|
||||
|
|
Andrzej Kumor Multikulti wczoraj i dziś Idzie nowe, marszałek Sejmu pan Komorowski powiedział, że jednym z lansowanych wizerunków Polski ma być obraz wielokulturowej przeszłości. Pan Komorowski stwierdził w radiu, że w multikulti byliśmy w samej awangardzie postępu daleko przed całą resztą europejskiego peletonu. Zapowiedział również, że obecna ekipa Tuskowa nasze historyczne multikulti będzie podświetlać, jako polski kapitał w nowej Europie. Oczywiście, jest to manipulacja, bo Polska i Litwa nie były krajami wielokulturowymi, lecz Rzeczpospolitą obojga narodów (szkoda, że nie trojga), a państwo to miało jednoznaczny chrześcijański charakter. Fakt, że tolerowaliśmy innowierców, odszczepieńców, heretyków, prawosławnych, żydów, protestantów a nawet muzułmanów, oznacza ni mniej, ni więcej, tylko właśnie to, że TOLEROWALIŚMY - czyli nie rezaliśmy, nie wbijaliśmy na pal, nie paliliśmy na stosach i nie wyrzucaliśmy poza granice Rzeczpospolitej, jak to inni mieli w zwyczaju. Jest to oczywista zdroworozsądkowa tolerancja w jej pierwotnym znaczeniu. Dzisiaj w Europie tolerancja zamieniona została w słowo oznaczające pochwałę, przyzwolenie etc. Tolerancja np., dla ateistów oznacza stwierdzenie: - "fajnie panowie, że nie wierzycie w Boga, skoro taka jest wasza zrelatywizowana prawda", wówczas tolerancja dla ateistów oznaczała: "cóż panowie, trudno, że nie wierzycie w Boga, my was za to nie będziemy karać, żyjcie sobie spokojnie, Bóg was i tak rozliczy". Podobnie ze wszystkimi innymi dzisiejszymi "tolerancjami". Tak więc wielokulturowość pierwszej Rzeczpospolitej oznaczała po prostu realizację zwyczaju symbolizowanego przez brytyjskie my home is my castle - ja się nie wtrącam do ciebie, mimo że jesteś inny - ty się nie wtrącaj do mnie. W żadnym razie nie jest to podobne do obecnego multikulti, które w założeniu jest ideologią zakładającą relatywizację wartości, uznanie, że każdy ma swoją kulturę, czyli swoją prawdę. W pierwszej Rzeczpospolitej państwo było polskie i litewskie, katolicyzm był oficjalną religią, a cała reszta była TOLEROWANA. Mimo owej "tolerancji" nasi pradziadowie chadzali na wojny, broniąc Europy przed zakusami mahometan. Tymczasem dzisiaj w Kanadzie, Danii czy Wielkiej Brytanii mahometanie domagają się nie tylko tolerowania, ale wpisania własnych zwyczajów w nasze instytucje. Polityczna poprawność zamyka nam usta, choć coraz częściej do głów zachodniej elity dochodzi, że coś jest nie tak. Oto bowiem premier Australii John Howard stwierdził, że "imigranci, a nie Australijczycy", muszą się zaadaptować. "Mam już dość narodu obawiającego się, czy już obrażamy jakichś ludzi, czy jeszcze nie". I dalej: nasza kultura rozwinęła się przez ponad dwa wieki ciągłej walki, zwycięstw i prób milionów ludzi, którzy poszukiwali tu wolności". I dalej: "Mówimy przeważnie po angielsku, a nie po hiszpańsku, libańsku, arabsku, chińsku, japońsku, rosyjsku czy w jakimkolwiek innym języku, dlatego, jeśli chcecie stać się częścią naszego społeczeństwa, nauczcie się naszego języka". Dodał też: "Większość Australijczyków wierzy w Boga. To nie jest jakaś chrześcijańska prawicowa czy polityczna demagogia, ale fakt, ponieważ chrześcijanie, kobiety i mężczyźni, ufundowali ten naród na chrześcijańskich zasadach i jest to w przejrzysty sposób udokumentowane. Z pewnością rzeczą stosowną jest, abyśmy odpowiednio eksponowali to na ścianach naszych szkół. Jeśli Bóg was obraża, sugeruję, abyście wybrali sobie dom w innej części świata, ponieważ Bóg jest częścią naszej kultury". Jednym słowem - cytuję dalej Howarda - "To jest nasz kraj, nasza ziemia i nasz styl życia i pozwolimy wam na wszystkie szanse korzystania z nich. Ale jeśli chcecie płakać, narzekać i irytuje was nasza flaga, przysięga i chrześcijańskie przekonania, albo może nasz sposób życia, to zachęcam was serdecznie, abyście skorzystali z jednej z wielkich australijskich swobód - prawa do wyjazdu. Jeśli nie jesteście tutaj szczęśliwi, to jedźcie stąd!". Przykład Rzeczpospolitej obojga narodów uczy prawdziwej "wielokulturowości", w której poszczególne narody, zamieszkując swoje tereny, szanują się wzajemnie, szanując prawo do życia tak jak chcą, bez ingerencji innych. Tymczasem w Polsce ideologowie multikulti chcą dokonać społecznej rewolucji, sprowadzając patriotyzm do folkloru i ulicznej zabawy. Podkreśla się przy tym, aby Święto Niepodległości 11 listopada obchodzić na wesoło, bez cierpiętniczego zadęcia. W sytuacji, kiedy 13 grudnia Polska zrzeknie się znacznej części suwerenności na rzecz budowanego superpaństwa, niepodległość należy wyprać z treści, a znaczenie pojęcia osłabić. Nasze narodowe chorągwie ociekają krwią pokoleń Polaków, którzy oddali życie tylko po to, aby ktoś obcy nie mówił ich dzieciom, co mają robić i jak żyć; aby nie pouczał i nie przymuszał. Takie jest znaczenie słowa NIEPODLEGŁOŚĆ i takie znaczenie powinniśmy włożyć do głowy naszym dzieciom i wnukom. Bez tego parady żołnierzy w historycznych mundurach będą jedynie defiladami przebierańców. Niepodległość to nie jest jeszcze jedno słówko politycznego kalendarza, lecz najbardziej poważna treść narodowego bytu nierozłącznie związana z obywatelską polityczną i gospodarczą wolnością. To właśnie wolność jest kwintesencją; w obronie wolności najlepsi Polacy szli na śmierć. Dlatego zapytajmy dzisiaj, czy Polska zjednoczona w europejskim superpaństwie nie jest czasem zdradą tamtej ofiary? Za Polskę odpowiadamy nie tylko przed własnym pokoleniem - również przed tymi, których krew przesiąkła przez narodowe chorągwie, odpowiadamy za to, co z Polską zrobimy. Andrzej Kumor Mississauga |
|||