| ||||
|
w tym wydaniu: AKI: bajdula: lula68: Magdalena: #Marcel: mats: Misia#1: StefanDetko: ZASADA: ZIM: uniwersytet now@: Anna Jurczak: Anna Rataj:
|
ZASADA wbrew Wbrew opinii większości uważam, że żyjemy w szczęśliwych czasach. Chyba pierwszy raz w historii Polski zdarzył się taki okres, że trzy pokolenia pod rząd żyją w pokoju, to znaczy potężna większość członków społeczeństwa nie obawia się, przez ostatnie czterdzieści lat, o swoje życie, bo jednak prześladowania reżimu komunistycznego dotyczyły bezpośrednio tylko znikomej części obywateli. Trapiące nas kiedyś choroby odeszły w niebyt, a nasze problemy zdrowotne zazwyczaj wiążą się z podeszłym wiekiem, szkodliwym oddziaływaniem środowiska lub niehigienicznym trybem życia. Średnia długość życia ludności stale się podnosi. Przypadki śmierci głodowej praktycznie się nie zdarzają. Przeciętny szary obywatel dysponuje ilością czasu wolnego, która wcześniej była nie do pomyślenia. Można by jeszcze owe superlatywy naszych czasów wymieniać długo, ale mnie trapi jedno pytanie, czy uregulowaliśmy już rachunek za te dobrodziejstwa, czy może dopiero wpłaciliśmy pierwszą ratę? To, co napiszę poniżej będzie zapewne bardzo kontrowersyjne i nie wszystkim się spodoba, ale jest to tylko spojrzenie z pewnej dość specyficznej strony i być może warto się nad tym zastanowić głębiej. Najbardziej wyraźnym, już dziś, zjawiskiem jest rozpad więzi międzyludzkich, alienacja jednostki. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, ale ja postawiłem sobie pytanie jak to było kiedyś. W czasach zagrożenia, w czasach, gdy śmierć osób bliskich była codziennością obowiązek opieki nad członkami rodziny, którzy nie mogą sobie zapewnić środków do życia spadał właśnie na rodzinę. Ci, którzy z owego obowiązku się nie wywiązywali byli piętnowani przez własne otoczenie. Jeżeli chcieli być aprobowani przez otoczenie musieli przestrzegać norm obowiązujących w danym środowisku. Dość rozpowszechniona była instytucja mieszkania „kątem” u bogatszego członka rodziny, starcami zajmowali się młodsi. Wszyscy wiedzieli, że jeżeli owym nie dającym sobie rady się nie pomoże nie mają oni szans na przeżycie. Dziś jest zupełnie inaczej. Społeczeństwo jako całość umówiło się, że opiekę nad takimi osobami przejmie twór tak bezosobowy jak państwo, czyli, co za tym idzie, zdejmie potężną część odpowiedzialności z osób bliskich. Powołano więc instytucje opieki emerytalnej, domy starców, domy dziecka, hospicja. Dzieci już nie muszą się tak bardzo martwić o zniedołężniałych rodziców, umierających powolna śmiercią, można oddać do hospicjum i mieć problem po za sobą. Krótko mówiąc: zawsze jest ktoś, o kim można by powiedzieć „Przecież., oni powinni się tym zająć, przecież ja płacę uczciwie na nich podatki”. Można też wspomnieć o pomocy sąsiedzkiej, o systemie wzajemnego wspierania się w ciężkich czasach.. Spoglądając w ten sposób na opiekę socjalną, zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest tak, że kosztem za nią jest brak jednego z najsilniejszych czynników scalających więzi międzyludzkie, konieczność niesienia wzajemnej, spersonifikowanej, pomocy. Opieka zdrowotna, która dziś czyni dla nas tak wiele, czy przypadkiem nie zwróci się przeciwko nam? Od jakiegoś czasu pojawiają się mediach anonse o pojawianiu się szczepu bakterii odpornych na kolejne antybiotyki, o wirusach, których już nie można zwalczyć dotychczasowymi metodami. Ale mam nadzieję, że z takimi problemami medycyna wcześniej, czy później sobie poradzi. Jednak jest jeszcze jeden problem związany z medycyną. Kiedyś dobór naturalny działał w ten sposób, że promowane były jednostki silne, odporne i najlepiej przystosowane. Czy dzisiaj, gdy przeżywają dzieci, które jeszcze czterdzieści lat wcześniej skazane były na śmierć z powodu wrodzonych wad genetycznych, działają prawa selekcji naturalnej? Jakże często ci cudem chodzący po ziemi zakładają swoje rodziny i posiadają własne dzieci, co powoduje rozprzestrzenianie się skaz genetycznych. Wiem, że to co napisałem powyżej, ociera się o faszyzm, ale nie chodzi mi o kategoryzację społeczeństwa ze względu na pochodzenie rasowe, lecz o ingerowanie w naturalne czynniki eliminacji jednostek słabych, wypracowane w naturze przez miliony lat ewolucji, nie wiem czy jesteśmy świadomi wszystkich skutków tego co robimy, a raczej obawiam się, że owej świadomości nie posiadamy. Blisko tego tematu jest jeszcze jedno zjawisko socjologiczne. Mam wrażenie, że w obecnych wysoko rozwiniętych społeczeństwach zachodzi dość niepokojący proces socjologiczny. Rodziny, które odniosły sukces, sukces szeroko pojęty, posiadają zazwyczaj małą ilość dzieci. Nie znam statystyk, ale podejrzewam, że średnia jest bliska dwójce. Natomiast rodziny z tak zwanego marginesu, rodziny biedne, czyli mówiąc ogólnie niedostosowane, mają dość liczne potomstwo, i to potomstwo zazwyczaj dożywa wieku dojrzałego, w którym powtarzany jest schemat życia rodziców. Mówiąc znów językiem bardziej biologicznym, na tym poziomie ponownie nie działają mechanizmy selekcji naturalnej, społeczeństwo zabezpieczyło możliwość przeżycia dzieciom, na których wychowanie nie stać rodziców. Oprócz łamania reguł ewolucji, niepokoi mnie, czy całe społeczeństwo stać na tak potężne wydatki, które z roku na rok będą przecież wzrastały? Reasumując, boję się, że nie my, lecz przyszłe pokolenia, może nasze dzieci, a może prawnuki będą musiały zapłacić bardzo słony rachunek za nasze w miarę wygodne i bezpieczne życie, tak jak my w Polsce płacimy rachunki nie uregulowane przez pokolenie korzystające z okresu socjalizmu, kiedy to każdemu należało się mieszkanie, godne warunki życia, pełna opieka zdrowotna itd. itp. niezależnie od tego, co kto sobą reprezentował, niezależnie od tego, jaki kto włożył wysiłek w zabezpieczenie bytu własnej rodziny. A przecież chyba bezdyskusyjną kwestią jest to, jakie spustoszenia poczynił socjalizm w świadomości naszych współobywateli, jak łatwo można się przyzwyczaić do tego, że to ktoś podejmuje za nas decyzje, i że to ktoś za nas myśli. Jak łatwo jest zapomnieć, że sytuacja, w jakiej żyje nasza rodzina jest pochodną naszych umiejętności, zdolności i pracowitości, że dobrobyt nie jest skutkiem samego istnienia, lecz należy na niego pracować latami, jeżeli nie pokoleniami. | |||