|
powrót do strony głównej
archiwum
|
Stanisław Michalkiewicz
Wychodzenie z komunizmu: polskie doświadczenie
W refleksji nad komunizmem większość ludzi
koncentruje się przede wszystkim albo na zagadnieniu władzy w tym
systemie, czerpiąc satysfakcję z nabytej umiejętności poruszania się
między różnymi frakcjami w partiach komunistycznych albo na makabrycznym
aspekcie komunizmu, który obserwatorowi nie przygotowanemu do takich
rewelacji i takich widoków, rzeczywiście może zapierać dech.

Znacznie mniej osób zwraca natomiast uwagę na istotę komunizmu, na którą
przede wszystkim składa się gwałtowna zmiana stosunków własnościowych.
Można powiedzieć, że zarówno specyficzny charakter władzy politycznej w
ustroju komunistycznym, jak i towarzyszący mu terror, są pochodną owych
gwałtownych zmian stosunków własnościowych.

Polegają one bowiem na likwidacji własności prywatnej, to znaczy – na
jej konfiskacie na rzecz „społeczeństwa”, w imieniu którego
zarządzanie nią przechwytuje biurokratyczny aparat komunistycznego
państwa, dobierany z kolei przez partię komunistyczną na zasadzie
kooptacji spośród tych, którzy złożą dowody lojalności zarówno wobec
partii, jak i głoszonej przez nią ideologii.

Jest rzeczą oczywistą, że właściciel, który wbrew swojej woli utracił
własność, zwłaszcza w sposób gwałtowny, będzie starał się ją odzyskać
wszelkimi sposobami, wysilając w tym celu cala swą energię i
pomysłowość. Partia komunistyczna zdaje sobie z tego doskonale sprawę i
dlatego od samego początku posługuje się terrorem, by przy jego pomocy
wybić wszystkim z głowy marzenia o – jak to się mówi – „cofnięciu
koła Historii”
Koncepcja
sprawiedliwości w komunizmie
Partia
komunistyczna, a zwłaszcza jej ideowy trzon, działa bowiem w poczuciu
misji zaprowadzenia i utrwalenia tak zwanej sprawiedliwości społecznej.
Warto zwrócić uwagę, że komunistyczna koncepcja sprawiedliwości jest
bardzo ambitna i oznacza idealny stan stosunków społecznych.
Ma to oczywiście swoje konsekwencje, bowiem z chwilą osiągnięcia takiego
ideału jakiekolwiek zmiany są niepożądane. Każda zmiana stanu idealnego
siłą rzeczy musi oznaczać jego pogorszenie, jako że ze szczytu wszystkie
drogi prowadzą w dół.
Dlatego też społeczności komunistyczne i komunistyczne państwa sprawiają
wrażenie skostniałych nawet wtedy, kiedy dla większości nie tylko
rządzonych ale nawet rządzących absurd rozwiązań ustrojowych staje się
oczywisty.
Formuła tego idealnego stanu, nazywanego sprawiedliwością społeczną
brzmi: od każdego według jego możliwości, każdemu – według potrzeb.
Koniecznym warunkiem praktykowania tak pojmowanej sprawiedliwości jest
znajomość zarówno potrzeb, jak i możliwości.
Ale o ile znajomość potrzeb osiągnąć stosunkowo łatwo, bo każdy człowiek
może swoje potrzeby określić samodzielnie, chociaż i wtedy pojawia się
pytanie, czy takie deklaracje przyjmować bezkrytycznie czy też jakoś je
weryfikować, to już z możliwościami sprawa wygląda gorzej. Człowiek sam
nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości, a cóż dopiero – z
określenia możliwości innych?
Zatem określenie możliwości staje się bardzo trudne zwłaszcza, że
większość ludzi, a może nawet wszyscy, mają naturalną skłonność do
zaniżania swoich możliwości zwłaszcza wtedy, gdy na podstawie takich
deklaracji mają być ustalone ich zobowiązania.
