|
||||
|
|
Prof. Zbigniew Żmigrodzki Pobór "autorytetów" W polskim społeczeństwie żyje wielu ludzi wybitnych, o ogromnych zasługach i dużym prestiżu, na wysokim poziomie etycznym. Odznaczają się też często nienaganną prezencją, łatwością wypowiedzi, mądrością i rozsądkiem. Jednak rzadko z ich udziału w swych decyzjach korzystają kolejne rządy, instancje państwa, władze samorządowe. Bierze się pod uwagę wciąż tych samych osobników, nieudolnych oraz już poprzednio skompromitowanych brakiem inwencji i inicjatywy, licząc, że ich poprzednie hańbiące czyny czy "wpadki" poszły w niepamięć. Dobitnym przykładem może być choćby niefortunna polityka personalna PiS w czasie sprawowania rządów. Byli pezetpeerowcy, dyplomaci z ekipy SLD bądź kunktatorzy i oportuniści wywodzący się z kadry dawnego ZChN-u lub SKL-u (np. Marcinkiewicz i Ujazdowski) dowodnie pokazali, jaki "poziom" reprezentują. Nie tylko w życiu publicznym, ale w środkach przekazu stawia się nam na piedestał od lat te same, zgrane postaci. Orzekają one o polityce, gospodarce, kulturze, oświacie, zdrowiu i innych dziedzinach egzystencji. Sprawia to, że bezustannemu opiniowaniu, prowadzanemu z określonego ideologicznie punktu widzenia (nie trzeba dodawać, że z lewicowo-liberalnego), podlega niemal wszystko. Wywiera ono wpływ na świadomość społeczną, decyduje nawet o politycznych wyborach i przekonaniach. Ci właśnie "mędrcy", których grono uzupełniają przedstawiciele literatury, kultury i sztuki – także dobrani według identycznego, przeważnie libertyńskiego "klucza", obdarzani rozgłosem i dekorowani odznaczeniami, stają się "idolami" mediów: prasy, radia, telewizji. Od rana słyszymy wywiady z nimi przed dziennikiem porannym, zasiadają wokół siebie w trakcie polityczno-ideologicznych debat w TV. Przyznając im rangę "autorytetów" rządcy mediów nie uwzględniają, że dłużej żyjący Polacy znają ich lepiej i widzą, że ci "wybrańcy" nie zasługują na miano autorytetów – ani moralnych, ani intelektualnych. Bywa, że im właśnie zawdzięczamy plagi i klęski, z którymi musimy się borykać. "Nasze" ideologicznie ujednolicone środki przekazu posługują się "autorytetami" w celu poparcia i uwiarygodnienia szerzonych przez siebie poglądów. Występują kolejno w TV, prasie czy radiu osoby ze stałego katalogu "autorytetów", którym dodatkowo przypisuje się ozdobne epitety: (autorytet) moralny, intelektualny, niepodważalny, niekwestionowalny, niezmienny... Zwykle żadnego z tych określeń nie da się uzasadnić, a nieraz są one w jawny sposób kłamliwe; spełniają jednak wyznaczoną im rolę wobec odbiorców propagowanych treści. W ten sposób utrwala się w świadomości społecznej wysokie pojęcie o osobach reprezentujących preferowaną orientację ideologiczną czy polityczną. Ponadto – umacnia kierunek indoktrynacji, której służą media i ich dysponenci. Większość czytelników, widzów czy słuchaczy nie zna bliżej tych osób, nie poznało ich przeszłości ani tego, kim w rzeczywistości są. Postrzega owe autorytety "wirtualnie" – wyłącznie w kategoriach prezentacji w środkach przekazu. Dla tworzenia pożądanego obrazu osób, wydarzeń, faktów, wybiera się w celu jego poparcia naukowców, artystów czy specjalistów praktyków, ale tylko tych, którzy są "poprawni": często socjologów, politologów, psychologów, seksuologów, "filozofów idei". Są to ludzie "pewni", którzy zawsze powiedzą to, czego się po nich oczekuje, umacniając "jedynie słuszny" przekaz piśmienniczy lub audiowizualny. Technika "dobijania" opiniami "autorytetów" wywodzi się z arsenału totalitarnych manipulacji ideologicznych: służy upowszechnianiu pożądanej orientacji. Media, korzystając z usług "autorytetowych" osób, zapewniają im zarazem znaczenie i rozgłos, przydatne w kolejnych działaniach. One zaś zyskują dzięki preferencji medialnej, choć w swej dziedzinie mogą reprezentować nie najwyższy poziom. „Vox populi" skłonny jest uważać kreację medialną za jedynie istotną. Prof. Zbigniew Żmigrodzki Myśl Polska |
|||