|
||||
|
|
Samo życie
Mariusz Dawid Dastych EuroPort: Jak zmarnować 80 milionów dolarów i stracić jeszcze więcej Na początku były fanfary i zachwyt. Dziewiątego października 1998 roku w Porcie Gdańskim rozpoczęto budowę pirsu, który miał być w przyszłości najważniejszym terminalem przeładunku zbóż i innych płodów rolnych na Bałtyku. Oceniana na około 85 milionów dolarów amerykańsko-kanadyjska inwestycja, wówczas największa na Wybrzeżu Gdańskim, miała być gotowa za 20 miesięcy. Port głębokowodny miał przyjmować nawet największe statki, a nowoczesne urządzenia przeładunkowe i magazyny miały zapewnić ich załadunek czy rozładunek w tempie tysiąca ton na godzinę. W zamian za zainwestowane pieniądze, firma EuroPort Poland Inc. uzyskała wyłączność na eksploatowanie pirsu przez następne 25 lat, z możliwością przedłużenia dzierżawy do lat 50. Pieniądze na budowę terminalu, umownie nazywanego zbożowym, dali inwestorzy oraz banki – Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (gdzie teraz urzęduje b. premier Kazimierz Marcinkiewicz) oraz Royal Bank of Canada.Pan Marian Świtek, ówczesny prezes Zarządu Portu Gdańskiego, nie ukrywał radości: - Wierzymy, że terminal tu zbudowany odnowi historyczną rolę Gdańska jako bramy zbożowej do Europy i do Wspólnoty Niepodległych Państw. Zaprojektowany i zbudowany przez polskich inżynierów na początku lat 70. Rudoport miał służyć Sowietom do eksportu rudy żelaza. Ale jak to w „gospodarce socjalistycznej” – projekt nigdy nie został zrealizowany i przez ostatnie 25 lat pirs stał odłogiem – symbol niewydolności komunistycznej ekonomiki. Czyżby ta sytuacja miała się powtórzyć obecnie, w wolnej i kapitalistycznej Polsce? Bo po wycofaniu się jednego z partnerów – kanadyjskiej firmy zbożowej Saskatchewan Wheat Pool (SWP) budowa terminalu w Gdańsku napotkała na poważne trudności. Kredyt 55 milionów dolarów z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju nie był już pewny. Po dwóch latach budowy ruch na pirsie zamarł. Prezes amerykańskiej firmy EuroPort Poland Inc.- pan Joseph D’Andrea, który już niejedną budowę zrealizował w różnych krajach świata (odwiedził ponad 100 krajów) i jego kanadyjski partner, szef Dessaport International Corporation z Halifaxu w Nowej Szkocji - pan Donald LeBlanc postanowili poszukać innego banku i w kwietniu 2002 roku uzyskali zapewnienie kredytu od banku Nordea/Fortis. Tymczasem zmienił się w Polsce rząd (z AWS na SLD) i do Zarządu Morskiego Portu Gdańsk weszli nowi ludzie. Prezes ZMPG, pan Andrzej Kasprzak i jego zastępca – pan Zbigniew Perliński rozpoczęli publiczny atak na projekt EuroPortu, wspierając podobny terminal do przeładunku masowych płodów rolnych w Morskim Porcie Gdynia. Działania nowego zarządu gdańskiego portu były sprzeczne z oficjalną decyzją Ministerstwa Skarbu, który posiada 84 procent udziałów w Morskim Porcie Gdańsk. Były też sprzeczne z wynikami niezależnych od polskiego rządu międzynarodowych studiów, które wskazywały na potrzebę uruchomienia terminalu właśnie w Gdańsku. „Wojna Gdyńsko-Gdańska” o wpływy i pieniądze, podsycana przez nieformalne grupy rodzimego biznesu, storpedowała projekt i na tym etapie bank Nordea/Fortis stracił zainteresowanie jego finansowaniem. Od 2002 roku amerykańsko-kanadyjscy inwestorzy spotykali się z niesłychanie brutalnym oporem wobec swego projektu, który praktycznie trwa do dziś. Były próby zastraszania pracowników EuroPortu, różne szykany, propozycje by inwestorzy odstąpili część udziałów podstawionym osobom, podwyższanie opłat dzierżawnych i próby złamania 25-letniej umowy i równoczesnego wydzierżawienia innym użytkownikom terenów już przyznanych firmie EuroPort Poland Inc. Sprawa stanęła przed