|
||||
|
|
Marian Kałuski Dwie książki o Polakach w Australii Polska Agencja Prasowa podała 13 lutego 2008 roku omówienie dokonane przez Jerzego Malczyka artykułu pt. „Rosja bierze na siebie nie swoją winę za Katyń”, który ukazał się w moskiewskim dzienniku „Wiedomosti”, czy usprawiedliwianie przez współczesnych Rosjan nie swoich zbrodni (w tym konkretnym przypadku w Katyniu) nie oznacza identyfikacji te stalinowską despotią. Najważniejsze w tym artykule jest stwierdzenie, że: „wskrzeszanie polityczno-historycznych mitów to bodaj najpaskudniejsza cecha naszych czasów". W tym znaczeniu, ze dzisiaj bardzo często z miernot czy nawet łobuzów kreujemy tzw. autorytety lub robimy z nich porządnych ludzi, ba - wręcz bohaterów narodowych. W 2005 i 2007 roku ukazały się w Polsce dwie książki o Polakach w Australii, których nikt czy prawie nikt – nawet w Australii - nie zauważył, albo jak nawet wziął do ręki, to uznał je za chałturę. Po 1989 roku nie ma Polsce cenzury, mamy wolny rynek i każdy, kto coś tam z wielkim bólem i nieciekawego, wręcz chorego wypocił, może to sobie wydać za własne pieniądze. BO DOBRA KSIĄŻKA ZAWSZE ZNAJDZIE WYDAWCĘ albo poważnego sponsora. Polski rynek księgarski zalewają po prostu szmiry i książki mało ciekawe wydawane sumptem autora lub osoby zainteresowanej daną książką. Dlatego nie dziwmy się, że nikt nie zauważył tych dwóch książek, o których chcę tu powiedzieć kilka słów. Tymi książkami są „Listy z Australii Romana Gronowskiego” (2005) i „Pół globu od domu. Obraz Polonii australijskiej w twórczości Andrzeja Chciuka” (2007). Autorką obu książek jest mieszkająca od 1991 roku w Australii Bogumiła Żongołłowicz. Urodziła się w Polsce (1955), ukończyła polonistykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku, podyplomowe Studium Filologii Polskiej na Uniwersytecie Gdańskim i Studium Podyplomowe na Wydziale dziennikarstwa i nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, a już w Australii w 2003 roku uzyskała tytuł doktora filozofii z zakresu slawistyki na Maquarie University w Sydney. Jest – czy raczej była – dziennikarką, a poza tym poetką (dwa tomiki poezji) i pisarką (dwie ksiażki i redakcja trzech innych). Zatrzymajmy się przy stwierdzeniu, że jest pisarką. Jest nią, ale nie jest płodną (również jako poetka i dziennikarka), szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę jej wiek. Nie piszę tego złośliwie – stwierdzam po prostu fakt. A stwierdzam go, gdyż ten fakt będzie mi potrzebny przy późniejszej analizie jej pisarstwa. Roman Gronowski (1913-74) przeszedł do historii Polonii australijskiej głównie jako redaktor ukazującego się w Melbourne „Tygodnika Polskiego” (1961-74). Bogumiła Żongołłowicz w przedmowie do „Listów z Australii Romana Gronowskiego” przedstawia go jako osobę wielką, godną podziwu i uznania – wręcz spiżowego pomnika. Natomiast Andrzej Chciuk (1920-1978) był prozaikiem, poetą, dziennikarzem, który od 1951 roku mieszkał w Melbourne. Wydał dwa tomy opowiadań: „Smutny uśmiech (1957), „Rejs do Smithton, Stary Ocean” (1960), powiści: „Towarzysze z bezpieczeństwa” (1970), „Emigrancka opowieść” (1975), „Trzysta miesięcy” (1983), zbeletryzowane wspomnienia „Atlantyda” (1969) i „Ziemia księżycowa” (1972) i tom reportaży „Wizyta w Izraelu” (1972). Żongołłowicz w książce „Andrzej Chciuk. Pisarz z antypodów” pisze, że Chciuk był „jednym z najbardziej utalentowanych pisarzy polskiej emigracji”. Jemu, wg niej, również