|
||||
|
|
Małgorzata Leczycka Kuzyni królika X O, tu jeden pająk, tam drugi i trzeci, muszę je wszystkie złapać do słoiczka i wypuścić na rosnące pod oknem krzewy, bo przecież mieszkanie z pająkami nie wygląda zbyt czysto, z drugiej jednak strony, pająk jest symbolem szczęścia, więc, tak na dobrą sprawę, wyrzucam z domu szczęście, tylko, czy mogę tak z ręką na sercu stwierdzić, iż z tymi pająkami, które zadomowiły się u mnie, spotkało mnie, nie tyle że prawdziwe, ale, w ogóle, jakiekolwiek szczęście. Wyjrzałam przez okno, a mieszkam na parterze i zobaczyłam krzaki w słońcu, więc już przestałam się użalać nad losem pająków, a zresztą, one takie jakieś chudziutkie, rachityczne i pobyt na świeżym powietrzu może im posłużyć, utyją, urosną, nie mówiąc już o tym, że zobaczą kawał wielkiego świata, oczywiście tylko z wysokości krzaków, ale zawsze, tak pomyślałam, patrząc jednocześnie na starszą kobietę, dźwigającą kubeł z węglem i drepczącego za nią, jej równie starego męża, z jeszcze większym koszykiem pełnym czarnych bryłek. Pani Stasia i pan Stasio, tak się dziwnie złożyło, że mają te same imiona, znoszą węgiel na zimę, choć dopiero początek września, i to bardzo ciepłego września, ale pewnie wpadło im parę groszy, a może kupili nieco taniej węgiel, teraz zaś ktoś musi go znieść do piwnicy, a ponieważ są sami, taszczą więc kosz za kubłem i kubeł za koszem do piwnicy, która oddycha, wyrzucając na schody duszące opary wilgoci, bowiem dom przy ul. Tarczyńskiej w Warszawie, w którym mieszka pani Stasia i pan Stasio, a także ja, nie ma centralnego ogrzewania, choć wstąpiliśmy jako ludzkość w XXI wiek, i został opanowany przez wilgoć, wszelkiego rodzaju grzyby i pleśń. Zapach piwnicy połaskotał mnie w nos, gdy wyszłam na klatkę ze słoikiem pełnym pająków, które z czystym sumieniem wytrząsnęłam na zielone liście krzewów, mam nadzieję, że nie połamały sobie długich i chudych nóżek, po czym postawiłam słoik na ziemi i wyszłam na ulicę, gdzie przed bramą leżała kupa węgla. Pan Stasio właśnie nakładał żelazną łopatą węgiel do kosza, a gdy był już pełen, wzięłam za uchwyt i zaniosłam do piwnicy, a kiedy pani Stasia mnie zobaczyła, zaczęła protestować, że nie, nie, sami damy sobie radę, nie trzeba, ależ trzeba, powiedziałam, to przecież nic takiego, mam siłę, i w ogóle, i wysypałam węgiel na gromadkę pod oknem. Kiedy już szłam z dziesiątym chyba kubłem, pod bramą stanęli miejscowi renciści i petenci ośrodka pomocy społecznej, cierpiący na nieuleczalną chorobę społeczną, alkoholizm, pan Jasio, Henio, pani Renatka, co przez całe swe życie ani dnia nie przepracowali, stali i ciekawie popatrywali na mnie, myśląc, że jestem niespełna rozumu, albo też zastanawiali się, ile to dostanę za noszenie i ile będą mogli ode mnie później wyciągnąć, w końcu chyba znudziło im się to patrzenie, a może mieli kaca po wczorajszym denaturacie czy borygo i zaczęli wysupływać z kieszeni miedziaki, każdy coś tam dołożył, a brakującą na napój resztę dorzucił przechodzący właśnie pan Jacek. Schodziłam po wytartych przez dziesiątki lat schodach prosto w otwarte ramiona czerwonych cegieł piwnicy i nie czułam zmęczenia, może dlatego, że otuliły mnie sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa, zapach mojego domu przy ul. Grzybowskiej 11, gdzie były piece kaflowe pod sufit, duże pokoje, jeszcze większa kuchnia z wiecznie gorącymi fajerkami. Tu zawsze słyszałam, iż mam szczęście, że urodziłam się po wojnie, tu byli mordowani Żydzi, polowano na ukrywających się na strychu ludzi, tu siedzieli w piwnicy, chroniąc się przed nalotami, a gdy gruzy stopniowo wywożono, odkrywałam ślady tamtych istot, zostawione na jakiejś miseczce, wykręconym przez żar słoiczku, schodzonym trzewiku, a z czarnej dziury piwnicznej zawsze ktoś do mnie wołał, nie to, że słyszałam jakieś głosy, nie, tylko każdą rzecz, każde miejsce, na które spojrzałam, wypełniałam życiem, a może tamten świat tak do mnie intensywnie przemawiał, do mojej wyobraźni, że go ożywiałam automatycznie. W środkowym pokoju, pomalowanym na niebiesko ze złotymi gwiazdami, co znam tylko z opowiadań, mieszkał rabin, zanim go hitlerowcy nie wywieźli do obozu, zresztą jak rodzice otrzymali to mieszkanie po zbombardowaniu ich na Muranowie, było tu nie tylko pełno karaluchów, porozbijanych mebli, ale i książek żydowskich, dzięki którym w mieszkaniu zrobiło się ciepło i dwie małe dziewczynki, Grażyna i Basia, moje siostry, przestały płakać z zimna i ogrzały się do woli, a mama, z zakasanymi rękawami mogła szybciej i skuteczniej prowadzić walkę z brudem. Urodziłam się po wojnie i na szczęście nie mam wojennych wspomnień, ale dla mnie czerwone cegły, przez które przedzierałam się od dnia, gdy stanęłam mocno na ziemi, miały swoisty kolor i zapach, lubiłam po nich chodzić, tym bardziej, że jeszcze tak niedawno były wysokimi oficynami okalającymi trzy podwórka, gdzie mieszkali Kierecińscy i Pierzynowscy, i mnóstwo innych rodzin, ale najbardziej lubiłam białe, delikatne kwiatuszki, wyrastające na gruzach i cieszące się moim słońcem. Kwiatuszki rosły pod moim domem, ale też i na gruzach po drugiej stronie ulicy, ciągnących się aż pod halemirowskie, po których chodziłam na spacer z ojcem i jego przyjacielem malarzem Kazimierzem Piotrowskim, który u nas spał i malował nasze portrety i portrety innych mieszkańców Grzybowskiej. Była to ulica z duszą, miała swoją historię i nie była tak anonimowa jak teraz, domy ze szkła i stali, okratowane, ze strażnikami jak w obozach, takie mogą stać przy każdej ulicy, a tu była fabryka łóżek Jarnuszkiewicza, był secesyjny dom przy Grzybowskiej 24, w którym zawsze chciałam mieszkać, taki był ładny, tu na gruzach doń przyległych starszy mężczyzna w czarnym płaszczu do ziemi i w czarnym kapeluszu z pejsami codziennie o zmierzchu zapalał świeczkę, tu na kocich łbach ulicy, pokrytych zlodowaciałym śniegiem uczyłam się jeździć na łyżwach, a na te moje wyczyny patrzyły łaskawie gazowe latarnie. X Pani Stasia pochyliła się nad kubłem i już nie mogła się wyprostować, sama więc zrobiłam do piwnicy ostatnich pięć kursów, zatrzaskując w końcu drzwi, pozostawiając za nimi intensywny zapach, w tym samym czasie przed bramą pani Renatka przyniosła coś do picia, co wszyscy, po kolei, wlewali do gardeł, z widoczną przyjemnością, a pan Stasio, gdy zajrzałam do niego, by zapytać jak się czuje, siedział na łóżku i pojękiwał, siedział pod wielkim zdjęciem, na którym premier ściskał mu dłoń, tak, tak, były lepsze czasy, teraz jestem nędzarzem, pochylił głowę i zaczął siorbać herbatę z kubka z napisem tchibo. A mówili, że socjalizm to taki ustrój społeczny, który znosi wyzysk i ucisk człowieka przez człowieka, i w Polsce będziemy go budować w oparciu o prawdę i o fakty, nasze życie publiczne będzie się opierać na jawności, bo jak mówił Lenin, w socjaliźmie każda kucharka powinna wiedzieć, jak rządzi się państwem, zwłaszcza demokratycznym, bo nasza demokracja jest podporządkowana naczelnemu celowi, a tym celem jest zbudowanie socjalizmu w Polsce, i to podporządkowanie wyznacza granice demokracji, które są szerokie i obejmują ludzi i grupy o różnych poglądach, i marksistów, i katolików, i indywidualnych producentów na wsi i w mieście, którzy dziś już nie są wrogami klasowymi, a jeszcze niedawno byli, a do tego socjalizm trzeba budować zgodnie z prawami ekonomicznymi i pan Stasio postawił kubek na stole, pani też tak myśli, zapytał, pochylił głowę, położył się na boku i zachrapał, a gdy otworzył oczy, uśmiechnął się, dolej no, stara, trochę gorącej wody, powiedział, podając kubek pani Stasi. Socjalizm trzeba budować zgodnie z prawami ekonomicznymi, by nie płacić ruiną gospodarstw i spadkiem produkcji, ileż racji miał Lenin, oj, łebski facet z tego Lenina, gdy piętnował pyszałkowatych komunistów, pan Stasio usiadł na łóżku, zna pani pyszałkowatych komunistów, nie, ale znam pyszałkowatych czerwonych przemalowanych na pyszałkowatych kapitalistów, gdyby Lenin był wróżką, mógłby przewidzieć, że towarzysze zamienią się w biznesmenów i będą wcielać w życie swe ideały, bo partia kieruje życiem kraju, ale nie rządzi, przestań, Stasiu, przestań, żona pogładziła go po głowie, daj spokój już tej polityce, jesteś za stary, a jednak Lenin to łebski facet, upierał się pan Stasio, e tam, rudy był, warknęła pani Stasia, wredny jak każdy rudy, Putin też jest rudy, a czy Miller jest rudy, zapytała, wzruszyłam ramionami, nie, chyba nie, powiedziałam, nigdy nie widziałam premiera Millera na żywo, zresztą, może i był, ale teraz jest siwy. Wycofałam się z pokoju pana Stasia, niech sobie śni sen o potędze socjalistycznego państwa swej młodości, a może naszego obecnego, kapitalistycznego, państwa jego starości, niech sobie siedzi w białym domu w skórzanym fotelu, niech ściska ręce ludziom z pierwszych stron gazet, niech gardłuje, teraz niech robi, co chce, bo i tak już przegadał moje życie, jestem straconym pokoleniem, niby to trzymanym za twarz, niby to wolnym, niby to patriotycznym, niby religijnym, takim przeciętnie średnim, uformowanym przez socjalizm. Teraz pewnie wspomina swoje dzieciństwo, uśmiechnęła się pani Stasia, często gada przez sen, niech pani trochę poczeka, to może przemówi, dam pani kawy, poproszę, tylko niezbyt mocną, rozumiem, serce, pani Stasia, emerytowana bufetowa z białego domu, wyjęła dwie filiżanki z napisem restauracja sejmowa i zaczęła się dziwić, że ludzie teraz tak narzekają, przecież gdyby nie socjalizm, Stasio nadal pasałby krowy w okolicach Łodzi, a tak zrobił karierę, zarobił sporo pieniędzy, zwiedził kawał świata, kupił córce mieszkanie, no, prawda, za grosze, tak jakby w promocji, zresztą, nie tylko on jeden, bo żeby coś mieć, trzeba było iść ręka w rękę z przewodnią siłą narodu. X Mały pastuszek spod Łodzi, Stasio Kowalczyk, pasał dzień w dzień swoje trzy krówki, częściej był głodny niż najedzony, bosy i obdarty niż ubrany, niczego się nie bał, nawet mrówek i węży, tylko ojcowskiego pasa, który jednak wychował go na ludzi. Przez cały tydzień ojciec uśmiechał się, był spokojny, łagodny, nie krzyczał, ale w każdą sobotę wyciągał pas i lał równo, może niezbyt mocno, ale zawsze dość boleśnie i wypominał przy tym wszystkie tygodniowe przewinienia, jak on je wszystkie pamięta, zastanawiał się Stasio, ale wolał to niż spowiedź u dobrodzieja, do której matka latała dwa razy w tygodniu. Poszedłbyś synku ze mną, mówiła, to ojciec nie używałby swego pasa, ale Stasio nie miał jakoś serca do dobrodzieja i śmieszył go facet w sukience, wolał już ojcowskie razy niż pytania o życie seksualne, bo tak naprawdę jeszcze nie wiedział, czym się to je, a zresztą uważał, że żadnych grzechów nie może się dopatrzyć w swoim postępowaniu, żył przecież po bożemu, jak ktoś, kto jest częścią przyrody i marzył o tym, by stać się częścią miasta, a to chyba nie było grzechem. Pewnego razu, jednak, grzech sam do niego przyszedł, na dwóch nogach, w zielonej sukience, uśmiechnięty od ucha do ucha, usiadł obok, wziął jego rękę i wsadził sobie między nogi, a grzechem tym była niespełna rozumu Kasia, wyśmiewana w całej wsi osiemnastoletnia córka starej Goździkowej, co to nie mogła się doliczyć swoich dzieci, a Stasiowi przypadło do gustu to, co Kasia zrobiła z jego ręką i całkowicie zdał się na nią, a że podobało mu się to coraz bardziej, bo dotychczas tylko całował się z jasnowłosą Anią, był w siódmym niebie. Kiedy hormony Stasia przestały grać, Kasia roześmiała się na cały głos, zerwała na równe nogi, wygładziła sukienkę i uciekła przed siebie, między drzewa i krzaki, czy chciała, żeby ją gonił, nie wiedział, ale nie miał ochoty, zresztą miał nogi jak z waty i opanowała go wielka niemoc, jak wtedy, gdy się spił na weselu wujka Karola. Od tej chwili ojciec nie musiał go już rano budzić, ani w soboty używać pasa, bo zrywał się o świcie, nawet podśpiewywał, a w ciągu dnia był spokojny, zamyślony, jak nie Stasio, i nawet nie pyskował ciotce, która go zawsze doprowadzała do szewskiej pasji, gdy mu dawała mleko z kożuchem. Wydoroślał nam syn, mówiła matka, jakby zmądrzał, wyprostował się, a głowę nosi wysoko w chmurach, jakby był poetą lub księdzem, oj, jaka byłabym szczęśliwa, gdyby został księdzem, taki jest piękny i patrzyła na swego Stasia z wielką miłością, często zalewała się łzami, składała ręce, jakby to coś miało pomóc, a Stasio tylko mruczał pod nosem hmhmhmhm, i już go nie było, pędził krówki przed sobą na polankę, a to na jedną, a to na drugą, a to tam, gdzie w plamie słońca siedziała Kasia i śmiała się, a on dobiegał do niej, przewracał ją, ona zaś mocno go przytulała, chichotała, i leżeli tak w słońcu niemal pod samym nosem jednej z krówek, która z chrzęstem zrywała soczystą trawę. Kiedy stało się to, co musiało się stać i Kasia była w ciąży, zrobiła się niezła awantura, ksiądz przyszedł do chałupy Kowalczyków i kazał, by Stasio ożenił się z Kasią, ale on miał dopiero siedemnaście lat i nie chciał żony ani dziecka, on chciał do miasta, wtedy ojciec wcisnął mu zwitek banknotów do ręki i kazał uciekać pociągiem do Warszawy, a tam pójść do Henia Piroga, kolegi z wojska, on pomoże. Stasio posłuchał ojca, pożegnał się z krówkami, z rodziną i poszedł przed siebie wiejską drogą, wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy, usiadł przy oknie, tępo wpatrując się w przelatujący krajobraz, a gdy do przedziału weszły dwie dziewczyny, zatęsknił do Kasi, tylko na chwilę, na jedną malutką chwilkę, po czym zamknął oczy i obudził się dopiero na dworcu w Warszawie. Przesiedział tam do brzasku, wypił w bufecie herbatę, zjadł bułkę, jeszcze trochę posiedział, pogapił się na ludzi, a że nie zauważył żadnej różnicy między nimi i sobą, uniósł nieco do góry głowę, wyprostował plecy, wziął torbę podróżną do ręki i ruszył na poszukiwanie Henia Piroga, który pracował w dużym domu partyjnym, bo był kimś ważnym w Polsce. Stasio znalazł wreszcie ów dom, odnalazł pana Henia, który przypomniał sobie ojca Stasia i kazał go pozdrowić, ale ja przecież nie wracam na wieś, ja zostaję w Warszawie, a pan ma mi pomóc, powiedział szybko, jakby się bał, że pan Henio mu przerwie i może jeszcze wyrzuci z tego miękkiego skórzanego fotela, a pan Henio uśmiechnął się, powiedział, że twardy z ciebie zawodnik i że ma szczęście, bo akurat potrzebuje gońca, na co Stasio rzekł, w porządku, mogę być gońcem. Bufetowa Kwiatek nakarmiła Stasia, co więcej, przez te kilka chwil polubiła go, zaczęła mu zaraz matkować, nawet u niej zamieszkał, poznając Stasię, urodziwą panienkę, która pomagała matce w bufecie, a po jej śmierci sama poprowadziła tę ważną placówkę, bo przecież dobrze nakarmić najwyższych członków partii, towarzyszy rządzących krajem, nie było prostą rzeczą, a ona dawała sobie doskonale radę i wkrótce cały białydom bawił się na weselu Stasi i Stasia, i tylko szkoda, że mama tego nie doczekała, mówiła Stasia i ocierała łzy. Pani Stasia robiła zapasy, tak często wszyscy powtarzali, że będzie wojna, a Stasio przynosił kartki z różnymi napisami, a ona się bała, że robi on komuś krzywdę, bo tam przecież było, że będzie wojna na wiosnę, gdyż Anglosasi nie dopuszczą do powstania kołchozów w Polsce, skąd to masz, Stasiu, pytała, od kogo, od tych, co ich zamknęliśmy, gdzie i po co, ty zamknąłeś, dlaczego, pytała pani Stasia, nie, ja tylko z nimi rozmawiałem sam na sam, lekko popychając czy przyduszając, bo musiałem się dowiedzieć prawdy, a oni nie zawsze chcieli ze mną rozmawiać, nawet pluli mi w twarz, rozumiesz, jacy są groźni, bo jeśli ktoś pluje na władzę i do tego pisze jakieś bzdury, jakie bzdury Stasiu pisze, takie, że jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa, druga bomba, ale silna, i wrócimy znów do Wilna, jest wrogiem i szpiegiem, chce znowu wojny, a jak jeszcze powtarza, Truman, Zruman, zrzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania, jest podwójnym wrogiem i podwójnym szpiegiem, i trzeba mu solidnie przetrzepać skórę, a jak to nic nie pomoże, to trzeba go skrócić o głowę, Jezus Maria, krzyczała pani Stasia, co ty opowiadasz, ty mi żadnego Jezusa nie wzywaj, bo się go nie boję, pani Stasi łzy same leciały z oczu, gdyż grzeszył ten jej Stasio i nie wiadomo, co z tego jeszcze wyniknie. Głupia jesteś, darł się pan Stasio, może jakbyś chodziła do szkoły można by z tobą po ludzku porozmawiać, co tam szkoła, powiedziała, ja