Tymczasem dla praktykowania sprawiedliwości społecznej zarówno potrzeby,
jak i możliwości powinny być dokładnie znane, bo w przeciwnym razie cala
ta koncepcja przestaje mieć sens. Dlatego też pojawia się konieczność
autorytetu, którego orzeczenia zarówno co do potrzeb, jak i przede
wszystkim – co do możliwości, będą przyjmowane powszechnie i bez
zastrzeżeń, to znaczy – bez dyskusji.
Oznacza to, że zarówno o możliwościach, jak i potrzebach, decyduje
władza polityczna, bo tylko jej decyzje mogą być przyjmowane powszechnie
i bez zastrzeżeń. Okazuje się zatem, że sprawiedliwość społeczna może
być praktykowana wyłącznie w warunkach braku wolności, że można albo myć
ręce, albo myć nogi, ponieważ nie jest możliwe jednoczesne zażywanie i
wolności i sprawiedliwości.
Jest to wniosek paradoksalny, bo przecież zarówno wolność jak
sprawiedliwość mają charakter wartości jednoznacznie pozytywnych. Cóż z
tego jednak, kiedy okazuje się, że wykluczają się one wzajemnie?
Dlatego, o ile dotąd trwają spory, czy w ustroju komunistycznym udało
się zaprowadzić sprawiedliwość społeczną, czy nie, to nie ma
najmniejszej wątpliwości, że wolność została tam zamordowana i to już od
samego początku.
Nie było to w dodatku następstwem jakiegoś błędu czy – jak to mówiono –
„wypaczenia”, tylko nieuniknionym rezultatem przyjętej w
komunizmie koncepcji sprawiedliwości, na użytek której dokonano nie
tylko likwidacji własności prywatnej, nie tylko zamordowania wolności
poprzez wprowadzenie totalitarnej władzy posługującej się terrorem jako
podstawową metodą rządzenia, ale rownież – poprzez zmiany kulturowe,
polegające na deprawacji kultury, której podstawowym celem było
uzasadnianie zarówno komunistycznego porządku ekonomicznego, jak i
politycznego.
Zatem również wychodzenie z komunizmu dokonuje się zarówno w aspekcie
ekonomicznym i politycznym, jak i kulturowym.
Aspekt ekonomiczny
Hierarchia społeczna w komunizmie była w zasadzie zdeterminowania
miejscem w hierarchii politycznej. Wyjątki, jakim był np. Stefan
kardynał Wyszyński, Prymas Polski, cieszący się pozycją najwyższego
autorytetu moralnego i duchowego przywódcy narodu, tylko potwierdzały tę
regułę.
Z miejscem w hierarchii politycznej związany był również poziom
zamożności, wynikający nie tylko z oficjalnego udziału w dochodzie
narodowym, ale – a w okresie pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego –
również w postaci łatwiejszego dostępu do deficytowych dóbr materialnych
i usług.
Na przykład funkcjonariusze partyjni i państwowi, zwłaszcza wyższego
szczebla, nie musieli ani stawać w kolejkach po towary codziennego
użytku, ponieważ korzystali z sieci specjalnych sklepów, tzw. sklepów
za żółtymi firankami, ani oczekiwać w kolejce na operację, co było
udziałem zwykłych śmiertelników.
W związku z tym, kiedy po spotkaniu Michała Gorbaczowa z prezydentem
Ronaldem Reaganem w 1985 roku w Genewie, kiedy to Gorbaczow
zadeklarował, iż Związek Radziecki uznał się za pokonanego w zimnej
wojnie i teraz trzeba po tym wszystkim w Europie posprzątać, w krajach
komunistycznych tamtejsza elita podjęła przygotowania do zajęcia
odpowiadającej jej aspiracjom pozycji społecznej w nowych warunkach
ustrojowych.
Wiadomo było bowiem, że wycofanie się imperium sowieckiego ze Środkowej
Europy pociągnie za sobą zmianę ustroju w państwach tego regionu, a w
nowym ustroju o pozycji społecznej nie będzie już decydowała znajomość
Lenina na wyrywki i miejsce w aparacie władzy, tylko raczej stan
posiadania.
Dlatego też, już od połowy lat 80–tych, wprawdzie jeszcze oficjalnie
socjalizm pozostawał najlepszym ustrojem na świecie, ale już wokół
przedsiębiorstw państwowych zaczęły powstawać spółki nomenklaturowe.
