|
||||
|
|
Adam Wielomski Szkolny postkomunizm W ustrojach opartych na abstrakcyjnych ideologiach szkoła zawsze była oczkiem w głowie elit władzy. Nie jest przypadkiem, że pomysł obligatoryjnej i państwowej edukacji narodził się zaraz na początku Rewolucji Francuskiej. Jego autorem był prawdziwy wariat Michel Lepelletier, który wpadł na pomysł stworzenia szkoły iście totalitarnej, z przymusowym internatem, gdzie dzieci miałyby być indoktrynowane w duchu republikańskim i rewolucyjnym 24 godziny na dobę. Stąd właśnie pomysł internatu: chodziło o indoktrynację ustawiczną. Bez internatu wszak dzieci wracałyby po lekcjach do domowych pieleszy, gdzie wchłaniałyby reakcyjne myśli otoczenia wychowanego na klerykalnym oraz reakcyjnym światopoglądzie. Przedstawiający ten projekt w jakobińskim Konwencie Maximilien Robespierre nie ukrywał, że chodzi w nim jedynie o lepsze przyswojenie wiedzy przez uczniów. Przeciwnie, otwarcie stwierdził, że ze szkoły tej wyjdą ludzie „nowi” – fanatyczni rewolucjoniści, którzy nawet nie będą znali idei projektowi rewolucyjnemu przeciwnych. Na szczęście dla dzieci jakobińskiej republice zabrakło na ten makabryczny pomysł pieniędzy. Został on urzeczywistniony – w wersji rozrzedzonej (bez obligatoryjnego internatu) - we Francji dopiero w kilkadziesiąt lat później, gdy III Republika zbudowała przymusową laicką i republikańską szkołę. Dla lewicowego internacjonału model ten pozostał na zawsze niedoścignionym wzorcem. Zbudowano bowiem szkołę idealnie zideologizowaną bez Boga i idei przeciwnych doktrynom rewolucyjnym. Prawdziwym arcydziełem programów nauczania był kurs filozofii w liceach, gdzie po przerobieniu klasyków starożytnych kończono na ostatnich filozofach pogańskich okresu Rzymu cesarskiego, aby na następnej lekcji przejść od razu do myśli Renesansu. Wszak w chrześcijańskim Średniowieczu nie było filozofii, a tylko reakcyjna teologia! Te najlepsze postępowe wzorce przez całe dziesięciolecia twórczo rozwijało szkolnictwo w krajach komunistycznych, łącznie zresztą z kursem filozofii. Jeśli weźmiemy do ręki wydawaną w PRL przez całe dziesięciolecia Bibliotekę Klasyków Filozofii (słynna BKF), to zauważymy, że w Średniowieczu istnieli tylko filozofowie arabscy. Nigdy nie było św. Augustyna, ani św. Tomasza. Charakterystyczne jest, że po roku 1989 nie wiele się zmieniło i żaden filozof chrześcijański w serii BKF nie został wydany po dziś dzień. Ale to w ogóle specyfika polskich środowisk edukacyjnych. Czas jakby się tu zatrzymał. Komunizm upadł, a tu nadal istnieje... Kadry, kadry, kadry – już Włodzimierz Lenin zauważył, że to jakość kadr warunkuje powodzenie rewolucji. Komunizm załamał się, ale kadry po nim pozostały. Trudno znaleźć środowisko bardziej duszno-komunistyczne niż nauczyciele. To prawdziwy relikt przeszłości, którego widomym znakiem jest Związek Nauczycielstwa Polskiego stanowiący część składową SLD. Relikt ten nie tylko jest żywy, lecz wręcz wierzga, czego widomym efektem jest organizacja kolejnych pikiet pod Ministerstwem Edukacji Narodowej pod hasłami „Precz z faszyzmem!” i „Giertych-stop!”. Inna sprawa, że tenże relikt wierzga dosyć słabo. Wystarczy zobaczyć w telewizji spontaniczne akcje protestu młodzieży szkolnej, aby więcej zobaczyć tam homofobicznych transparentów spod znaku Roberta Biedronia, niż sympatyków tego postkomunistycznego związku zawodowego nauczycieli. Swoją drogą, to nadaktywność biedrończyków jest dla mnie wyjątkowo podejrzana. Skąd te protestujące dzieci wiedzą, że są homoseksualistami i że Roman Giertych je prześladuje za odmienną orientację seksualną? Seksuolodzy twierdzą, że większość homoseksualistów to skutki tzw. uwiedzenia w młodości dziecka przez homoseksualistę. Czyżby Robert Biedroń był aż tak przedsiębiorczy? Przyznam, że z pewnym sceptycyzmem obserwuję poczynania Romana Giertycha jako Ministra Edukacji Narodowej. Rzecz nie w tym, że uważam, iż posunięcia zmierzające do zakończenia stylu Róbta co chceta są zbędne, lecz dlatego, że obawiam się, iż nie da się mody tej zwalczyć nawet najlepszymi pomysłami i rozporządzeniami. Kłaniają się bowiem znowu kadry. Porządku, szacunku dla Ojczyzny, pojęcia obowiązku nie nauczą naszych dzieci weterani ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Kiedy pomyślę o takim komuchu uczącym patriotyzmu, to ciarki przechodzą po plecach. Być może da się go administracyjnie przymusić do pogawędki z uczniami o istocie polskości, ale pogawędka ta niechybnie może się skończyć konkluzją, że wymogiem patriotyzmu dzisiaj jest pogłębianie procesu integracji europejskiej i walka o prawa kobiet i mniejszości seksualnych. Nauczyciele z ZNP moralnie reprezentują postkomunizm w fazie rozkładowej: gdy idea rewolucji proletariackiej załamała się, popadli w totalny nihilizm moralny, czego przejawem jest zastąpienie marksizmu-leninizmu przez komunały europeizmu-biedronizmu. Reformę rozpocząć by tedy należało od kadr. Najpierw trzeba unicestwić ZNP – to warunek jakiejkolwiek reformy i ostatnia sprawa z Medalami Edukacji Narodowej świadczy o tym, że Roman Giertych też to rozumie. Aby więc tekst ten nie był wyłącznie biadoleniem nad upadkiem szkoły, chciałbym zakończyć go konstruktywnym wnioskiem. Proponuję wpisać do odpowiedniej ustawy zapis, że nauczyciel w państwowej szkole nie może być członkiem żadnej partii politycznej, ani członkiem organizacji, która wchodzi w skład partii politycznej. Kadry ZNP od razu się przerzedzą... do zera. www.konserwatyzm.pl |
|||