|
||||
|
|
Ryszard Mozgol Prostaczek czyli osiemnastowieczny światek -pana de Voltaire „Co za śmierć! Nie mogę mówić o niej bez drżenia”. – mamrotał przerażony Tronchin, osobisty lekarz pana de Voltaire. W istocie, wierna kompanka ludzkiego żywota nie obeszła się delikatnie z osiemdziesięcioczteroletnim, przykutym do wózka prorokiem oświecenia. Śmierć dopadła Woltera w obcym łóżku w pałacu markiza de Villet przy ulicy de Baune w Paryżu, w piękną majową gwiaździstą noc roku 1778. Wizyta w Paryżu miała być jak się okazało finałem podróży, w czasie której wybitny umysł miał roztaczać wśród towarzystwa woń swojego nieprzeciętnego intelektu, upominać i pouczać, prostować pokrzywione zabobonem ścieżki i karcić fanatyków. Śmierć nie chciała rozmawiać. Stanęła w kącie pokoju godzinę przed zgonem, wbijając puste oczodoły w zapadnięte oczy starca. Weszła nieproszona, a dotychczasowy gospodarz takich gości – do tego niemych – nigdy nie tolerował! Wolterowi krew napłynęła do głowy, oczy wyszły na wierzch, starcze ciało podobne już od kilkudziesięciu lat do żywego trupa podskakiwało i wiło się w konwulsjach. Wystąpił śmiertelny pot. Zaczął bredzić, choć głos grzązł w zaciśniętym gardle, wydając świszczący jęk. Doświadczony Tronchin, pobierający sutą wypłatę za służbę u sławnego filozofa zaczął tracić głowę, ponieważ dotychczasowe agonie nie miały tak dramatycznego przebiegu, ale świadomość utraty dobrego źródła dochodu, podziałała jak amoniak na tracącą przytomność kobietę. Walka trwała godzinę. O dziesiątej w nocy śmierć szepnęła „sors!” i dusza Woltera uleciała przez brudny paryski komin. Zmaltretowane ciało budziło grozę zebranych domowników markiza. Grozę, o której jasne umysły wolały nie myśleć, ponieważ aż nazbyt widocznie konfrontowały mierne zdolności człowieka z Niesamowitym i Niewysłowionym. Walka ze śmiercią od samego początku była nierówna. Jednak śmierć cierpliwa, bez złości, bez wykorzystywania swojej nienamacalnej przewagi, oczekiwała na sygnał aby mogło się skończyć to co niegdyś zostało rozpoczęte. Paradoksalnie Franciszek Maria Arouet, syn wzbogaconych mieszczan nie był dla Najwyższego nie do zastąpienia. Sam aż do tej chwili nie miał i nie chciał mieć tej świadomości, o czym świadczyły jego ostatnie zrozumiałe słowa: „Bóg i ludzie mnie opuścili”. Bolesne dla ciała jest oddzielenie duszy. Oczy Woltera już nie widziały, ale duch rejestrował uwijających się jak w ukropie służących i Tronchina biegającego po komnacie w poszukiwaniu coraz to nowych medykamentów i dziwnych aparatów medycznych. Ciało obłożono według najnowszych osiągnięć chemika Spallanzaniego mokrymi, chłodnymi prześcieradłami, aby zrównoważyć nadmierne wydzielanie ciepła. Obrazy wlewające się w duszę przypominały chwalebną i szczęśliwą przeszłość, ale i skwapliwie skrywane występki oraz doznane upokorzenia. A z tych, niezatarta w pamięci upokarzająca egzekucja dokonana przez lokajów kawalera de Rohan. Sprzeczka z teatru miała zakończyć się pojedynkiem, choć Wolter nie należał do zwolenników rozstrzygania spornych spraw szpadą. Jednak kawaler nie miał zamiaru zniżać się do modnego dawania satysfakcji parweniuszowi, choćby ten dopuszczany był nawet do dworskiego stołu. Wywołany z pałacu księcia de Sully został pochwycony przez twarde ręce sług arystokraty i publicznie oćwiczony. Kawaler siedząc w karocy głośno liczył baty, a zebrani gapie rzucali złośliwe komentarze. Nikt nie stanął po stronie krzywdzonego... Ciężkie razy z przeszłości spadały na plecy filozofa. Granatowe sińce rozlały się w sercu Franciszka Marii, barwiąc je podstępną żółcią, nienawiścią do wszelkiego wyższego porządku i zalewając urażonymi ambicjami. Odtąd Wolter panicznie bał się dwóch rzeczy: niepowodzenia i śmierci – „dwóch śmiertelnych chorób”. Wydarzenie z przeszłości stało się punktem zwrotnym w życiu radosnego i optymistycznego poety. Dla ducha ciało starca wyglądało teraz odrażająco i obco, to też nakaz miłosiernej ręki wzywającej do opuszczenia tego rozpadającego się przytułku, dusza przyjęła z pełną rezygnacji ulgą i strachem przed nieznanym. Natychmiastowy, szczegółowy sąd nie szedł po myśli Franciszka Marii. Kara była mało zrozumiała, a przez to przerażająca. Skazany na wieczną tułaczkę w świecie, w którym zrealizowane zostały wszystkie pragnienia i postulaty stworzone przez jego umysł. Gdyby to było możliwe, dusza skuliła by się w sobie ze strachu, jak niegdyś ciało wystawione na hańbiące razy. Czy to możliwe? Czy to znaczy, że jednak nastąpił przepowiadany tryumf rozumu nad ciemnotą? Czy to kara, a może nagroda?... Czy Bóg jest encyklopedystą? – myśli przelewały się przez duszę „patriarchy z Ferney”. U Góry nikt nie przejmował się dylematami filozofa. Zdążył jeszcze przypomnieć sobie wydrwiwane w towarzystwie d’Alemberta i Helvetiusa nienaukowe dylematy scholastyków, dotyczące wagi duszy. Skonstatował smutno, że niestety nie jest w stanie się zważyć. Ulatując przez komin w kierunku swojej nowej Bastylii, czuł strach. Jaka może być wolteriańska Europa XXI wieku? Bolesne razy z przeszłości znowu spadały na grzbiet. Usłyszał jeszcze głos: 2, 9666666666666666 gram. * * * „Porzucony przez Boga, który karze tym, że odchodzi – pisał o Wolterze Józef de Maistre – nie zaznał już żadnych wędzideł. Inni cynicy zdumiewali cnotę, Wolter zadziwił występek. Pogrąża się w błocie, tarza się w nim, napawa. Jego wyobraźnia budzi zachwyt piekła, które użycza mu wszystkich swych sił, aby go zawlec aż do krańców zła. Wynalazł cuda i potworności, wobec których człowiek blednie. Paryż go uhonorował, ale z Sodomy by go wygnano” . Można by dodać złośliwie – wielbiło go oświecenie, a w XXI wieku jego nazwisko mylone jest powszechnie z firmą produkującą panele podłogowe... Nie ma miejsca w wolteriańskiej Europie dla jej twórcy, bo tak jak Franciszek Maria wyparł się związków z Bogiem i przeszłością cywilizacyjną kontynentu, tak dzisiejsi konstruktorzy moralności i więzów społecznych, wypierają się wprost powinowactwa ze swoim ideowym ojcem. Niemniej duch oświecenia krąży nad Europą. Oto paradoksy historii. „Czym jest oświecenie?” Wspomniany powyżej sabaudzki krytyk epoki Woltera słusznie zauważył, że oświecenie nie stanowi li tylko i