Sądem Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Handlowej, który jednoznacznie potwierdził zagranicznym inwestorom ich prawa do terenów w porcie. Doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez Zarząd Portu Gdańsk, zgłoszone do Prokuratury, zostało odrzucone przez Prokuraturę Regionalną i Apelacyjną w Gdańsku. Kółko się zamknęło. W wyborach 2005 roku inwestorzy upatrywali zmiany na lepsze. Nic z tego. W Ministerstwie Skarbu przyjmowano ich podania, traktując wysłanników firmy EuroPort jak powietrze. Droga sądowa została zamknięta. Poszukując sposobu na rozwiązanie sporu z Zarządem Portu i – co tu mówić – na wycofanie się z inwestowania w Polsce właściciele firmy EuroPort Poland Inc. trafili na pośrednika, który obiecał im pomoc w rozwiązaniu kłopotów. Pewien polski generał, znany w środowiskach biznesu jako „Pan 13 procent” (urodził się trzynastego i tyle żądał prowizji, przebijając generała Suharto i panią Imeldę Marcos, którzy pobierali tylko 10 %). W przeliczeniu na złotówki i dolary pośrednik chciał pięć milionów złotych lub półtora miliona dolarów za „załatwienie”. A co miał załatwić i jak? Posłać komandosów do prezesa zarządu portu w Gdańsku, albo do pana Krauzego w Gdyni, aby odpuścił gdańskiej konkurencji? Generał potem nawet podwyższył stawkę, lecz do żadnej umowy nie doszło, korupcji nie było, bo spotkał się z kategoryczną odmową. Tymczasem, według stanu z kwietnia 2007 roku firma EuroPort Poland Inc. zainwestowała już w realizację projektu budowy terminalu zbożowego w Porcie Morskim Gdańsk 37,7 miliona dolarów i nadal – do stycznia 2008 roku – wydawała miesięcznie 20 – 25 tysięcy dolarów na utrzymanie inwestycji i swego biura w Gdańsku. Główni inwestorzy - Amerykanin Joseph D’Andrea i Kanadyjczyk – Donald LeBlanc w rozmowach telefonicznych ze mną powiedzieli, że mają absolutnie dość polskich stosunków i sprawę o odszkodowanie za zrujnowaną inwestycję kierują do sądu w USA. W ten sposób na cenzurowanym znajdzie się Państwo Polskie, a konkretnie Ministerstwo Skarbu, które w Porcie Morskim Gdańsk ma 84 procent udziałów. Idzie o niebagatelną sumę 120 milionów dolarów odszkodowania. Nie jest jeszcze zbyt późno, by doprowadzić do ugody przed polskim sądem gospodarczym. Być może i do tego dojdzie. Pozostanie smród po nieudanym przedsięwzięciu i żal zagranicznych inwestorów do polskich władz, że tak niegodziwie postępują. Stracili pieniądze zagraniczni inwestorzy, ale więcej straciła Polska w sytuacji, gdy wszystkie poważne studia przewidują światowy kryzys żywnościowy, który da niespotykane szanse krajom produkującym żywność, takim jak Polska. Nie tak dawno media nazwały pewne środowiska w Polsce „Rywinlandem”. Tymczasem rzeczony Lew Rywin skarży polskie sądy do Trybunału Europejskiego w Strasburgu. Rywin, którego znam z czasów,gdy dynamicznie handlował polską produkcją telewizyjną („Poltel”) wydaje się marzycielem i niezgułą, który chciał „ukraść Księżyc”. Pani Aleksandra Jakubowska wygrała iedawno proces o nielegalną zmianę ustawy prasowej. Koncepcja „Rywinlandu” się sypie, CBA się kompromituje paroma nadgorliwymi akcjami, a „Gangland” w naszym kraju trzyma się mocno. Jak długo jeszcze? Zapytałem znajomego dziennikarza śledczego, czy nie boi się o tym wszystkim pisać. Odpowiedział mi czeskim żartem z okresu Husaka: „A ja się nie boję – mam raka!” Czy rak korupcji nie toczy polskiej gospodarki, polityki i innych sfer życia? Czy ktoś na serio z tym walczy? Nasuwa się wiele pytań, także w związku z działaniami nowego rządu. Dożyjemy – zobaczymy, nie dożyjemy – będziemy przynajmniej mieli „wieczny spokój”. [W następnym wydaniu zajmę się kolejnym tematem aferowym, tym razem w Polskim Wojsku i na styku z NATO]. |
|||