należy się spiżowy pomnik. Jest to bardzo subiektywna ocena i daleka od prawdy. Gdyby tak było, to na pewno drukowano by książki Chciuka w Polsce po 1989 roku. A jeśli to była „gwiazda”, to jej blask już dawno zgasł. Jedyną jego książką, która nie powinna być zapomnianą to „Atlantyda”, bo jest naprawdę dobra i dlatego, że opisuje historię Ziemi Drohobyckiej i mieszkających tam ludzi, czyli świata polskiego, który dziś już nie istnieje, bo nie jest już więcej polski. Kogo natomiast dzisiaj zainteresują książki „Towarzysze z bezpieczeństwa” czy przedpotopowa „Wizyta w Izraelu”? Natomiast książki: „Emigrancka opowieść” (1975) i „Trzysta miesięcy” (1983) to nic innego jak paszkwile na Polonię australijską. I to nie dzisiejszą, a także przedpotopową, której już nie ma. Uważam jednak, że Andrzej Chciuk zasłużył sobie na pamięć i na biografię. Ale na biografię uczciwie napisaną. Ta pióra Bogumiły Żongołłowicz nie jest taką, a tylko panegirykiem. Nie jest uczciwie napisaną chociażby tylko przez sam fakt, że w Bibliografii przedmiotowej w tej książce, skądinąd skrupulatnie opracowanej, zabrakło moich dwóch tekstów o Chciuku: bardzo pozytywnej recenzji „Atlantydy” w londyńskim „Dzienniku Polskim” i krytycznego omówienia „Trzystu miesięcy” w „Nowej Epoce”. No bo ja w opinii i twórczości Bogumiły Żongołłowicz mam być jedynie czarnym typem, a przede wszystkim wrogiem Gronowskiego i Chciuka. Dlaczego ich wrogiem? Bo Gronowski w swoim testamencie uśmiercił „Tygodnik Polski” – po prostu z jego życzeniem pismo nie miało się więcej ukazywać. Wykonawcą testamentu był dr Zbigniew Stelmach, który jak przeczytał testament osłupiał z wrażenia, bo był patriotą polskim i wiedział jak pismo jest potrzebna Polonii australijskiej. Dr Stelmach i Gronowski byli przyjaciółmi i w trakcie jednej z rozmów o „Tygodniku” Gronowski powiedział mu, że tylko Kałuski mkógłby poprowadzić pismo po jego rezygnacji czy zgonie. Dlatego po przeczytaniu testamentu dr Stelmach od razu zatelefonował do mnie, powiedział o decyzji Gronowskiego i o tym, że postanowił kontynuować wydawanie pisma przez masę spadkową (Gronowski zostawił duży majątek) do czasu kupna pisma przez kogoś na licytacji. Powiedział o mówił o mnie Gronowski i zaczął mnie namawiać – prawie że na kolanach – abym zgodził się zostać redktorem pisma. Miałem wówczas bardzo dobrą pracę, jednak uległem jego prośbą, abym to zrobił dla dobra Polonii. Spadkobiercy wypowiedzieli mi wojnę na śmierć i życie. Ta wojna trwa po dziś dzień, o czym świadczą obie książki p. Żongołłowicz. Natomiast odnośnie Chciuka, to moja wina polega na tym, że godząc się zostać redaktorem „Tygodnika Polskiego” odebrałem mu fotel redaktorski, o którym tak namiętnie marzył. * * * Kiedy kilka lat temu napisałem w witrynie internetowej PAP „Polonia dla Polonii”, że emigracja jest zdradą ojczyzny, prof. Andrzej Targowski z USA napisał, że emigracja nie jest zdradą ojczyzna, a tylko chorobą. Prawdę mówiąc nie zrozumiałem wówczas tej wypowiedzi. Dzisiaj, dzięki działalności pisarskiej Bogumiły Żongołłowicz, zrozumiałem głęboką myśl tej wypowiedzi. Tak emigracja jest chorobą. Ale dodał byłm, że ta choroba istnieje i ma się równie dobrze nie tylko wśród emigrantów, ale i w kraju – Polsce i w każdym innym kraju i społeczeństwie. I to od Abla i Kaina. Człowiek nienawidzi drugiego człowieka (wyjątki potwierdzają regułę). Stąd wzięło się powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem”. No