wyłącznie zwartego systemu filozoficznego, ale dobrze uszykowaną do walki ideologię, czy wręcz anty-religię, zdolną do zastąpienia dotychczas panującej. Pisał: „Błąd, podczas całego ostatniego stulecia, był przestrzenią religii, którą filozofowie wyznawali i głosili z namaszczeniem tak, jak apostołowie wyznawali i głosili prawdę”. Pytanie postawione przez Kanta jeszcze w XVIII wieku: „Czym jest oświecenie?” pozostaje nadal aktualne. „Nudziarz z Koenigsbergu” definiował nową epokę jako „wyjście człowieka z niepełnoletniości, w którą popadł z własnej winy”. Niepełnoletniość utożsamiał z nieumiejętnością samodzielnego posługiwania się własnym rozumem bez obcego kierownictwa. „Sapaere aude! Miej odwagę posługiwać się swym własnym rozumem – tak oto brzmi hasło Oświecenia” . Jednak gdy przyjrzymy się wnikliwie temu problemowi, to zauważymy że dylemat oświecenia opierający się na przeciwstawieniu autorytetu i wolności jest fałszywy, natomiast istnieje opozycja pomiędzy autorytetem opinii wszystkich mędrców i świętych a autorytecikami „chwili obecnej, powołanymi do życia modą lub chwilowym kaprysem, których ołtarze dziś wzniesione nazajutrz bywają obalane” . Definicja Kanta zawierała podstawowy śmiertelny błąd oświecenia – wystąpienie przeciwko uznanym autorytetom w celu utworzenia subiektywnego „autorytetu” jednostkowego. Jeśli przyjmiemy, że każde podporządkowanie się autorytetowi jest rezygnacją z posługiwania się swoim rozumem, to oświecenie rozpoczynało rebelię w imię uzyskania niezależności od każdego elementu głoszącego swoją autorytatywność. Przeciw autorytetowi, za tyranią opinii! Oto podstawa funkcjonowania dzisiejszego świata. Pierwszy atak musiał być oczywiście skierowany przeciw religii, opierającej swoje nauczanie na uświęconym autorytecie. Narzędziem zmian zdaniem „królewieckiego samotnika” miał być sceptycyzm. We wstępie do pierwszego wydania „Krytyki czystego rozumu” z 1781 roku Kant pisał: „Nasze czasy są czasami krytyki, której wszystko musi być poddane. Zazwyczaj chce się ochronić przed nią religię z uwagi na jej świętość i prawodawstwo z uwagi na jego majestat; ale w ten sposób pozostawia się miejsce na słuszne podejrzenia. Religia i prawodawstwo nie mogą więc oczekiwać autentycznego szacunku, bo rozum obdarza nim tylko to, co potrafi obronić przed jego swobodnym i publicznym osądem” . Sceptycyzm otwierał drogę do podważenia wszelkich dotychczasowych pewników. Otwarł drzwi demonom, które miały zniszczyć dom niewiele lat później. Jeden z najznamienitszych filozofów XX wieku, Jose Ortega y Gasset w swoich licznych szkicach rozpatrywał zjawisko kryzysu religijnego i cywilizacyjnego oraz mechanizm rewolucji. Zdaniem y Gasseta społeczeństwa tradycjonalistyczne posiadają zadziwiającą stabilność, opierającą się na „rzeczywistym mechanizmie pobudzającym do działania ludzi”. Siła takiego systemu, funkcjonującego w Europie na przestrzeni kilku epok polegała na szacunku względem tego co ustanowione i uświęcone. Wraz z kryzysem historycznym, pojmowanym jako zerwanie ciągłości postrzegania świata (np. oświecenie) następuje zawalenie się dotychczasowego światopoglądu. W miejsce tradycjonalizmu przychodzi zawsze mechanizm racjonalistyczny, a wraz z nim sceptycyzm . Przyzwyczailiśmy się do stereotypowego, wyniesionego ze szkoły, obrazu następującego po sobie pochodu kolejnych epok historycznych, opartych na prostej dychotomii antyk – średniowiecze. Każda następna epoka była nawiązaniem do antyku (odrodzenie i oświecenie) lub średniowiecza (barok i romantyzm). Ta sinusoida ignorancji wtłaczanej do głów w szkołach nie posiada jednak żadnych racjonalnych podstaw, a wynika z ideologicznego imperatywu XIX stulecia. W istocie od zarania cywilizacji europejskiej mamy do czynienia z płynną zmianą, wstrząsaną religijnymi i filozoficznymi rebeliami o ograniczonym charakterze . Tak było do XVIII stulecia. Ani odkrycia Kopernika, Galileusza czy Keplera, ani modyfikacja postrzegania świata wynikająca z odkryć Kolumba, ani religijne rozdarcie Europy w XVI wieku nie wpłynęły na podważenie wyznawanych aksjomatów. Sytuacja uległa zmianie dopiero w oświeceniu. Kryzys oświeceniowy nazywam prawdziwym kryzysem ponieważ dokonał głębokiego rozdarcia wewnątrz cywilizacji europejskiej, negując te wartości, których nie mieli odwagi zanegować ani Luter, ani Kalwin, czy Campanella, Galileusz lub Kepler. „Najwyższym stopniem (...) zmiany jest kryzys i dlatego ma ona charakter przełomowy. Zmiana świata polegała więc na tym, iż świat, w jakim człowiek żył dotąd, runął, i na razie na niczym więcej. Przyjmuje ona zrazu postać negatywną – krytyczną. Człowiek nie wie, co ma myśleć o nowym świecie, wie jedno – lub tak mu się wydaje – że tradycyjne idee i normy są fałszywe, nie do przyjęcia. Czuje głęboką wzgardę wobec wszystkiego czy prawie wszystkiego, w co wierzył wczoraj; ale tak naprawdę nie ma jeszcze nowych pozytywnych wierzeń, którymi mógłby zastąpić tradycyjne” – pisał hiszpański filozof . O ile renesansowi wynalazcy czy twórcy protestantyzmu występowali przeciwko autorytetowi Kościoła, to nikomu z nich nie przyszło do głowy by negować istnienie Boga, odbierać Mu tytuł Stwórcy i Odkupiciela. Filozofia oświecenia rozpoczęła nie tyle walkę z Kościołem, co wypowiedziała wojnę samemu Bogu. I na tym polega istota kryzysu cywilizacji europejskiej w XVIII wieku. Powszechnie przyjmuje się, że u podwalin francuskiego oświecenia leżało przenikanie na kontynent angielskiej filozofii wraz z upowszechnianiem się znajomości języka angielskiego. Hrabia de Maistre w jednej ze swoich książek filozoficznych przypisywał rozkrzewienie materializmu i ateizmu we Francji Franciszkowi Baconowi. Jednak wodzem „sekty filozofów”, tego „sprzysiężenia”, jest Franciszek Maria Arouet, zwany Wolterem. Arouet vel „de Voltaire“. Przyszedł na świat w 1694 roku jako syn paryskiego notariusza i mieszczanki. Poród nie należał do łatwych, stąd sam zainteresowany pisał, że „urodził się zabity”. Początkowo sądzono, że niemowlę jest martwe. Niezwykle błyskotliwy umysł i skłonność do zdobywania wiedzy, skłoniły ojca do oddania swojego syna pod opiekę ojców jezuitów. Franciszek Maria szybko stał się prymusem jezuickiej szkoły, a dla