Dlatego „nomenklaturowe”, bo nie każdy mógł do nich przystąpić,
tylko członkowie komunistycznej nomenklatury. Chodzi o to, że w każdej
gminie, województwie i wreszcie – w państwie, obsadzenie pewnych
stanowisk publicznych, a także – jak to się mówiło w komunizmie – w „administracji
gospodarczej” – wymagało zatwierdzenia przez stosowny komitet
partii; albo gminny, albo wojewódzki, albo Centralny.
W żargonie partyjnym nazywało się to, że te stanowiska są „w
nomenklaturze” albo komitetu gminnego, albo wojewódzkiego, albo
Centralnego, zaś ludzi, którzy te stanowiska zajmowali, nazywano „nomenklaturą”.
I tylko członkowie tej „nomenklatury”, a wiec dyrektorzy i
członkowie zarządu przedsiębiorstwa, sekretarze partii, wyżsi oficerowie
milicji i aparatu bezpieczeństwa, wojskowi, prokuratorzy albo ich żony,
mogli praktycznie uczestniczyć w tych spółkach, chociaż formalnie nie
było ograniczeń prawnych.
Typowa spółka nomenklaturowa z jednej strony monopolizowała zaopatrzenie
przedsiębiorstwa państwowego w surowce, materiały i energię, a z drugiej
– sprzedaż wyrobów gotowych, przechwytując od przodu i od tylu cały zysk
przedsiębiorstwa, w którym zostawała bezradna załoga i trochę dymu.
Praktycznie wyglądało to tak, że dyrektor przedsiębiorstwa zawierał z
samym sobą, jako prezesem spółki nomenklaturowej, odpowiednie umowy.
W ten sposób nomenklatura w ramach przygotowań do powitania nowego
ustroju, dokonywała „pierwotnej akumulacji kapitału”, która mogła
dokonywać się wyłącznie przez rozkradanie majątku państwowego, bo innego
w zasadzie nie było.
Bezradność załogi przedsiębiorstwa i bezradność społeczeństwa
gwarantowana była przez „surowe prawa stanu wojennego”,
specjalnie w tym celu wprowadzone i utrzymywane. Komunistyczny aparat
jeszcze raz posłużył się terrorem, tym razem po to, by sprywatyzować na
własną korzyść to, co uprzednio, przy pomocy podobnego terroru, zostało
znajconalizowane.
Dzięki temu zabiegowi, nomenklatura komunistyczna okazała się warstwą
najlepiej przygotowaną do nowych warunków ustrojowych i z tego tytułu
przechwyciła kontrole nad podstawowymi elementami gospodarki kraju.
Ale „surowe prawa stanu wojennego” nie mogły być utrzymywane w
nieskończoność. W pewnym momencie trzeba było je uchylić, co oznaczało
dopuszczenie konkurencji ludzi spoza nomenklatury. Ludzie ci, w
większości rolnicy i drobni przedsiębiorcy, często bardzo zahartowani w
walce z przeciwnościami tworzonymi przez komunistyczny aparat władzy,
stanowili potencjalne niebezpieczeństwo dla pozycji społecznej
nomenklatury. Dlatego też trzeba było niebezpieczeństwo to zażegnać w
zarodku.
Tedy w ramach walki z trzycyfrową inflacją, która pojawiła się w roku
1989 na skutek wypuszczenia przez ostatni komunistyczny rząd co najmniej
40 bilionów złotych bez pokrycia na rynek, Sejm, z inicjatywy
wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza uchwalił ustawę „o
uporządkowaniu stosunków kredytowych”.
Wprowadzała ona tzw. „zmienną stopę oprocentowania kredytów”,
niezależnie od zawartych uprzednio umów z bankami. Przewidywała ona, że
zamiast, np. 4% rocznie, przewidziane w umowie, bank pobierał 40%
miesięcznie! Postawiło to kredytobiorców, którzy stanowili zalążek i
nadzieję na polską klasę średnią, z dnia na dzień w stan bankructwa.