a wojny, tysiące krwawych wojen, dobitnie to potwierdza. W biogramie pisarza i działacza kaszubskiego Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) w „Polskim Słowiniku Biograficznym” czytamy: „Kościerzynę Majkowski opuścił 1 września 1911 na skutek małomiasteczkowych intryg i zawiści”. Właśnie te „małomiasteczkowe intrygi i zawiści” to chleb powszedni każdej emigracji. Czyli choroba. W mojej książce „Polacy w Nowej Zelandii” (Toruń 2006) przytaczam wypowiedź Mariana Sosny z Auckland o emigrantach postsolidarnościowych w Nowej Zelandii: „Niestety dość powszechnym zjawiskiem wśród najmłodszej grupy emigrantów z Polski jest ludzka zawiść. Wszystko jest OK, dopóki porównywalna grupa osób ma w miarę równo. Niechże jednak ktoś z towarzystwa wysunie się nieco przed szereg kupując lepsze auto, lepiej inwestując, budując lub kupując wcześniej od innych dom, nie mówiąc już o własnej, lepiej od innych prosperującej firmie. Od razu „przez wieś” idą plotki. Największe przyjaciółki obrzucają się błotem, wymyślają niestworzone rzeczy, dodają do bzdur wymyślonych przez innych swoje, równie nieprawdziwe detale. W buciorach wchodzą w cudze życie, roztrząsają czyjeś przejściowe kłopoty, albo wręcz same są ich źródłem. Auckland jest miastem ogromnym powierzchniowo... Ponad milion mieszkańców też plasuje go w grupie miast niemałych. Polacy są niemalże rodzynkami w tym cieście. Ale plotki obiegają tę metropolię (oczywiście odpowiednio wzbogacone) z szybkością światła. Omiatają wszystkich i łamią mniej odpornych. Wywołują niesmak a czasem nawet i poczucie krzywdy. Może to mieli na myśli nasi znajomi, którzy w pierwszą niedzielę po naszym przylocie na antypody ostrzegali nas: „Jeśli ktoś was tutaj skrzywdzi, to na pewno będą to Polacy...”. Przykre, ale prawdziwe. Sami mieliśmy (i nadal mamy!) okazję tego doświadczyć. Pojawiają się też w Nowej Zelandii cwaniacy, którzy
swoje doświadczenia (z komunistycznej Polski) usiłują przenieść na
tutejszy grunt. Tego typu działania rzadko kiedy mają szanse zakorzenić
się w tutejszym kiwi środowisku, zupełnie odmiennej kulturze i nieco
innym pojęciu uczciwości. W kraju,w którym korupcja jest nieznana,
łapówkarstwo nie istnieje, także i omijanie podatków na dłuższą metę nie
ma racji bytu. Polskie cwaniactwo może mieć więc miejsce tylko w polskim
środowisku. Wykiwać można więc na ogół tylko rodaka. A najłatwiej
świeżego, niezorientowanego przybysza. Oferuje mu się więc tani dom do
wynajęcia (nachodzony później przez oszukanych poprzednich lokatorów),
świetnie wyglądający (czytaj: pieczołowicie podrasowany) samochód, pracę
na czarno (bo bez opodatkowania ale też i ubezpieczenia) za psie
pieniądze. Środowisko, jak widać, bajecznie kolorowe. Niekiedy
odnoszę wrażenie, że tych kolorów jest jakby nieco za dużo. Opisane przez Mariana Sosnę zjawisko występujące wszędzie na świecie gdzie mieszkają posolidarnościowi emigranci i najmłodsza grupa emigrantów z Polski, a więc również w Australii, Stanach Zjednoczonych Ameryki, Kanadzie, Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Jednak faktem jest, o czym zapewne pan Sosna nie wie, że tak było zawsze wśród Polonii – 100 i 50 lat temu. Gronowski i Chciuk byłi tacy sami. Tacy sami byli prawie wszyscy inni emigranci polscy w Australii 50 lat temu. Nie wiem czy taką samą jest Bogumiła Żongołłowicz, bo jej osobą wcale się nie zajmowałem i nie zajmuję, ale wiem, że jest nielubiana, a przez wielu wręcz