swoich wychowawców obiektem wielkich nadziei. Jednak wesołe usposobienie pupila i skłonność do zabawy szybko rozwiały marzenia o powołaniu kapłańskim młodego Aroueta. Posiadany talent wróżył błyskotliwy sukces w rozbawionym towarzystwie paryskim. Aby był on trwały, Franciszek potrzebował jeszcze majątku i szlachectwa. Z tym ostatnim nie było kłopotów. Nie był jedynym bezprawnie przypisującym sobie szlachectwo w Paryżu, posiadającym akceptację oczekującego „na potop” stanu wyższego. Odtąd Franciszka Marię Aroueta zwano „panem de Voltaire”. Dla sprytnego młodzika, lwa salonów, nie było również trudności z uzbieraniem majątku. Odziedziczona po ojcu scheda, puszczona w finansowy ruch stała się podstawą skrupulatnie zbieranego majątku. Tym bardziej, że pierwsze próby literackie („Edyp”, „Henriada”) nie tylko przyczyniły autorowi rozgłosu, ale obsypały finansowymi gratyfikacjami ze szkatuły księcia Orleanu, królowej, króla i królewskich kochanek. Warto pamiętać, że Arouet przez całe swoje długie życie był „roznosicielem światła”, jak pisał złośliwie o pochlebcach Nietzsche. Dzięki poparciu kochanki Ludwika XV, madame de Pompadour, a nie ze względu na zasługi literackie, Wolter został przyjęty do Akademii Francuskiej, której członkowie byli obrażeni na złośliwe uwagi kierowane przez niego pod ich adresem. Pochlebstwa kierowane do carycy Katarzyny II przez Aroueta („Semiramidy Północy”) napełniały szkatułę skłóconego już wtedy z Fryderykiem II filozofa. Zbytnia pewność siebie, brak pohamowania w żądzach i bezkresne ambicje młodego jeszcze Woltera spowodowały poważne kłopoty. Oskarżony o propagowanie wywrotowych idei oraz niemoralność w przypisywanym Wolterowi utworze „Widziałem” oraz pamflecie jego autorstwa pt. „Puero regnante”, trafił na jedenaście miesięcy do Bastylii. Pobyt w więzieniu na przełomie 1717 – 1718 roku, w czasie którego „pan de Voltaire” poświęcił się wytężonej pracy literackiej, korzystając np. z pokaźnej więziennej biblioteki (!), spowodował wzrost popularności literata. Dopiero konflikt z kawalerem de Rohan i wynikające z niego publiczne upokorzenie zmieniło dotychczasowe optymistyczne postrzeganie świata paryskiego pisarza. Konsekwencją konfliktu z de Rohanem było ponowne zamknięcie Woltera w Bastylii w 1726 roku. Po miesiącu pobytu w więzieniu uzyskał dzięki protekcji odwołanie kary, w zamian za opuszczenie Francji na jakiś czas. Uzbrojony w czeki opiewające na pokaźną sumę, listy polecające sprzyjających mu arystokratów a nawet rekomendacje ministerstwa, Franciszek Arouet udał się w podróż do ojczyzny filozofów – Anglii. W tamtejszych salonach formowały się zręby wolterianizmu, który jak niebezpieczna orientalna choroba został przywieziony statkiem na kontynent. Spengler nazwał oświecenie zwycięstwem angielskiego ducha... Obcowanie z angielskimi sceptykami wyrobiło u Aroueta przekonanie, że każda kwestia ukryta przed ludzkimi zmysłami, wszelkie „wieczne i stałe prawdy” wszechświata mogą zostać odkryte wyłącznie przez badanie operacji ludzkiego umysłu, opartego na materialistycznych przesłankach. „Pan de Voltaire” przyjmował za swoimi angielskimi towarzyszami, że indywidualny rozum posiada wyłączność na określanie ostatecznego sensu tego co realne i wyciągania z tego praktycznych wniosków . Józef de Maistre nazywał tych uczonych „postaciami sprzysiężonych lub wtajemniczonych, którzy robią z nauki rodzaj monopolu i którzy absolutnie nie chcą, aby wiedziano więcej lub inaczej niż oni”. To przekonanie nabyte przez wygnanego literata od angielskich filozofów, połączone z poczuciem krzywdy, która nastąpiła w wyniku niesprawiedliwego systemu społecznego, opartego na fanatyzmie i przesądach, stworzyła przeświadczenie o potrzebie jego zmiany. Zmiana nie miała być jednak korektą systemu czy reformą, a odrzuceniem przeszłości, na rzecz nowych podstaw opartych na rozumie i wolności. Tak rodziła się rewolucja. „Filozofizm” Połączenie kartezjanizmu z poglądami Bacona dokonane przez Johna Locka, Dawida Hume’a, George’a Berkeleya i księcia Shaftesbury’ego stworzyło na kontynencie charakterystyczną dla oświecenia filozofię materialistyczną we Francji i filozofię krytyczną w Prusach. Hrabia de Maistre poświęcił na zwalczanie tego „filozofizmu” kilka swoich prac, w których wykazywał nie tylko złe podstawy tego popularnego sposobu myślenia, mającego swoje źródło w grzechu pychy, ale również na wskazanie zatrutych owoców w postaci „systemu praktycznego ateizmu”. „Dałem nazwę tej dziwnej chorobie – pisał de Maistre – nazywam ją teofobią. Przypatrzcie się dobrze, zobaczycie ją we wszystkich książkach filozoficznych osiemnastego stulecia. Nie mówiono otwarcie: nie ma Boga, ale mówiono: Boga nie ma tutaj. Nie ma go w waszych ideach: pochodzą one ze zmysłów; nie ma go w waszych myślach, które są tylko przetworzonymi wrażeniami; nie ma go w plagach, które was gnębią, są to zjawiska fizyczne jak inne, wyjaśnialne znanymi prawami. Świat został stworzony tak samo dla robaków, jak i dla was. Otwarcie negowano stworzenie, żadne zdarzenie fizyczne nie może mieć przyczyny wyższej, niezależnej od człowieka: oto ich dogmat”. „Filozofizm” ten znalazł swój najpełniejszy wyraz w postaci „politycznego ateizmu” wyzierającego z kart prac Franciszka Aroueta. W napisanych „Wieczorach petersburskich” de Maistre bezwzględnie rozprawił się z wolterianizmem, którego cechami składowymi była teofobia i antyklerykalizm, libertynizm, wiara w postęp, indywidualizm oraz sceptycyzm. Polemizując z napisanym przez Woltera „Kandydem” poszukuje argumentów ukazujących obecność Opatrzności w historii, jednocześnie potępiając w całości twórczość francuskiego literata. Największą zbrodnią Aroueta było „nadużycie talentu i świadoma prostytucja geniuszu stworzonego do sławienia Boga i cnoty. Tymczasem, wiara w stałe prawa natury, z pozoru będąca systemem „wyglądającym uwodzicielsko”, jest w istocie „najperfidniejszą pokusą umysłu ludzkiego”, dokonującą separacji człowieka od Stworzyciela, głoszącą autonomię jednostki postawionej wyłącznie w obliczu materialnych procesów i mechanizmów. System wolteriański prowadzi do porzucenia jakiegokolwiek życia duchowego. Na poparcie tej tezy, de Maistre przywołuje groteskowy