Jednocześnie podwyższone zostało niemal do 100% rocznie oprocentowanie
lokat złotówkowych w bankach komercyjnych, zaś rząd na ponad rok
wprowadził sztywny kurs dolara na poziomie 9,5 tys. złotych (starych).
Wskutek tego zagraniczni finansiści wymieniali dolary na złote, lokowali
te pieniądze w polskich bankach i po roku, ze stuprocentowym zyskiem,
wymieniali je na dolary po tym samym kursie 9,5 tys. złotych. Ocenia
się, że w ten sposób w roku 1990 zostało wyssane z Polski około 17
miliardów dolarów.
Po tym uderzeniu polska klasa średnia nie odrodziła się do dnia
dzisiejszego, co dobrze ilustruje informacja statystyczna o rozkładzie
oszczędności w Polsce. Suma oszczędności wynosi około 500 miliardów
złotych, ale pozostaje w dyspozycji około 8% społeczeństwa. Około 60%
gospodarstw domowych w Polsce nie ma żadnych oszczędności, a ok. 30
procent jest zadłużonych.
Używając zatem dawnej marksisowskiej retoryki można powiedzieć, że mamy
do czynienia w Polsce z tak zwanym kapitalizmem „kompradorskim”,
to znaczy – organicznie związanym z aparatem władzy, a zwłaszcza –
tajnymi służbami, które stanowiły jego najtwardsze jądro.
Taki charakter ustroju ekonomicznego w Polsce umacnia dodatkowo system
prawny. Ustawa o działalności gospodarczej, która weszła w życie 1
stycznia 1989 roku, znosiła fundament socjalizmu realnego w gospodarce,
założony w roku 1947 w Polsce przez Hilarego Minca – ówczesnego
gospodarczego dyktatora z ramienia Józefa Stalina. Miał on swój
ekonomiczny ideał w postaci „planu doprowadzonego do każdego
stanowiska pracy”.
W tej koncepcji władza planująca, a więc – władza polityczna, musiała
zatem decydować o utworzeniu każdego stanowiska pracy, a więc – bez jej
zgody żadne stanowisko, – również najdrobniejsze przedsiębiorstwo, np.
warsztat szewski, nie mogło ani powstać, ani działać.
Ustawa o działalności gospodarczej z 1989 roku uchylała tę zasadę,
pozostawiając jedynie obowiązek zgłoszenia działalności gospodarczej dla
celów podatkowych. Warunek pozwolenia, czyli koncesji na prowadzenie
działalności gospodarczej pozostawiono w kilku przypadkach, co było
podyktowane względami bezpieczeństwa powszechnego. I tak, koncesjonowany
pozostał obrót bronią, amunicją i materiałami wybuchowymi, hurtowy obrót
lekarstwami, prowadzenie aptek, prowadzenie agencji detektywistycznych,
prowadzenie agencji celnych, obrót spirytusem i wódka itp.
Ale już wkrótce potem liczba koncesji zaczęła narastać i w roku 1999, a
więc w 10 lat po wejściu w życie ustawy o działalności gospodarczej,
koncesje, licencje, zezwolenia i pozwolenia obowiązywały już w 202
obszarach działalności gospodarczej!
Pod osłoną retoryki wolnorynkowej w ciągu 10 lat została przywrócona
podstawowa zasada socjalizmu realnego, w rezultacie której w gospodarce
polskiej króluje przedsiębiorca kompradorski, to znaczy – uzależniony od
aparatu władzy, przede wszystkim – od tajnych służb i aparatu
biurokratycznego, który ma władzę ustanawiania monopoli w postaci
koncesji i rozdzielania tych przywilejów w zasadzie według swego
uznania. Oczywiście towarzyszy temu korupcja i fiskalizm, które dla
wielu przedsiębiorczych ludzi nie związanych z aparatem władzy stanowią
barierę nie do przebycia.
Dopiero na tym tle można ocenić w pełni próbę zdemontowania tej
nieformalnej struktury w postaci programu „IV Rzeczypospolitej”,
niezależnie od szczerości intencji jego głosicieli. Wydaje się, że bez
tej wstępnej operacji przywrócenie w Polce normalności poprzez
ostateczne wyjście z komunizmu, pozbycie się jego pozostałości, nie jest
po prostu możliwe.