skończyłam uniwersytet na salonach partyjnych, w białymdomu i na przyjęciach, a ty lepiej uważaj, bo ludzie mówią, że będzie wojna, i tak się tym przejęła, że zarzuciła chustkę na głowę, żeby jej nikt nie poznał, bo już wtedy była znana, robiła za gwiazdę, nawet w trybunieludu było jej zdjęcie, i to na pierwszej stronie, i pobiegła do sklepu w Alejach Jerozolimskich, kupiła to, co wszyscy, mąkę, cukier, sól, mydło, zapałki, naftę, a wieczorem Stasio, gdy zobaczył tyle dobra w pokoju, zrobił się czerwony, potem siny i wrzeszczał aaaaa, zaciskając pięści. Pan Stasio przywiózł pół ciężarówki jedzenia, ale tam nie było tego chamskiego żarcia, tylko szynka w puszkach, kiełbasa żywiecka, parówki, mleko w proszku, kawa, czekolada, kawior, i to nie jakieś tam pojedyncze opakowania, tylko, co najmniej po dwadzieścia sztuk, ty wiejska kretynko, krzyczał i ustawiał wszystko na stole, my jesteśmy teraz władza, musimy jeść delikatnie i zdrowo. X Młode małżeństwo, Stasia i Stasio, miało do swej dyspozycji wielopokojowe mieszkanie w Alei Róż, a że mąż całymi dniami pracował, pani Stasia bardzo się nudziła, miała przecież dwie służące i sama nie robiła w domu nic, ani nie sprzątała, ani nie gotowała, ani nie prała, zaczęła więc wychodzić na wiele godzin z domu, odwiedzała sklepy, fryzjerów, krawców, kawiarnie, a gdy znowu warszawiacy zaczęli kupować towary, ona też w lecie brała zimowe płaszcze i buty, zwłaszcza wtedy, gdy Korea Północna ruszyła na południe, czy jak chciała partyjna propaganda, południe udało się w kierunku północnym, jak było tak było, ale wojna wisiała na włosku, i gdy pan Stasio zdejmował w przedpokoju buty i zobaczył na wieszaku nieznany sobie płaszcz, zapytał, co, mamy gościa, a Stasia powiedziała, nie, to przez tę wojnę, jaką wojnę, tę, co ma być, tyś zwariowała, ryknął i powiedział, jutro zamknę cię na klucz i nie wyjdziesz na miasto nawet na minutę, a w ogóle, zrobimy sobie dzieciaka, i będziesz wychowywać naszego syna, to przejdą ci głupoty. Maciek Kowalczyk urodził się w Warszawie dwudziestego października 1956 roku, nad ranem, wtedy, gdy na Wolę wjechał radziecki oddział zmotoryzowany, a gdy dowódca zobaczył, że miasto jest pogrążone we śnie i nie ma tu żadnej kontrrewolucji, radzieccy żołnierze nie giną na ulicach, kazał się połączyć z marszałkiem Żukowem, od którego usłyszał, by wstrzymać interwencję, więc odjechał, a Maciek nigdy nie dowiedział się, że przyszedł na świat w tak niepewnej godzinie, tak ważnych dla Polski dniach, gdy marszałek Rokossowski kłamał jak z nut, że wojska radzieckie tylko prowadzą normalne manewry, a Gomułka wypowiedział się w radiu i skrytykował stalinizm, dzięki czemu dzieciństwo Maćka było sielskie i anielskie. X Moje zresztą też, obeszło się bez przymusowo wkuwanych na pamięć politycznych wierszy, noszenia czerwonych krawatów, śpiewania socjalistycznych pieśni, jak to czyniły moje starsze siostry, ja zawsze byłam wolna i robiłam, co chciałam, chodziłam do siódemki, marzyłam o wyjeździe na Antarktydę, czytałam książki Centkiewiczów, a gdy zobaczyłam w encyklopedii, że urodziłam się tego samego dnia, co Kopernik, postanowiłam zostać astronomką. Mój ojciec bardzo się ucieszył, chyba dlatego, że zamierzałam się uczyć, a nie marnować czasu na jakieś tam miłostki z pryszczatymi kolegami, tylko Marek Sadzewicz śmiał się ze mnie i mówił, oj, Jedwiżko, ty dziewczyno z głową w chmurach, ale ja i tak wiedziałam, że nie będę astronomką, bo nienawidziłam fizyki. A Maciek Kowalczyk w tym czasie pojechał na wakacje w Alpy i nie wrócił, i pani Stasia znalazła się w szpitalu, pan Stasio poszarzał, schudł i zapiekł się w sobie, coraz częściej i dłużej przebywał na Rakowieckiej i przesłuchiwał więźniów, życie nie jest życiem, gdy zginie dziecko, mówił i miał tak zacięty wyraz twarzy, że wszyscy schodzili mu z drogi, miał pretensję do Boga, że zabrał mu syna, chociaż przecież nie chodził do kościoła i sam nie wiedział, czy właściwie wierzy w Boga, czy nie. Pan Stasio, gdy w maju amerykański samolot został zestrzelony nad Uralem, a Chruszczow zerwał konferencję w Paryżu, znowu zaczął przynosić do domu różne karteczki, częściej odbierał telefony, znikał na całe noce i dnie z domu, mówił, że pracuje dla dobra Polski, że jest patriotą, a tych gnoi, co się stawiają, niech piekło pochłonie, bo on może im dać tylko w zęby, a jego pracownicy donosili, że w Sokółce ze sklepu znikły sól, cukier, zapałki, a w Żaganiu chłopi kupowali po trzy worki soli, ale pani Stasia już się tym nie interesowała, nie wyciągała mu żadnych kartek z kieszeni, nie zbliżała się do telefonu, siedziała wciąż osowiała na białym taborecie w kuchni, ręce splotła na kolanach i kiwała się do przodu i do tyłu, miarowo i długo, aż pan Stasio nie wytrzymał, zaciągnął ją do łóżka, zgwałcił, i po kilkunastu dniach okazało się, że pani Stasia jest w ciąży. Agatka urodziła się nad ranem trzynastego sierpnia, gdy armia enerdowska rozpoczęła wznoszenie muru dzielącego Berlin, pan Stasio rąbnął pięścią w stół, cholera, wrzasnął, czy moje dzieci muszą się rodzić w historycznych chwilach, cholera, Maćkowi to przyniosło pecha, żeby tylko Agatka doczekała starości, na to pani Stasia westchnęła i powiedziała, cichaj, Stasiu, cichaj, wszystko będzie dobrze, już ja Pana Boga uprosiłam, żeby dał naszej dziewuszce szczęście i długie życie, tylko ty skończ z tym staniem w kolejkach i uspakajaniem ludzi. To moja praca, mówił pan Stasio i o czwartej rano wychodził z domu, zajrzawszy przedtem do pokoju córki, i stawał w kolejce, a to po cukier, a to po kawę, czy mąkę i sól, chociaż tych produktów wcale nie potrzebował, tylko słuchał, co ludzie mówią w kolejkach, że wojny nie będzie, bo Amerykanie nie chcą umierać za Berlin, pan Stasio odchodził, co pewien czas na stronę, notował, co kto powiedział, gdy jednak trzy okręty radzieckie dotarły na Kubę razem z ładunkiem jądrowym, kolejkowicze byli przekonani, że dojdzie do wojny, o czym systematycznie uprzedzał swych przełożonych, a sam uspakajał ludzi, iż mamy już przećwiczony scenariusz, oczywiście, solidaryzujemy się z Kubą. Pan Stasio po tygodniu stania w kolejkach i wyjaśniania warszawiakom sytuacji rynkowej i politycznej, napisał w swoim sprawozdaniu, że ludzie kupowali po trzy kilogramy mydła, na Nowym Świecie wykupywali futra i złote pierścionki, wycofywali z książeczek pekao wkłady oszczędnościowe, aż wreszcie Gomułka powiedział dość, dość moi kochani rodacy wiecowania i manifestacji, ja wiem wszystko najlepiej, co ogłosił na placu Defilad pod PKiN, wiem, że wykarczowano stalinizm i teraz już trzeba zachować spokój i wziąć się za porządną pracę. Pan Stasio chodził na wiece, na zebrania partyjne i w domu było go tyle, co nic, Agatka wychowywała się sama przy udziale matki, a na wybory parlamentarne poszła z nimi zgodnie za ręce, i pan Stasio dziwił się tylko, jak to jest, że swój i wróg głosuje na tych samych, za Gomułką i jego polityką była Kultura Giedroycia, Radio Wolna Europa, Episkopat i ksiądz Wyszyński, może nie tak jednoznacznie, ale byli, a antykomunista Tyrmand publicznie powiedział, że w Gomułce nie podoba mu się tylko jego krawat. X Mój ojciec był dziennikarzem, w tym czasie opisywał stalinowską przeszłość, tropił jej ślady i objawy w naszej rzeczywistości, nic więc dziwnego, że wkrótce został bez pracy, zaczęto zamykać gazety, zmieniać ekipy dziennikarzy, a cenzor wykreślał wyrazy, całe zdania, przestawiał przecinki, aż Gomułka wszystko znormalizował, bo tylko on wiedział, co mieści się w systemie, co jest słuszne, a co nie, i tak z wolna, konsekwentnie nauczyciele z siódemki zaczęli mnie osaczać, bo oni wiedzieli, co jest dla mnie dobre, co jest złe. Chodziłam do szkoły w mundurku, w fartuszku z białym kołnierzykiem, z tarczą na ramieniu, i gdy weszłam do domu, w przedpokoju stał obcy mężczyzna, w środkowym pokoju szafy były opróżnione, łóżka wybebeszone, nawet spiżarka pod oknem szeroko otwarta, a moje kochane mleko w proszku wysypane z blaszanej puszki, więc rzuciłam się w jego kierunku, a gruby facet złapał mnie niczym pająk w sieć, krzyknęłam, na co przybiegła z drugiego pokoju moja mama, a za nią dwóch smutnych, jednakowych panów, zostawcie moje dziecko, krzyknęła i wyrwała mnie z łap grubasa, no, gdzie są dolary, zapytał, to są moje dolary, powiedziała mama, pokazując na mnie, a ten list z Chicago od Mieczysława Kowalskiego, czy jak mu tam, Żywiciela, a drugi z Londynu od Ryszarda Kiersnowskiego, były w nich dolary, czy nie, zapytał smutas i sam sobie odpowiedział, były i to z pewnością dużo. A ty, mała, widziałaś dolary, spojrzał na mnie, wiesz, gdzie są w tym mieszkaniu dolary, jasne, że wiem, odrzekłam, to pokaż, podeszłam do swojego tornistra i wyjęłam z niego książkę, w której były rysunki złotówek, dolarów, rubli, marek, yenów, a smutas podszedł do mnie z zimnymi oczami i uderzył mnie w twarz, ty gnojku, wrzasnęła mama i przytuliła mnie, a grubas powiedział, idziemy, i wszyscy obcy opuścili nasze mieszkanie, w którym zapanowała cmentarna cisza, dopiero po chwili otworzyły się drzwi wejściowe i zajrzała przez nie twarz pani Chmielewskiej, co chcieli, szukali dolarów, a mojego męża wzięli wczoraj z kina, na kronice wyświetlanej przed filmem pokazali Gomułkę i innych, jak wsiadają do limuzyn, a mąż powiedział głośno, że rząd robotniczochłopski nie powinien rozbijać się limuzynami, tylko jeździć jak zwykli obywatele, wtedy podeszli do niego ci w płaszczach, wzięli pod pachy i wyprowadzili. Kto mi wytłumaczy, zwróciłam się do dorosłych, dlaczego wczoraj ksiądz wyrzucił mnie z lekcji religii, bo jestem ewangeliczką, a dzisiaj uderzył mnie jakiś ubek, ale zrobiła się cisza i tylko Bary, wilk pani Chmielewskiej, polizał mnie po policzku i usiadł obok, i patrzył mi z czułością w oczy, spojrzałam na rozsypane na podłodze mleko i na Barego, po czym, jak na komendę, ruszyliśmy w stronę mleka, i nasze języki zanurzyły się w białym proszku, i wkrótce ja miałam zalepioną mlekiem buzię, a Bary zmagał się z językiem, wykrzywiając przy tym pociesznie mordkę. X Mój mąż uwielbia to zdjęcie, uśmiechnęła się pani Stasia, o, jesteśmy tu na balu w pałacu urzęduradyministrów z okazji rocznicy manifestu, stoję obok niego, teraz śmieszy mnie ta metrowa fryzura, ale sukienkę miałam śliczną, taką lśniącą i obcisłą, wyglądałam jak prawdziwa artystka, a na olbrzymim tarasie z widokiem na ogród pałacowy od strony Wisły stoi kwiat polskiego narodu, znany aktor, późniejszy opozycjonista, dziennikarz, który podobno nie był komunistą, a jak był, to przez przypadek, pisarz, drukujący dwie książki rocznie, śpiewaczka, która nigdy nie wyparła się swych lewicowych korzeni, znany socjolog, ostro przykładający po latach komunie, i piękne kobiety w tak modnym różu i brokacie, a na monumentalnych schodach w blasku lamp uśmiechał się ten najważniejszy w Polsce. Pod drzewami w ogrodzie, również suto oświetlonymi, stały stoły z żarciem, od którego oko wielu zbielało, gdyż nagle, jakby się znaleźli na raucie w Paryżu czy Londynie, w każdym razie w restauracji dla cudzoziemców, a nie swojskich chamów czy chłopointeligencji, tu nikt nie pamiętał, że ktoś tam stoi w kolejce po mięso, ktoś inny po kawę, a ten trzeci po papier toaletowy, i tak każdego dnia, od początku socjalizmu, stoi w kolejce po wszystko, i jeszcze postoi, jak długo, trudno powiedzieć, to wie tylko jeden Pan Bóg. Pani Stasia, w opiętej srebrnej sukni wygląda jak sinusoida, wtedy też taka figura była modna, to znaczy stercząca pupa w kształcie jabłka, tylko wtedy to się po prostu miało, a teraz robi się operację plastyczną, i szepnęła mężowi do ucha, by wziął do kieszeni trochę tych pyszności z pańskiego stołu, dla Agatki, oczywiście, a później, gdy czekali na ulicy, wpatrzeni w oświetlony pałac urzęduradyministrów, ministrowie i dygnitarze partyjni odjeżdżali chevroletami, także radzieckimi zisami, a niektórzy nawet mercedesami, obok pana Stasia ktoś zapytał głośno, czy oni tak za nasze, ludzi, narodu, na koszt skarbu państwa, jak kto chce, i szybko opuścił swe miejsce, niknąc w tłumie, a właśnie, szepnęła pani Stasia, przecież oni mają za darmo to, o czym my możemy tylko marzyć, dlaczego, mój mężu, nie jesteś dygnitarzem partyjnym, zapytała i wzięła pana Stasia pod ramię, i przytuliła się do niego, mielibyśmy swój sklep za żółtymi firankami, moglibyśmy zmienić meble na koszt państwa, bo przecież ty nigdy nie zarobisz na takie, jakie mi się podobają, pojechalibyśmy na wczasy do Bułgarii, Stasiu, zrób się dygnitarzem partyjnym, miej litość dla mnie, no, jeśli ci na mnie nie zależy, to pomyśl o Agatce. Wiesz, szczebiotała pani Stasia, nasza sprzątaczka, no wiesz, ta Kazia spod Łowicza, co ją regularnie, co rano przelatuje w swoim gabinecie szef, mówiła, że w ministerstwiebezpieczeństwa jest taka kasa, z której biorą sobie tyle pieniędzy, ile chcą, i na co chcą, w tej kasie są miliony dolarów, mówiła Kazia, i marek, i rubli, są też sztaby złota, są brylanty, różne kamienie, myślisz Stasiu, że tam są kolczyki i pierścionki mojej babci, której cały woreczek złota skonfiskowano podczas rewizji po wojnie. Kiedy złapali wreszcie taksówkę, szarą warszawę, i jechali do domu, pani Stasia powiedziała, że to był jej ostatni wypad na taką uroczystość, ma wszystkiego dosyć, teraz będziesz chodził sam, mój kochany, a na pewno nie pójdę już więcej na takie przyjęcie jak to w zeszłym miesiącu w Bristolu, gdzie tylko wszyscy pili wódkę, rozmawiali o dupach, przepraszam, o kobietach, dość mam tych pijanych typów, strip tisu, wina i kanapek z łososiem i kawiorem, już mi to nosem wychodzi, ależ ty, kurwa, dzisiaj marudna, jak stara ciotka Janeczka, nie podoba ci się twoje życie, to spieprzaj, rozejdziemy się, będziesz miała święty spokój i kartoflankę co dzień w garnku. A najlepiej, to się zamknij, i takich rzeczy nie opowiadaj w domu, bo nie wiadomo, czy nie mamy gdzieś pluskwy, i jeszcze mnie z roboty wywalą, jak posłuchają tych twoich głupot, co ty, możesz wiedzieć o tym, co się u nas dzieje, stoisz całymi dniami nad głową biednej kucharki albo wsadzasz łeb u fryzjera pod kubeł i myślisz, że świat należy do ciebie, że wszyscy i wszystko jest cacy, a tu, moja kochana, na każdego jest jakaś teczka, sam pisałem raporty, gdzie z moim bossem jedziemy, kogo spotykamy, o której wracamy, co wieziemy, niemal, kiedy przydarzy mu się czknąć albo pierdnąć, to wszystko po to, żeby się go pozbyć, gdy przyjdzie czas, Stasia zapytała, czy właśnie ten czas nadszedł, ale mam bystrą żonę, fiufiufiu, ucieszył się pan Stasio, aż za bystrą, uważaj, bo źle skończysz, żebyś ty się czasami nie przejechał na tych swoich donosach, odcięła się pani Stasia, zresztą Franek Szlachcic powiedział mi kiedyś, że wszyscy ministrowie w specjalnej kasie coś tam gromadzą na czarną godzinę, podobno na zachodzie można z tego dobrze żyć przez długie lata, a u nas tylko wali się tym w obaloną ekipę czy ministra. Szara warszawa zatrzymała się przed szarym domem w Alei Róż, a pan Stasio, gdy wysiadł, wziął żonę za ramię, chodź, przejdziemy się, rzekł, coś ci powiem, nikt tu nas nie podsłucha, nie chcę teraz zbyt dużo brać, nie chcę się od nikogo uzależniać, a wiesz, jak ktoś weźmie dużo, może potem boleśnie się potłuc, wiem, że niedługo będzie skonfiskowanych wiele mieszkań, samochodów, mebli i obrazów, które ludzie pobrali, bo myślą, że im się wszystko należy, tylko dlatego, iż są u żłobu, a szefa radiokomitetu ogołocą z sauny i basenu przy Woronicza, z willi w Zakopanem, z leśniczówki pod Iławą, jachtu Pogoria, dwóch samochodów i helikoptera, myślisz, że po tym wszystkim żona z nim zostanie, zapytała pani Stasia, może i nie, odrzekł, ale on z pewnością weźmie sobie wcześniej młodszą dupeńkę, nawet w wieku naszej Agatki, i tak spadnie w końcu na cztery łapy, pani Stasia machnęła ręką, wracajmy do domu, ale czekaj, to u nas będzie rewolucja, zapytała, o Jezu, ale się boję, no nie, może tylko mały przewrót, tak, przewrót musi być, stanowczo stwierdził pan Stasio. X Leciałam na zajęcia, spieszyłam się, bo dr Lewicki nie lubił, jak się ktoś spóźnia, a tu pełno ludzi, trudno się przebić, stoją jakieś autobusy, jakby przyjechało kilka wycieczek, cała aleja do biblioteki zajęta przez facetów w płaszczach, jakby kręcili film, co tu robią, zadałam sobie pytanie, minęłam wszystkich i pobiegłam pod budynek polonistyki, tu