znienawidzona. Nie obchodzi mnie to i nie obchodzi mnie za co, chociaż wiem – przez to, że byłem członkiem Stowarzyszenia im. Tadeusza Kościuszki, które wydaje „Tygodnik Polski”, dlaczego zrobiła sobie wrogów wśród czytelników pisma jak zastępowała przez kilka miesięcy chorego redaktora Michała Filka. I wiem jeszcze jedno. Któregoś dnia zatelefonowała do mnie (wcale jej wówczas nie znałem) i przedstawiła się, prosząc mnie o spotkanie, bo interesują ją dzieje Polaków w Australii. Zgodziłem się i spotkaliśmy się w moim domu. Byłem nią zachwycony. W moich oczych była nadzwyczaj dzielną kobietą (robiła doktorat mając na głowie małą córeczkę, męża, dom i na pewno wiele innych zajęć). Pożaliła mi się również na poniektórych Polusów, że ją krzywdzą i jej nie doceniają. Następnego dnia zatelefonowałem do p. M.K., który prowadził polski program radiowy, aby zaangażował ją do swego programu. Wtedy opowiedział mi kim jest p. Bogumiła, jakie miał z nią przykre doświadczenia. Według niego była osobą nerwową, kapryśną i wysoce ambitną, po prostu niemożliwą do współpracy. Rzadko widziałem się z Żongołłowicz, ale kiedy się widzieliśmy zauważyłem, że mnie unika, że nawet jak odpowie „dzień dobry” to nie spojrzy mi w oczy. Dowiedziałem się później, że zaprzyjaźniła się z moimi wrogami, z ludźmi blisko związanymi z Romanem Gronowskim i Andrzejem Chciukiem. Wszystko rozumiałem. A poza tym nie ulega wątpliwości, że również zawiść nastrają ją przeciwko mnie. Zawiść w tej samej profesji jest zjawiskiem aż za dobrze znanym. Uważa, że moja osoba – moje osiągnięcia dziennikarsko-literackie (np. 16 książek) stawiają ją w cieniu. A że jest chorobliwie ambitna i zawistna to rzuca się w oczy. Byłem sekretarzem redakcji „Tygodnika Polskiego” za Romana Gronowskiego. Pokłóciliśmy się i odeszłem z redakcji. Po prostu oszukiwał mnie z wynagrodzeniem (taka jest prawda i jej nie zmieni nawet p. Żongołłowicz!). Ale później pogodziliśmy się i często pisywałem do „Tygodnika Polskiego”; nawet w ostatnim numerze pisma zredagowanym przez Gronowskiego był mój tekst. To musi i świadczy o tym, że między nami wszystko było w porządku. I między Bogiem a prawdą na ogół bardzo mile wspominam tego Człowieka, moją z nim ogólną współpracę. Andrzeja Chciuk w zasadzie nie znałem. Przedstawił mi go z daleka red. Gronowski (gniewali się wtedy). Potem widziałem go tylko w restauracji w której pracował. To wszystko. No i napisałem w londyńskim „Dzienniku Polskim” pełne zachwytu moje uwagi o jego książce „Atlantyda”. Nigdy z nim nie zadarłem. Wylewał swoją żółć na mnie tylko dlatego, że po śmierci Romana Gronowskiego zostałem redaktorem „Tygodnika Polskiego”, a to było zawsze jego marzeniem, o czym pisze sama Żongołłowicz. Pisał o mnie bzdury, nie znając mnie osobiście, ani nie wiedząc nic o mnie. Raz napisał w „Tygodniku Polskim”, że pochodzę z Borysławia koło Lwowa (pochodzimy z Pomorza), a innym razem, że przyjechałem do Australii do matki, podczas gdy przyjechałem z rodziną, czyli i z matką. O autorze „Emigracyjnej opowieści” Tadeusz Leżoń napisał: „Niestety w autorze przeważyła wszędobylska i wszechwiedząca natura plotkarska” („Tyg. Pol.” 1976 nr 20); Aniela Reicher o „Trzystu miesiącach”: „To jest jego własny dramat. Dramat człowieka prześladowanego strasznym kompleksem niższości... Powieść „Trzysta miesięcy” nie krzywdzi moim zdaniem jej bohaterów, ale krzywdzi i to boleśnie przedwcześnie zmarłego Autora” („Nowa Epoka” czerwiec 