przykład oświeceniowych deistów (nazywa ich „kryptoateistami”) tonących w świecie filozoficznych dogmatów i sprzeczności, którzy nie są zdolni nie tyle do odkrycia którejś z tajemnic natury, co do jej zrozumienia. Wiara w nauki fizyczne i przyrodnicze, charakterystyczna dla oświecenia kończy się zabójczym dla duszy fatalizmem, nie ma nic wspólnego z głoszonym wywyższeniem człowieka pozostającego do tej pory w cieniu niemożliwego do poznania Boga, a jest paradoksalnie degradacją człowieka do poziomu materialnej śrubki w olbrzymiej maszynie, który to pogląd w skrajnej postaci został wyrażony w XVIII wieku przez domorosłego filozofa La Mettriego w jego pracy „Człowiek – maszyna” (1784 r.). Diderot wspominając prace Newtona i Kartezjusza pisał w „Myślach filozoficznych”: „Dzięki pracom tych wielkich mężów świat nie jest już bóstwem, jest maszyną, która ma swoje koła, swoje pasy, bloki, sprężyny i ciężary”. I jak tu nie widzieć ręki karzącej Opatrzności?! Oświeceniowi „przyjaciele mądrości” w tym zbydlęceniu znajdowali piękno i na tym właśnie polegała kara! Encyklopedyczna wizja świata. Dobrą ilustracją opisanej powyżej reorientacji jest analiza hasła „Człowiek” zawartego w wydawanej od 1751 roku przez Denisa Diderota i Jana Lerond d’Alemberta „Encyklopedii”, w której przygotowanie aktywnie włączył się Wolter po swoim powrocie z Anglii. Na czterdzieści pięć kolumn hasła „Człowiek” aż trzydzieści sześć poświęconych jest anatomii, osiem tzw. człowiekowi moralnemu i pół kolumny człowiekowi politycznemu . W haśle rozważono kilka najbardziej popularnych teorii dotyczących funkcjonowania człowieka, opisano wiele perspektyw rozpatrywania istoty ludzkiej, wszystkie jednak ujmują wyłącznie racjonalistyczny punkt widzenia. Interesujący nas fragment dotyczący tzw. człowieka moralnego napisany przez Le Roi streszcza główne sensualistyczne poglądy prezentowane w tym temacie przez odchodzącego wyraźnie od katolicyzmu francuskiego filozofa ks. Etinne’a Bonnot de Condillaca. Osiem kolumn encyklopedii prezentuje uwielbiany w oświeceniu paradoks, z którego przebija z jednej strony duma z osiągnięć człowieka a z drugiej niemożność naturalistycznego, pozbawionego nadprzyrodzoności, wyjaśnienia zła tkwiącego w człowieku. „Kiedy podziwiamy gigantyczne dokonania człowieka, kiedy śledzimy szczegóły jego działania, postępy jego wiedzy, gdy widzimy go, jak przemierza oceany, odmierza niebiosa, odbiera grzmotom huk i niszczycielską siłę”, niesposobna zrozumieć „podłość i okrucieństwo”, jakie staje się udziałem człowieka. Autor hasła pisze w konkluzji: „Niektórzy moraliści mówią o mieszance dobra i zła, co trzeba wyjaśnić. Pycha, przesądy i strach stworzyły systemy i przeszkadzają w poznaniu człowieka, budując tysiące uprzedzeń, które powinna pokonać obserwacja. Religia ma za zadanie poprowadzić nas drogą do szczęścia, które czeka nas na drugim świecie. Filozofia powinna zgłębiać motywy działań ludzkich, aby uczynić człowieka lepszym i szczęśliwszym na tym świecie”. To pogląd wysoce rozpowszechniony w naszych czasach. Podziały polityczne i religijne są bez wyjątku wytworem ludzkiej pychy, należy je przezwyciężać, jak pisał Franciszek Arouet w powieści wschodniej pt. „Zadig, czyli los”, poprzez poszukiwanie wspólnych elementów w oparciu o wspólnie wyznawane wartości . Zadania religii dotyczą niemożliwego do empirycznego udowodnienia życia po śmierci, dotyczą świata niematerialnego, zatem religia nie powinna mieć wpływu na świat materialny lub jej wpływ powinien dotyczyć ułatwienia osiągnięcia celów wyznaczonych przez „przyjaciół mądrości’. W języku dzisiejszego świata zadania akceptowalnego systemu religijnego muszą ograniczać się do humanitaryzmu, działań wpisanych w obowiązującą liberalną linię polityczną (walka z głodem, rasizmem, nietolerancją itd.), zaś religia musi być pozbawiona chęci nawracania. Znawca oświecenia Michał Vovelle analizując idee zawarte w „Encyklopedii” doszedł do niezwykle interesujących konkluzji . 1. Oświecenie odrzuciło konsekwentnie teocentryczną wizję świata, która przetrwała pierwszy szturm w czasach renesansu. Nie istnieje zdaniem encyklopedystów żaden plan Boży, który wyznacza człowiekowi określone miejsce w hierarchii bytów materialnych i niematerialnych. Istnieje wyłącznie świat materialny. „Nie istnieją inne bogactwa poza człowiekiem i ziemią”, czytamy w „Encyklopedii”. Warto zauważyć, że zdanie to zostało niemalże wprost wprowadzone do preambuły przygotowanego projektu Konstytucji Europejskiej . Problem duszy został rozważony w osobnym haśle jako jedna z teorii, a wina i grzech wynikają ze słabości ludzkiego charakteru i dlatego stanowią dużą część hasła „Fanatyzm”. 2. Człowiek jest zwierzęciem obdarzonym szczególnymi właściwościami, ograniczonym w swoim funkcjonowaniu wyłącznie do sfery materialnej, który poprzez używanie rozumu odróżnia się gatunkowo od zwierząt. Diderot chwaląc w 1758 roku dzieło Helvetiusa, napisał: „Jedną tylko (Helvetius – przyp. RM) uznaje różnicę między człowiekiem i zwierzęciem – różnicę organizacji”. 3. Ze względu na taką samą budowę anatomiczną i fizjologię każdego człowieka, dotychczasowe wpisanie ludzi w system hierarchiczny stało się niewystarczające. Ukryty egalitaryzm oświecenia podminowuje hierarchie, podważa porządek społeczny, rozrywa istniejące granice społeczne w polityce i moralności. 