kilka osób, tam więcej, stoją i rozmawiają, dobrze, że jesteś, powiedziała na mój widok Krysia Boral, nie ma zajęć, zaraz będzie spotkanie z rektorem Rybickim przed Pałacem Kazimierzowskim, chodźmy, chcemy wznowienia Dziadów, widziałaś, zapytała, jasne, że widziałam, jeszcze zdążyłam przed ich zdjęciem, chcemy też wypuszczenia naszych kolegów, których aresztowano, jak wiemy, czego chcemy, to idziemy. Rozejdźcie się, mówił rektor z balkonu, nie dajcie się sprowokować, niech przyjdzie do mnie delegacja studentów, porozmawiamy, a wszyscy niech idą na zajęcia, poszliśmy, ale już ostatnie kilka kroków biegiem, gdyż wycieczkowicze w szarych płaszczach wyciągnęli spod nich pałki i zaczęli okładać wszystkich dokoła, marzec był ciepły, niektóre koleżanki założyły bluzki z krótkimi rękawami, w końcu zaczął się wykład, wychodzimy z sali, jutro normalne zajęcia, oświadczył dziekan, pamiętajcie, my się uczymy, i założyć mi czapki studenckie, powiedział, na ulicach biją, unikajcie prowokacji, od strony Krakowskiego Przedmieścia brama zamknięta, chodzimy z boku. I znowu zwykłe zajęcia, na terenie Uniwersytetu spokój, przepychanki na ulicy, podobno będą nas wyłapywać, prof. Artur Sandauer wszedł do sali, jeśli ktoś jest zagrożony, niech jedzie ze mną, wywiozę go z terenu uczelni, ale milicjanci nie weszli do gmachu, jutro strajk, kto może, niech zostanie, cały budynek ludzi, niektórzy chodzili na inne wydziały zasięgnąć języka, warszawiacy przez kraty podawali jedzenie, a raniutko świeciło słońce, wyszłam razem z Dawidem Csabo na ulicę, w czapce studenckiej na głowie, nikt nas nie zatrzymał. Studencidonauki, literacidopióra, skandowali robotnicy na wielu wiecach w wielu zakładach pracy, my uczyliśmy się, czy literaci pisali, nie wiem, ale gdy zobaczyłam pod Politechniką, jak milicja bije, ciągnie za włosy dziewczyny, bierze za ręce i nogi, huśta i wrzuca do milicyjnej kawiarni, miałam do władzy zwykły żal, że bije swoją młodzież, co tam Kuroń, Michnik, Modzelewski, co tam pierwszy sekretarz i premier, co tam Żydzi, masoni i cykliści, ich pretensje do siebie, do mnie, do narodu, że nie pozwolono dalej wystawiać Dziadów, tak, to był szok, jak można tak wchodzić w dupę ruskim, starałam się żyć na miarę własnych możliwości, i na miarę własnego wyobrażenia o wolności, prawdzie, tolerancji, a szkołę patriotyzmu skończyłam dobrą u rodziców, ich przyjaciół AKowców, kuzynów Mackiewiczów i w bibliotece, jestem, cholera, sobą, nikt mnie nie będzie bił, nikt mi nie zrobi z mózgu sieczki, waliłam pięścią w stół, i płakałam w dekolt Dorocie Załęskiej, a pan Grzegorz, jej mąż, przytakiwał mi, że władza nie powinna bić własnych dzieci. X Kurwa z tymi Żydami, szlag by ich wszystkich trafił, pan Stasio chodził po kuchni i wymyślał na cały głos, Stasieńku, co ci, zapytała żona, co masz do Żydów, zobacz, znowu mieszają, to ich robota, i ten cały strajk studentów, chcą władzy, zobaczysz, jeszcze krew się poleje, dobrze, że nasza Agatka nie studiuje, i dobrze, że jest w Szwecji, a ja, cholera, muszę iść na ulicę, i fotografować, i organizować chłopców, co będą wykrzykiwać antyrządowe hasła i wybijać szyby na Krakowskim Przedmieściu, wszystko przez tych parchów, cichaj Stasiu, a może oni też są z twojej branży, myślisz, zapytał pan Stasio, a właściwie, głośno się zastanowił, no cóż, nie powiem nie, nie powiem tak, przecież nie znam wszystkich naszych, wielu, jak mówi szef, nawiązuje do radykalnej lewicy, posługuje się językiem marksistowskim i marksistowskimi kategoriami oceny systemu partyjnoekonomicznego, ależ to mądre, że też zapamiętałem, a ty rozumiesz coś z tego, moja piękna żono, i jeszcze coś, system realnego socjalizmu, którym teraz sobie wszyscy gębę wycierają, wielu ocenia jako klasowy i oparty o dyktaturę centralnej politycznej biurokracji, która wywłaszcza z wszelkich praw klasę robotniczą, czekaj Stasiu, niech się połapię w tym, co mówisz, o kim mówisz, wszyscy, wielu, kim oni są, zapytała pani Stasia, daj spokój, mąż machnął ręką, z tych nerw zapomniałem, ale mój szef czyta każdy ich tekst, eeeee, ty masz chyba groźnych wrogów, bąknęła pani Stasia i zaczęła nalewać herbatę do filiżanek. Stasiu, odezwała się po chwili, powiedz mi, czy wszystko to wymyślił Miecio Moczar, on to zorganizował, powiedz, też o tym myślałem, jedni mówią, że Miecio, że on jest wojującym antysemitą, że jego ludzie robili Gierkowi klakę na masówkach aktywistów robotniczych, że kompromitował Gomułkę, gdy wymyślił okrzyki WiesławGierek, które też Gierka pozbawiły atutów wodza Śląska, którym bardzo chciał być, jedynie Miecio odniósł korzyści, inni są zdania, że Miecio wymyślił Marzec, bo nie tyle chciał przejąć władzę, co ostrzec Gomułkę, a rozkaz wyszedł z Kremla, bo Breżniew nie lubił Gomułki, i chciał go przywołać do porządku, w cieniu tego wszystkiego stało KGB, to do niego podobne, pani Stasia zamyśliła się i to też podobne do Kremla, a przecież Gierek jak przyjeżdża do Warszawy, nocuje u Frania Szlachcica, a Franio przyjaźni się z Mieciem, widzisz, Stasiu, pokiwał głową pan Stasio, sami kuzyni królika, i jak mam w tym towarzystwie zrobić karierę, jak tu normalnie żyć? X Helenka Gdańska wycałowała mnie na korytarzu, żegnam cię, skarbie, chyba się już nie zobaczymy, dlaczego, wyjeżdżasz, zapytałam, tak, ojca zwolnili z pracy i wyrzucili z partii, a mnie wezwał dziekan i powiedział, że mu bardzo przykro, ale dostał polecenie, żeby zwolnić wszystkich studentów żydowskiego pochodzenia, więc już nie będę tu studiować, jedziemy do Szwecji, to nie jesteśmy już krajem tolerancyjnym, zdziwiłam się, a wkrótce pożegnali się ze mną Maciek Biały, Kuba Kowalski i Hania Korba. Wtedy też w Harendzie poznałam Andrzeja Szymańskiego, doktora filozofii, oblatanego w sprawach rewizjonizmu i syjonizmu, o czym przekonałam się później, a na razie dosiadł się do naszego stolika, przy którym uczyłam się z Krysią Boral do egzaminu z ekonomii, popatrzył mi w oczy i powiedział, dziękuję, za co mi dziękujesz, zdziwiłam się, za to, że uśmiechnęłaś się do mnie oczami, wiesz o tym, wiem, popatrzyłam na faceta z gładko zaczesanymi włosami, ściągniętymi gumką, słyszałyście, co wymyślił Kliszko, że u nas ponoć próbuje się regenerować stare siły polityczne i społeczne, ożywić kierunki prawicowe, i szukać sojuszu ze skrajną reakcją, by wyrwać Polskę z obozu socjalistycznego, po czym spojrzał na mnie znad okularów, sięgnął po moją kawę i napił się. Krystyna zaczęła ołówkiem kreślić jakieś bazgroły, przecież w partii dominują przeciwnicy reform, a kierownictwo państwa może zdusić ruch społeczny postulujący demokrację, zresztą, zamknęła zeszyt, nawet gdyby u nas wygrały siły reformatorskie, to i tak Moskwa naśle na nas wojska obozu, jak to się stało w Czechosłowacji, ruskie przecież stoją pod Warszawą, są nawet w samej Warszawie, byłam w Bratysławie, powiedziałam, gdy wojska sojusznicze stały na górze zamkowej, rozmawiałam z przyjaciółką po polsku, a w hotelu okazało się, że mamy z tyłu oplute płaszcze. Mówisz o drobiazgach, powiedział Szymański, a u nas toczy się prawdziwa walka, są przecież siły, które chcą syntezy komunizmu i tradycji narodowoplebejskiej, mówią o swej kombatanckiej genealogii, częściowo rehabilitują AKowskie podziemie, właśnie, dodałam, Kliszko zapytał w sejmie, nie wiem, gdzie jest i co robi pułkownik Żywiciel, ale przesyłam mu żołnierskie pozdrowienie, a to mój wujek, posłałam mu to przemówienie i zapytałam, czy nie przyjedzie do Polski, napisał, że nie, Szymański zdjął okulary, spojrzał na mnie, przetarł je, znowu na mnie spojrzał, a Krystyna stuknęła mnie nogą pod stołem. No, cóż, trzeba do partii przyciągnąć ludzi zepchniętych po zakończeniu wojny na margines systemu, trzeba dowodzić ciągłości polskiej myśli patriotycznej od czasów Kościuszki, pobudzać nastroje antyukraińskie i antysemickie, Szymański zaczął czyścić fajkę i uśmiechał się pod nosem, stworzyć ruch sięgający do emocji, tworzący wizję państwa narodowokomunistycznego, mającego większy stopień niezależności od ZSRR, ale przecież, odezwała się Krystyna, jest też u nas ruch inteligencji, jak z pewnością zauważyłeś, rewizjonizm, odwołujący się do intelektu, który stara się stworzyć samorządny model socjalizmu, ale ten ruch nie zyskał aprobaty aparatu i aktywu partii, pani Aniu, proszę jeszcze jedną kawę, powiedział Szymański do przechodzącej kelnerki, dla ciebie też, chyba tak, w końcu moją wypiłeś, Krysia też pewnie chce, nie bój się, my płacimy za siebie. Słyszałem, o czym dyskutujecie, odezwał się Marek Barański od sąsiedniego stolika, pamiętajcie, w latach sześćdziesiątych weszło w aktywne życie partyjne pokolenie działaczy, wychowanych w PRL-u, głównie pochodzących ze wsi i rodzin robotniczych, dla których kariera partyjna była jedyną możliwością awansu społecznego, wyrwania się z nędzy i beznadziei, no, mogli jeszcze iść na księdza, ale ilu księży potrzeba w Polsce, a oni zachowali swą mentalność, otrzymali powierzchowne wykształcenie, są pragmatyczni i cyniczni, selektywnie wyznają ideologię marksizmuleninizmu, przyswajają sobie to, co im pasuje i idą po trupach do przodu, interesuje ich wyłącznie absolutna władza partii, boją się reform, bo nigdy nie wiadomo, co przyniosą, a oni chcą wiedzieć już teraz, że będą u żłobu przez całe swoje dorosłe życie, to ich zbliża do starych komunistów i zresztą mają ich poparcie. Zauważyliście, po naszym Marcu ci młodzi działacze masowo awansują, kiedy zaczęła się walka z rewizjonizmem i syjonizmem, kiedy zaatakowano zwolenników demokratyzacji systemu i starych działaczy ulegających żydowskiemu nacjonalizmowi, walczy się z nimi według nazwisk, zdejmuje syjonistów z wysokich stanowisk i publicznie tępi, szum powstał okrutny, powiedziano narodowi, ludzie, popatrzcie, im się żyje dobrze, a oni wami się w ogóle nie interesują, choć powinni, i na miejsce wyrzuconych przychodzą nowi, i rozpoczęła się najpodlejsza walka z możliwych, na donosy, kalumnie, podejrzenia, najczęściej miernota rozprawia się z rzetelnością i fachowością. Jeszcze nie wiem, czy nasz marcowy ruch wypracował konkretny program reform, ale hasła, którymi nas niedawno rząd poczęstował, były antyinteligenckie i antysemickie, starszemu pokoleniu zaś, jak mówi mój ojciec, przypomniały propagandę nacjonalistyczną i faszyzującą, to przecież nam odmówiono prawa do obrony swego honoru, także tego prawa odmówiono intelektualistom, nie rozumiem, dlaczego decydenci nie chcieli dopuścić bezpartyjnych do odpowiedzialności i współdecydowania o sprawach państwa, uzyskać szerszych perspektyw rozwojowych dla społeczeństwa, a ja uważam, że nasze marcowe żądania świadczą o tym, iż mamy wyraźną skalę wartości. Masz rację Mareczku, przyznała Krystyna, zbierając swoje notatki ze stołu, to nic innego, jak opowiadanie się za poszanowaniem prawa, zagwarantowaniem obywatelom wolności wypowiadania się, stop dla pałowania ludzi, a zielone światło dla rozmów władzy z narodem, to przecież czystej wody program demokratyczny, nie uważacie, Szymański bez słowa wypił duszkiem kawę, spojrzał na zegarek, cholera, dziewczyny, jestem już spóźniony, a właściwie, po kim wy jesteście takie mądre, nie wiesz, roześmiałam się, po mądrych przodkach, zapłaćcie za mnie, mam same grube, byebye, machnął ręką i już go nie było, a Krystyna zapytała, skąd znasz tego ubeka, jakiego ubeka, zdziwiłam się, tego, który sobie poszedł, myślałam, że to twój znajomy, coś ty, tak szybko się zmył, bo musi zapamiętać, co powiedziałyśmy, musi to sobie zapisać, skąd wiesz, że to ubek, Basię Stasiak chcieli skaptować przed wyjazdem do Wietnamu, on miał ją prowadzić. Co powiesz doktorowi Lewandowskiemu na egzaminie, cóż, mam nadzieję, że sobie porozmawiamy o Marcu, może powiem, że w każdym szaleństwie jest metoda, także w marcowej propagandzie, gdyż za niepowodzenia gospodarcze, brak poprawy warunków życia i całe zło, które było w państwie, uznano winnych ludzi, których usuwano ze stanowisk, teraz, jak zauważyłaś, likwiduje się kominy płacowe, szczuje biednych na bogatych, na elity towarzyskie i wszelkie inne, Gomułka powiedział na wiecu robotników Żerania, co się burzycie, przecież robotnik polski nie je szynki, więc podwyżki was nie dotyczą. X Stasiu, opowiadaj, jak było, bo ja tu z nerw wychodzę, w telewizji pokazują chuliganów walczących z naszymi w Gdańsku, byłeś tam, w końcu, czy wylądowałeś gdzie indziej, było jak było, powiedział pan Stasio, Kociołek spotkał się z robotnikami, pytali, krzyczeli, po co te podwyżki i to przed świętami, podobno sytuacja kraju stale się poprawia, to dlaczego rosną koszty utrzymania, pytali i pytali, a ten palant nie umiał im wytłumaczyć, tylko krew uderzyła mu do głowy, jąkał się, krzyczał na nich, towarzysze, łamiecie dyscyplinę partyjną, ktoś ryknął, wsadź se ją w dupę, co nam po dyscyplinie, gdy nie ma co do garnka włożyć, a koronnym argumentem Kociołka był ten, że w stoczni robotnicy lepiej zarabiają niż inni, więc wasze pretensje są nieuzasadnione, grzmiał, wreszcie rozejrzał się dokoła i stwierdził, cóż, widzę tu siły antysocjalistyczne. Wtedy robotnicy zaszumieli, myślałem, że go zlinczują, nie bronił się, zapytała pani Stasia, nie zrzucił odpowiedzialności za te przedświąteczne podwyżki na kolegów, w radiu spiker przeczytał, że ceny wzrosły, kto tu kurwa, rządzi, już sam byłem wściekły, że ci u żłobu mają naród wciąż za stado baranów, nawet, cholera, nie potrafią zapanować nad rolnictwem, czy to robotnicy są winni, że niełatwa jest sytuacja w handlu zagranicznym, czy oni, co tym wszystkim kierują, i dobrze się mają, pełne kieszenie, pełne konta, dzieci na studiach za granicą, gęby mają już kwadratowe, Stasiu, a Kazia mówi, że języków obcych to uczą się tylko dzieci Żydów, oni wiedzą, w co inwestować, głupoty opowiadasz, ale zacząłem o tym, co się działo, więc w sobotę powiedzieli o podwyżce, w handlową niedzielę przedświąteczną sprzedawano już towary po nowych cenach, a w poniedziałek robotnicy stoczni zastrajkowali, to tak ogólnie mówię, tam działy się różne rzeczy, a ja przecież jestem sentymentalny, nie jestem jakimś tam hitlerowcem bez sumienia i serca, no więc robotnicy zebrali się pod gmachem dyrekcji i domagali się cofnięcia podwyżki, regulacji systemu płac, zasad obliczania premii, bo machloje tam odchodziły, że głowa mała, mówię ci, jak ten ich dyrektorek nabijał wszystkich w butelkę, żądano też odsunięcia od władzy Gomułki, Cyrankiewicza, Moczara i Kociołka, wyobrażasz sobie, oni myśleli, że ujdzie im to na sucho, też coś, zrzucać z piedestału może tylko choroba albo śmierć, a nie byle robol, któremu coś się nie podoba, no i zrobiło się gorąco. Chcemy chleba, prasa kłamie, wołali robotnicy, milicja ruszyła do ataku, w tłum uderzono strumieniami wody, padły pierwsze strzały, ludzie odpowiedzieli krzykiem i kamieniami, jak zwykle podczas walk ulicznych doszło do rozbijania sklepów, podpalania kiosków ruchu i samochodów, zresztą moi chłopcy sporo się napracowali, podpalili nawet radiowóz szefa milicji, widziałam, powiedziała pani Stasia, w telewizji było tylko o tym, jak rzucają kamieniami w biednych milicjantów uzbrojonych po zęby, jak wybijają szyby, i Kliszko stwierdził, że w Gdańsku wybuchła kontrrewolucja, a wiesz, dlaczego to było takie ważne, bo wśród działaczy partyjnych jest taki obyczaj, że z kontrrewolucjonistami nie prowadzi się rokowań, tylko się ich zwalcza. W hotelu byłem o północy, chciałem do ciebie zadzwonić, ale nie było połączenia, wiesz Stasiu, nie spałem całą noc, myślałem i myślałem, jakie to życie jest marne, byle dupek może w ciebie wycelować i strzelić, bo ma władzę, bo uważa się za wszechwiedzącego, najmądrzejszego, niezastąpionego, o, ktoś ci Stasiu musiał dobrze stanąć na odcisk, a nie uważasz, że mogłem być świadkiem czegoś okropnego, czegoś, co nawet mną wstrząsnęło, takim twardym facetem, nie jesteś twardy, jestem, żebyś ty wiedziała, co robiłem z więźniami na Rakowieckiej, ale tam, w Gdańsku, od siódmej rano milicjanci ochraniający budynek rzucali w ludzi petardami i gazem łzawiącym, robotnicy byli uzbrojeni w żelazne pręty i butelki z benzyną, niektórzy mieli tarcze ochronne własnej roboty, rzucali kamieniami, milicjanci z ulicy chcieli schronić się w komendzie, robotnicy ich dopadli, zaczęli demolować pomieszczenia na parterze, próbowano podłożyć ogień, wtedy ten ich bożyszcze