now@ on-line 19 luty 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu:

AKI:

polityka i drób

bajdula:

pamela di caprio

lula68:

podróż sentymentalna

Magdalena:

smak uświęca środki

brać czy nie brać

#Marcel:

rozgrzeszenie

syndrom białoruski

mats:

u sąsiadów

Misia#1:

III tysiąclecie

StefanDetko:

kat i ofiara

debeściak

ZASADA:

wbrew

ZIM:

POTOP

uniwersytet now@:

Anna Jurczak:

nagrody i kary

Anna Rataj:

rachunkowość

 

STATeria

 

lula68

Generała z Redaktorem

...podróż sentymentalna

Lektura zabrała mi kilkanaście godzin. Nie dlatego, żebym miała trudności ze składaniem literek. Co jakiś czas musiałam robić przerwy, bowiem to, co czytałam, cały kilkunastostronnicowy wywiad, robiło na mnie piorunujące wrażenie. Oto bowiem były dysydent komplementuje pewnego generała, byłego szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który przez kilkadziesiąt lat związany był nadzwyczaj czynnie z komunistyczną władzą w PRL, brał udział we wszystkich ważnych wydarzeniach polityczno-społecznych od 1970 r, kierował resortem, który obarcza się winą za śmierć wielu ludzi, za utrudnianie życia przeciwnikom systemu, uniemożliwianie im normalnego życia.

Mało tego, ów były dysydent, „męczennik systemu” i symbol walki z władzą w latach 60., 70. i 80. udziela publicznie rozgrzeszenia generałowi mówiąc „z nimi żadnych sądów, żadnych rozliczeń. Z nimi nie. Z nimi zamykamy rachunek, wojna skończona”. Dwaj najwięksi wrogowie siedzą teraz przy kawie, w towarzystwie dwóch dziennikarek mających w swoim środowisku opinię przenikliwych i inteligentnych i rozmawiają o starych czasach. Generał nie powinien się obawiać, nikt go niegodnie nie zaatakuje, nikt nie powie, że jest mordercą, nie zarzuci, że za cenę pozostawania - przepraszam za sformułowanie - u żłoba - postępował niegodnie i służył złej sprawie. Ma oto bowiem generał swego obrońcę, który jakoś dziwnie polubił starych generałów władających niegdyś w Polsce. Ów obrońca narażając nawet na szwank swój autorytet byłego dysydenta potrafi także grubymi słowami potraktować tych, którzy uważają, że nie ma miejsca w życiu publicznym dla ludzi, którzy winni są śmierci bezbronnych robotników, mężnych kapłanów, niepokornych maturzystów. Krótkie i dosadne: „odp..cie się od generała” załatwić ma sprawę winy i kary.

Co więc się stało, czym zasłużyli sobie owi ludzie na ten niezwykły dar przebaczenia? Czyżby, wzorem średniowiecznych pokutników, włożyli na siebie włosiennicę, bicz do ręki i wyznali publicznie swoje przewiny? A może przeprosili za wszystko, co złego uczynili w latach, kiedy byli u władzy? Może w końcu poddali się, nie zasłaniając się zaświadczeniami lekarskimi, bezstronnej ocenie niezawisłego sądu?

Tego wszystkiego nie potrzebuje były dysydent, aby udzielić rozgrzeszenia. Podaje to w formie prawdy objawione: tak uważam i tak ma być. Ale tak naprawdę trudno ustalić, co trzeba zrobić, aby sobie na tak wspaniałomyślny gest zasłużyć. Może wydarzyło się coś, o czym opinia publiczna nie wie? Może generał ze swoim przyjacielem, innym generałem udali się w sekrecie do rodzin ofiar prosząc o wybaczenie? Może kiedyś, w czasach, kiedy byli u władzy postawili na szali swoje życie dla ratowania życia innych, którzy nie byli akurat u władzy, a stali po przeciwnej stronie barykady: jako idący do pracy robotnicy, jako robotnicy walczący o godne życie i możliwość utrzymania rodzin, jako kapłani, którzy mieli odwagę nazywać zło złem, jako młodzi chłopcy, których jedyną przewiną było to, że byli dziećmi niepokornych poetek? Może, w nieopublikowanych jeszcze memuarach, jasno i wyraźnie rozliczają się z przeszłością nie stosując wobec siebie taryfy ulgowej i nie zrzucając winy za to, co się stało z ich winy lub zaniechania, na cały świat, na inaczej myślących, na ówczesny porządek polityczny, który musieli przyjąć?

