbrodni nad Wisłą. Wieść o zabójstwie rozeszła się bardzo szybko i kilka dni później do redakcji węgierskiego dziennika „Magyar Hirlap”, w którym wówczas pracowałem, zgłosił się jakiś Węgier i poprosił o rozmowę ze mną. Rozmowa odbyła się przez tłumacza – dziennikarza tej gazety. Człowiek, który mnie szukał, miał dziwną propozycję: poprosił mnie o wygłoszenie prelekcji dla grupy oficerów węgierskiego MSW – o sprawie księdza Popiełuszki, która – jak rzekł – bulwersuje oficerów węgierskich służb specjalnych. Powiedziałem, że nie czuję się kompetentny, gdyż od kilku tygodni przebywam poza krajem i nie znam okoliczności zabójstwa księdza, ani też aresztowania oficerów SB, którzy są uważani za sprawców zbrodni. Mimo to, reprezentant węgierskiego MSW nalegał, abym spotkał się z oficerami i przedstawił im sytuację w Polsce, szczególnie zaś działania opozycji i kontrposunięcia władz. Zgodziłem się. Do oficjalnego spotkania w MSW nie doszło, gdyż jakaś „niewidzialna ręka” inicjatywę te zastopowała. Mimo to, dziennikarz gazety węgierskiej przyprowadził do mnie kilku oficerów, którzy „prywatnie” zadali mi wiele pytań. (Tymczasem zdołałem połączyć się telefonicznie ze znajomymi w Polsce i przejrzeć doniesienia agencji prasowych o zbrodni i jej bezpośrednich następstwach). W rozmowie z Węgrami potępiłem sprawców zbrodni, uznając ten haniebny czyn za prowokację lub wynik spisku. Tym bardziej zdumiała mnie postawa węgierskich „esbeków”: oni interesowali się nie tyle samą zbrodnią, co faktem, że w Polsce minister spraw wewnętrznych rozkazał aresztować jej sprawców! Nie zabicie niewinnego człowieka, księdza, a fakt aresztowania oficerów SB spędzał im sen z powiek. Dla oficerów węgierskiego aparatu bezpieczeństwa niesłychane było to, że ośmielono się aresztować i posądzić o czyn zbrodniczy tak nietykalne i postawione ponad prawem osoby – jak oficerów Służby Bezpieczeństwa „wykonujących zlecone im zadanie”. Moje wyjaśnienia, że w Polsce prawo dotyczy wszystkich bez wyjątku sprawców zbrodni, oficerowie MSW przyjęli z niedowierzaniem. Wkrótce potem okazało się, że węgierskie służby specjalne śledzą mnie na zlecenie polskiej SB. Ale to inna sprawa... Spotkanie z węgierskimi „ubekami” i ich postawa sprawiły, że zacząłem się zastanawiać nad tym, kto mógł inspirować mord na księdzu Popiełuszce, w czyim interesie było pchnięcie Grzegorza Piotrowskiego i jego towarzyszy do tak haniebnego czynu. Tym bardziej, że wiedziałem już o tym, iż ksiądz Jerzy miał wkrótce opuścić Polskę i udać się do Rzymu. W tej sprawie Episkopat doszedł do porozumienia z władzami. Od roku 1980, działając w sposób niejawny lub półoficjalny, wykorzystując swoje kontakty dziennikarskie – badałem poglądy, personalia i powiązania tak zwanej komunistycznej ekstremy w Polsce i w Związku Sowieckim. Kiedy powstała „Solidarność” i kierownictwo ZSRR uznało ten fakt za „kontrrewolucję”, w Polsce nasiliła się nieoficjalna aktywność „twardogłowych” w PZPR, w aparacie bezpieczeństwa MSW i w Wojsku. Powstawały różne organizacje „prawdziwych komunistów”, czy „prawdziwych patriotów”. Jedną z nich poznałem dokładnie: Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”, inne powstawały raczej lokalnie. W MSW taką rolę odgrywała od lat tzw. Grupa Moczarowska – lojalna wpierw wobec Mieczysława Moczara, później zaś wobec Mirosława Milewskiego – wyjątkowo sprytnego ubeka, powiązanego z NKWD i później z KGB, wiceministra i ministra spraw wewnętrznych, wreszcie sekretarza KC PZPR nadzorującego MSW. Kiedy Milewski został pozbawiony stanowisk przez generała Wojciecha Jaruzelskiego, m.in. na skutek ujawnienia wywiadowczej i korupcyjnej „Afery Żelazo”, ludzie skupieni wokół niego przeszli do „podziemia” i szykowali „kontrofensywę” z pomocą Moskwy. Głównym ich wrogiem był gen. Jaruzelski i jego prawa ręka – minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak. I to właśnie Kiszczak w porozumieniu z Jaruzelskim gwałtownie zareagował na bestialski mord na księdzu Popiełuszce. Wojsko wkroczyło do gmachu MSW na Rakowieckiej, aresztowano bezpośrednich sprawców zbrodni – Piotrowskiego i innych oraz ich bezpośredniego przełożonego – pułkownika Pietruszkę. W procesie toruńskim odpowiadali przed sądem również generałowie Płatek i Ciastoń (których z procesu wyłączono i nie skazano). Generał