4. Egalitaryzm uzyskuje potężne wsparcie w koncepcji natury ludzkiej. Pytanie postawione przez Diderota dotyczące człowieka, „Jest dobry czy zły?”, zostało rozstrzygnięte w odmienny od chrześcijaństwa sposób. Człowiek z natury jest dobry, jest panem swojego przeznaczenia. Stworzył cywilizację, wysoko stojącą kulturę i sztukę, zdobywa przestworza (pierwszy lot balonem), wnika w niewidoczny dla gołego oka mikrokosmos (mikroskop), poskramia zjawiska meteorologiczne (wynalazek piorunochronu). Człowiek jest istotą plastyczną, jeśli stworzyć mu dogodne warunki, obalić zabobon i poskromić nietolerancję rozwinie swoje naturalne umiejętności w dobrym kierunku. Historia jest procesem postępu, który Diderot nazywa „coraz większym panowaniem człowieka nad naturą”. W „Encyklopedii” czytamy: „Ponieważ to przykład i opinia wpływają na umiłowanie dobrobytu, wynika stąd, iż ludzie są plastyczni i można ich uformować wedle wymagań”. Dlatego warto rozpocząć starania by ostatecznie stworzyć raj na ziemi, bardziej rzeczywisty od obiecywanego szczęścia po śmierci dla wybranych. Nieuchronny postęp doprowadzi po odrzuceniu przesądów do stworzenia społeczeństwa racjonalistycznego, opartego, jak chciał francuski publicysta Morelly w swoim „Kodeksie natury” (1755 r.), na dążeniu do szczęścia . Tych którzy staną na drodze należy humanitarnie (wynalazek gilotyny) wymordować. Hrabia de Maistre obnażał zakłamanie racjonalistów rozpaczających nad ofiarami trzęsienia ziemi w Lizbonie, przy jednocześnie milczącej akceptacji dla masowych rzezi Komitetu Ocalenia Publicznego w czasie rewolucji francuskiej. „Teofobia” W żadnej wcześniejszej epoce nie wystąpiła z taką jaskrawością opozycja rozumu do Objawienia. Hrabia de Maistre pisał z właściwą swojemu charakterowi swadą: „Otóż, choć zawsze istnieli bezbożnicy, nigdy przed osiemnastym wiekiem w łonie chrześcijaństwa nie było buntu przeciw Bogu, a zwłaszcza nigdy nie widziano świętokradczego spisku wszystkich talentów przeciw ich Stwórcy, a to właśnie ujrzeliśmy obecnie”. Zdaniem oświeceniowych „przyjaciół mądrości” „porządek naturalny” jest „porządkiem stwierdzonym”, nauka sprzeczna z Objawieniem. Przekonanie to zabarwiło oświeceniowy sposób myślenia specyficzną „teofobią”. Komunistyczny ideolog Roger Garaudy słusznie twierdzi, że oświecenie było efektem trzech stuleci walki przeciw „prawu boskiemu” . Wrogiem oświeceniowych filozofów była religia, a spośród religii przede wszystkim katolicyzm. La Mettrie obwieszczał z tryumfem bliski koniec Kościoła: „Natura, skażona świętą trucizną, odzyskuje swe prawa i swą czystość”. Za przywódcę i koordynatora działań wymierzonych w katolicyzm uznaje się powszechnie Franciszka Arouet’a, a za centrum z którego wychodziły najgrubsze obelgi, najzjadliwsze paszkwile i najohydniejsze bluźnierstwa, uznaje się powiązaną z księciem orleańskim lożę „Neuf Soeurs”, do której przynależał ponad wszelką wątpliwość Wolter . Rzucone przez Aroueta hasło: „Ecrasons l’infame”, stało się zawołaniem bojowym antykatolickiego sprzysiężenia. Cytowany wielokrotnie de Maistre charakteryzował nienawiść filozofów do chrześcijaństwa – „nie uważają już chrześcijaństwa tylko za błąd ludzki bez większego znaczenia: ścigają je jako głównego wroga, zwalczają do upadłego. To wojna na śmierć i życie, a wielu z owych ludzi, co nadali sobie miano filozofów – wydawałoby się to niewiarygodne, gdybyśmy nie mieli przed oczyma smutnych dowodów – posunęło się w nienawiści do chrześcijaństwa aż do osobistej nienawiści do jego boskiego Twórcy. Nienawidzą go tak szczerze, jak można nienawidzić tylko żywego wroga”. W tej wojnie na śmierć i życie nie wzdragano się przed jakąkolwiek metodą, która przybliżała choć o krok do upragnionego przez – jak siebie sami nazywali wolterianie – „duchów mocnych” społeczeństwa racjonalistycznego odrzucającego prawdy objawione. Już po powrocie z Anglii Arouet osiadł w Cirey, stając się utrzymankiem margrabiny du Chatelet, marzącej o zapisaniu się złotymi zgłoskami w historii nauki europejskiej . Tam „de Voltaire” poświęcił się komponowaniu pierwszych jawnie antykatolickich publikacji. Utworem, który cieszył się wśród paryskiej hołoty dużym powodzeniem był poemat „La Pucelle”, będący pornograficzną parodią historii Dziewicy Orleańskiej. Poważniejszym utworem była tragedia „Mahomet” skierowana przeciwko fanatyzmowi muzułmańskiemu. Dla uczestników walki pomiędzy Kościołem a bezbożnikami było zupełnie jasnym, że utwór skierowany jest swoim ostrzem w katolicyzm . Autor przesłał egzemplarz tragedii z prowokacyjną dedykacją papieżowi Benedyktowi XVI, który podjął rękawicę nie tylko przyjmując dedykację, ale wysyłając autorowi osobiste błogosławieństwo. Już po usunięciu pana „de Voltaire” z paryskiego dworu, gdzie przestał bawić ówczesnych arystokratów nazbyt bezpośredni i zbyt ostry język wypowiedzi filozofa oraz po nieudanej przygodzie poczdamskiej z Fryderykiem II królem Prus, Arouet wyjechał do Szwajcarii, by nie za blisko fanatycznej Genewy w końcu zakupić majątek Ferney, który stanie się Rzymem ateuszy i libertynów. Ostatnie dwadzieścia lat „patriarcha z Ferney” spędził na dostarczaniu Europie codziennej dawki duchowego arszeniku, aplikowanego jak najlepszy specyfik od przejściowego bólu głowy, za jaki brali przekonania religijne „przyjaciele rozumu”. Odbiorcy cykuty zostali dokładnie rozpoznani, tak by każda dawka osiągała upragniony skutek. Józef de Maistre twierdził, że propaganda bezbożnicza adresowana była głównie do kobiet i młodzieży. „Nasyca ich swymi truciznami, przekazując je w ten sposób z pokolenia na pokolenie”. Mikołaj Retif, XVIII – wieczny autor licznych niemoralnych publikacji, w jasny sposób przedstawił proces dechrystianizacji w swojej ostatniej, kuriozalnej i trudnej do jednoznacznego zakwalifikowania autobiografii pt. „Wieśniak zdeprawowany” (1775 r.). Czterotomowe dzieło „Woltera pokojówek i szwaczek”, „Jana Jakuba paryskich hal” czy „Rousseeau des ruisseaux” (Rousseau rynsztoków) – jak nazywano Retifa – ze względu na prawdopodobnie szczery moralizatorski wydźwięk powieści nie zainteresowało paryskich wydawców, wobec czego autor opublikował ją własnym sumptem, topiąc tym samym resztkę spadku odziedziczonego po ojcu. W książce będącej zbiorem listów czytamy następujące wyznanie kobiety doprowadzonej do moralnego upadku. „Spróbował rozżarzyć ogień, który tlił się w mojej piersi, przez lektury rozpustne i zmysłowe. Dał mi do czytania „Grób filozofa” i „Sofę”, powieści pani de Villedieu, w których kobiety zamężne śmiało słuchają komplementów i darzą łaskami kochanków. Tą drogą udało mu się zwieść jednocześnie mój umysł i moje serce. Wszelako nie było to dostatecznym dla zatryumfowania nad moją cnotą i pokonania zasad, wpojonych przez dobre wychowanie. Aby zniszczyć jedno i drugie zaczął podsuwać mi książki bezbożne; pierwszą była „Dziewica Orleańska” pana de Voltaire, która wówczas zaczęła właśnie krążyć z rąk do rąk. Trudno było wymyślić rozkoszniejszą truciznę. Dzieło to, które jest bez wątpienia swego rodzaju arcydziełem, uwiodło najpierw