Aspekt polityczny
W roku 1980 znaczna część polskiego społeczeństwa, może nawet jego
większość, zbuntowała się przeciwko partii komunistycznej, która pod
naporem tego buntu zaczęła się rozpadać, wytwarzając polityczną próżnię,
którą natychmiast zaczęły wypełniać tajne służby wojskowe i cywilne.
To właśnie one przygotowują, przeprowadzają administrują stanem
wojennym, pozostając absolutnym hegemonem polskiej sceny politycznej w
latach 80–tych. Jak wiadomo, ustrój komunistyczny miał charakter
totalitarny, a było to możliwe przede wszystkim dlatego, że tajne służby
kontrolowały i nadzorowały zachowania społeczne, a zwłaszcza – wszelkie
próby uzewnętrznienia poglądów odbiegających od zatwierdzonych. Nie
byłoby to możliwe bez agenturalnej penetracji wszystkich środowisk
społecznych.
Więc kiedy w połowie lat 80–tych stało się jasne, przynajmniej dla
tajnych służb, że nastąpi ewakuacja imperium sowieckiego z Europy
Środkowej i wynikająca stąd zmiana ustroju, a może nawet odwrócenie
sojuszów polityczno–wojskowych, podstawową troską tajnych służb,
stanowiących najtwardsze jądro totalitarnego systemu, stało się
znalezienie listka figowego, który przysłoniłby i przed zagranicą i
przed społeczeństwem polskim fakt zajęcia przez odmienioną komunistyczną
nomenklaturę czołowej pozycji społecznej politycznej.
Dzięki materiałom ujawnionym przez Instytut Pamięci Narodowej mogliśmy
dowiedzieć się o ofercie, jaką ówczesnej władzy za pośrednictwem
oficerów Służby Bezpieczeństwa złożył wybitny przedstawiciel jednego z
nurtów opozycji demokratycznej w Polsce, Jacek Kuroń.
Oferta ta sprowadzała się do tego, że jeśli władza udzieli dyskretnej
pomocy w wyeliminowaniu „ekstremy” z podziemnych struktur, to „my”,
czyli środowisko, którego wybitnym reprezentantem był Jacek Kuroń, „w
imieniu społeczeństwa” udzieli ludziom dotychczasowej władzy
gwarancji zachowania pozycji społecznej oraz gwarancji zachowania
zdobyczy, które nomenklatura właśnie sobie kradnie.
Oferta ta została przyjęta jako fundament umowy „okrągłego stołu”
w roku 1989. „Ekstremę”, czyli przeciwników bądź konkurentów
politycznych „lewicy laickiej”, a więc środowiska
reprezentowanego przez Jacka Kuronia, władza skutecznie wyeliminowała od
udziału w „okrągłym stole”, dzięki temu w tych rozmowach w
charakterze jedynego reprezentanta całego społeczeństwa wystąpiła w
zasadzie lewica laicka, czyli – dawni stalinowcy, którzy w różnych
okresach i z różnych powodów zerwali z partią komunistyczną, a nawet
wystąpili przeciwko niej, tworząc jeden z dwóch nurtów opozycji
demokratycznej w Polsce.
Dlaczego „lewicy laickiej” zależało tak bardzo na wystąpieniu w
charakterze jedynego a przynajmniej głównego reprezentanta
społeczeństwa?
Lewica laicka rozumowała mniej więcej tak: walczymy z komunizmem, bo
komunizm jest zły, ponieważ tłumi każdy przejaw spontanicznej
działalności ludzkiej. Ale skoro tak, to komunizm nie jest zły
absolutnie, bo wprawdzie tłumi tę dobrą aktywność, ale również i tę złą.
A zdaniem „lewicy laickiej”, w mrocznych zakamarkach duszy narodu
polskiego drzemią różne demony, które trzeba trzymać na uwięzi. I dopóki
komunizm to wszystko tłumi, no to w porządku. Ale przecież my z
komunizmem walczymy i widać, że wkrótce go obalimy. I co wtedy? Wtedy
jest ryzyko, że różne demony wydostaną się na powierzchnię, do czego w
żadnym wypadku dopuścić nie można.
