|
||||
|
|
Marek Olżyński Żyć i umrzeć w...szpitalu miejskim
Ty jednak nie zastanawiasz się nad tym, już płyniesz niesiony na noszach – jakoś tak dziwnie nienaturalnie. Trzeźwy? – pyta ktoś w białym kitlu. – Tak, ten na noszach tak, ale pan wręcz przeciwnie. – Spokojnie, ja nie jestem lekarzem, jestem kierowcą, pacjentowi nic się nie stanie. Karetka pędzi Piotrkowską. Pielęgniarz szuka w apteczce. - Skończył się pawulon panie doktorze. Nie wiesz o co chodzi. Tracisz znowu świadomość Szpital, wcale nie na peryferiach lecz w centrum miasta prawie. Izba przyjęć przez którą cię przenieśli dwaj rośli pielęgniarze i w pamięci diagnoza – rozległy zawał. Biała sala kilka pustych łóżek i cisza. Kroplówka odmierza rytm twego życia; tak – nie , tak – nie Po jakimś czasie, jakby ukradkiem, przez salę przemknęła postać w białym kitlu. Niby tak od niechcenia rzuciła słowa: niech pana stąd zabierze rodzina. Strajk lekarzy, kasa pusta, sam pan rozumiesz. To jest ostania kroplówka. Postać podaje telefon z rozkazem – dzwoń! na co pan czekasz. Po chwili znika w przestrzeni ciemnego korytarza, wtóruje jej puste echo kroków |
|||