|
||||
|
|
Jerzy Maksymowicz POTPOURI Całkiem niedawno, po długim milczeniu w mediach, Osama ben-Laden zaproponował Amerykanom aby przechrzcili się na Islam, jako jedyne wyjście z problemów, jakie mają nie tylko z Irakiem, ale głównie z ropą naftową. Otrzymaliby jej wtedy ile by tylko chcieli, a cena benzyny do samochodu w USA byłaby na poziomie takim samym jak w Arabii Saudyjskiej, to jest 5 centów za litr. Propozycja tak wielce kusząca, tak wielce niewykonalna, bo wyjęta żywcem z dziedziny opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy, atmosferze w której wciąż trwa świat arabski. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że ben-Laden ciągnie łacha z Amerykanów, ale po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że facet jest serio. Największym przykazaniem każdego muzułmanina jest dosłowne naśladowanie Proroka. Jeśli zdolni są oni do naśladowania Go w rytuale religijnym, choć nie zawsze, to w wyniku postępu technologicznego absolutnie nie mogą temu sprostać. Prorok bowiem nie został nawiedzony w tym względzie, tak jak w innych sprawach, przez Archanioła Gabriela.... A więc dromader którym podróżował Prorok, albo ich własny wynalazek, jak na przykład latający dywan, który może usprawiedliwić korzystanie z Boeinga 767, ale w żadnym wypadku Mercedes, powinien być ich głównym środkiem komunikacji. Nie zostawił także Prorok żadnych instrukcji w Koranie, co do wyprawy w przestrzeń kosmiczną. Jak może sobie poradzić muzułmański kosmonauta w kapsule kosmicznej orbitującej Ziemię z wymogiem pięciu modlitw dziennie i wymagających każdorazowo mycia stóp i bycia zwróconym twarzą do Mekki? Skąd zapewnić tyle wody? A co z dywanikiem, na którym ma klęczeć, w próżni bezciężkości, kiedy właśnie wtedy staje się on latającym? Wszystkie te niedoskonałości w naśladowaniu Proroka anuluje jednak przykazanie naczelne, które ustanowił swym przykładem sam Prorok, to jest rozszerzenie Islamu przy pomocy miecza. Temu przykazaniu służyć chce ben-Laden, nie pojmując, że Ameryka to nie drobne plemiona arabskie, które Prorok zmusił mieczem do przyjęcia jego nowej religii. Historia to jednak tak zawiła, iż więcej o tym dopiero w następnym potpouri. Bezradna Ameryka skarży się teraz iż Putin wbił jej nóż w plecy (znamy ten ból), swoją wizytą w Teheranie – bez całusów wprawdzie z Ahmanedizanem, jak by to było u Breżniewa, tym niemniej wystarczająco złowieszcza, bo jeśli Breżniew i Gorbaczow wysyłali tylko generałów do Iraku, to wizyta samego cara jest o wiele bardziej znacząca – to kolejne zagranie asem z rękawa. Pisałem już dawno temu, iż po przegranej w Afganistanie i Iraku, Rosjanom pozostaje tylko Iran do wzięcia. No i wzięli. Po oświadczeniu Putina, iż „...nie do pomyślenia jest jakakolwiek akcja zbrojna...” (w odniesieniu do Iranu), wszyscy spuścili nos na kwintę. Idąc za ciosem, Putin nadział się jednak na kontrę, kiedy go poniosło do przyrównania sprawy Tarczy do kryzysu kubańskiego. Tam, po wykryciu przez Amerykanów sowieckich rakiet i wprowadzenia blokady morskiej i pogotowia atomowego przez ówczesnego prezydenta J.F.Kennedego – Chruszczow wrócił z Kuby na Kreml z podwiniętym ogonem. Tylko w tym przypadku byłoby trafne, gdyby sam poszedł śladem tamtego. Potknięcie to niweluje jednak majstersztyk „maskirowki” jaką były ostrzeżenia o przygotowaniu zamachu na jego życie podczas wizyty w Iranie. Zdymisjonował je lekceważącym ruchem ręki, wiedząc przecież czego nikt nie