Podstawową troską „lewicy laickiej” było zatem pytanie, w jaki
sposób, już po obaleniu komunizmu, utrzymać te demony na uwięzi.
Odpowiedź nastręczała się sama: trzeba porozumieć się z tymi, co
tłumili, bo przecież oni umieją to robić. W ten sposób pragnienia „lewicy
laickiej” wyszły naprzeciw potrzebie znalezienia listka figowego
przez tajne służby i narodziła się idea rozmów okrągłego stołu.
Ale na tym tle widać wyraźnie, że porozumienie okrągłego stołu nie
polegało na zwróceniu narodowi polskiemu suwerenności politycznej, a
więc możliwości samodzielnego kształtowania form swego życia zbiorowego,
tylko – na podziale władzy nad narodem polskim przez obydwie
strony umowy okrągłego stołu: bezpieczniaków i „lewicę laicką”.
Te podejrzenia wkrótce potwierdziły się w sposób niezwykle dramatyczny i
spektakularny. 4 czerwca 1992 roku, na skutek próby ujawnienia dawnej
komunistycznej agentury w strukturach państwa, rząd premiera Jana
Olszewskiego został obalony w atmosferze przypominającej zamach stanu
przez obydwie strony umowy okrągłego stołu.
Ta koalicja, do której wkrótce dołączyło wielu wyposzczonych działaczy
Solidarności, przy akompaniamencie różnych przekomarzań, w zasadzie
zgodnie buduje i umacnia opisany wyżej system kompradorski,
przedstawiając to jako „modernizację” kraju i „europeizację”
tubylczych „Irokezów”.
Aspekt kulturowy
Modernizacja kraju i europeizacja tubylców, podjęta wspólnie i w
porozumieniu przez niedawnych totalniaków, występujących teraz w roli
nauczycieli i strażników demokracji oraz „lewicy laickiej”,
doprowadziła do podziału społeczeństwa na „Jasnogród” i „Ciemnogród”,
czyli oświeconą elitę, pochodzącą co prawda wyłącznie z autonominacji,
ale bardzo pewną siebie i na ciemne masy, które trzeba ucywilizować,
oczywiście na obraz i podobieństwo wspomnianych elit.
Jest to sytuacja niezwykle podobna do tej z lat 40–tych, kiedy to
stalinowski „Jasnogród” nieubłaganie walczył z polskim „Ciemnogrodem”,
chociaż metody się zmieniły. Dzisiaj nikt już nie wywozi zatwardziałych
i nie rokujących nadziei reprezentantów „Ciemnogrodu” na Syberię,
bo Polska należy do NATO i Syberia nie jest na razie dostępna, nikt nie
pakuje ciemnogrodzian do lochów, nie strzela im w tył głowy, nie zrywa
paznokci ani nie wdeptuje w ziemię, skazując na wegetacje na peryferiach
społeczeństwa, ale cel, w postaci nieubłaganego Postępu jest cały czas
ten sam.
Zmieniają się też personifikacje ideału. Dzisiaj nie jest to już Ojciec
Narodów i Chorąży Pokoju (jak podówczas tytułowano Józefa Stalina) ani
Paweł Morozow, co to złożył do NKWD donos na własnych rodziców,
przyprawiając ich w ten sposób o nagłą śmierć, ale reprezentatywni
przedstawiciele tak zwanego społeczeństwa otwartego, którzy na tym
etapie dziejowym stanęli w awangardzie nieubłaganego Postępu.
Awangarda nieubłaganego Postępu, jak wiadomo, bezlitośnie walczy ze
wstecznictwem, którego istotnym elementem są wszystkie religie, zaś w
Polsce – Kościół katolicki. Oczywiście, zgodnie z nauczaniem wiecznie
żywego Lenina, wszystko zależy od dziejowego etapu i na przykład na
etapie walki z komunizmem, Kościół katolicki był uważany za opokę
wolności i praw człowieka.
Ledwo jednak podpisana została umowa „okrągłego stołu” zaraz
okazało się, że największym zagrożeniem dla Polski jest „państwo
wyznaniowe”, które pragną zaprowadzić katoliccy „ajatollachowie”
z polskiego Episkopatu.