Wałęsa powiedział milicjantowi, jeśli wypuścicie więźniów, to odejdziemy, czekaj Stasiu, zainteresowała się pani Stasia, widziałeś Wałęsę, tak jak teraz ciebie, mało tego, robiłem wtedy zdjęcia i jemu też zrobiłem, jaki on jest, zapytała pani Stasia, normalny, jak każdy facet, ale czekaj, bo stracę wątek, i Wałęsa poszedł na drugie piętro, żeby namówić robotników do odejścia, i już pod budynkiem na jego widok zapanowała cisza, gdy nagle z okien trzeciego piętra posypały się petardy i granaty z gazem łzawiącym, wtedy z dołu robotnicy zaczęli rzucać kamieniami, jeden z robotników zastąpił drogę milicjantowi, który chciał się dostać do budynku komendy, ktoś do niego strzelił, tłum zawył, w krwi robotnika zamoczono sztandar i jego koledzy ruszyli na milicjanta, rozszarpali go na strzępy, ciało ludzkie darło się jak materiał, myślę Stasiu, że opowiadasz mi jakiś film, niestety, nie, historia działa się na moich oczach, a ja nie chciałabym jej oglądać. Pani Stasia potarła ręką czoło, a kto kazał strzelać, Grzesio Korczyński zadzwonił do Gomułki, a decyzję zezwalającą na użycie broni przekazał mu Cyrankiewicz, i zaczęło się, żołnierze jeszcze wcześniej, przed podwyżkami, otrzymali broń, czyli patrz, to było już wcześniej zaplanowane, a wiesz, co żołnierze dostali, broń osobistą, granaty, petardy, ręczne karabiny maszynowe, a amunicji każdy mógł wziąć tyle, ile udźwignie, tyle też mogli dostać wódy i narkotyków, na trzeźwo nie zrobiliby takiej jatki, aha, jeszcze nie wolno im było oddać broni, ani pozwolić się rozbroić, bo inaczej pod sąd polowy. O szóstej byłem na stacji Gdyniastocznia, pojawiły się pierwsze grupy robotników, wzdłuż ulicy Polskiej stały czołgi i transportery, przez gigantofony ktoś czytał monotonnym głosem, stoczniazamknięta, wracajciedodomów, stoczniazamknięta, rozejdźciesię, ludzie nie cofali się, a wręcz przeciwnie, przybywało ich coraz więcej, przyjeżdżały pociągi i nowi robotnicy, zapełnił się peron, weszli na schody, na wiadukt, schodzili na ulicę, wprost na czołgi, wtedy jeden wystrzelił, i zaraz odezwał się karabin maszynowy, potem drugi i trzeci, pociski odbijały się od kocich łbów ulicy i raziły wszystkich dokoła, ktoś dostał w krtań, ktoś w nogę, ktoś w głowę, stali i padali, uciekali i padali, stanąłem jak słup soli, spojrzałem na lufę czołgu, zobaczyłem rozbłysk, obok mnie została ranna dziewczyna, podobna do naszej Agatki, niemal upadła na moje ręce, dziewczyna bez twarzy, rozumiesz, bez twarzy, nie miała nosa, oczu, tylko jakieś wiszące strzępy, ochłapy mięsa, okropność. Stasiu, co się z nami dzieje, co się z Polską dzieje, kto zna prawdę, każdy mówi co innego, posłuchajmy Wolnej Europy, tyś zwariowała, ryknął pan Stasio, chcesz, żebym stracił pracę, chcesz, żeby cię zamknęli, ale w kiciu nie będziesz miała tak dobrze jak Kuroń czy Michnik, bo jesteś zwykłą obywatelką, żoną jednego z ubeków, na twoich plecach nikt nie zrobi kariery, nie jesteś kuzynką królika, jesteś dla nich śmieciem, ja też jestem śmieciem, nie będą się ze mną patyczkować, wyrzucą, a jak będziemy wtedy żyć, przecież załapaliśmy się, jesteśmy na górze, a potrafiłabyś żyć jak ta twoja kuzynka Marylka, co sprząta w sklepie, niestety, kochana, muszę zepsuć radio, żebyś nie słuchała wrogiej rozgłośni, i nie plotkuj z sąsiadkami, Stasiu, no już dobrze, zepsuj to radio jak musisz, ale powiedz mi, tylko prawdę, co za idiota wymyślił podwyżki przed świętami, Jędrychowski, Gomułka czy Gierek, eee zająknął się pan Stasio, Gomułka powiedział, że, jaka będzie postawa partii, taka będzie reakcja klasy robotniczej i społeczeństwa, i zwrócił się do Gierka, a ten odparł, towarzyszu Wiesławie, będzie ciężko, ale damy sobie radę. X Skończyłam studia, odebrałam dyplom, poszłam do pośredniaka na ulicę Bednarską po pracę, owszem, była, mogłam pracować w bibliotece albo w sądzie przy Świerczewskiego, wybrałam sąd, potężny, ponury gmach, równie tajemniczy jak to, co się w nim dzieje. Założyłam czarną spódnicę, białą bluzkę, czarny żakiet i udałam się do sędziego Cezarego Chrząstka, szefa sądu rejonowego, który ucieszył się, że skończyłam polonistykę, bo to oznacza, iż składnie po polsku coś napiszę, a do napisania jest wiele, bo pan sędzia już czwarty miesiąc czeka na pracownika i nikt, niestety, się nie zgłosił, więc od razu otrzymałam biurko w wąskim, smutnym pokoju na drugim piętrze, stos dokumentów do przejrzenia i polecenie, co i jak mam zrobić, wszystko, oczywiście, na wczoraj. Usiadłam za biurkiem, spojrzałam na dokumenty, no, solidny stosik, a tu drzwi się otworzyły i weszła panienka z gromadą nowych teczek, pan sędzia kazał mi donieść kilka spraw, ładnie kilka, uśmiechnęłam się do blondynki z zadartym noskiem, pani tu długo pracuje, zapytałam, pół roku, ale ja mam tylko maturę i jestem od podaj, przynieś, pozamiataj, pani to, co innego, to się dopiero okaże, odparłam, i panienka powiększyła znacznie mój stos, pokiwała głową i wyszła, jeszcze przyjdę, obiecała. Na początku każdej teczki jest wykaz dokumentów, a ja miałam sprawdzić, czy są wszystkie, rzecz w tym, że niektóre sprawy liczyły sobie kilka, a nawet kilkanaście teczek, sprawa pierwsza, Anatol Początek, też dobrze, pomyślałam, na początek trafił mi się Początek, ale cóż ten Anatol zrobił, artykuł 158 paragraf drugi w związku z artykułem 159, no i masz babo placek, przecież nie skończyłam prawa i owe artykuły i paragrafy są jedną wielką niewiadomą, wyszłam więc do biblioteki po kodeks. Okazało się, że Anatol Początek, po prostu, pod wpływem alkoholu napadł na przechodnia, pobił go, pokazał przy tym nóż i powiedział, co mu zrobi, jeśli nie dostanie pieniędzy, w drugiej teczce prokurator oskarżał Jana Pawłowskiego o to, że ukradł czeki bankowe, podrobił podpis i podjął pieniądze w ilości tysiąca złotych, a oskarżała go o ten czyn jego własna babcia, w teczce trzeciej znowu była mowa o pijaku, tylko, że tym razem, był on gejem i dźgnął nożem swego partnera, pozbawiając go życia. X Pani Stasia przygotowała niedzielny obiad, zupę pieczarkową, kaczkę po pekińsku, surówkę, a pan Stasio wyjął z szafki francuskie wino, i Henio Piróg, po wypiciu ostatniego łyka, wspaniały obiad, powiedział, gratuluję i dziękuję, pani Stanisławo, wspaniały, przejdźcie panowie do salonu, podam kawę, gospodyni ręką wskazała drogę, proszę, panie generale, no więc tak, mówił Piróg, Jaruzelski zaprosił do siedziby MON Babiucha, Kanię i Szlachcica, pogadali i postanowili pojechać do Katowic po Gierka, który w tym czasie cieszył się poparciem Breżniewa, i był dobry na jakiś czas, a później Kreml zmieniłby wartę, a sam Gierek skromnie mówił, że po roku wróci do Katowic, nasz Franio Szlachcic zainwestował w przyjaciela ze Śląska i został ministrem spraw wewnętrznych, wkrótce uważano go za drugiego człowieka w państwie, a przyspieszenie jego kariery było możliwe po usunięciu w cień Miecia Moczara, pan Stasio zaczął kiwać głową, skomplikowane to, nie nadaję się chyba do tego towarzystwa, nie rozumiem, chociaż z drugiej strony, czy się stoi, czy się leży u nas gratyfikacje w dolarach się należą, ale, nadajesz się Stasiu, nadajesz, panu generałowi się czknęło, dobrze o tobie mówią, jesteś nasz chłop, a i w tych kopertach, co dostajesz od Wieczorka chyba pełno jest banknotów, pan Stasio pokiwał głową, no widzisz, a to właśnie druga kasa premiera Cyrankiewicza, jeśli dostajesz, jesteś swój, kapujesz. Pan Stasio rozlał żytniówkę, Gierek złożył wizytę na Rakowieckiej w gmachu MSW, akurat szedłem korytarzem, jak te jego pieski latały i wąchały po kątach, mówił Piróg, było tu spotkanie z kadrą kierowniczą, mówiono, że Gierek z częścią aparatu partyjnego, wojskiem i bezpieką usiłuje przejąć całość władzy w swoje ręce, przeciwko niemu byli partyjni funkcjonariusze niskiego i średniego stopnia oraz towarzysze związani z Mieciem Moczarem w wojewódzkich komitetach partii, i wtedy Miecio zaprosił do Łańska związanych ze sobą pierwszych sekretarzy, alibi, że to nic takiego, stanowiło polowanie, i łowy się odbyły, a podczas popijawy ktoś stwierdził, że Gierek powinien już oddać berło. Ktoś inny go poparł, ot tak, niby przypadkiem, i wkrótce już wszyscy byli przekonani, że to się stanie, tymczasem Gierek zrobił im siurprizę i zjawił się w Łańsku, a z nim ludzie z bezpieki, oczywiście, aby zdławić bunt, później Miecio został prezesem NIKu, a Gierek brylował i robotnicy na jego pytanie, pomożecie, odpowiadali, pomożemy, i znów zaproponowano podwyżkę cen, i znów robotnicy wyszli na ulice, tym razem Radomia, Ursusa, Płocka, Stasiu, byłeś tam przecież, nie, ja byłem tylko w Gdańsku, aha, a milicja wzięła się znowu za rozpraszanie tłumów, i w Warszawie pokazano swą siłę, szedłem wtedy Alejami Jerozolimskimi, jak chłopcy z Golędzinowa w pełnym rynsztunku przejechali w swych niebieskich ciężarówkach do Ursusa, potem robotnicy zablokowali tory kolejowe, i Gierek wysłał przeciwko nim zomo. Elegancki pan, w dobrze skrojonym garniturze, zaprzyjaźniony z prezydentem Francji i kanclerzem RFN przeraził się robotników, ty wiesz, Stasiu, że ten robotointeligencik nie potrafił przemawiać do tłumów, zwłaszcza tłumów warchołów z Radomia, jak nazwał tamtejszych demonstrantów, to wtedy milicja przypomniała sobie, że zna dość skuteczną metodę rozmowy z aresztowanymi, ścieżkę zdrowia, taktak, jasne, przepuściłem przez nią chyba setkę biegaczy, pan Stasio uniósł do góry kieliszek, ich zdrowie. Ale też wtedy, po Czerwcu, w obronie aresztowanych i surowo osądzonych, oj, bo sądy wtedy ferowały wysokie wyroki, nawet się dziwiłem, że tylu sędziów jest po naszej stronie, cóż, panie generale, każdy chce żyć jak najlepiej, wtedy zawiązał się komitetobronyrobotników, pan Stasio roześmiał się, jak z dobrego dowcipu, ale nasi byli wszędzie, także w ropcio i u Moczulskiego, choć on twierdził, że to niemożliwe, tak, trzymaliśmy rękę na pulsie przez cały czas, jesteśmy fachowcami Stasiu, profesjonalistami, a nie jakimiś tam dupkami, taktak Stasiu, i chwała nam. Późnym wieczorem po Piroga przyszedł jego syn, cichy, spokojny i zdolny pracownik naukowy polskiejakademiinauk, ojciec już od dawna nie wychodził na tak długo z domu i matka się niepokoi, rzekł Marek Piróg, całując dłoń pani Stasi, a, to ty synu, chodź moja chwało, mój autoryteciku, moja pociecho, siadaj, jeszcze nie skończyliśmy mówić o naszej historii, o tym, jak ją z panem Stasiem tworzyliśmy, bo tylko solidaruchy myślą, że tworzą historię, a to my, czerwoni zrobiliśmy chyba dużo więcej, przecież sam sygnalizowałem tym na górze, że zaczyna się kryzys, razem ze Stachurą, który był wtedy odpowiedzialny za gospodarkę, słaliśmy notatki do sekretariatu kace o zagrożeniach, wtedy już wielkość kredytów przekroczyła naszą wydolność eksportową, kiedyś na Biurze Szydlak zaproponował, aby podnieść płace realne o czterdzieści procent, na to Szlachcic powiedział, że tego nie wytrzymałaby żadna gospodarka, a co dopiero nasza, a Gierek zapytał go, czy ma jakąś kontrpropozycję, bo jeśli nie ma, niech siedzi cicho. Ojciec, idziemy do domu, powiedział Marek, poczekaj synu, jeszcze jest jedna sprawa, jeszcze jest opozycja, nasi przełożeni zlekceważyli opozycję, jak była w powijakach, wtedy powinni się z całym tym koremiropcio rozprawić, mówiłem o tym nie jeden raz, bo przecież opozycję albo trzyma się za gardło, albo się z nią rozmawia, a pałką w łeb, to dobre na krótko, i u nas sytuacja była na tyle poważna, że już trzeba było rozmawiać, niektórzy towarzysze wtedy tylko w Kościele widzieli realną siłę, zagrożenie, i klechy to wykorzystały. A zresztą na Rakowieckiej było wyraźnie widać, że solidaruchy miały inspirację z zewnątrz, Kuroń był wtedy pod silnym wpływem anarchistów z Brukseli, później uaktywniła się paryskakultura, a kiedy papieżem został Wojtyła, to jakby kto dolał oliwy do ognia, no i ten amerykański Brzeziński, ja widziałem nadchodzący przełom, moi zwierzchnicy byli ślepi. Pan Stasio pokiwał głową i wlał cały kieliszek żytniówki do gardła, Stasiu, już dość, powiedziała pani Stasia, już masz w czubie, jutro znowu będziesz chory, ale przecież Gierek cieszył się w resorcie uznaniem, tylko początkowo, tylko początkowo, generał Piróg pomachał palcem, Gierek odwiedzał Rakowiecką, przysłał tu Kowalczyka, też Stanisław, tak jak ja, ucieszył się pan Stasio, żeby mieć wpływ na resort, Jaroszewicz ogłosił w telewizji decyzję o podwyżkach cen, ludzie zaczęli się burzyć, a on sugerował Gierkowi, kretyn, by pozamieniał ministrów, to załagodzi sytuację. Debil, czknęło się panu Stasiowi, a za rozmiary wybuchu społecznego niezadowolenia odpowiadają Kania i Kowalczyk, mówił towarzysz Piotr, gdyby milicja od razu przystąpiła do akcji, nie doszłoby do demonstracji i aktów wandalizmu, grzmiał do nas na zebraniu, prawdę mówiąc, generał Piróg uśmiechnął się, chcieliśmy mu tylko pokazać, że nic nie znaczy i specjalnie wstrzymaliśmy oddziały zomo, aż tłumy opanują ulice Radomia i Ursusa, a towarzysz Piotr powiedział wtedy, albo ja, albo Kania i Kowalczyk, hihihi, tym razem jeszcze zostali wszyscy, sytuacja jakby się załagodziła. Pamiętasz Stasiu, jaki był początek końca Gierka, słuchaj Mareczku, bo prawdy dowiesz się tylko od własnego ojca, latem Gierek pojechał na Krym, a w Lublinie wybuchły strajki o kaszankę i inne podroby w bufetach pracowniczych, później strajki przeniosły się na Wybrzeże, pamiętasz, jak Gierek był pewny, że Kania zrobił zamach stanu, a przecież to my mieliśmy swój udział w lipcowosierpniowych wydarzeniach, po których powstała solidarność, fakt, doszło do przewrotu pałacowego, grupę Gierka zdymisjonowano, ale władza nadal była w rękach grupy z lat siedemdziesiątych, tylko że przed szereg wystąpił drugi garnitur i zaczął się szarogęsić, no i Franio Szlachcic jak zawsze miał rację, ministrowie spraw wewnętrznych albo udaremniają pucze, albo je przeprowadzają, innego wyjścia nie ma, bez ich udziału nic się nie dzieje, synku, taktak, twoje zdrowie, Henio Piróg i pan Stasio podnieśli do góry kieliszki, wypili, idziemy, chłopcze do domu, mama czeka. Kiedy pani Stasia odgarnęła kołdrę i położyła się obok męża, trąciła go w ramię, mieliście co wspominać, prawda, a pamiętasz, jak było nam dobrze za Gierka w tym bizancjum, ach, prawda, to nasze bizancjum, zapomniałem już, że tak nazywano nasz resort, bo też obyczaje wtedy zapanowały dworskie, gabinety ministra, jego zastępców, dyrektorów i wicedyrektorów departamentów dla szeregowych funkcjonariuszy były niedostępne, trzeba się było zapisać u sekretarki na rozmowę, w wyznaczonym terminie należało trzymać w garści papier ze spisaną sprawą, sekretarka wyznaczała następny termin i mówiła, czy na podanie będzie odpowiedź. Ja tam nie starałem się dopchać do szefa, jak coś chciał, sam mnie znalazł, ale udało mi się trochę podziobać, pamiętasz, ryczeliśmy ze śmiechu, gdy okazało się, że ustalona hierarchia przy korzystaniu z przywilejów nazywa się dziobaniem, najczęściej brałem ochłapy z pańskiego stołu, gdy minister przyjmował gości, specjalni kelnerzy dostarczali zaopatrzenie, najlepsze żarcie, najdroższe trunki, dostałem raz zegarek z magazynu darów. Zaopatrzeniowiec, pan Jasio, musisz go pamiętać, przywiózł nam kiedyś Kossaka, wyposażał mieszkania i wille ministrów, najmilej wspominał Ociepkę, bo dużo nie wymagał, a najgorsze były baby, pani Stachurowa kazała mu wnosić meble, które przywiózł, na co pan czeka, zapytała, noś pan, i pilnowała, by politura się nie porysowała, a pani Kowalczyk wykłócała się o każdy grosz, był zwyczaj, że koszty całego wyposażenia mieszkań członków kolegium ministerialnego obciążały budżet resortu, pan Jasio pojechał do willi Kowalczyka w Magdalence, żeby oszacować, ile ministrowi należy się pieniędzy za wydatki, jakie poniósł, wtedy pani ministrowa zażądała, by podliczyć też żabki do firanek, ale było wesoło, zachichotała pani Stasia. X W księgarni na Krakowskim Przedmieściu spotkałam Adama, męża Kasi Witkowskiej, o, cześć, powiedział i rozejrzał się na boki, akurat w drzwiach stanął jakiś mężczyzna, zadzwoń wieczorem, tylko z budki telefonicznej, a jak ten ubek, stojący przy drzwiach wyjdzie za mną, zmywaj się, cześć i Adam wziął do ręki jakąś książkę, podszedł do kasy, zapłacił i wyszedł, za nim ubek, a ja za ubekiem, gdzie zapisałam numer telefonu do Kasi, zapytałam sama siebie, ale miałam, w starym notesie, i wieczorem poszłam z