wiedział. No bo od czego w końcu są służby specjalne – od tego aby miały dobre pomysły! Wyszedł na bohatera, i jako taki na Kreml powrócił. W głębi mojej słowiańskiej duszy zaczyna się rodzić podziw dla faceta. Dawno, dawno już temu pisałem także i domagałem się (p. „Planeta Złoczyńców”, J.M) od ówczesnych luminarzy kultury rosyjskiej, będących wówczas na świeczniku, to jest od pisarza Sołżenicyna i poety Jewtuszenki, by jeśli rząd nie może i nie chce ze względów polityki wewnętrznej tego zrobić, to ich obowiązkiem jest przeprosić za Katyń... Nie zdobyli się na to. O masakrze Żydów w Babim Jarze pisać poemat było Jewtuszence łatwo, o Katyniu już nie. A przecież i Rosjanom niejeden porównywalny Katyń urządzili Stalin z Berią i Chruszczowem. Ot, choćby Kuropaty, nie wspominając już nawet carskiej rodziny, której członków popi chcą desygnować na świętych: Zcichła bałałajka... Nie umarły od kul tylko zamilkł Sołżenicyn, drzewa, które płaczą zamilkł Jewtuszenko. nad nami... To nie Katyń – to Kuropaty *** strwożyły uriadnikow, Odtąd przeto wszelki spojrzeniami oczodołów. Niech milczy filozof... (J.M. – Planeta Złoczyńców,1993) Dziś, kiedy Siergiej Kowalow, dysydent i obrońca praw człowieka po obejrzeniu filmu zawołał: „Polacy wybaczcie nam!”, i zawtórowała mu historyk Natalia Lebiediewa przez: „Nie daj Boże, aby coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło”... – to mi wystarcza. W odpowiedzi zawołam również: „Nie daj Boże abyście Rosjanie pozwolili rządzić sobą zwyrodnialcom”. x x x Po wyborach w Polsce cały świat wreszcie odetchnął. Francuzi, którzy odrzucili projekt traktatu UE ucieszą się, iż wreszcie Polska nie będzie mu przeciwna, i że w polityce Polacy wreszcie wyzbyli się romantyzmu (Le Monde). Niemcy też, że nareszcie będą mogli robić z Polską co im do głowy przyjdzie. Najbardziej jednak zadowolony jest Putin pozbawiwszy się choćby tylko jednego z nie lubianych Kaczyńskich. Pewnie zniesie teraz embargo, ale nie przedtem niźli hurma różowych z czapką w ręku stanie przed bramą Kremla. Ale co tam – biznes jest biznes... Parafrazując Bismarcka, można powiedzieć, iż „...hundert professoren – und Polen ist verloren”... (miał na myśli Deutschland oczywiście)* Po profesorze Skubiszewskim, który zawalił sprawę zjednoczenia Niemiec, to jest 4 + 1, Bartoszewski to kolejny mięczak w porównaniu do Fotygi – bo to typowy dyplomata. Polityki zagranicznej jednak nie uprawia się na zasadzie dyplomacji, lecz siły. Tu miałby przecież najdoskonalszy wzór w osobie gospodina Putina. Jego zastraszający wprost kompleks niższości ujawnia przekonanie o niewystarczającej europejskości rodaków. Oświadczenie „Nie składanie gratulacji to nowość w Europie” graniczy ze starczym zdziecinnieniem. Od kiedy to prezydent jakiegokolwiek kraju składa gratulacje partiom wygrywającym wybory? Gdyby zaś tak uczynił, to byłby to konflikt w sprawowaniu urzędu, jak miało to miejsce za Kwaśniewskiego, który notorycznie brał udział w zebraniach partyjnych – oto jaki prezydent śni się panu profesorowi... Poza tym, nie przypominam sobie, aby sam pan profesor składał gratulacje PiS-owi po wygranych wyborach. Tą drogą, sądzę, iż byłoby bardzo po europejsku złożyć Hitlerowi gratulacje zamiast organizować AK i Państwo Podziemne. Oopsa! Przepraszam – wtedy nie było jeszcze UE, tylko jak przypominam sobie MittelEuropa. Nowy Jork, 28/10/07 Jerzy Maksymowicz * „Stu profesorów(w rządzie), i Niemcy są zgubione” |
|||