Mirosław Milewski znalazł się poza podejrzeniami. Ale skazanymi czy oskarżanymi byli „jego ludzie”. Wróćmy jeszcze do roku 1984 i do Budapesztu. Postanowiłem wówczas, że użyję swej wiedzy o grupach „prawdziwych komunistów” i „prawdziwych patriotów”, aby przyczynić się do ujawnienia rzeczywistych i n s p i r a t o r ó w zbrodni, popełnionej na księdzu Jerzym Popiełuszce. Napisałem, cześciowo zaszyfrowany, list do generała Kiszczaka i wysłałem do jego gabinetu w dwóch egzemplarzach – z Budapesztu i przez Wiedeń. Zaproponowałem pomoc przy rozpracowaniu powiązań morderców księdza z inspiratorami. Kontakt miał nastąpić w Polsce, w grudniu 1984 roku. Przyleciałem do Warszawy i – od początku – miałem za sobą „ogon” SB. Zabrano mi też paszport, który odzyskałem po wielu interwencjach – i w styczniu 1985 roku wróciłem do pracy na Węgrzech. Nasiliły się prowokacje i szykany, które trwały aż do aresztowania mnie przez SB w marcu 1987 roku i osadzenia w areszcie na Rakowieckiej. Wcześniej moje próby dotarcia do gen. Kiszczaka i gen.Jaruzelskiego spełzły na niczym. Mimo to, zdołałem przekazać niektóre informacje o „ludziach Milewskiego”. Nie wiem, czy w ogóle dotarły do adresatów... Podczas mojego procesu o rzekome szpiegostwo dla CIA i Wywiadu Gabinetu Premiera Japonii (od grudnia 1987 do końca lutego 1988) znienacka wyciągnąłem w sądzie sprawę listu do gen.Kiszczaka z 1984 roku i zażądałem włączenia go do akt procesowych. Moje wystąpienie w sądzie wywołało konsternację. Na następnej rozprawie oficer śledczy MSW zeznał, że żadnego listu nie było. Dowiedziałem się później, że mój list jednak dotarł do gabinetu gen.Kiszczaka, ale do akt śledztwa i procesu go nie włączono (pewnie został zniszczony tak, jak niektóre inne moje dokumenty!). Koło zamknęło się, a ja poszedłem do więzienia jako „szpieg” z 8-letnim wyrokiem. W sierpniu 1988 roku, po przegranym procesie rewizyjnym, trafiłem do więzienia w Barczewie pod Olsztynem. W specjalnym, pilnie strzeżonym i izolowanym pawilonie tego więzienia (które żartobliwie nazywaliśmy „Barczewo-Hilton”!) przebywał już skazany wspólnie z Piotrowskim, Chmielewskim i Pękalą – pułkownik Adam Pietruszka. Był szczególnie pilnowany i izolowany od innych. Dopiero w roku 1989 udało mi się dostać zezwolenie na spotykanie się z nim, pod pretekstem „dyskusji literackich”. Pietruszka był utalentowanym poetą, miłośnikiem Włoch, gdzie pracował jako „szpieg-dyplomata”, zajmując się m.in. obsługą agentury MSW w Watykanie. W barczewskim więzieniu były pułkownik SB, Pietruszka, był stałym obiektm żartów, gdyż w szczególny sposób demonstrował swą zapiekłą nienawiść do generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Ich zdjęcia, wycinane z gazet, kleił na papierze toaletowym i używał zgodnie z przeznaczeniem. Niektórzy strażnicy i więźniowie uważali, że Pietruszka zwariował. Nie podzielałem ich opinii, szukałem czego innego. Kiedy wreszcie zezwolono mi na spotkanie z Adamem Pietruszką, zastałem w celi człowieka zgorzkniałego, rozczarowanego, ale o dużym doświadczeniu i bystrej inteligencji. Podjąłem próbę trafienia do niego i poznania go bliżej. Przedstawiłem się jako były agent polskiego wywiadu, skazany za rzekome szpiegostwo z inspiracji SB i na rozkaz gen. Kiszczaka. Przez kolejne dni rozmawialiśmy o literaturze, sztuce, obcych krajach – ale również o MSW, walce o wpływy i pieniądze, o ambicjach polityków i walce o władzę, prowadzonej przez komunistów i opozycję. Unikałem bezpośrednich rozmów o zbrodni, za udział w której Pietruszka został skazany. Ale on sam zaczął o tym mówić i wówczas zorientowałem się, po której stronie działał i dlaczego tak nienawidził obu generałów – Kiszczaka i Jaruzelskiego. Pewnego dnia przekazałem mu do czytania i pod dyskusję swoje więzienne zapiski na temat polskiej polityki. Pietruszka dokładnie je przestudiował i ołówkiem zapisał swoje uwagi na marginesach niektórych moich tekstów. To było już po Okrągłym Stole i po wyborach z 4 czerwca 1989 roku. Oto dwa przykłady jego odręcznych notatek:
Adam Pietruszka: - To nie były negocjacje, tylko rozciągnięta w czasie w y p r z e d a ż państwa – sklepu z pustymi półkami – kolejnej ekipie, przejmującej rządy. Tak więc straganiarskie droczenie się nie o to czy oddam swój kramik, ale jak go oddam. Trudno to uznać za negocjacje.