suczką Dianą na spacer, zadzwoniłam do Kasi, miło, że się odezwałaś, mówił mi Adam, że się spotkaliście, przyjdź jutro o osiemnastej do świętejAnny, możesz, zapytała, mogę, to cześć, i odłożyła słuchawkę. W sądzie pracowałam do szesnastej, jeszcze przed wyjściem zeszłam do bufetu i zjadłam obiad, okrągłe frytki z surówką i sok pomidorowy, po czym pieszo poszłam do kościoła świętejAnny, weszłam do środka, jako luteranka nie żegnam się i nie klękam, postałam chwilę, zmówiłam modlitwę i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu Kasi, nie było tłumu, ale ludzi było sporo, Kasia stała z prawej strony wśród kilku osób, podeszłam, szepnęłam dzień dobry, Kasia mnie ucałowała, przedstawiła, zaraz pójdziemy do Rafała, chcę ci tylko coś powiedzieć, zapamiętaj, jeśli wśród osób, z którymi jesteśmy, rozpoznasz jakiegoś ubeka, pomasuj sobie czoło, tak, żeby wszyscy to zauważyli, wtedy zastosujemy zastępczy wariant naszych spotkań, ubek nie może się zorientować, że został rozpoznany. Wyszliśmy z kościoła w kierunku Staregomiasta, prowadził naszą grupę wysoki młodzieniec, rozciągnęliśmy się na kilka metrów, nikt, kto z boku na nas patrzył, nie domyśliłby się, że jesteśmy razem, do mieszkania Rafała wchodziliśmy z dwóch stron, na jedną klatkę schodową można było wejść od różnych ulic, Rafał, Jedwiżka, przedstawiła nas Kasia. Kochani, powiedział po chwili Rafał, najpierw zrobię wam krótki wykład o ubekach, uważajcie i zapamiętajcie, esbe oficjalnie ochrania zasady konstytucyjne PRL, faktycznie zajmuje się polityką, ma swoje priorytety, najpierw interesy partii, potem państwa, na koniec narodu, wykonuje swe zadania poprzez cały sztab agentów, podobno co trzeci nasz rodak jest dzisiaj konfidentem esbe, są oni płatni i społeczni, ci ostatni pracują z różnych powodów, niektórzy są szantażowani, inni zgłaszają się z pobudek ideowych, w esbe istnieją cztery kategorie konfidentów, oi czyli osoby informujące, luźno związane z aparatem, nie mające własnych teczek personalnych, oz czyli osoby zaufane, cieszą się uznaniem w resorcie, choć nie są wpisane w rejestry współpracowników, ks czyli kontakty służbowe, kadra kierownicza zakładów pracy, z obowiązku przekazuje, co się dzieje w podległych instytucjach, tw czyli tajni współpracownicy, posiadający własne teczki, pseudonimy, donoszą stale i o wszystkim, tych ostatnich kapusiów jest ponad ćwierć miliona. Teraz powiem wam o kilku nowościach, prokurator generalny PRL Lucjan Czubiński podpisał tekst o ściganiu uczestników nielegalnej działalności antysocjalistycznej, tekst trafił do regionumazowsze, gdzie go odbito i teraz trzeba, i to jest nasze zadanie, ten tekst rozpowszechnić, to co prokurator podpisał jest zapowiedzią używania i nadużywania prawa dla zwalczania solidarności, w Gdańsku na posiedzeniu krajówki postanowiono powołać komitetobronywięzionychzaprzekonania, do którego trzeba oddelegować ośmiu kolegów, nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Andrzej Szymański, Rafał umilkł, ja gwałtownie potarłam czoło, Rafał natychmiast się do mnie zwrócił, this garden is very beautiful, have you also a garden, a ja odpowiedziałam yes, we have a garden, but it is not so large and beautiful, po czym zapytał Kasię, have you many flowers in your flower garden, oh, yes, we have roses, tulips, lilies, violets and many others, Rafał wyciągnął palec w kierunku Szymańskiego i zapytał how often do you write to your parents, Szymański poczerwieniał, przykro mi, rzekł, ale ja tylko pa ruski, a my właśnie konwersujemy po angielsku, uśmiechnął się Rafał, ale może zrobimy przerwę na herbatę, już mi zaschło w gardle, zaraz przygotuję, powiedział i wyszedł z pokoju, Szymański podszedł do mnie i zapytał, co u ciebie, jak tam w sądzie, wszystko w porządku, to dobrze, uważaj na Chrząstka, no, nie czekam na herbatę, śpieszę się, powiedział i wyszedł. Natychmiast podszedł Rafał i zapytał, znasz tego faceta, to ubek, miał prowadzić moją koleżankę, chcieli ją skaptować przed wyjazdem do Wietnamu, pęta się wśród studentów, zrobimy sobie tydzień przerwy, czekaj, ale dlaczego on kazał mi uważać na mojego szefa, sędziego Chrząstka, zapytałam, to ich metoda, chcą skonfliktować ze sobą ludzi, nikt do nikogo nie powinien mieć zaufania, ale, swoją drogą, sprawdzimy pana sędziego, słuchajcie, znajdę inne lokum, nie wyrzucam was, ale już idźcie, gęsiego. X Właśnie zmarł mój ojciec, zdążył mi jeszcze kupić malucha, którym jeździłam do pracy i wszędzie, gdzie się dało, to dobrze, że masz samochód, powiedział Rafał, przyda się w razie co, a zresztą, weź tę paczkę i zawieź na Ochotę, tam właśnie mieszkasz, prawda, tu masz adres, zapamiętaj i zaraz zapomnij, zadzwonię wieczorem, zawiozłam paczkę, zostawiłam i wyszłam, już ruszałam, gdy zajechał mi drogę polonez, i tak znalazłam się na Rakowieckiej, w objęciach Andrzeja Szymańskiego. No, ładnie, powiedział, coraz lepiej, pani magister bryka, podpiszesz dziewczyno ten papier i sobie pójdziesz i nikomu ani słowa, że mnie tu spotkałaś, wykluczone, niczego nie podpiszę, hmhmhm, mruczał pod nosem, masz szczęście, że cię lubię, a nawet się w tobie kiedyś kochałem, nacisnął dzwonek i powiedział do funkcjonariusza, wypuścić i odebrał dzwoniący telefon, wykonał wstrzymujący gest ręką, a ja zdrętwiałam, idźcie, machnął palcami, nie chcę cię tu więcej widzieć, powiedział i uśmiechnął się, cholera, pomyślałam, ma uśmiech przyzwoitego faceta. Rafał stał na schodach w moim bloku, jesteś, puścili cię, dotykał mnie, bili cię, uspokój się, trafiłam na Szymańskiego, podsunął mi lojalkę, ale nie podpisałam, o co chodzi, ktoś sypie, zapytałam, zaniosłaś paczkę, dałaś Jarkowi, on na szczęście nie zostawił jej w kuchni, tylko zszedł schodami kuchennymi do piwnicy i tam postawił, jak wlazło dwóch ubeków, byli przekonani, mało, oni byli pewni, że przywiozłaś tę paczkę i ona musi, rozumiesz, musi być w kuchni, ale nie znaleźli, szukali i szukali, byli wściekli, wreszcie do kogoś zadzwonili, to chyba do Szymańskiego, powiedziałam, bo odebrał jakiś telefon, to dlatego mnie puścił, że nic nie znaleźli, a on się wdzięczył i kadził mi, ale który to skurwiel sypie, ktoś, kto nie zna mieszkania Jarka, ktoś, kto widział, że daję ci paczkę, ktoś kto mnie śledzi, muszę pomyśleć, to na razie, Rafał jeszcze raz poklepał mnie po ramieniu, dobrze, że ci nic nie zrobili, ale uważaj na siebie. Jeździłam do pracy na ósmą, wychodziłam o szesnastej, po drodze coś tam kupowałam, odwiedzałam rodzinę, wychodziłam na spacer z Dianą, a smutas, który się za mną włóczył, przestał się wkrótce ukrywać, nawet raz bezczelnie pomachałam mu ręką, a zmył się zaś na dobre, gdy bokser sąsiada wlazł w krzaki, a ten zaczął wołać na cały głos, ubekubekubek, gdzie jesteś, wracaj łajdaku, wreszcie pies, który zwał się ubek, wrócił machając wesoło ogonem. Sędzia Kawka uśmiechnął się i podał mi dużą kopertę, niech pani to włoży między teczki w bezpiecznym miejscu i nikomu nie daje, nawet, żeby o to prosił sam szef, nic pani nie wie, niczego pani nie widziała, w ogóle mnie tu nie było, Rafał się kłania, powiedział i wyszedł z pokoju. Zaczyna być ciekawie, pomyślałam i dalej przeglądałam akta sprawy o morderstwo, pewien ruski zabił siekierą swego kumpla, teraz zmienia zeznania, miesiąc temu zażądał, by dać mu obrońcę z urzędu, i nagle otworzyły się drzwi, weszła uśmiechnięta pani Basieńka od ławników, szef pyta, czy dostała pani materiały od sędziego Kawki, to ten wysoki blondyn, zapytałam, nie, nie widziałam go, pani Basieńka ponownie się uśmiechnęła, jakby przyniósł, niech pani zadzwoni pod 2238, dobrze, odwzajemniłam uśmiech, i wstałam, by włączyć wodę na kawę. Kopertę od Kawki schowałam między akta ruskiego, a wszystko położyłam na niewielkim stoliku razem z innymi aktami, tylko na wierzchu zostawiłam spinacz, jeśli ktoś będzie czegoś szukał, spinacz spadnie, gdy wyszłam na ulicę, tego dnia było ich znacznie więcej, z napisami solidarność, z palcami w kształcie litery v, szli pewni siebie, uśmiechnięci, wołali chodźcieznami chodźcieznami, solidarnośćsolidarność, szli, poszłam za nimi, później skręciłam w Królewską. X Pan Stasio zjadł obiad, rozwalił się w fotelu, zapalił papierosa, wołali chodźcieznami, właściwie skandowali, chodźcieznami chodźcieznami, jak studenci w sześćdziesiątymósmym do robotników wychodzących po pracy ze stoczni, studenci krzyczeli do przechodniów, chodźcie z nami, krzyczeli tak do mnie, gdy robiłem zdjęcia i do moich chłopców, wiesz, ładnie dzisiaj Stasiu wyglądasz, tak, raczej potwierdziła niż zapytała, byłam u fryzjera, ludzie przystawali, niektórzy szli z nimi, inni wołali, jesteśmy z wami, a Wałęsa krzyknął, chłopcy, to ja, jestem tu, i z tłumu, hurrrra, to Leszek, widziałeś go, pani Stasia podrzuciła do góry opadający jej na czoło loczek, widziałeś go, jak wygląda, to prawda, że mały jak Napoleon, widziałem go, jak teraz ciebie, no, normalny z niego robol, jaki tam Napoleon, co się podniecasz, tylko że on zabiera głos w imieniu wszystkich, możecie mieć z nim spory problem, jaki tam problem, wsadzi się go, gdzie trzeba i z kim trzeba, skompromituje, i po ptokach. Ale te ostatnie negocjacje trwały zbyt długo, myślałam, że wrócisz po dwóch dniach, mieliśmy pojechać do Agatki, a ty nie wracasz i nie wracasz, i nie dzwonisz, no wiesz, to wszystko trwało i trwało, ciągnęło się, najpierw do soboty, zapowiadał się piękny weekend, wszyscy mieli już dość strajku, niech Wałęsa kończy, mówili, niech się zgodzi na to, co i tak jest sukcesem, byli wymyci, w czystych ubraniach, stali pod bramami, przy głośnikach, w końcu Wałęsa się odezwał, ogłaszam strajk za zakończony, w poniedziałek spotykamy się przy pracy, i zaczął fałszować jeszczePolskaniezginęła. To byłoby jednak zbyt proste, na dyskotece politycznej, coś ty, na jakiej dyskotece, chodziłeś na dyskotekę, zapytała pani Stasia, nie, to takie podium z mikrofonem i głośnikami, tam każdy może do woli się nagadać, wlazł tam taki jeden i zaczął przemawiać, a on nie wiedział, że Wałęsa skończył strajk, bo on właśnie pytał, co trzeba zrobić, żeby strajkować, prosił zebranych o pomoc, ludzie przystawali i patrzyli na niego, i zaczęli krzyczeć solidarnośćsolidarność, Wałęsa wyszedł z sali i zapytał ludzi, kto chce strajkować, a więc strajkujemy, tak, Wałęsa wziął na swoje barki drewniany krzyż z bramy i zaniósł go tam, gdzie chcieli zbudować pomnik, krzyż zacementowano i zamiast iść w poniedziałek do pracy, to robole zaczęli strajkować, Wałęsa chciał wygłosić swój apel, odezwy i jeszcze coś, ale nie działał radiowęzeł, później się okazało, że kazał go popsuć dyrektor stoczni, tłumy przed gmachem dyrekcji skandowały WałęsaWałęsaWałęsa LeszekLeszekLeszek, on może wszystko, ty wiesz, że oni w to wierzyli, LeszekwolnośćLeszekwolność. X Sędzia Chrząstek podał mi dość grubą teczkę i uśmiechając się powiedział, że na szczęście wracamy do tej sprawy, do jakiej, zapytałam, do tego mordu sprzed kilku lat, co to wtedy nie dało się ustalić sprawcy, a może ktoś nie chciał ustalić, no i teraz ta sprawa do nas wróciła, niech pani poczyta, może świeże oko wniesie coś nowego, jutro, najpóźniej pojutrze porozmawiamy, dobrze, z przyjemnością, porozmawiamy, uśmiechnęłam się do sędziego, choć powinnam mieć minę raczej grobową, ale jak to w życiu bywa, nie udało nam się porozmawiać, bo dzień wcześniej jakiś rozpędzony samochód potrącił sędziego na pasach i ten ledwie uszedł z życiem i jest w gipsie od czubka głowy po same pięty, a pod drzwiami ojomu postawili policjanta. Gdy tylko dowiedziałam się o wypadku sędziego, teczkę ze sprawą, którą mi powierzył, wsadziłam do zagraconej szafy i co więcej, poszłam do archiwum po pozostałe, po czym upchałam je i obłożyłam żółtymi stronami rzepy, a ponieważ czytuje je tylko Ela, która wraca dopiero za miesiąc, więc będą tam chyba bezpieczne. Z całą pewnością muszę opracować jakiś system, powinnam zająć się tą sprawą, ale tak, żeby nikt o tym nie wiedział i nawet się nie domyślał, ale zauważyłam, że jeden z kolegów z pokoju naprzeciwko zbyt często do mnie przychodzi i patrzy tak jakoś inaczej niż inni faceci, gotowa byłam nawet uznać, że to pedał i chce naśladować moje kobiece zachowania, ale pewnego razu widziałam zza winkla, jak całuje się z Ewą, taką wystrzałową panią prokurator, więc pedalstwo odpada, pomyślałam, w takim razie co, i Rafał stwierdził, że to z pewnością ubek i żebym nie dała się sprowokować, spokój, mówił, i jeszcze raz spokój, wszystko obracaj w żart, a jak to się nie uda, rób z siebie totalną idiotkę, taką wiesz, rasową blondynkę z dowcipów. Na szczęście sędzia Chrząstek miał się coraz lepiej, a ja czytałam powoli akta sprawy zabicia studenta, wsadzałam je między kartki sprawy o napad na bank i gdyby ktoś z boku spojrzał na to, co czytam, nie zorientowałby się w niczym, musiałam tylko pilnować, by ich nie pomieszać, bo tam milicja znalazła pijanego studenta na schodach i z kieszeniami pełnymi narkotyków, a tu policja złapała zdesperowanego bezrobotnego, który z pistoletemzabawką poszedł do banku po kasę. X Pracowałem wtedy w ministerstwiekultury, Rafał przytulił się do mnie, siedzieliśmy w Łazienkach, na ławce w słońcu, było zielono, śpiewały ptaki, pachniał bez, sielanka, pomyślałam, nie było zewnętrznego świata, kolejek po mięso i papier toaletowy, a był on, jego ciepłe ręce, jego usta, gdy mnie całował byłam szczęśliwa i chciałam zatrzymać tę chwilę na zawsze. Wydałem tomik wierszy, byłem młodym zdolnym poetą z przyszłością, porobiłem znajomości, zbratałem się z tym i owym, więc ciągali mnie na różne imprezy, i wyjazdy, i zjazdy, byłem też w Moskwie, Rafał pocałował mnie i zapytał, myślisz, że Hania poradzi sobie z biuletynem, może powinienem jej pomóc, daj spokój, na pewno da sobie radę, przecież jest studentką polonistyki i nie składa po raz pierwszy, wiesz, że jej ojciec jest milicjantem, myślisz, że to wtyczka, nie wierzę, gdyby nie była po naszej stronie, nie udało by się zwolnić Adasia i Krzysia, ciiiichooo, Rafał położył palec na moich ustach, lepiej wiedzieć mniej niż więcej, ten twój Szymański może cię jeszcze dorwać, choć nie pozwolę, jak mi Bóg miły i jaja facetowi żywcem powyrywam, niech cię tylko tknie. Co było w Moskwie, zapytałam, czy to prawda, że Andrzej Drawicz mówił, iż na konia pod tytułem związekradziecki nie należy wskakiwać zbyt szybko, bo może nas zrzucić, oj taktak, mówił, roześmiał się Rafał, tonował nasze emocje, gdy chcieliśmy coś zrobić, powiedzieć już teraz, zaraz, dziwne to były rozmowy, wszyscy chcieli wiedzieć, którzy pisarze i artyści są nasi, a którzy nie są, tak samo było ze studentami w Marcu, też chcieliśmy wiedzieć, kto jest swój, a kto nie, krzyczałaś, precz ze związkiemradzieckim i z układemwarszawskim, precz z ruskimi, jasne i jeszcze inne, a gorniczna w hotelu podała mi klucz i powiedziała, że nie opuścimy Polski w biedzie, Jezu, myślę, tylko nie to, odwalcie się od Polski i ode mnie. Następnego dnia odbyło się spotkanie w bibliotece, każdy ruski przyniósł jakieś dokumenty i jakby nas nie było, zajęli się czytaniem, patrzę przez ramię, co też tak zajęło mojego sąsiada, a on czytał ksero naszego wydawnictwa z drugiego obiegu i biuletyn wewnętrzny komisji zakładowych Solidarności wydany w stoczniszczecińskiej trzy dni wcześniej, gdy to zobaczyłem, myślałem że zemdleję, ależ oni mają wywiad, nigdy się od nich nie odczepimy. Rafał zapalił papierosa, a na pożegnanie mówiono rzeczy, od których zesztywniałem, nie bój się, Rafał, ani ciebie, ani twojej rodziny nie zostawimy bez opieki, ściągniemy was tutaj, w razie czego, musiałem się zrobić biały i zielony jednocześnie, bo mój opiekun zapytał, czy mi coś dolega, a ja widziałem wagon bydlęcy pełen ludzi podążający na wschód, a między nimi umęczoną twarz babci i maleńką postać mamy, i słyszałem szelest kół po szynach, ściągniemywastutaj, ściągniemywastutaj dudniło mi w uszach. Następnego dnia znowu na stole leżały pisemka solidarnościowe, a Sokołow, który nas gościł, mówił twardym głosem, że w Polsce doszło do kontrrewolucji, jakiej tam kontrrewolucji, zdziwił się mój szef, przecież Wałęsa nie jest kontrrewolucjonistą, to tylko robotnik, przecież polscy intelektualiści zachowują się bardzo odpowiedzialnie, co wy opowiadacie, ryknął Sokołow, co wy mi tu mówicie, w Polsce jest próba obalenia ustroju, w Polsce jest kontrrewolucja, gdybym