1985). Natomiast Andrzej Gawroński o „Emigranckiej opowieści” napisał: „Sprytny Chciuk pokazał światu to, co chciał. Mianowicie przekręcając nieco nazwiska (ale tak, aby każdy Polonus wiedział, o kogo chodziło, zmieniając fakty i zdarzenia według swego widzimisię... Autor w wielu wypadkach poprzestawiał wypadki, charaktery jednych przypiął drugim, a do tej mieszaniny dodał jescze trochę własnej wyobraźni...” (Kultura” Paryż 1988, nr 7); a o „Trzystu miesiącach”: „Autor tylko z grubsza zakamuflował swoje pierwowzory, zaś trzymał się ich tylko o tyle, o ile to mu dogadzało, albo o ile pozwalał rozsądek, w obawie, aby niektórzy... rodacy... nie podali go do sądu o zniesławienie” („Tyg. Pol.” 1984, nr 12). Nie, p. Żongołłowicz, dla Chciuka nie ma żadnego usprawiedliwienia. Przyzwoitego człowieka oraz wielkiego pisarza z Chciuka (jak również i z Gronowskiego) na pewno Pani nie zrobi! Na pewno nie uda się Pani wybielić jego paszkwile i tego co robił. Szkalowanie ludzi i w dodatku pozbawione jakiejkowiek podstawy jest nie do zaakceptowania w środowisku, w którym wyraz moralność ma jakieś znaczenie. Wiem również i to, bo znałem dość dobrze ówczesną Polonię w Melbourne, że tak Gronowski jak i Chciuk mieli bardzo złą opinię wśród Polaków. Wierzę, że w dużym stopniu przez te „małomiasteczkowe intrygi i zawiści”, ale wiem, że i oni nie byli bez grzechu. Ile nienawiści często było między Gronowskim a Chciukiem! Starczy poczytać roczniki „Tygodnika Katolickiego (Polskiego)” z początku lat 60. Te ich boje zostały określone nazwą „chciukinada”. Zapewne p. Żongołłowicz czytała bardzo krytyczne uwagi o Gronowskim bardzo znanej w Melbourne p. Danuty Flis napisane przez nią w prywatnym liście do niego w 1966 roku, który Gronowski wydrukował reżyserując przy tym atak na p. Flis (np. „Pokłosie „przyjaznego list”” TP 19.11.1966) dla wywołania współczucia. Czy p. Flis szkalowała Gronowskiego czy pisała prawdę? Pamiętajmy przy tym słowa Pana Jezusa, że NIKT z nas nie jest bez winy. Czyli także i Gronowski i Chciuk. Ale my nie mamy prawa ciskać w nich kamieniem, bo sami nie jesteśmy lepsi. A jak nawet jesteśmy lepsi, to i tak nie jesteśmy aniołami. Ta prawda o Gronowskim i Chciuku nie trafia ani do p. Żongołłowicz, ani do rodziny i przyjaciół obu Panów. Gronowski i Chciuk byli typem człowieka nerwowego, kapryśnego i wysoce ambitnego, a przede wszystkim złośliwego. Złośliwego do potęgi trzeciej (zob. „chciukinadę”). Jak pisać o Gronowskim czy Chciuku to całą prawdę. M.in. o tym, że Gronowski oszukiwał swoje sekretarki nie płacąc im należnych stawek i dlatego miał aż kilkanaście sekretarek (potwierdzić to może obok mnie jego ostatnia sekretarka p. Teresa Szulc); że miał kochanek co niemiara i wiele kłopotów z nimi (potwierdzić to może m.in. p. Danuta Wołczko, która mieszkała w Domu Sodalicyjnym, a Gronowski na posesji sodalicyjnej); był także alkoholikiem. Chciuk był alkoholikiem i erotomanem. Gronowski zasługuje na pamięć tylko za redagowanie „Tygodnika Polskiego” w latach 1961-74, a Chciuk bo był literatem i napisał jedną dobrą książkę. Jednak takich, a często nawet większych – bardziej zasłużonych od Gronowskiego redaktorów gazet polonijnych było wiele, wiele setek, o których dzisiaj nikt nie pamięta. – Co nie znaczy, że nie można pisać książek o Gronowskim. Chodzi tu o co innego. Również w literaturze polskiej było wiele, wiele setek pisarzy bardziej znanych od Chciuka, bardziej poczytnych, o