Adam Pietruszka nie poprzestał na tych kilku zdaniach. Jeszcze z więzienia w Barczewie (w grudniu 1989 roku) przekazał obszerny materiał dla posłów i senatorów ‘Solidarności”. Udowadniał w nim, że głównym inspiratorem zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce i innych kapłanach, zabitych w niewyjaśnionych okolicznościach, był nie kto inny jak generał Czesław Kiszczak, a działo się to za wiedzą generała Wojciecha Jaruzelskiego. Pozwolono później, aby były pułkownik Pietruszka złożył zeznania przed specjalną komisją sejmową. Powtórzył swoje oskarżenia. Obecnie już przebywa na wolności. Nie tak dawno był widziany wśród współorganizatorów i prelegentów konferencji poświęconej agenturze SB wśród księży. Jeszcze w więzieniu często słyszałem od Adama Pietruszki, że wielu znanych przedstawicieli Kościoła próbowało przyjść mu z pomocą i nie wierzyło w jego winę. Nie mnie to oceniać. Jak dotąd, oskarżenia byłego pułkownika SB - Adama Pietruszki pod adresem generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego nie znalazły chyba potwierdzenia (nikt ich nie oskarżył o inspirację zbrodni na księdzu Jerzym!). Jeden z podwładnych i bliskich współpracowników generała Wojciecha Jaruzelskiego (znam nazwisko, ale nie podaję do wiadomości publicznej) przyznał w prywatnej rozmowie, że zabójstwo księdza Popiełuszki tak wstrząsnęło generałem Kiszczakiem, że dostał ataku serca. Ta sama osoba – oficer wywiadu wojskowego – potwierdziła, że ślady śledztwa prowadziły do tzw.Grupy Moczarowskiej. Jednak nie udało się udowodnić, że generał Mirosław Milewski i jego zwolennicy w MSW inspirowali ten mord, wiedząc już o tym, że wkrótce ksiądz Jerzy Popiełuszko wyjedzie z Polski na studia do Rzymu. Według cytowanego oficera WP, rzeczywistym powodem zamordowania księdza była próba skompromitowania generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka - spowodowania, aby wina za ten haniebny czyn spadła na nich. Oskarżenie czołowych polityków PRL o współudział w mordowaniu księży miało doprowadzić do ich usunięcia i do przejęcia władzy w Polsce przez „prawdziwych komunistów i patriotów” z generałem Milewskim na czele. To, oczywiście, przypuszczenie – nie dowód. Kto więc stał za Piotrowskim i jego podwładnymi? Kto obiecywał im bezkarność, zmianę tożsamości, wyjazd wraz z rodzinami za granicę – po dokonaniu morderstwa? Kto wreszcie dopuścił do tego, aby proces toruński stał się swoistym popisem dla morderców, w którym to procesie sądzono nie tylko Grzegorza Piotrowskiego i consortes, ale i księdza Jerzego? Kto szybko złagodził wyroki zbrodniarzom i na czyje polecenie? Takich pytań jest wiele i odpowiedzi na nie nadal pozostają w mroku tajemnicy. Podobnie jak pytania o losy ponad setki zamordowanych i zaginionych bez wieści w stanie wojennym członków „Solidarności” i księży. Te sprawy domagają się ostatecznego wyjaśnienia. Jednakże w państwach komunistycznych nigdy nie było jasnej i jednoznacznej odpowiedzialności za decyzje. Nie wydawano – może z wyjątkiem okresu stalinizmu - pisemnych rozkazów zgładzenia przeciwników politycznych, tajnych wyroków śmierci. Zbrodnie dokonywały się w sprzyjającej im niejasnej atmosferze, czasem jako wynik zniecierpliwienia „góry”, że funkcjonariusze nie mogą opanować opozycji, złamać oporu ofiarnych ludzi. Sądzę, że dopóki będzie trwała "wojna na teczki”, inspirowana przez nieformalne struktury dawnej władzy politycznej i służb bezpieczeństwa, dopóty będzie możliwe rzucanie kalumni na ludzi dawnej opozycji, na polityków, parlamentarzystów, także na księży i ludzi różnych zawodów. Niewidzialna ręka „bezpieki” nadal będzie wpływać na życie polityczne w Rzeczypospolitej, a procesy nie zostaną zakończone, i nie zapadną skazujące zbrodniarzy wyroki. Czy prawda, cała prawda o inspiratorach zbrodni na księdzu Jerzym i na wielu innych, niewinnych ludziach w ogóle kiedykolwiek ujrzy światło dzienne? Nie wiem, ale myślę że należy nadal jej szukać. | |||