był u siebie, wyszedłbym po prostu, żaden ruski nie będzie się na mnie wydzierał, ale tu, w Moskwie, mogliby podejść, wziąć pod ręce, zaprowadzić na Łubiankę, albo wepchnąć do psychuszki, dać zastrzyki w uda i byłbym uziemiony do końca życia, pewnie siedzieliście przy długim stole naprzeciwko siebie, dobrze, że nie wyciągnęli broni i was nie rozstrzelali, przecież mają w tym wprawę, brrr, a Sokołow zaczął walić pięścią w stół i krzyczał, że nie mówimy prawdy, bo to jest kontrrewolucja, a naród rosyjski nie da się oszukać, i znowu usłyszałem, że bratniej Polski nie opuścimy w biedzie, i jeszcze na koniec, przekażcie pozdrowienia towarzyszowi generałowi Jaruzelskiemu, wiesz co, Jedwiżka, dziwny jest ten świat, kocham cię X Rafał roześmiał się i powiedział do zebranych, a było nas chyba ze trzydzieści osób w niewielkim pokoiku na poddaszu w jednym z domów staregomiasta, że najpierw ma dla nas, intelektualistów, zagadkę i znowu się roześmiał, no, Jedwiżka, poetko i polonistko, znasz to, i zarecytował, niczym Broniewski na swoich wieczorach autorskich, „partia, należeć do niej, z nią działać, z nią marzyć, z nią w planach nieulękłych, z nią w trosce bezsennej, wierz mi, to najpiękniejsze, co się może zdarzyć”, Jezu, Rafał, ty się chyba źle czujesz, zawołał Marcin spod okna, chyba wpuszczę trochę świeżego powietrza, ale Rafał machnął ręką, daj spokój, stary, powiedział, przecież musimy pamiętać, kto co pisał, no, Jedwiżka, co ty na to. A ja na to powiem ci to, znasz, zapytałam i zarecytowałam Międzyrzeckiego „płakaliśmy w Warszawie, na Śląsku, na dumnym Helu, i przysięgaliśmy sprawie, i przysięgaliśmy dziełu, uderzą jak erkaemy nasze górnicze świdry, odeszli Stalin i Lenin, ale nie umrą nigdy”, i po chwili w zupełnej ciszy dodałam, „przysięgam, już nigdy nie będę słaby, pióro w promień przemienię i niech się promieni, oto nowe stulecie, a tylko dwie sylaby: Lenin, kto umie z siebie jak słońce ziemi dać światłość wszystką, ten właśnie jest bolszewikiem, ten właśnie jest komunistą”, i w tej ciszy, mały, zawsze skromny Fredek wyjąkał, ten pierwszy wiersz to Wisławy Szymborskiej, następne Międzyrzeckiego i Gałczyńskiego, a gdy rozległy się brawa, zaczerwieniony Fredek dołożył do naszej mówionej antologii piosenkę o przyjaźni Bocheńskiego, „na zielonej, polnej śliwie siadły gołębice siwe, ta z Warszawy, tamta z Moskwy, polubiły się jak siostry, w czarnym lesie na kwaterze popasali dwaj żołnierze, ten znad Wisły, ten znad Donu, żyli wiernie w leśnym domu”. No i dobrze, powiedział Rafał, dławiąc w zarodku wybuch naszego chichotu, ładny wstęp do tego, o czym dzisiaj będę mówił, czyli o wywiadzie, może nie wiedzie, że dopiero od Kiszczaka polski wywiad zaczął być szanowany, a nawet zdarzyło się po raz pierwszy, że gdy Polacy poprosili gru o ważne materiały, to je dostali, tak było zwłaszcza, kiedy Kiszczak zaprzyjaźnił się z Iwaszutinem, a w ogóle, to we wszystkich krajach, tak zwanych, socjalistycznych wywiad wojskowy podlegał szefom sztabów generalnych, a wywiad cywilny ministrom spraw wewnętrznych, kontrwywiad podlegał ministrowi obrony narodowej, ale dzisiaj została z niego wyłączona służba prewencji i utworzono żandarmerię, a kontrwywiad został włączony do wywiadu wojskowego i podlega bezpośrednio szefowi Sztabu Generalnego. Wiecie co, nie chcę tego słuchać, chyba zrobię kawę, co wy na to, Kasia podniosła się z krzesła, a gdy większość wrzasnęła, o tak, poprosimy, bo chyba uśniemy, wyszła do kuchni, a Rafał pogroził jej tylko palcem i mówił dalej o wywiadzie strategicznym, naukowoinformacyjnym, operacyjnym, o 3 tysiącach pracowników merytorycznych i pomocniczych, i wreszcie podsumował całą tę wiedzę, że każdy żołnierz, który przebywał za granicą musiał coś tam dla wywiadu zrobić. Kiedy trzymaliśmy już w rękach szklanki z kawą, Rafał zbliżał się do końca swej opowieści o wywiadzie, tak nam się przynajmniej zdawało, najwięcej informacji, stwierdził, zebrano w Wietnamie na początku lat 70., kiedy przede wszystkim chodziło o rozpoznanie armii amerykańskiej i komisjonerów z innych krajów, ale jednym z największych sukcesów pierwszego pionu wywiadu wojskowego było umieszczenie pracownika wywiadu w ośrodku informatycznym NATO. Informatyk był kadrowym oficerem wywiadu, był młody, błyskotliwy, czynił szybkie postępy, bo wrodzone zdolności wzmacniano dyskretnym promowaniem jego kariery naukowej, i w pewnym momencie wyjechał na zachód na stypendium, po upływie którego odmówił powrotu do kraju i został jako uciekinier polityczny, co więcej tak się afiszował wrogością do komunizmu, że zatrudniono go w ośrodku przetwarzającym informacje dotyczące krajów układuwarszawskiego, i pracował tam dość długo, i to dobrze, więc miał dostęp do pilnie strzeżonych informacji, ale w końcu został wykryty przez kontrwywiad amerykański i dostał dwanaście lat paki. Nie koniec na tym, bowiem zdolny Polak, naprawdę uzdolniony matematycznie, został przewerbowany i zaczął pracować w tym samym ośrodku tylko już nie miał dostępu do ważnych dokumentów i zajmował się analizą informacji przychodzących ze wschodu, a polska strona zerwała z nim wszelkie kontakty. No i chwatit, powiedział Olek, a ja wam powiem inną ciekawostkę o naszym pięknym kraju, jak oto po wojnie otrzymywało się intratne posady, dyrektora czy leśniczego, a więc tak, przyszedł ktoś do milicjiobywatelskiej zameldować, że w opuszczonych majątkach dojrzało zboże i trzeba się nim zająć, no to został pierwszym dyrektorem PGR, potem przyszedł ktoś z wiadomością, że chłopi wycinają na potęgę lasy, i został pierwszym nadleśniczym, a pamiętacie dyskusję w latach 60. z udziałem Gomułki na temat zastąpienia importu zbyt kosztownych cytryn większym spożyciem kapusty, zawierającej dużo witaminy c, i wtedy Kazimierz Rusinek, wiceminister kultury i sztuki zachował się jak na prawdziwego intelektualistę przystało, i odpowiedział, że przecież nie można wciskać kapusty do herbaty, dajcie spokój, bo niedługo będzie nam potrzebny psychiatra, jak zaczniemy wspominać, tak a propos, nikt z nas tu obecnych nie widział Stalina na własne oczy, ale był on niskiego wzrostu, miał na twarzy ślady po ospie i jedno ramię niższe, więc nie lubił, by mu ktokolwiek podawał palto. No, dobrze, dzieci, nie wysiada się z pociągu rewolucja, bo można skręcić kark, ale ja was żegnam, i przygotuję na następne spotkanie wiele innych ciekawostek, a dieu, moi mili, trzymajcie się ciepło, pierwszy wyszedł z pokoju Wiesiek, następnie inni, co trzy minuty, i wreszcie zostałam sama z Rafałem, a ten rzucił się na mnie i zaczął całować moje usta, oczy, brwi, aż usłyszeliśmy, fiufiufiu, jakaś miłość tu odchodzi, a gdy się odwróciłam w kierunku drzwi zobaczyłam twarze kilku rozbawionych przyjaciół, nie zapomnij Jedwiżka, że jutro drukujesz, powiedział Konrad i cicho się wycofał zabierając ze sobą resztę. X W długim pokoju, niczym tramwaj, w Pałacustaszica, Ewa zrobiła dwie szklanki kawy, przyniosła z bufetu dwa ciastka i usiadła uśmiechnięta, cieszę się, Jedwiżka, że wreszcie przyszłaś, powiedziała, mam ci tyle do powiedzenia, jestem szczęśliwa, zakochana, i w ogóle, świat jest wspaniały. Moja koleżanka ze studiów była piękna, miała zadziwiającą urodę panienki ze szlacheckiego litewskiego dworu, była skromna, nieśmiała, ciekawa świata, uczciwa i okrutnie samotna, choć jak wiem wychowała się w dość licznej rodzinie, więc ucieszyłam się, gdy zaczęła mi opowiadać o swojej wielkiej miłości, o facecie starszym o jakieś dwanaście lat, niezbyt urodziwym, bo go właśnie poznałam. Zajrzał do pokoju, a Ewa zawołała, chodźchodź, poznaj moją przyjaciółkę ze studiów, więc wszedł i uścisnął mi rękę, złożył pocałunek, nono, jakiś dżentelmen jej się trafił, pomyślałam, uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, miło mi, ale nie chciał usiąść, porozmawiać, tylko stwierdził, że czeka na ważny telefon i wyszedł. Wygląda mi na prawnika, uśmiechnęłam się, poznaję prawników na odległość, wypiłam łyk gorącej kawy, no, ale opowiadaj, Ewa, co tam jeszcze nowego, robię doktorat, pochwaliła się, Sławek mnie do tego zmusza, zresztą, pracując w Akademiinauk muszę mieć stopień naukowy, a ty, też zrobisz, zapytała, może obronimy pracę w tym samym roku, ale gdy powiedziałam, że nie, zabrała się za ciastko. I nagle Pałacstaszica zatrzeszczał w posadach, jakby pod wpływem trzęsienia ziemi, i do naszych uszu dobiegł hałas, jakby leciało stado dzikich koni, jakieś walenie w coś metalowego, jakieś gardłowe okrzyki, jeszcze nie rozpoznane, w końcu drzwi do pokoju rozwarły się i z hukiem trzasnęły o ścianę, do środka wbiegło kilku zomowców i waląc pałkami w biurka, wrzeszczeli, wstać, wszyscy na zewnątrz, niczego nie ruszać. Zerwałyśmy się na równe nogi, choć miałam ochotę powiedzieć, człowieku, odczep się, co robisz, i bezwiednie usiadłam z powrotem, a wtedy młody zomowiec, rąbnął pałką w krzesło, ciesz się, że nie dam ci po łbie, powiedział, a Ewa już była za drzwiami, więc jeszcze się ociągając i patrząc mu w oczy wstałam, on wybiegł na korytarz, a ja, pomału, udałam się za nim, biorąc przedtem swoją torebkę. I nagle znalazłam się w ciszy, tylko ukryta za szafą szlochała jakaś starsza pani, i jej cichy płacz czy raczej skowyt, zdenerwował mnie, na tyle mocno, że postanowiłam dogonić tych skurwieli i wrzasnąć im w twarz, że są zwykłymi gnojkami, a gdy znalazłam się na zewnątrz, tuż za drzwiami, w podcieniu, do wozów policyjnych ładowano już ludzi, wszyscy krzyczeli gestapogestapo, więc przyłączyłam się do nich i rozdarłam na cały głos gestapogestapo, a jeden mężczyzna, stojący tuż obok, wołał gestpooooooo i wyraźnie albo źle się poczuł, albo się jąkał i zomowiec podszedł do nas, stanął rozkraczony i patrzył zamglonym wzrokiem, czyżby był naćpany, pomyślałam, nie przestając krzyczeć gestapogestapo prosto w jego twarz, a mężczyzna wtórował mi gestapooooo i zomowiec, popatrzył po nas, w końcu wziął mojego sąsiada za kołnierz i poprowadził do milicyjnej kibitki. Samochody odjechały, w podcieniach Pałacustaszica została grupka ludzi, gapie z ulicy komentowali to, co widzieli, a ja w oknie zakratowanym ostatniego wozu dojrzałam twarz Ewy, więc wróciłam na drugie piętro budynku, do pokoju, w którym urzędował jej ukochany, otworzyłam drzwi i powiedziałam, że Ewę zabrali, nie szkodzi, zaraz ją wypuszczą i sięgnął ręką po telefon, oho, więc mamy pana ubeka, pomyślałam i szybko, na wszelki wypadek, opuściłam Pałacstaszica, z postanowieniem, że więcej tu nie przyjdę. X Ogromnie zatęskniłam za Rafałem, za jego głosem, za jego ciepłą ręką, za jego słowami, jego optymizmem i natychmiast pomyślałam, a właściwie zapytałam siebie, czy to możliwe, by Rafał też był ubekiem, jest przecież taki ciepły, sympatyczny, miły, zawsze wszystko stara się załatwić, pomóc w każdej sytuacji, ale, zaraz, nigdy wtedy, gdy potrzebne były kontakty z milicją lub ubecją, nie, to niemożliwe, by miał jakieś układy z tą tajemną władzą, zresztą Szymański, chcąc się pochwalić swoją wszechwładzą i wszechwiedzą, z całą pewnością by mi o tym napomknął, nie omieszkałby mnie poniżyć, rzucić w twarz, że wybrałam innego, ale również ubeka, a jak tego do tej pory nie zrobił, więc mogę być pewna, że mój Rafał jest czysty, żal mi Ewy, pomyślałam, zakochana bez pamięci dziewczyna, może związana z podziemiem, może wyciąga z niej jakieś informacje, okropieństwo, zwykłe draństwo. Ale Ewa była szczęśliwa, mogła na niego wyczekiwać godzinami, gdy załatwiał jakieś swoje interesy, była szczęśliwa, gdy mogła się do niego przytulić, gdy wziął ją za rękę, gdy pocałował, to taka dziwna miłość, mówiła mi nie raz, jakby był nieśmiały, albo jakby wolał mężczyzn od kobiet, taki był trochę inny, skrępowany, nic nie mówił o uczuciu, a tym bardziej nie wyznawał jej miłości, słowo kocham nie przechodziło mu przez gardło, inni koledzy przeciwnie, wiedziała, że ma piękne oczy, zgrabne nogi, uśmiech, który potrafi porwać w niebiosa, a nawet jeden chciał sobie odebrać życie, gdy go odrzuciła, a ten, w którym się zakochała, ani słowem się nie odezwał, ani o swoim uczuciu, ani o przyszłości, czy mają jakąś wspólną przyszłość, zastanawiała się często i płakała, nie mogąc zrozumieć, co stoi na przeszkodzie, by stworzyć własny dom, bo Ewa chciała mieć dom pełen miłości i dziecko, i kochającego męża, ale okazało się, że na przeszkodzie stoi jego matka, bo ona poświęciła się dla mnie, mówił, po śmierci ojca zajęła się mną i teraz nie mogę jej zranić, ale cóż to za zranienie, Ewa nie mogła zrozumieć, przecież te obie miłości, matki i żony, tylko się uzupełniają, nie, dopiero po jej śmierci mogę o czymś pomyśleć, powiedział, jak chcesz, ty zdecyduj, czy dalej jesteśmy razem czy czekasz, na co zapytała Ewa, na śmierć twojej matki, przecież to nienormalne. I chociaż, jak uważała, ta sytuacja nie miała nic wspólnego z normalnością, to jednak trwała w niej, przytulając się do mężczyzny, którego kochała, aż wreszcie odkryła, że jest takim bezdomnym psiakiem, który szuka ciepła i wpatruje się wiernie w oczy swego pana, który zamiast wziąć psiaka do domu, do pokoju i dać dobre jedzenie, przywiązuje go do budy i wrzuca do miski byle ochłap, i choć było jej niezmiernie ciężko, i głupio przed rodziną, która dopytywała się, to kiedy w końcu będzie wesele, trwała i trwała w tej sytuacji, i nie umiała powiedzieć, no cóż, facet, to cześć. X Witam państwa serdecznie, powiedział doktór Iwański, i cieszę się, że mnie zaproszono na to spotkanie, uśmiechnął się w stronę Rafała i innych działaczy Solidarności, postaram się mówić krótko, no tak, przecież wszyscy wiemy, że rządowa podwyżka wprowadzona w lipcu 80. roku, podwyżka słoniny i tańszych gatunków mięsa i wędlin, nie wyglądała na powód do rewolucji, a jednak cała lawina ruszyła, jakby ktoś rzucił kamykiem, i po Lublinie stanęły stocznie w Szczecinie oraz Gdańsku, a jakie były żądania, no, między innymi przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, zwolnionych za nielegalną działalność związkową, i tak to postulaty płacowe robotników obrosły społecznymi, a do strajkujących w stoczni przyłączyły się zakłady z całego kraju, i strajk poparli intelektualiści, tworząc komisjęekspertów na czele z Tadeuszem Mazowieckim. I to, że robotnicy zażądali stworzenia niezależnych związków zawodowych oraz uwolnienia więźniów politycznych było już rewolucją, i oczywiście nie wszyscy byli z tej sytuacji zadowoleni, bowiem, na przykład, reżimowi dziennikarze straszyli radzieckimi czołgami, i nawet prymas Stefan Wyszyński wzywał do umiaru, a gdy spotkał się z generałem Jaruzelskim powiedział, iż powinien pan myśleć o tym, że Polska leży między dwiema ścianami, germańskim zachodem i słowiańskim wschodem, więc możemy oprzeć się tylko na jednej ścianie, i to musi być ściana wschodnia. Jak wszyscy wiemy, po osiemnastu dniach strajku, w niedzielę 31 sierpnia Lech Wałęsa i Mieczysław Jagielski w stoczniowej saliBHP podpisali porozumienie, mające gwarantować spełnienie robotniczych postulatów, a potem było różnie, sami pamiętacie, wojsko i milicja ruszyła w nocy z 12 na 13 grudnia na naszych, internowano około 10 tysięcy osób, w tym nie tylko działaczy Solidarności i sprzyjających jej intelektualistów, lecz i część działaczy PZPR z ekipy gierkowskiej, a rano w telewizji wystąpił Jaruzelski i oznajmił, że z dniem dzisiejszym ukonstytuowała się wojskowaradaocalenianarodowego, i zgodnie z Konstytucją radapaństwa wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju oraz że ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią, i dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom, ulega ruinie, i w związku z tym generał uchylił większość praw obywatelskich, a na ulice miast i wsi wprowadził czołgi, milicję i zomo, a także godzinę policyjną, i kontrolę rozmów telefonicznych oraz korespondencji, zawiesił działalność Solidarności i innych organizacji, zamknął większość gazet i czasopism, a w telewizji ubrał w mundury spikerów, spacyfikował stocznie, stłumił strajki w kopalniach, zabił wielu polskich obywateli. X Stasiu, dolej mi trochę gorącej wody, bo ta kawa jakaś taka mocna, zwrócił się pan Stasio do żony krzątającej się przy obiedzie, wiesz co, nie rób dziś tych pierogów z kapustą, mam ochotę tylko na bulionik, o, dziękuję, teraz jest akurat, a więc tak, jak ci już powiedziałem, Jurek Kołodziejski podczas