Mam nadzieję, że tak właśnie jest. Były dysydent, jako niegdysiejszy lider opozycji, obecnie redaktor naczelny ogólnopolskiej gazety, a dla wielu wyrocznia w sprawach polityki i moralności, powinien być osobą inteligentną. To niemożliwe, żeby dla oceny tamtych złych czasów wystarczało mu to, co mogliśmy przeczytać. A czytamy rzeczy dziwne. Oto, między innymi, dowiadujemy się, że generał - ówczesny szef aparatu represji - nie miał żadnej kontroli nad swoimi podwładnymi, czy byli to zabójcy polityczni, czy służba więzienna. Z niedowierzaniem czytamy, jak to generał w czasie stanu wojennego rozmawiał z biskupami o uwolnieniu więźniów politycznych, a rozmowy nie przynosiły efektów - rozumiemy przeto, że to biskupi mieli uwolnić więźniów sumienia, których broniąca swoich przywilejów władza komunistyczna wsadzała do więzień. Mało tego, generał nie waha się nawet położyć na szali swej godności, kiedy przyznaje się, że w życiu powodował nim strach. Oto wspominając wypadki grudnia 70., generał ujawnia, że był to swoisty zamach stanu mający odsunąć Gomułkę od władzy. Wtedy to generał nosił przy sobie nagan, żeby palnąć sobie w łeb, gdyby sprawa się nie udała. Nie wspomina natomiast o naganie, kiedy mowa o strzałach w „Wujku”, zabójstwie księdza Popiełuszki. Tak więc powodem do samobójstwa jest ewentualność wyjścia na jaw spisku, w którym brało się udział, nie jest nim natomiast uświadomienie sobie - jeśli opieramy się na słowach z wywiadu - że pośrednio, przez nadgorliwość podwładnych, który okazują się w dodatku niesterowalnymi ignorantami, ma się na rękach krew niewinnego człowieka.

Tekstu nie da się czytać spokojnie, a kwestie wypowiadane to przez jednego to przez drugiego rozmówcę, co chwilę każą przerwać lekturę i zastanowić się nad granicami dopuszczalnej niegodziwości.

I każe zadać sobie pytanie, po co ten wywiad powstał? Czy ma udowodnić szlachetność redaktora? Czy ma ukazać wątpliwe poczucie honoru generała? Czy ma być wzorcowym przykładem złej roboty dziennikarskiej ze strony dwóch pań towarzyszących wspominającym panom? Czy ma pokazać, na jakie manowce zepchnąć może nieogarniona pycha i zadufanie w sobie? A może inicjator tego spotkania chce, z wrodzonej skromności, pokazać na samym sobie, czym kończy się hołdowanie zasadzie, że jedynym punktem odniesienie dla komentowania historii i rzeczywistości jestem „JA”?

Jeśli tak miało być, to, zapewniam, że udało się to znakomicie. Tylko szkoda, że większość czytelników, przynajmniej tych, którzy wypowiadali się publicznie i znali opowiedziane wydarzenia z autopsji, nie zrozumiała intencji redaktora.

Nie lubię redaktora i nie uważam za autorytet: ani polityczny, ani moralny, ani etyczny, ani jakikolwiek inny. I nie podzielam zdania większości jego znajomych, którzy poruszeni tekstem, krytykując go, zaznaczali jednocześnie, że redaktor miał prawo zrobić to, co zrobił i powiedzieć to, co powiedział, bowiem „siedział w więzieniu”, „był prześladowany przez system”, „walczył z systemem”.

Otóż uważam, że nie miał takiego prawa. Nie miał prawa wypowiadać się w imieniu ofiar tamtych czasów, ani przebaczać w ich imieniu. Poza tym, zdaje się, przyjaciele generałowie nigdy nie prosili o przebaczenie. Oni, tak długo głośno mówili o tym, że są zbawcami żyjącego nad Wisłą narodu, że w końcu w to uwierzyli. I uwierzył też redaktor powierzając sobie jednocześnie misję dalszego niesienia w lud tej cennej, acz zupełnie fałszywej informacji. Obwieszczając nam triumfalnie: generałowie są OK przekreśla, po prostu całe swoje, szeroko propagowane męczeństwo w latach komunizmu.

P.S. Chciałabym zapewnić redaktora, że w czasie, kiedy siedział w więzieniu i narzekał na brak spacerów, i kolorowego telewizora, byli też inni więzieni i prześladowani. I cieszę się wraz z redaktorem, że bolesna sprawa niedostarczenia, mimo obietnic generała - człowieka honoru - owego kolorowego telewizora, została w końcu wyjaśniona. I, rzecz jasna, okazało się, że generała znowu zawiedli podwładni. To dobrze, że na starość generał ma na kim się wesprzeć, że ma kogoś, kto nie bacząc na niestosowność takiego zachowania, poda pomocną redaktorską dłoń i łamy gazety.

powrót do strony głównej