mój umysł urokiem swych wierszy, a następnie wpoiło mi pogardę dla najświętszych spraw religii. Na pomoc tej niebezpiecznej księdze poszły następne: „Chrystianizm zdemaskowany”, „Obiad hrabiego de Boulainvillers”, „Święta zaraza”, „Szkice o przesądach”, Bolingbrocke’a „Listy o cudach”, „Wyznanie wiary deisty” – i inne dzieła tego samego pokroju. Gdy w ten sposób pan Parangon oświecał mnie, jak mówił, miał na celu jeno wprowadzenie do mego serca zepsucia, które winno skłonić mnie do marzeń, aby to wszystko, com czytała w tych przeklętych książkach, stało się wreszcie rzeczywistością. W końcu dawał mi do czytania wszystkie najhaniebniejsze dzieła spłodzone przez lubieżność. Nigdy przedtem nie słyszałam, aby istniały jakieś złe książki, brałam bez nieufności wszystko to co mi podsuwano, i czytałam, najpierw z ciekawości, potem z upodobania”. Warto zauważyć specjalną rolę przypisywaną Wolterowi przez Retifa. Oświeceniowy libertynizm był niezwykle skutecznym narzędziem w osłabianiu wpływu chrześcijaństwa na wyedukowane warstwy społeczne. Wykorzystywał pod przykrywką ogłady, kultury i światowości słabości natury ludzkiej, z niemoralności czyniąc taran potrzebny do rozbicia Ołtarza i Tronu . Od zawsze istniały ludzkie słabości, w każdej epoce znaleźlibyśmy ludzi, którzy pogrążali się niemoralności i rozpuście. Przyczyny tego były najprzeróżniejsze. Jednak oświeceniowy libertynizm uczynił z seksualności człowieka po raz pierwszy siłę napędową rewolucji. Mirabeau w napisanej przez siebie pornograficznej ramocie ukrywającej się pod pobożnym tytułem „Moje nawrócenie, czyli wyznania libertyna” (1783 r.), będącej nie tylko efektem więziennej nudy, ale będącej paszkwilem na powieść Retifa, zebrał wszystkie nieczystości swojego życia nie po to by ukazać ich ohydę, czy szczerze za nie żałować, ale by stając na wysokim rusztowaniu swojej pychy cisnąć je z nienawiścią Bogu prosto w twarz. „Pijany satyr” – jak mawiali współcześni o jednym z najskuteczniejszych mówców rewolucji francuskiej, pisał w liście do swojej kochanki, obnażając swoje niskie intencje: „Jest to dobra karykatura prawdziwego podręcznika moralności” . Co prawda Arouet nie zniżał się do prostackiego języka i brukowych opisów w pisanych przez siebie pracach, niemniej i w nich łatwo znaleźć podobną nutę wyśpiewywaną przez syrenie głosy „mocnych duchów”. Człowiek religijny jest zawsze kabotynem, ale jeśli by się okazało, że jednak nim nie jest – jest wtedy na pewno idiotą... Religia jest pociechą dla ludzi słabych i opium dla ludzi głupich. Tako rzecze „pan de Voltaire” w „Kandydzie” i innych powiastkach filozoficznych. Wybitny XIX - wieczny badacz rewolucji francuskiej Hipolit Taine następującymi słowami streszczał tematykę literatury przedrewolucyjnej Francji XVIII stulecia: „Oprócz Bouffona wszyscy inni do swego sosu dodają papryki, to jest sprośności i rubaszności. Znaleźć je można nawet w „Duchu praw”; są one w ilości wielkiej, chociaż odmierzone i wyważone, w „Listach perskich”. Diderot w dwu wielkich romansach swoich rzuca je z pełnych garści jakby w dniu jakiej orgii. Na każdej stronnicy Woltera trzeszczą w zębach jakby ziarna pieprzu. Znajdziecie je, wprawdzie subtelne, ale ostre i palące, w „Nowej Heloizie”, w kilkunastu ustępach „Emila” i w „Wyznaniach” od początku do końca. Taki był smak czasu; Melesherbes, człowiek tak uczciwy i tak poważny, umiał na pamięć i recytował „Dziewicę Orleańską” Woltera; Saint-Just, najposępniejszy spomiędzy Górali, napisał poemat również lubieżny jak utwór Woltera; a pani Roland, najszlachetniejsza przedstawicielka żyrondystów, pozostawiła wyznania niemniej zuchwałe i szczegółowe jak wyznania Rousseau” . Wstęp do rewolucji. Ręka w rękę z atakiem na Kościół szła tolerowana przez dwór kampania wymierzona w monarchię. W 1754 roku markiz d’Argenson notował w pamiętnikach: „Wraz z reformą religii przyjdzie niebawem reforma rządów. Tyrania świecka poślubiła tyranię klerykalną... Przestajemy się mylić i łudzić w ocenie tych dwu rządów. Widzi się, jak sprawy wyglądają i jak powinnyby wyglądać”. Dwadzieścia lat później Helvetius w swoim anonimowym dziele również połączy sprawy autorytetu Kościoła z władzą monarchy, wzywając do obalenia obu zwierzchności. „Doświadczenie uczy nas, że świętobliwe poglądy były istotnym źródłem nieszczęść rodzaju ludzkiego. Nieznajomość przyczyn naturalnych zrodziła bogów. Obłuda uczyniła ich potwornymi. Ta idea stanęła na przeszkodzie postępom rozumu. Człowiek żył w nędzy, bo powiedziano mu, że to bogowie skazali go na niedolę. Nie próbował więc zerwać swoich pęt, wpojono mu przecież, że głupota, wyrzeczenie się rozumu, otępienie umysłu, poniżenie duszy pozwolą mu dostąpić wieczystej szczęśliwości. Wydawało mu się, że władcy – w jego oczach równi bogom – przychodząc na świat otrzymują prawo rządzenia nim. Polityka stała się zgubną sztuką poświęcania szczęśliwości ogółu dla kaprysu jednostki”. Pan „de Voltaire” roztaczający bezustannie światło swoich pochlebstw koronowanym głowom Europy, korzystając obficie z łaskawości monarchów, uczyni kroczek dalej nazywając królów „spoczywającymi barbarzyńcami, którzy z głębi swych gabinetów nakazują w czasie spokojnego trawienia rzezie tysięcy ludzi, a następnie uroczyście składają Bogu za to dzięki”. Popchnie wszystkich ku przepaści ks. Jan Meslier, apostoł nienawiści, przyjaciel Aroueta, autor „Testamentu”, opublikowanego przez Aroueta pod tytułem: „Wyciąg z zapatrywań Jeana Mesliera” (1729 r.). „Oby wszyscy wielcy tego świata i wszyscy dobrze urodzeni zostali wywieszani i uduszeni wnętrznościami księży”. – modli się ksiądz Meslier. Zdanie to zrobi furorę, Diderot (nie pierwszy zresztą raz!) ukradnie je, by epatować nim zblazowane arystokratki na salonach, a „de Voltaire” napisze do encyklopedysty d’Alemberta: „Wszystkim, którzy go czytają trafia do przekonania (...). Jean Meslier musi nawrócić świat” . I tylko nieliczne oazy mądrości na tej wolteriańskiej pustyni głupoty zwrócą uwagę na straszliwe konsekwencje tych słów. Zaciekły przeciwnik Aroueta, Diderota i d’Alemberta – Antoni de Rivarol, nazwany przez Burke’a „Tacytem rewolucji francuskiej” w pierwszych dniach jej trwania usłyszał z ust pewnej księżniczki