Pod wpływem tego strofowania skonfundowani „ajatollachowie”
wyrobili sobie odruch powściągliwości przed jakimkolwiek pozorem
politycznego zaangażowania, a niektórzy, być może pod wpływem perswazji
w wykonaniu dawnych oficerów prowadzących, przeszli nawet na stronę
nieubłaganego Postępu, tworząc przyczółek „kościoła otwartego”.
Za wyjątkami, które potwierdzają regułę tak się bowiem składa, że im
bardziej postępowe poglądy ma duchowny, tym większe prawdopodobieństwo
posiadania przezeń w życiorysie agenturalnego epizodu. Nic na to
poradzić nie można; nie na darmo komunizm był ustrojem totalitarnym.
Ale „kościół otwarty”, aczkolwiek wychodzi naprzeciw oczekiwaniom
nieubłaganego Postępu godzi się na rolę pozarządowej organizacji
socjalno–charytatywnej bez jakichkolwiek pretensji do przywództwa
duchowego czy moralnego, jednak skażony jest pierworodnym grzechem
wstecznictwa, jako organizacja religijna.
Dlatego też „Jasnogród”, forsujący ideologię politycznej
poprawności, czyli marksizmu kulturowego, wysuwa dziś na plan pierwszy
hasło „państwa neutralnego światopoglądowo”. Hasło to z pozoru
oczywiste, jest jednak bałamutne i to nie dlatego, że w konsekwencjach
może być nieprzyjemne dla Kościoła, tylko że względu na to, że jest
wewnętrznie sprzeczne. Nie ma i być nie może „państwa neutralnego
światopoglądowo”: nie ma takiego zwierzęcia.
Żadne państwo bowiem, dopóki pozostaje państwem, nie może wyrzec się
jednej podstawowej funkcji w postaci ustanawiania praw. Nie istnieje
państwo, które nie ustanawiałoby praw. Wyobraźmy sobie tedy, że jako
państwo, mamy ustanowić kodeks karny, a w nim – określić nasz – czyli
państwa – stosunek do kradzieży.
Mamy dwie możliwości: albo zabronić kradzieży pod groźbą kary, albo ją
zalegalizować, pozwalając wszystkim by okradali się wzajemnie. Cokolwiek
zrobimy, arbitralnie decydujemy, która etyka obowiązuje na terenie
publicznym, czy etyka normalna, czy etyka złodziejska.
A skoro tak, to decydując, iż na terenie publicznym obowiązuje konkretna
etyka, preferujemy tym samym światopogląd, który tę etykę uzasadnia. O
ile bowiem etyka poprzez swoje normy mówi, co jest dobre, a co złe, tzn.
np. że kradzież jest zła dlatego zabroniona pod groźbą kary, to
światopogląd wyjaśnia, dlaczego jest zła, dlaczego nie powinno się
kraść.
Nie może zatem państwo pozostawać „neutralne światopoglądowo”, bo
w takim przypadku nie mogłoby ustanowić jakiegokolwiek prawa. Innymi
słowy, hasło „państwa neutralnego światopoglądowo” jeśli brać je
dosłownie, jest postulatem w istocie antypaństwowym.
Skądinąd jednak wiemy, że głosiciele hasła „państwa neutralnego
światopoglądowo” nie tylko nie likwidują państwa, ale umacniają jego
biurokratyczne struktury i rozszerzają zakres jego władzy, co widać
szczególnie jaskrawo na przykładzie Unii Europejskiej. O co zatem chodzi
naprawdę?
Wydaje się, naprawdę chodzi o wyrugowanie z terenu publicznego
światopoglądu chrześcijańskiego I zastąpienie go polityczną
poprawnością, czyli marksizmem kulturowym. Jest to w gruncie rzeczy
walka o kształt cywilizacji, która wprawdzie toczy się również w Polsce,
ale oczywiście wykracza poza jej obszar.
www.michalkiewicz.pl
powrót
do strony głównej
now@ on-line miesięcznik
polityczny Internautów
http://nowaonline.strefa.pl |