których dzisiaj nikt nic nie mówi i nie pisze. Proponuję p. Żongołłowicz zapoznać się bliżej z historią prasy polonijnej i poczytać na przykład „Literaturę polską. Przewodnik encyklopedyczny” (t. 1-2, Warszawa 1984) albo „Polski Słownik Biograficzny”. Ile razy tam czytałem, że ten czy tamten pisarz był za życia popularny – a dzisiaj jest zapomniany. I jeszcze jeden przykład. W „Polskim Słowniku Biograficznym” jest biogram Natalii Marii Jonatha (1856-1932), o której piszą, że była „jedną z najsławniejszych pianistek swego pokolenia... w latach dziewiędziesiątych XIX w. sława jej dorównywała sławie i powodzeniu Paderewskiego”, która grała długo m.in. na dworach berlińskim, londyńskim, rzymskim i madryckim i koncertowała w całej Europie. I dalej: „Zapomniana, zmarła 9 VI 1932 r. Hadze”. - Dzisiaj nikt nic o niej nie wie! Dlatego śmieszy mnie, tak po prostu śmieszą mnie próby budowania przez Żongołłowicz pomników spiżowych dla Gronowskiego i Chciuka. Kim oni byli przy Natalii Marii Jonathan? – Niczym – wielkim zerem! Takim jak prawie wszyscy z nas. Na pamięć, na pomniki zasługują jedynie wybrani przez los. A los odrzucił Gronowskiego i Chciuka. I nikt i nic tego nie zmieni! Takie jest życie. Inaczej encyklopedie miały by po 1000 tomów. Takie jest życie przeciętnego człowieka człowieka – taki jest los przeciętnego człowieka. Mało kto z nas zasługuje na pomnik. I tego faktu nie zmieni p. Żongołłowicz. Nie zbuduje pomnika ani dla Gronowskiego, ani dla Chciuka. Szczególnie jeśli się pisze tendyncyjne ksiażki – w tendyncyjny sposób przedstawia swoich bohaterów. Uznanie i sława, której tak pragnęli Gronowski, Chciuk i teraz Żongołłowicz, to nic innego jak bańka mydalana. Dla naszego zdrowia psychicznego będzie lepiej, jak przestaniemy o niej w ogóle myśleć. Niech p. Żongołłowicz przypomni sobie fraszkę „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego, a ja jej tu powiem co powiedział Władysław Reymont na wiadomość o otrzymaniu literackiej nagrody Nobla: „Jakże chory jestem, bez sił, cóż mi po sławie i pieniądzach. Los zadrwił sobie ze mnie” (PSB). Żal mi ludzi uganiających się za sławą. Szczególnie jak dążą do tego „po trupach” przez szkalowanie swoich „konkurentów”. Oto jeden z milionów przykładów jacy jesteśmy – my ludzie: Wojnę Rosji z Turcją na Bałkanach w 1877/78 wygrali dwaj Polacy - generałowie Artur Niepokojczycki i Kazimierz Lewicki. Zbigniew Klein w magazynie historycznym „Mówią Wieki” pisze: „Pod dokumentem kończącym wielomiesięczne zmagania (wojnę rosyjko-turecką 1877/78) stronę rosyjską reprezentowały tylko dwa podpisy – Niepokojczyckiego i Lewickiego. Było to symboliczne uznanie myśli strategicznej i umiejętności tyktycznych polskich generałów, faktycznych autorów ostatniej wygranej wojny carskiej Rosji (potem spotykały ją same klęski – M.K.). Ale właśnie fakt, że byli Polakami i katolikami, sprawił, iż zawistni konkurenci uruchomili przeciwko nim cały arsenał oszczerstw i pomówień, niekiedy bardzo niskiej natury. W rezultacie, wbrew dotychczasowej tradycji, zwycięzcy tej wojny do dziś nie doczekali się żadnej monografii, nie nadano ich nazwisk ani jednej ulicy czy szkole. Zarówno w Rosji, jak i Bułgarii, która wiele im zawdzięcza”. Złośliwymi językami i piórami często niszczy się ludzi, którzy swoimi czynami uniemożliwiają wdrapać się nam na piedestał. Jaką wartość dla czytelnika w Polsce mają książki mówiące o kimś w Australii i to w dodatku o osobach, o