beztroskie stwierdzenie, że jeśli rewolucja się rozwinie, trzeba będzie wybatożyć królową. Rivarol z właściwym sobie cynizmem zapytał: „Co rewolucja zrobi z księżniczkami, jeśli wybatoży się królowe? ” Oświecenie zdjęło z arystokratycznych głów ciężar odpowiedzialności władzy wraz z mózgiem. Historyk oświecenia Michał Vovelle skonstatował smutno, że arystokracja XVIII wieku „wolała kurtyzany od Katonów”. Katastrofa majaczyła na horyzoncie. Oświecenie co prawda zlikwiduje tortury, ale ustawi gilotyny... Historycy są zgodni w przypisywaniu oświeceniowym filozofom autorstwa rewolucji francuskiej. Jej fałszywe akordy rozbrzmiewają w Europie do dziś, mącąc spokój i przyczyniając się do jej upadku. Ludwik Filip Orleański, syn perfidnego obywatela Filipa Egalite, notował w swoich pamiętnikach: „Najbardziej zdecydowani wrogowie rewolucji tak samo jak jej zwolennicy przyznają, że przygotowały ją i doprowadziły do niej pisma Woltera, Russa, Raynala, Mably’ego i niemal wszystkich pisarzy czasów Ludwika XV” . Ten bezdyskusyjny pogląd kwestionowała wyłącznie historiografia komunistyczna, wymyślając bajki o francuskiej biedzie i okrutnym absolutyzmie, wierząc na słowo kłamcom pokroju Aroueta, czy Diderota. Autor nieznanej prawie w Polsce pracy poświęconej przemianom politycznym w Europie na przestrzeni dziejów Aleksander Trzaska-Chrząszczewski twierdził, że jedną z istotniejszych przyczyn rewolucji było powodzenie nowych idei w najwyższych warstwach społecznych, które to poglądy rozbijały dotychczasowe autorytety religijne . Jako główną sprężynę rewolucji rozpatrywał oświeceniowych ideologów również Teodor Jeske-Choiński w swojej pracy „Psychologia rewolucji francuskiej”, przypisując specjalną rolę „Mefistofelesowi literatury” – „panu de Voltaire” . Odrzucając nudną argumentację a wykorzystując dowcip, drwinę, persiflaż, Arouet pociągnął za sobą znudzone, dojrzałe do rewolucji elity francuskie. „Lekki, przyjemny, zabawny, do wesołego śmiechu pobudzający, na wskroś francuski satyryk i sceptyk, wziął szturmem bezkrytyczną publiczność”. – pisał Jeske-Choiński. Dowcip przemieszany z uciążliwym dédain (z j. franc. pogarda) charakterystyczny dla całej francuskiej literatury oświecenia, miał sprawiać wrażenie wielkiego duchowego bogactwa rozdawanego na lewo i prawo, którego Francja już nie posiadała. Arystokracja niestety poszła na pasku wolteriańskiego intelektu. Kościół natomiast rozbity i rozbrojony przez zastępy Talleyrandów, Condillaców, Meslierów, czy Voisenonów, skrywających pod sutannami upudrowany filozofizmem libertynizm, nie był zdolny do żadnych zorganizowanych działań, poprzestając na tyleż groźnych co zabawnych pomrukach . „Niepojęty urok bezbożności sprawia – pisał de Maistre – że kochają ją nawet ci, dla których jest najśmiertelniejszym wrogiem, a głupia władza w chwili gdy bezbożnictwo ją uśmierca, na moment przed otrzymaniem ciosu bierze je w ramiona”. Cios okaże się dla Ludwika XVI i monarchii śmiertelny. Nowi „kapłani” społeczeństwa. Paul Johnson w swojej interesującej pracy poświęconej intelektualistom, wyszczególnił cechy charakterystyczne tej nowej grupy, zauważając jej niemalże „kapłański” charakter. Jego zdaniem, pojawienie się nowej kasty związane było ze zmierzchem i upadkiem dawnych elit religijnych. Pustkę wypełnił potworek, pożerający ludzi na śniadanie, żądający przy tym adoracji. „(...) pojawił się nowy typ mentora, chętny wypełnić pustkę i zdobyć posłuch społeczeństwa. Świecki intelektualista mógł być deistą, sceptykiem, lub ateistą. Niczym biskup lub proboszcz gotów był pouczać ludzkość, jak ma kierować własnym losem. Od samego początku głosił, że poświęca się dla dobra rodzaju ludzkiego i ma ewangeliczny obowiązek ulepszania świata. Podszedł do tego wyznaczonego sobie zadania bardziej radykalnie niż jego klerykalni poprzednicy. Nie czuł się związany żadnym dekalogiem religii objawionej. Skoro decydował zdrowy rozsądek, zbiorowa mądrość przeszłości, tradycja lub uświęcone kodeksy, doświadczenia przodków, miały obowiązywać jedynie w części albo być w całości odrzucone. Po raz pierwszy w historii człowiek zdecydował się twierdzić, coraz pewniej i śmielej, że może rozpoznać choroby gnębiące społeczeństwo i uleczyć je własnym umysłem” . Intelektualiści nigdy nie byli dobrymi lekarzami społecznymi – dotyczy to tak samo życiowego nieudacznika Jana Jakuba Rousseau, jak również wojskowego lekarza La Mettriego, dla którego leczyć, znaczyło obcinać ręce i nogi... Niemniej tworzyli barwną oranżerię indywiduów, bardziej przeznaczoną do cyrku niż na salony arystokracji. A właśnie te salony ówcześnie gwarantowały dobrobyt, rozdawały wieńce uznania, zaszczyty i godności. Witano na salonach uczonych światowców z honorami, stanowili oni ozdobę towarzystwa, starano się ich pozyskać, rywalizowano o ich względy a nawet wypożyczano ich. Na spotkaniach (tzw. obiadach), przy filiżance herbaty dyskutowano, kłócono się, rozwiązywano filozoficzne zawiłości z beztroską, którą odnajdujemy w licznych pismach Diderota. Obiady oświeceniowe były jednym z pierwszych miejsc prywatnych, gdzie kwitło myślenie opozycyjne, które przerodziło się w myślenie rewolucyjne, pisze francuski historyk Roger Chartier . „Zdradliwa konwersacja”, jak ją nazywa Jeske-Choiński, wywracała do góry nogami cały dotychczasowy obraz świata, jak gdyby chodziło o nowe urządzenie ogrodów księcia orleańskiego. Beztroska okazała się fatalna w skutkach. Hrabia de Ségur wspominał w swoich „Pamiętnikach” te zabawy w rewolucję filozoficzną i polityczną: „My, młodzież szlachecka nie troszcząc się o przeszłość, nie niepokojąc się przyszłością, ruszaliśmy się wesoło na kwiecistym dywanie, pod którym ukrywała się przepaść. Nam, śmiejącym się burzycielom staroświeckich mód, dumy feudalnej naszych ojców i ich poważnej etykiety, wydawało się wszystko, co było dawne, krepującym i śmiesznym. (...) Wesoła, dowcipna filozofia Voltaire’a wzięła nas, zajmując. Nie zgłębiając autorów poważniejszych, podziwialiśmy ją, jako dowód odwagi przeciw władzy absolutnej. Wolność, bez względu na to, jakim przemawiała językiem, podobała się nam dla jej odwagi, równość zaś dla jej wygody. Znajduje się przyjemność w zstępowaniu w dół, o ile