posiedzenia egzekutywykwpzpr w Gdańsku podkreślił, że sytuacja jest coraz trudniejsza, lecz ani razu nie wymknęła się z naszych rąk, z czyich, zapytała pani Stasia, z jego, Kołodziejskiego czy całej partii, no, chyba całej partii, chrząknął pan Stasio, przecież wszyscy uważali, że panują nad tym, co wyrabiają robole, i jak stwierdził Jurek, należy przyjąć przychylność dla solidaruchów jako kierunek polityczny, co jest konieczne, bo przecież jest ich tak wielu, że to zaczyna być walką z całym społeczeństwem. Coraz mniej z tego rozumiem, powiedziała pani Stasia siadając przy stole i sięgając łyżką do talerza z bulionem, jako że ona też bardzo lubiła zupy, więc jak to jest, kilku partyjniaków chciało wygrać z narodem, zapytała, no niby tak, uśmiechnął się pod wąsem pan Stasio, bo od kilku miesięcy był posiadaczem modnych i to owszem dość długaśnych wąsów. Więc tak, powiedział Kołodziejski, musimy podjąć walkę o polityczne oblicze Solidarności, trzeba ją wciągnąć do współodpowiedzialności za to, co się dzieje, a także i to jest nasze główne zadanie, należy doprowadzić do rozłamu wśród jej kierownictwa. Dalej tłumaczył, co to tak naprawdę znaczy, a co to znaczy, zapytała pani Stasia, no choćby odkleić od solidaruchów kpnikor, i wsadzić w ich szeregi setki naszych, a zwłaszcza w otoczenie Wałęsy, złapać takich pazernych, co to za parę groszy sprzedadzą własną matkę, tak jak ten, co dostał pięćdziesiąt tysięcy, ładne mi parę groszy, zaśmiała się pani Stasia, no wiesz, ale on był szefem jednego z regionów związku i nagrał grudniowe posiedzenie władz komisjikrajowejsolidarności i przekazał je nam i to była, jak tłumaczył nam szef, najwyższa jednorazowa wypłata od sb. Stasiu, a byłeś przy tym jak bito tego biednego maturzystę na komisariacie, idź ty, moja przemądrzała żono, pan Stasio pokręcił głową, jakie bicie, na jakim komisariacie, to przecież jakiś pracownik pogotowia mu przyłożył, a że chłop był silny, to i obrażenia były poważne, a naród zrobił z tego jakąś dintojrę, jak rany, Stasia, nie opowiadaj byle głupot, my jesteśmy niewinni, a za obiad dziękuję, był jak zwykle świetny, powiedział pan Stasio, położę się trochę, jakoś mnie głowa boli, powiedział i poszedł do pokoju, a pani Stasia podeszła do okna i zamyśliła się, i patrzyła przed siebie nieruchomo, jak człowiek, który jest pozbawiony przyszłości. A wiesz co, krzyknął pan Stasio z pokoju, jednak coś się dzieje, wiesz, taki jeden Wiesław Chrzanowski namawia ukrywających się solidaruchów do wyjścia z podziemia, jak to, to oni jeszcze się nie ujawnili, a dużo ich jest, pani Stasia odwróciła się w stronę, skąd dochodził głos i podrapała się za uchem, to gdzie oni są, cholera ich wie, ale Chrzanowski twierdzi, że normalizacja Jaruzelskiego będzie trwała całe lata, więc podtrzymywanie podziemia nie ma sensu, zwłaszcza tak licznego, warto by namówić jak najwięcej osób, żeby wróciło do domów, i Chrzanowski prowadzi rozmowy ze Skibniewską z sejmu, i żąda gwarancji bezpieczeństwa dla nich, jakby głupek nie wiedział, iż nikomu nie można ufać, a Skibniewska i ksiądz Miziołek rozmawiają z Kiszczakiem, jednak najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że solidaruchy nie wiedzą, iż pomysł opuszczenia konspiracji narodził się w naszym resorcie, i co Stasiu, żona stanęła przed nim i podparła się pod boki i zapytała, czyżby jego autorem był Kiszczak, a pan Stasio pokiwał głową i roześmiał się, no, a jakże, pan generał, tak, pan generał. Stasiu, ty chyba dużo wiesz, naprawdę jesteś tak wysoko postawioną personą, nareszcie jesteś kimś, mogę być z ciebie dumna, a pamiętasz, jak dawniej prosiłam cię, żebyś został prawdziwą szychą, żebyśmy byli u żłobu, pani Stasia pogładziła męża po łysiejącej głowie, a on zwrócił ku niej twarz i uśmiechnął się, oj kochany mój, nareszcie odzyskałeś swój dawny uśmiech, ten, za który cię pokochałam, taki nieśmiały, dziecinny, niewinny, Stasiu, moja naiwna Stasiu, tak wiele w życiu przeszedłem, tyle widziałem, że musiałem to wszystko z siebie zrzucić, spłukać, i znowu jestem jak nowo narodzone dziecko, i mogę robić karierę pod nową władzą, bo przecież jestem wysokiej klasy specjalistą, czyż nie, Stasiu, moja ty piękna żono, czyż nie jestem we wszystkim dobry, no, powiedz, sama powiedz, może towarzysze, którzy załapali się z solidaruchami, nie zapomną o mnie, przecież kuzyni królika są zawsze kuzynami i nikt się ich nie pozbędzie, więc moja Stasiu, mamy przed sobą jeszcze piękną przyszłość, mam nadzieję. X Coś wam przeczytam i oddam kartki na papierosy temu, kto zgadnie autora artykułu, otóż jak wszyscy wiemy, w 1953 r. aresztowano kieleckiego biskupa ks. Kaczmarka pod zarzutem działalności dywersyjnej, biskup został skazany na dwanaście lat, a ten proreżimowy bełkot, dziś może i śmieszny, lecz wtedy mający wymowę tragiczną, wyartykułował jeden z naszych dzisiejszych czołowych działaczy, doradca Lecha Wałęsy, i to człowiek z przyszłością, jak to się mówi. Otóż tak, pan dziennikarz pisze, iż we wtorek 22 września bieżącego roku wojskowysądrejonowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie ks.biskupa Kaczmarka oraz ks. J. Danielewicza, ks. Wł. Widłaka, ks. J. Dąbrowskiego i siostry W. Niklewskiej, czyli oskarżonych o zorganizowanie ośrodka prowadzącego działalność dywersyjną, wymierzoną przeciwko państwu ludowemu, działalność godzącą w najżywotniejsze interesy naszego narodu. Na rozprawie sądowej zanalizowana została przestępcza działalność oskarżonych, jak i jej skutki, a atmosfera środowiska społecznego rozniecająca lub choćby tylko podtrzymująca bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polskiludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. biskupa Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem, oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. Doprowadziły one do czynów skierowanych przeciwko interesom własnego narodu, doprowadziły w szczególności nie tylko do postawy przeciwnej nowej rzeczywistości naszego kraju, nie tylko do podrywania zaufania w trwałość władzy ludowej i nowych stosunków społecznych w Polsce, ale i do uwikłania się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęły posługiwać się przedstawicielami duchowieństwa jako narzędziem realizacji swych wrogich Polsce planów, no, Rafał, już daj spokój tym bredniom, powiedziałam, mózg się lasuje od tego, dzisiaj to wszystko jest nieaktualne, a Mazowiecki powinien prosić Boga o wybaczenie, podobnie jak Michnik za słowa, że dobry Polak to taki Polak, który całkowicie odrzuca swą narodowość na rzecz kosmopolityzmu, czy poeta Miłosz, który wskazał na trzy przyczyny świniowatości Polaków: głupawy nawyk patriotyzmu, obsesyjny nawyk antysemityzmu i bezsensowny nawyk katolicyzmu, na co podniósł się Fredek, wiesz, co, Rafał, ja protestuję przeciwko takim szkoleniom, bo to nic nie daje, niech się dawnymi poglądami i wypowiedziami znanych ludzi zajmuje Antoś, bo prawdę mówiąc, to ktoś ich kiedyś za wszystko z pewnością rozliczy, a zresztą punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I każdy żyje na własny rachunek, dodał Antoś, połechtany wyraźnie, iż doceniono jego wiedzę i zdolności, bo przecież z obecnych tu młodych ludzi tylko on wiedział, że gnojenie biskupa Kaczmarka było pokazówką treningową do większej akcji, do aresztowania prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego, którego zatrzymano trzy dni po skazaniu biskupa, i w ramach kampanii przygotowującej aresztowanie Prymasa, właśnie Mazowiecki odgrywał czołową rolę w zakłamaniu i zniewalaniu polskiej opinii publicznej, a procesy księży krakowskich dały trzy wyroki śmierci i polscy intelektualiści, znani wszem i wobec, Szymborska i Mrożek, wyartykułowali z siebie specjalną rezolucję piętnującą skazanych jako zdrajców ojczyzny, amerykańskich dywersantów i szpiegów, powiązanych z KrakowskąKuriąMetropolitalną. Antoś jak zwykle siedział pod oknem, i zastanawiał się, czy jego koledzy wiedzą, że gruba kreska z 1989 roku była potrzebna działaczowi po to, aby skasować całą swoją niechlubną przeszłość i także przeszłość innych, jak również konfidentów tw i prowadzących ich esbeków, aby uniemożliwić lustrację i dekomunizację, a kiedy Rafał wychodząc podszedł do Antosia, poklepał go po plecach, wiesz, masz chyba rację, ktoś ich kiedyś ze wszystkiego rozliczy, o ile nie będą permanentnymi kuzynami królika, a my, no cóż, na razie jesteśmy zbyt mali, ale, dzieciaku, świat do nas należy i teraz nie będziemy się nad nimi za bardzo znęcać, a Antoś w uśmiechu wyszczerzył zęby, to są ludzie o inteligencji chomika, powiedział, szkoda naszego czasu. X Panie sędzio, powiedziałam szeptem do sędziego Kawki, który dosiadł się do mojego stolika w bufecie sądowym, może da się ściągnąć do nas akta sprawy biskupa Kaczmarka i konsorcjum, a sędzia popatrzył na mnie spod krzaczastych brwi, jego ręka z pełnym talerzem znieruchomiała, są w wojskowym sądzie rejonowym, to trudna sprawa, ale, sędzia wreszcie postawił talerz na stole i sam usiadł, nachylił się do mnie, ale, ale, być może, nie jest to sprawa niemożliwa, myśli pani, sędzia patrzył mi prosto w oczy, myśli pani to samo, co ja, zdaje mi się, że tak, uśmiechnęłam się do niego, bo właśnie przy sąsiednim stoliku usiadł mój sąsiadubek i wydało mi się, że jego ucho bardzo się wydłużyło, ależ, panie sędzio, pana dowcipy są bardzo finezyjne, roześmiałam się i jednocześnie położyłam rękę na jego mankiecie, wzrokiem wskazując na sąsiedztwo, ależ, dobrze, postaram się panią zadowolić. Dalej jedliśmy szybko i w milczeniu, pan sędzia spieszył się na rozprawę, a ja chciałam jak najszybciej opuścić bufet, bo wzrok ubeka powodował, że jedzenie stawało mi w gardle i chciało mi się wymiotować, ale sędzia niespodziewanie dotknął mojej ręki, spokojnie, spokojnie, szepnął, takie kanalie nie zasługują na to, by się nimi przejmować, a co do sprawy, dobrze, zobaczę, co się da zrobić, i powoli zaczął sączyć kawę ze szklanki, bezczelnie wpatrując się w ubeka, wie pani, co Orwell pisał w „raz się skurwisz, kurwą zostaniesz”, że według starej prostytutki, jeżeli cokolwiek pozwala wybaczyć kurwieniu się, to tylko korzyści, jakie ono przynosi, korzyścikorzyści, ostatnie dwa słowa wypowiedział tak głośno, że ubek nagle poczerwieniał, jego ruchy stały się nerwowe, aż wreszcie zerwał się z krzesła, o mało nie przewracając adwokata Kryńskiego, który właśnie wieszał swoją togę na oparciu krzesła. Kiedy już niemal dostawałam oczopląsu od wertowania dwunastu teczek i sprawdzania, czy są wszystkie dokumenty, natrafiłam na sporządzony ręcznie donosik dotyczący Ochoty i terenu, po którym spacerowałam ze swoją suczką Dianą, i ktoś pisał, że burmistrz Ochoty, pan Foks malował obrazy, które Żemek kupił na pniu, miał więc załatwione tereny na Ochocie, potem Żemek przyprowadził do Montwiła burmistrza Ochoty, Foks wpłacił z kasy gminnej coś około 160 mld złotych, dokładnie nie pamiętam, i Foks potem był wzywany do prokuratury, i musiał wyjaśniać, dlaczego wpłacił akurat tam, bo uop zrobił listę znajomych Żemka, gmina nie straciła odsetek, Foks się bronił, musiał też się tłumaczyć, dlaczego Żemek został doradcą finansowym gminy Ochota, Żemek doradził, by Foks złożył wszystkie pieniądze, jakie gmina miała, w banku, który już za parę miesięcy zbankrutował, i spotkali się w gabinecie Foksa, i on pokazał na mapie, gdzie są działki, które nam może przeznaczyć pod budowę, a Foks miał mieć z tego korzyści finansowe i polityczne, i pokazał nam wolne działki koło hotelu Sobieski, mogło tam powstać centrum handlowe czy biurowiec. X Ewa siedziała w fotelu, kiwała się do przodu i do tyłu, a z jej oczu leciały łzy jak z odkręconego kranu, wiesz, powiedziała, nawet mi do głowy nie przyszło, że taki z niego gnój, taki facet bez serca, taki wredny egoista, najpierw mnie zastraszył, że sama nie dam sobie rady, ale przedtem zapytał, czy to jego dziecko, rozumiesz, mnie, co nie widziałam poza nim świata, mnie zapytał, czy to jego dziecko, to znaczy, że co, puszczałam się na lewo i prawo, kochając jego, jak nawet mógł tak pomyśleć, a może każdy sądzi według siebie, wtrąciłam, jesteś pewna, że nie miał jakiejś baby na boku, że był ci wierny, Ewa załkała, myślałam, że zemdleje, ale po chwili uspokoiła się, i wiesz, powiedział, zaszantażował mnie, że odbierze sobie życie, jak urodzę to dziecko, a jak zrobię skrobankę, to będzie lepiej, zaopiekuje się mną, nie miałam nikogo, żeby porozmawiać, zwierzyć się, nikt mnie nie powstrzymał, nikt nie pomógł, a on w końcu kazał mi iść do swojego kolegi i załatwić sprawę. Tak go kochałam, że nie chciałam, by sobie coś zrobił, więc poszłam do tego lekarza, a potem i tak zostałam sama, zupełnie sama, i jak patrzyłam na niego, to chciało mi się rzygać, przepraszam, że tak mówię, ale tak było, i w końcu znienawidziłam go, ale to nieprawda, co mówią fanatyczki religijne, wcale usunięcie ciąży nie miało wpływu na moją psychikę, ani razu nie żałowałam tego, co zrobiłam, tylko, jak on mnie dotykał, żołądek podjeżdżał mi pod gardło, wiesz, Jedwiżka, szkoda, że to tak się skończyło, bo nienawiść jest równie wielkim uczuciem jak miłość, i całkowicie obala z nóg, i wiesz co, Ewa otarła łzy, jestem już inna, silna, wiem, czego chcę, a facetów mam w nosie, miałam miłość, prawdziwą, przynajmniej z mojej strony, a on jeszcze będzie w życiu płakał, tak jak ja teraz, i zaczęła łkać, a raczej skomleć jak zbity pies, i trzęsła się cała. Przytuliłam ją, zaczęłam głaskać po głowie, jasne, dziewczyno, nic w przyrodzie nie ginie, facet za to odpowie, nie bój się, już Bozia go przyciśnie, a ty, bierz się do roboty, z całą pewnością powinnaś zmienić pracę, żeby go nie widzieć na co dzień, powinnaś zdobyć rozgłos, żeby ciągle o tobie słyszał, żeby żałował tego, iż jest zwykłym gnojkiem, może idź do pracy w telewizji, zresztą sama nie wiem, coś na pewno wymyślisz, najważniejsze, to przestań płakać, idź do fryzjera, do kosmetyczki, kup sobie jakiś nowy ciuch, i dziewczyno, głowa do góry, takiego towaru, jak ten Sławek, to jest od groma, na kopy, czy jak tam ich jeszcze inaczej liczyć. No, wypijmy za nasze zdrowie, za babskie zdrowie i na pohybel tym gnojkom, co nie mają dobrego charakteru, Ewa uśmiechnęła się i jej oczy zrobiły się nareszcie całkiem suche, a wiesz, powiedziała, jestem bardzo wierząca, gorąco modliłam się o to, by Sławek przejrzał na oczy, modliłam się, by zapragnął mieć dom, żonę, dziecko, tak bardzo nie chciałam poddać się tej aborcji, tak gorąco prosiłam Bozię, żeby pozwolił mi urodzić to dziecko, ale nie było żadnej reakcji, żadnej, modliłam się i czekałam na telefon od Sławka, że zmienił swą decyzję, że chce resztę życia spędzić ze mną, więc jeśli to się nie stało, doszłam do wniosku, że nie jest mi pisane mieć dziecko, mieć dom i mieć własną rodzinę, a, z drugiej strony, może Bozia mnie przed czymś uchroniła, przecież nieznane są wyroki niebios, całą prawdę zna jedynie Bóg, i dlatego postanowiłam do końca życia być osobą samotną. Żal mi jej było, bo wiedziałam, że jeszcze sobie popłacze, ale też była to dziewczyna mądra i zdolna, więc miałam nadzieję, iż wkrótce stanie na nogi, może nie zapomni tej swojej wielkiej miłości, bo któż by zapomniał, ale z pewnością wyjdzie z tego silniejsza i mądrzejsza o całe niebo, i kiedy tak patrzyłam na Ewę siedzącą z kieliszkiem w ręku i robiącą plany na przyszłość, pomyślałam o Rafale, i tak głupio pomyślałam, a kiedy on mnie zostawi, bo miałam jakieś dziwne przeczucie, że musi się to stać, że jest nam za dobrze, za szczęśliwie, a ponieważ wszystko w życiu panta rei, więc i ta sielanka, być może, skończy się, choć nie musi, skończy się, tylko kiedy, zapytałam sama siebie i nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie, jeszcze. X Rafał był wyraźnie podekscytowany, coś mu się udało, albo otrzymał jakąś dobrą wiadomość, mocno trzymał mnie pod rękę, uśmiechał się, szeptał, jak to dobrze mu dzisiaj, jaka to piękna pogoda, jak dobrze, że jestem przy nim, gdy nagle, zomowcy idący naprzeciw zatrzymali nas, co się patrzysz jak bandyta, zapytał jeden, pokaż, co masz w torbie, mimo, że nogi ugięły się pode mną, mocniej przytuliłam się do Rafała, a on powiedział, że chleb, chleb mam w torbie, chleb od mamy, mogę pokazać, no dobrze, dobrze, idźcie już, zomowiec machnął ręką i odszedł, a my staliśmy jeszcze jakiś czas, a gdy się