|
powrót do strony głównej
archiwum
|
Adam Danek
Ideologia i praktyka tzw. zwalczania nienawiści
Do oklepanych sloganów, powtarzających się do
znudzenia w naszej tak zwanej eufemistycznie „debacie publicznej”,
należy alarmistyczne ostrzeganie przed tzw. nienawiścią. Co rusz jakiś
„powszechnie znany i szanowany” autor – albo i autorytet – przestrzega
naród przed wprowadzaniem nienawiści do życia publicznego, piętnuje
jakąś osobę bądź grupę za szerzenie nienawiści, protestuje przeciw
obecności nienawiści w języku polityki, nawołuje do zwalczania
nienawiści etc.
Najwyraźniej nasycenie rzeczywistości społeczno-politycznej nienawiścią
przybiera nader niepokojące rozmiary, jeśli w celu jej zdemaskowania
zdziera się tyle szacownych gardeł. Skoro tak, obok zawodowych
bojowników z łamaniem praw człowieka, zawodowych bojowników z
zanieczyszczaniem środowiska, zawodowych bojowników z ksenofobią,
zawodowych bojowników z antysemityzmem, zawodowych bojowników z
faszyzmem, zawodowych bojowników z rasizmem i nazizmem (pokonanym,
wydawałoby się, dobre sześćdziesiąt lat temu i to orężnie) powinna chyba
wkrótce powstać pokrewna kategoria zawodowych bojowników z nienawiścią.
Kiedy powstanie, zapewne wystąpi o przyznanie jej statusu organizacji
pożytku publicznego, o fundusze z odpowiednich agend Unii Europejskiej
na sfinansowanie „zwalczania nienawiści” w Polsce oraz o dostęp do
szkół, by polskie dzieci były jak najwcześniej uświadamiane o
zagrożeniach niesionych przez nienawiść. I przypuszczalnie wszystko to
uzyska. Aż dziw, że jeszcze nikt na to nie wpadł.
Powyższy akapit posiada dość kpiarską tonację, a przecież wcale nie ma
się z czego śmiać. Nienawiść to nie żarty. Oskarżenie kogoś o nienawiść
pełni w politycznych i publicystycznych sporach rolę skutecznej broni.
Jeśli uda się je odpowiednio nagłośnić, niezależnie od jego podstaw –
lub ich braku – ów ktoś będzie skończony. Skończony, czyli spalony w
oczach wszystkich głosicieli popularnych opinii oraz ulegających im
konformistów, a ci zawsze stanowią większość. Co ważne, w przypadku
oskarżeń o nienawiść ciężar dowodu spoczywa na oskarżonym, nie na
oskarżającym: to oskarżony musi udowodnić swoją niewinność, a nie
oskarżyciel winę, dopóki zaś tego przekonująco nie uczyni, traktuje się
go jak winnego. Absurd – i zarazem rzeczywistość, niestety. Na przykład
osoba oskarżona o nienawiść do – by sięgnąć po najpopularniejsze – Żydów
(„antysemityzm”) czy homoseksualistów („homofobia”) – nie może
poprzestać na stwierdzeniu, że Żydzi i homoseksualiści nic jej nie
obchodzą; musi słowem i czynem pokazać publicznie, iż ich „szanuje” (o
deprecjacji pojęcia szacunku napiszę innym razem), bo inaczej wyjdzie na
to, że głosi nienawiść do nich, jeśli nie czynnie, to przynajmniej
biernie (dowód: przyznaje otwarcie, że nie interesuje jej dola biednych
Żydów/homoseksualistów). Działa tu stary, znajomy mechanizm qui s’excuse
s’accuse (w Polsce znany w wersji: „Jesteś wielbłądem, a jak nie to
udowodnij.”) – im bardziej zaatakowany się broni, tym bardziej działa na
korzyść insynuacji atakującego. Rzucenie „Pan zionie nienawiścią!” nic
bowiem nie kosztuje, ale jak merytorycznie odeprzeć taki zarzut?
Oskarżony może tylko zaprotestować: „Wcale nie zionę nienawiścią!”,
tymczasem większość ludzi, słysząc taką odpowiedź, złośliwie się
uśmiechnie i skomentuje: „Jasne, jasne. Przyłapali go, to się wykręca.
Winni zawsze się tłumaczą.” A jeśli oskarżony na bezpodstawny zarzut
zareaguje złością – co ma źródło w naturalnych odruchach –
oskarżyciel natychmiast zakrzyknie triumfalnie: „Aha! A nie mówiłem? Ten
człowiek to dyszący nienawiścią furiat!”. Pomówieni o nienawiść nie mogą
przy tym bronić swego dobrego imienia na drodze sądowej. Pod paragraf o
zniesławieniu podpada przypisanie komuś debilizmu, złodziejstwa,
chamstwa i tysięcy innych negatywów, ale nienawiści? Każdy sąd wyśmiałby
taki pozew. „Kłamcie, kłamcie, zawsze coś zostanie; plujcie, plujcie,
zawsze coś przyschnie.” – syczy Wolter, apostoł tolerancji i patron
postępowych intelektualistów.