których nikt nic nie wie nawet z emigracji posolidarsnościowej w ... Australii, a cóż dopiero ludzie w Polsce?! A stara emigracja, pamiętająca Gronowskiego i Chciuka, odeszła już w zaświaty albo na to czeka i już ją nic nie obchodzi. Jaką wartość, jakie zaintersowanie mogą mieć czytelnicy tak krajowi jak i w Australii w takich duperelach jak np. ta, kto według Gronowskiego był winien, że rozleciało się jego małżeństwo? Kogo mogą zainteresować paszkwile Chciuka na ludzi, o których nikt w Polsce i nawet w dzisiejszej Australii nic nigdy nie słyszał? Dla takich ludzi to fikcja i nudne bzdury. Chyba, że kogoś imteresuje psychika człowieka. Jedyną satysfakcję z takich książek mogą mieć członkowie rodziny i byłe przyjaciółki Gronowskiego (miał widać wierne kochanki, a miał ich bez liku!) oraz rodzina Chciuka, które najprawdopodobnie finansowały wydanie obu książek. Bo przecież żadne poważne – szanujące się wydawnictwo nie wydałoby tych książek własnym sumptem, a inne drukują jak się im zapłaci. Nie myślę, że Żongołłowicz finansowała wydanie obu książek. Taką bogatą nie jest. Nie, nie chcę pomniejszać osiągnięć ani Gronowskiego, ani Chciuka i wcale bym tego nie czynił, gdybym nie był sprowokowany do tego przez p. Żongołłowicz. Po prostu do obu książek („Listy z Australii Romana Gronowskiego” i „Pół globu od domu. Obraz Polonii australijskiej w twórczości Andrzeja Chciuka”) podeszła bardzo nieuczciwie. Podeszła zgodnie ze wspołczesną satyrą o prymasie Polski Antonim Ostrowskim (zm. 1784), że: „Mowy jego przewrotne i podejścia skryte/ Chciał, aby mu za cnoty mieli znamienite” (Pol. Sł. Biogr.). W obu książkach czyni z pierwszego i drugiego wielkich i zacnych ludzi oraz stara się kontynuować zza ich grobu ich „chciukinady”, czyli szkalowanie ludzi, których nie lubili Gronowski i Chciuk, czyli wybielanie ich kosztem ich adwersarzy lub po prostu ludzi, których oni nie lubili. Odnoszę wrażenie, że ma w tym również swój własny interes. Odpłaca się za krzywdy, które ją spotkały. Bo że ją spotkały to w to wierzę. Ale na pewno nie od wszystkich osób, które szkalują Gronowski i Chciuk. Tak ja to widzę. I dlatego obie książki uważam za „chorobę”. Okazała również swą złośliwość w stosunku do mnie, chociaż żadnej krzydwy jej nie wyrządziłem! W książce „Trzysta miesięcy” Chciuk, aby uniknąć właśnie procesu o zniesławienie, wspomina mnie pod innym nazwiskiem. Tymczasem Żongołłowicz czytelnikom swojej książki wyjawnia o kogo to chodzi. Bodajże tylko w moim przypadku. Jakim prawem? Co ją upoważniło do tego? – Nie ma na te pytania innej odpowiedzi jak to, że jest to po prostu złośliwość, a może i dyktak wydawców książki. Wielka szkoda, że w taki to sposób marnuje swój wielki talent Bogumiła Żongołłowicz. Bo że go ma – to nie ulega wątpliwości. Piszę to z troski o nią, bo wierzę, że może zrobić jeszcze wiele dobrego, jeśli zejdzie z dotychczasowej złej drogi. Tak, piszę to z troski i z życzliwością, bo jak napisał Bolesław Łucki w „Polonia dla Polonii” (17.6.2007): „wszyscy, bez wyjątku, są przekonani o tym, że w życiu człowieka jest zawsze miejsce na podnoszenie jakości. Do tego jednak potrzebna jest „krytyka”, czyli, jak definiuje ją „Słownik języka polskiego PWN” - »surowa lub negatywna ocena kogoś lub czegoś«. Robi się to nie po to, żeby kogoś, że tak powiem, „zdołować”, ale po to, żeby doskonalić dzieło”. Kochajmy się. Szczerze życzę p. Bogumile Żongołłowicz wielu sukcesów literackich. |
|||