obejrzałam, zomowcy kilka metrów dalej rewidowali jakiegoś chłopca. Wiesz, powiedział Rafał, niedawno zatrzymali na ulicy Antosia, bo milicjanci uznali, że i tak nie zdąży wrócić do domu przed godziną policyjną, zamknęli go, matka płakała, a on przyszedł rano i powiedział, że musi zapłacić 18 tysięcy, mamo, skąd ja wezmę takie pieniądze, a jak nie, to będę musiał tam wrócić, a ja nie chcę, matka obiecała, że zapłaci, a gdy Antoś zdjął koszulę, cały był w krwistych pręgach, okazało się, że milicjanci kazali mu się rozebrać do majtek, zerwali krzyżyk z szyi, któryś zaśpiewał Boże coś Polskę, i zaczęli go bić, gdzie popadnie, biedny Antoś, powiedziałam, a słyszałeś o tym, co przydarzyło się Fredkowi, też nie wrócił na noc do domu, więc rano jego matka poszła do budki telefonicznej i zadzwoniła do szpitala, potem na milicję, a milicjant powiedział, że Fredek wyjechał na wycieczkę, coś jest nie tak, pomyślała matka Fredka, i po południu przyszedł telegram, że syn jest w szpitalu, poszła więc na Banacha, a lekarz w towarzystwie dwóch smutnych facetów w długich płaszczach miał spuszczoną głowę, i powiedział, że daje mu jeden procent życia, nie mogę nic zrobić, więc powiedziała, chcę go zobaczyć, a milicjanci, że nie można, wzięli ją pod ręce i pytali, kogo znał, z kim się spotykał, milicjant wreszcie powiedział, że pobił go jakiś pijak, a później stwierdził, że wdał się w bójkę z niemieckimi turystami, cholera, zaklęłam na cały głos, skurwysyny, żeby ich piekło pochłonęło. X Bez pracy zostałam niemal z dnia na dzień, i choć stan wojenny był już przeszłością, i wydawało się, że nasze życie normalnieje, całkiem niespodziewanie w sądzie zrobili przegląd kadr i jako podejrzana politycznie znalazłam się na bruku, przedtem jednak udało mi się odbić na ksero wszystkie interesujące mnie dokumenty, wiele z nich podrzucił mi sędzia Kawka, który też zrezygnował na razie z sądu i miał tylko pozostać na uczelni, więc wychodziłam codziennie z kilkoma kartkami papieru, żeby nikt nie widział i nie doniósł, komu trzeba, a że obiecałam, iż doprowadzę do końca rozpoczęte prace, żeby mój następca nie pogubił się w materiałach czy raczej teczkach spraw, siedziałam w sądzie o wiele dłużej niż przez osiem godzin, co podobała się szefowi, ale mnie, oczywiście, mniej. Na odchodne dostałam nie tylko pensję, ale i nagrodę za rzetelną pracę, dlaczego więc mnie wyrzucacie, zapytałam szefa, skoro dobrze pracuję, to jakaś paranoja, a on zrobił minę zbitego spaniela i wyszeptał, przepraszam panią, ale tak mi kazali, to nie moja wina, nie chcę pani skrzywdzić, ale cóż mam robić, patrzą mi na ręce, prześwietlają wszystkich, i to od pokoleń, i boją się pani związków z działaczami solidarności, proszę uważać, mogą panią jeszcze zamknąć, a jeżeli nie może pani znaleźć pracy, proszę iść do gazety wojskowej naszaarmia i powołać się na mnie, tam naczelnym jest mój brat, a ja ze swej strony zaraz do niego zadzwonię. Wzięłam z kasy pieniądze, które mi się należały, wiele tego nie było, no, może wystarczy na jakieś dwa miesiące na żywność dla mnie i dla Diany, ale co dalej, pomyślałam, nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie pracować, i poszłam do naszejarmii, gdzie po krótkiej rozmowie z bardzo sympatycznym pułkownikiem dostałam etat dziennikarki w dziale zagranicznym, dziale jednoosobowym, i gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, postawiłam plecak na biurku i rozejrzałam się po surowym wnętrzu, ktoś zapukał, odwróciłam się i ujrzałam okrągłą owłosioną twarz rozświetloną uśmiechem od ucha do ucha, jestem Maciek, dział historyczny, powiedział kolega po fachu i z wyciągniętą ręką przeszedł przez cały pokój do mojego biurka, i mocno mnie ścisnął, tak mocno, że na sekundę zdrętwiały mi palce. Jedwiżka, powiedziałam, również uśmiechając się od ucha do ucha, no to napijemy się kawy i pogawędzimy, powiedział Maciek, pani się nie boi, nie jestem ubekiem, nasz szef jest działaczem solidarności, to w porządku chłop, stary akowiec, przyjaźni się z Wałęsą, Komorowskim, boję się tylko, że niezbyt dobrze zrobił, zostawiając wszystkich wojskowych dziennikarzy, bo to przecież politruki, jak się sytuacja odmieni, będą pod nim kopać, ale na razie jest okey, zapraszam panią do mojej kanciapy. Kiedy godzinę później wychodziłam od kolegi historyka, byliśmy po imieniu, i wydawało mi się, że to jest istotnie porządny facet, i redakcja jest całkiemcałkiem, więc byłam dość zadowolona i zadzwoniłam do Rafała, którego nie było, poprosił go minister, powiedziała koleżanka z pokoju, Jezu, minister, po co, przestraszyłam się, spokospoko, to chyba będzie jakiś awans, bo teraz u nas awansują, podobnie zresztą jak wszędzie, albo wyrzucają, albo awansują. X Jacek Kuroń twierdził, że Solidarność wygrała wybory, nie może więc zwolnić się z odpowiedzialności za kraj, a sytuacja jest bardzo poważna, załamanie gospodarki może doprowadzić do załamania całego życia społecznego i wszystkich układów, które budzą nadzieje na przyszłość, i to nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach realnego socjalizmu, a słabością rządu Solidarności byłaby jednak wrogość do niego całego dotychczasowego aparatu władzy, a ponadto msw i mon musiałyby pozostać w gestii pzpr. No tak, ale przecież, jak mi się wydaje, powiedziałam, i taki rząd byłby też silny, no jasne, Rafał podniósł do góry kieliszek z szampanem, nasze zdrowie, malutka, zdrowie naszej Polski, dodałam, nareszcie naszej, no tak, ale jak mówi Kuroń, wyraźną siłą takiego rządu byłoby autentyczne poparcie społeczne i zaufanie świata finansów, i, oczywiście, te dwa czynniki mogą okazać się decydujące, chociaż, jak mniema, inicjatywa takiego rozwiązania musi wyjść od sił obecnie sprawujących władzę, zaś osoba prezydenta gwarantowałaby sojusznikom, że ten układ nie jest zwrócony przeciwko nim. No i marszałeksejmu Kozakiewicz otworzył obrady zgromadzenianarodowego z jednym punktem porządku dziennego, czyli wyboru prezydenta, sala z trudem pomieściła ponad 550 członków zgromadzenia, widziałem w telewizorze, uśmiechnął się Rafał, że część siedziała na krzesłach między ławami, a grupa senatorów solidarności stała, pod gmachem sejmu zaś pikietowali ci z kpn, bo nie chcieli się zgodzić na to, by generał Jaruzelski został prezydentem. Tymczasem konwentseniorów ustalił rano, jak oświadczył Kozakiewicz, że nie będzie żadnych dyskusji, bo podstawowym zadaniem zgromadzenia jest wybór prezydenta, i koalicja pragnęła szybko przegłosować nie uzgodnione fragmenty regulaminu i przejść do wyboru, opozycja jednak nie chciała zrezygnować z dyskusji nad sprawami decydującymi o trybie i jawności wyboru prezydenta, wchodziłam właśnie na galerię, jak Michnik przerwał marszałkowi, mówiąc, że koalicja chce, by głosy były tajne dla opinii publicznej, a jawne dla sb, i zrobił się szum, wybuchła dyskusja, jeden mówił przez drugiego, zbaraniałam i stałam jak słup, aż kolega z telewizji popchnął mnie, że mu zasłaniam, i marszałek dalej informował, iż prezydent, aby być wybranym, musi dostać pięćdziesiąt procent głosów plus jeden. Członkowie zgromadzenia dostali kartki ze swoimi nazwiskami i z zaznaczonymi trzema możliwościami głosowania za-przeciw-wstrzymuje się, i sekretarz wyczytywał nazwiska, a wyczytani podchodzili do urn, i Gabriel Janowski z OKP powiedział głośno, wrzucając kartkę, jestem za Lechem Wałęsą, sala pustoszała, ci, którzy już głosowali, wychodzili, i generał przeszedł, oddano 544 głosy, ważnych było 537, zatem minimum niezbędne do wyboru 269, i głosów za było 270, i Michnik w gazecie zatytułował swój wstępniak „wasz prezydent, nasz premier”, pamiętam doskonale, ale swoją drogą mamy szczęście, bo na naszych oczach rozgrywa się historia, tylko czy wszyscy są tego świadomi, zresztą, to bardzo ważna historia, dodałam. Generał, jak twierdzą jego najbliżsi współpracownicy, swoje inauguracyjne przemówienie zmieniał dwanaście razy, i ostatecznie stwierdził krótko, że pragnie być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków, i chciałby pozyskać zaufanie i tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec jego osoby, co nie jest zadaniem łatwym, i generał podejmuje je, choć nie jest pozbawione goryczy, i jego życiowej drogi też nikt nie ścieli różami, i zamierza zabrać do grobu tajemnicę nocy 13 grudnia. X Właśnie wyszłam z Dianą na klatkę schodową i zamierzałam zamknąć drzwi, gdy suka zawarczała, cicho suniu, cicho, powiedziałam i spojrzałam na schody prowadzące na pierwsze piętro, a na nich pół siedział pan Stasio i trzymał się za serce, podbiegłam do niego, co się stało, zapytałam, tak mnie boli, już nie dam rady dalej iść, i najpierw zbiegłam do siebie, żeby zadzwonić po pogotowie, a później, równie szybko pognałam do jego drzwi i zaczęłam w nie stukać, co się dzieje, pani Stasia wysadziła głowę na zewnątrz, mąż źle się czuje, siedzi tam na dole, zadzwoniłam już po pogotowie, Jezu, wrzasnęła, Stasiu, nie zostawiaj mnie samej. Kiedy wracałam ze spaceru z suką, spod domu odjeżdżała karetka pogotowia, a pani Stasia, malutka, chudziutka kobiecina, stała pośród kilku starych bab i płakała, coś czuję, że mój Stasio już nie wróci, e, co tam pani mówi, przy stanie dzisiejszej medycyny, wszystko może się stać, nawet trupa ożywią, a co dopiero pani męża, trochę go przebadają, dadzą kroplówki, poleży sobie i zanim się pani obejrzy, wróci, a ty idź kobito lepiej do domu i weź jakiś środek uspokajający. Dziękuję, że pani zadzwoniła po pogotowie, przyjechali dość szybko, może mu pani uratowała życie, powiedziała pani Stasia mijając mnie na schodach, ale muszę zadzwonić do Agatki, niech przyjedzie, bo to przecież nie wiadomo, co będzie, może przyjdzie pani na kawę, a z przyjemnością, tylko za jakieś dziesięć minut, dodałam i zajęłam się swoimi sprawami, to jest odebrałam telefon, który właśnie zadzwonił, i Rafał bardzo zadowolonym głosem powiedział, że Kiszczak desygnował Mazowieckiego na premiera, i że to oznacza dla niego coś bardzo dobrego, bo mu zaproponują jakieś wyższe stanowisko, to fajnie, ucieszyłam się, jeżeli uważasz, że jest dobrze, to dobrze, myślę, że powinieneś zostać ministrem kultury, śmiejesz się ze mnie, powiedział jakoś bardzo poważnie, jakby się obraził, oho, pomyślałam, chyba zaczyna mu odbijać. I rzeczywiście, kiedy przyszedł do mnie wieczorem, był jakiś tajemniczy, robił dziwne miny, jakoś tak wykrzywiał usta i zbyt wysoko do góry podnosił brodę, a kiedy zjedliśmy chińszczyznę, podszedł do barku, wyjął szampana, a ja udawałam, że niczego nie widzę, zajęta krojeniem ciasta w kuchni, lecz co chwila ukradkiem popatrywałam na niego, coś mi się w nim zaczęło nie podobać, i kiedy otworzył butelkę, chodź, powiedział, mam dzisiaj małą uroczystość, oho, zaczął już mówić tylko o sobie, mam, a nie mamy, to coś znaczy, tak, a jaką, zapytałam z zainteresowaniem, wypijemy za nowego wiceministra kultury i sztuki, no, nareszcie, gratuluję, stuknęliśmy się kieliszkami, gratuluję, zasługujesz na to. Rafał był niezbyt rozmowny, nie opowiesz mi, jak do tego doszło, a co tu mówić, oświadczył, nie chcesz, czy to już tajemnica państwowa, spojrzał na mnie krzywo, dopił szampana, po czym ostentacyjnie stuknął w zegarek i oświadczył, że się spieszy, muszę już iść, powiedział, jeszcze wdepnę do ministerstwa, a jutro zadzwonię w przerwie obrad. Dobrze, zadzwoń w przerwie obrad, zgodziłam się, a po cichu dodałam, jak będę w domu, chyba tego nie słyszał, gdyż zbyt szybko znalazł się za drzwiami, i już wiedziałam, że to koniec, że będzie wpadał, na początku częściej, później coraz rzadziej, no i widzisz, powiedziałam do swego odbicia w lustrze, zastanawiałaś się, kiedy Rafał odejdzie, no i właśnie jest na etapie odchodzenia. X Coś takiego, krzyknęłam na cały głos, ja ją znam, wyciągnęłam palec i jak mała dziewczynka z zachwytem wskazałam na ekran telewizora, to Ewa, moja koleżanka ze studiów, ale fajnie, uśmiechnęłam się, choć moi redakcyjni koledzy patrzyli na mnie, jak na wariatkę, mało fajnie, to cudownie, wspaniale i w ogóle nic lepszego nie mogło się jej przytrafić, no, jest dobra, oświadczył z powagą mój naczelny, słuchając przez chwilę tego, co Ewa mówiła. Świetnie, ona zrobiła to, co powinna, a co mnie czeka, nie szkodzi, poczekam, co Rafał zrobi, jak się zachowa, czy przytuli mnie, czy odrzuci, a on zadzwonił wieczorem i stwierdził, iż jest mu przykro, ale przeszkadzam mu w robieniu kariery, no cóż, jak ci przeszkadzam, to przeszkadzam, żegnaj, palancie, powiedziałam spokojnie i położyłam słuchawkę na widełki, nawet jej nie rzuciłam, nie, nie powiedziałam też, może się zastanowisz, nie dasz sobie rady beze mnie, znam cię lepiej niż ty sam siebie, zjedzą cię koledzyprzyjaciele, kuzyni królika, co wszystkiego zazdroszczą, a zresztą, machnęłam ręką, głupich mi nie żal, jeśli mnie nie potrzebuje, to nie. Jezu, pytam cię, Jezu, czy na świecie są same gnojki, czy nie ma porządnych, uczciwych, mądrych facetów, czy stworzyłeś tylko samych egoistów i nieudaczników, którym odbija z byle powodu, i istotnie, biorąc pod uwagę kilkadziesiąt moich koleżanek, z którymi jestem w bliższych i dalszych stosunkach, tylko trzy trafiły na porządnych mężczyzn, inne były już po rozwodzie, albo w trakcie, ich dzieci były znerwicowane, rozpuszczone, a często też zdemoralizowane. Tak na wszelki wypadek poszłam do lingwisty na kurs niemieckiego, chciałam sobie przypomnieć to, czego nauczyłam się na studiach, i w ogóle, jakoś tak intuicyjnie poczułam, że ten język może mi się przydać, nie miało to, oczywiście, nic wspólnego z obecną rzeczywistością, kiedy powstawał nowy rząd, kiedy Polska jako kraj demokratyczny miała mi, podobno, do zaproponowanie niezwykłe możliwości rozwoju, pracy i wszystkiego, czego dusza zapragnie, to fakt, że niektórzy ludzie zrobili się weselsi, bardziej optymistyczni, a idealiści chcieli naprawdę zrobić coś dla ojczyzny, nie tylko dla siebie, ale jednocześnie tak jakoś zaczęli sobie bezinteresownie zazdrościć, gdyby mogli to by siebie potopili w łyżce wody, chodzili do kościoła, a po powrocie pluli z pogardą na bliźniego, w redakcji też nie dało się wytrzymać, górę wziął cynizm, brak profesjonalizmu, zaczął się wyścig szczurów. X Pogrzeb pana Stasia był uroczystością cichą, ale za to na Powązkach, jak szliśmy w kierunku grobu, rozśpiewały się ptaki, pani Stasia cały czas płakała, Agata ją uspakajała, a ja szłam z tyłu z wiązanką czerwonych goździków, które zmarły bardzo lubił, a kiedy wróciłyśmy do domu, zostałam zaproszona na niewielką stypę, i później, już niemal w nocy, zaczęłam się pakować, gdyż rano miałam jechać na reportaże do Niemiec, a Agata przenosiła swoje rzeczy do mojego mieszkania, u jej rodziców na górze było zbyt ciasno, i chociaż ojciec już nie żył, to jednak obie panie, matka i córka, zbyt często się kłóciły, i tak naprawdę, wolały mieszkać osobno. Użyczyłam Agacie mieszkania, bo miała zaopiekować się moją Dianą, kiedy będę jeździła po niemieckim kraju, prawdę mówiąc, miałam swoje ukryte plany, których nikomu nie wyjawiłam, lecz z całą pewnością zamierzałam, po jakimś czasie, gdy się w Niemczech urządzę, zabrać sunię do siebie, i nikt o moich planach pozostania w Niemczech nie wiedział, i przed wyruszeniem w kierunku granicy, odwiedziłam najbliższą rodzinę, zadzwoniłam do Ewy z gratulacjami, bo istotnie, robiła coraz większą karierę, w końcu, gdy przekroczyłam swoim fiatem 126p granicę polsko-niemiecką, ruszyłam w kierunku Monachium, w tym samym czasie, gdy przed belweder zajechała kolumna samochodów, z pierwszego zaś wysiadł Lech Wałęsa z małżonką, i po przywitaniu chlebem i solą, w błyskach fleszy, przy salutującej warcie, prezydent przemierzał lśniące posadzki, po czym otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi gabinetu, i po wejściu do środka zasiadł za biurkiem, oparł się na wyprostowanych rękach, uważnie rozejrzał po gabinecie i rozpoczął urzędowanie, i ja również życzyłam mu wszystkiego najlepszego, jak wielu zgromadzonych w sali, którzy chciwie połykali ten moment, życzyłam prezydentowi i Polsce jak najlepiej, ale znając większość tych ludzi, którzy dopchali się do władzy, wolałam być gdzieś z boku. Wydawnictwo ABRICOT ul. Tarczyńska 12 lok. 46 02 - 023 Warszawa tel. 0 22 409 08 04 0 607 997727 e-mail: Leczycka.M@aster.pl Copyright by Małgorzata Leczycka ISBN Warszawa 2007 |
|||