Nienawiść to bardzo nieostry termin. Można podeń podciągnąć właściwie
każde stanowczo negatywne ustosunkowanie się do czegoś lub kogoś – czyli
wszystko, bo każdy zdecydowany pogląd neguje i odrzuca poglądy
konkurencyjne bądź przeciwstawne. I tak np. sprzeciw wobec anschlussu
Polski do Unii Europejskiej, niezależnie jak uzasadniany, przedstawiano
jako nienawiść (tudzież izolacjonizm, nacjonalizm, szowinizm, tęsknoty
autarkiczne, zaściankowość, mentalność Ciemnogrodu etc.). Twierdzenie,
iż naród polski nie ponosi odpowiedzialności za mord w Jedwabnem też
piętnowano jako nienawiść (dodając niekiedy: na tle narodowościowym –
albo nawet rasowym). Podobnie nazywanie homoseksualizmu czy
transwestytyzmu zboczeniem, nie wspominając o trwającej od lat kampanii
na rzecz utożsamienia z nienawiścią lustracji i postulatów
dekomunizacji. Uderza analogia z rządami komuny, kiedy to, powiedzmy,
mówienie prawdy o Katyniu było zakazane jako sianie nienawiści do
ukochanego sojusznika …
Te i inne przykłady dowodzą jednak, że mechanizmy „zwalczania
nienawiści” uruchamia się wyłącznie przeciw szeroko pojętym poglądom
prawicowym. (Zaznaczam: szeroko pojętym. Nie można przecież przypisać
orientacji politycznej np. klasycznej zachodniej filozofii, która wedle
współczesnych etykietek uchodzi za jeden wielki wrzask nienawiści, skoro
opiera się na absolutnie pojmowanych: prawdzie, dobru i pięknie.). Nigdy
natomiast przeciw lewicowym, choć nie byłoby wcale trudno znaleźć w nich
pokłady autentycznej nienawiści. Dla nikogo nie jest przecież tajemnicą
nienawiść wszelkiej maści lewaków do bogaczy, antyklerykałów – do
duchowieństwa, wojujących ateistów – do osób religijnych,
pederastycznych aktywistów – do wyznawców klasycznych zasad moralnych
(zwanych przez nich „dewotami” bądź „heterykami”), ekologów – do
przedsiębiorstw eksploatujących środowisko naturalne, „antyfaszystów” –
do tych, kogo (zwykle błędnie) uważają za „faszystów” … Wyliczać można
by jeszcze długo.
I należy to uznać za całkowicie normalne zjawisko. Nienawiść to równie
ludzkie uczucie, jak miłość, bynajmniej nie patologiczne. Klasyczne
koncepcje moralne nakazują żywić nienawiść lub pogardę do zła, np.
katolicyzm – do grzechu i szatana. (Chociaż, czy ja wiem? W dzisiejszych
posoborowych czasach z diabłem wypada pewnie prowadzić „wzajemnie
ubogacający dialog”, o ile w ogóle trzeba wciąż wierzyć w jego
istnienie. Diabli wiedzą, nomen omen.). Tymczasem kompetentni tropiciele
nienawiści utrzymują, iż z zasady powinno się tępić każdą nienawiść. W
rzeczywistości akceptują głoszenie nienawiści do określonych obiektów (np.
instytucji kościelnych), a głoszenie jej do innych (np. instytucji
demokratycznych) uznają za obiektywnie karygodne – gdyż takie mają
widzimisię. Co dowodzi w pełni cynizmu i instrumentalności ideologii
„zwalczania nienawiści”, należącej do podstawowych narzędzi poprawności
politycznej.
Niestety, „zwalczanie nienawiści” jest groźniejsze od innych jej
narzędzi, ponieważ postępowe środowiska i ugrupowania polityczne zdołały
przeszczepić je do prawa, zwłaszcza karnego. Efekt można obserwować w
państwach Europy Zachodniej w postaci niebywale restrykcyjnych ustaw
„antyrasistowskich” i „antyhomofobicznych”. Polska, chwała Bogu, ciągle
nie doszlusowała w tej kwestii do „europejskiego standardu”. Art. 13
„konstytucji wielkanocnej” z 1997 r. zakazuje jedynie szerzyć w życiu
publicznym „nienawiść rasową i narodowościową”. Wyobraźmy więc sobie, iż
redaktor poczytnego dziennika zamieszcza na pierwszej stronie wydania z
piątego kwietnia krzykliwy, przykuwający wzrok nagłówek „Zbrodni
katyńskiej winni byli Rosjanie”. Biorąc pod uwagę oczywiste reakcje,
jakie u Polaków wywoła wspomnienie Katynia, czy sąd ukarze redaktora
jako siewcę nienawiści do narodu rosyjskiego? Bo gdyby nagłówek brzmiał
„Stanisław Wacławski i Jerzy Grotkowski zginęli z rąk Żydów”*, redaktor
wylądowałby w pudle, zanim zdążyłby kiwnąć palcem. A przecież oba
wyobrażone tytuły przywołują fakty historyczne, których nic nie zdoła
odmienić! Chociaż … poprawka – demokratycznie można uchwalić wszystko, w
tym również, że historia wyglądała inaczej, niż wyglądała naprawdę (jak
ostatnio zrobiono to w czerwonej – znowu – Hiszpanii). Byle w ramach
„demokratycznych procedur” i koniecznie w imię czegoś esencjonalnie
demokratycznego, na przykład „zwalczania nienawiści”. „Kto kontroluje
teraźniejszość, kontroluje przeszłość; kto kontroluje przeszłość,
kontroluje przyszłość.”
Ech, podłe to czasy, gdy jako nienawiść zwalcza się i knebluje po prostu
– prawdę.
Adam Danek
* Chodzi o ofiary walk ulicznych między bojówkami narodowymi a
żydowskimi w latach trzydziestych, które obóz narodowy wykreował post
mortem na męczenników i patronów akcji antyżydowskiej.
powrót
do strony głównej
now@ on-line miesięcznik
polityczny Internautów
http://nowaonline.strefa.pl |