się wierzy, iż można w każdej chwili, gdy się zechce, wrócić na górę. Nie przewidując skutków naszego radykalizmu, używaliśmy równocześnie przywilejów patrycjatu i słodyczy filozofii plebejskiej. (...) Dalecy od przewidywania nieszczęść, gwałtów, zbrodni obalenia tronu i zasad, widzieliśmy w przyszłości tylko wszelkie możliwe dobro, zabezpieczone ludzkości przez królestwo rozumu”. Zabawa w słowa, igraszka ideami – jak stwierdza de Ségur – powierzchowna, doskonała dla ignorantów, została ostatecznie skąpana w morzu krwi, o którym zdarzało się – dyskutowano na salonach! Ulubieńcem filozofów był przez pewien czas markiz de Pombal, portugalski minister odpowiedzialny za wywołanie, w imię rozumu, krwawej wojny o Paragwaj (zniszczono doszczętnie kilkusetletnią działalność misyjną wśród Indian i zaprowadzono na powrót niewolnictwo) i wyrzucenie jezuitów z Portugalii. Sprytna intryga filozofów, która uzyskała poparcie dworów doprowadziła do upokorzenia Kościoła, objawiającego się w kasacji zakonu w 1773 roku. „Pan de Voltaire” wraz z Diderotem ogłaszali tryumfalnie w 1772 roku, że likwidacja obskuranckiej Rzeczypospolitej będzie ekumeniczną Hostią zgody i jedności dla oświeconych wyznań chrześcijańskich Prus, Rosji i Austrii. Wszystko dla pieniędzy... i sławy. Warto w tym miejscu przypomnieć anegdotę dotyczącą spotkania Platona ze swoim uczniem, ponieważ pasuje ona wyśmienicie do obrazu oświeceniowych philosophes. Otóż, pewien młodzieniec spoza Aten chciał za wszelka cenę zostać uczniem sławnego filozofa. Po przybyciu do miasta skierowano go do domu Platona, który pozwolił łaskawie miłośnikowi wiedzy pozostać u siebie. Młodzieniec jednak po kilku dniach poprosił o skierowanie do domu „prawdziwego Platona”, wielkiego filozofa, ponieważ udzielający gościny mężczyzna jest prawdopodobnie człowiekiem o takim samym imieniu. Jakże podobny obraz kreślił w swoich wspomnieniach przyszły aktor wydarzeń rewolucyjnych Jan-Piotr Brissot. „Ja, młody neofita, nikomu nie znany, przybyłem, aby podziwiać wielkich ludzi lub słuchać filozofów. Spodziewałem się, że będą mili i dobroduszni, tak jak opisują się w swoich dziełach, ludzcy i tolerancyjni, ponieważ wciąż mówili o człowieku i tolerancji. Kiedy zobaczyłem ich, gdy zeszli ze swych piedestałów i mogłem ich z bliska ocenić, szybko prysły moje złudzenia. Pokochałem jeszcze bardziej filozofię, ale mało zwracałem uwagi na pewnych filozofów”. Trudno wymagać zbyt wiele od ludzi, ponieważ są ludźmi, słabymi ludźmi... Dotyczy to również „przyjaciół mądrości”. Niemniej, warto im się przyjrzeć bliżej jako prekursorom dzisiejszych „niezależnych autorytetów moralnych”. Wszyscy bez wyjątku filozofowie XVIII wieku wisieli u pańskiego stołu. Syn nożownika, Denis Diderot byłby biednym pismakiem, gdyby nie pomoc carycy Katarzyny II, która w zamian za słane z Paryża pochlebstwa kupiła całą bibliotekę encyklopedysty, pozostawiając mu ją w dożywotnie użytkowanie, jednocześnie wypłacając pensję za pięćdziesiąt lat z góry, za opiekę nad książkami. Trudno powiedzieć, która cześć poglądów Diderota zrobiła największe wrażenie na Katarzynie II, skoro po jego wizycie w Petersburgu pisała w liście do pani Geoffrin, że „uda ma zupełnie obolałe i czarne od sińców”. Z kolei „pan de Voltaire” znudzony paryskimi sprawami pozwolił się kupić Fryderykowi II, mającemu ambicje intelektualne władcy Prus, marzącemu o stworzeniu najlepszego salonu towarzyskiego w poczdamskim Sansouci. Arouet przybył do Berlina w 1750 roku, gdzie odebrał pensję w wysokości 20 tyś franków, wysoki order, tytuł szambelana i mieszkanie w królewskim pałacu. W zamian za to zobligowano go do poprawiania francuskich wierszy Fryderyka. Ta oczywista degradacja nie odpowiadała ambicjom stworzonego do innych celów filozofa. Współpraca zakończyła się w 1753 roku siermiężną kłótnią i zerwaniem wszelkich stosunków z Fryderykiem II. Cała Europa wiedziała, że Arouet został szambelanem za pochlebstwa pod adresem mętnego dziełka pełnego hipokryzji „Anty-Machiavel”, napisanego przez króla Prus. Encyklopedysta musiał znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie swojego dość pokrętnego postępowania. Zdaniem „pana de Voltaire” „literat jest bezbronny, przypomina latającą rybę. Jeśli się trochę wzniesie, zadziobią go ptaki; jeśli się zanurzy, zjedzą go ryby”. Aby przeżyć i wypełnić swoją misję, literat potrzebuje mecenatu państwowego. Opinia ta wyrażona w „Słowniku filozoficznym” dzięki następnym pokoleniom poprawiaczy świata stała się nieśmiertelna. Wcielał ją w życie „człowiek paradoksu” – Rousseau – zegarmistrz, lokaj, włóczęga, nauczyciel prywatny, kopista nut, wreszcie protegowany arystokracji (min. pani d’Houdetot), oraz eks-lekarz wojskowy La Mettrie, zawodowy obrazoburca, przepędzany z miejsca na miejsce, sponsorowany szczodrze przez Fryderyka II, który nie przeczytał ani jednego jego dzieła. Robespierre w czasie trwania swojej okrutnej dyktatury surowo osądził encyklopedystów, przedstawiając ich jako pazernych lokajów ancien regime’u, z jednej strony liczących na szczodrość arystokracji, a z drugiej podkładających miny pod gmachem państwa. Nie była to odosobniona opinia. W walce o godności dobrze wychowani filozofowie przypominali raczej wściekłe psy walczące o rzucone ścierwo. Brissot wspominał francuskiego fizyka Laplace’a atakującego zawzięcie sięgających po lury młodych naukowców, podważających cześć jego przekonań. „(...) nie mogłem znieść, gdy traktował arogancko i despotycznie pewnego fizyka tylko dlatego, że nie miał tak jak on miejsca w Akademii”. – pisał Brissot. Nie miał miejsca w Akademii, ponieważ nie posiadał odpowiedniej protekcji, tak jak Laplace i jak Arouet. Gdybyśmy zaakceptowali oświeceniowe spojrzenie na rozwój nauki, niechybnie pogrążylibyśmy się doszczętnie w naukowym sekciarstwie, które niestety kwitnie na niektórych współczesnych uniwersytetach i w licznych naukowych środowiskach. Arouet stracił kilka lat na niszczenie Rousseau, tylko dlatego że pochodzący z Szwajcarii filozof skrytykował bezwiednie poemat Aroueta „Na ruinę Lizbony”. Zwieńczeniem walki była publikacja „Kandyda” wymierzonego w optymistyczną filozofię Rousseau i Leibnitza. Z kolei Diderot, w zabiegach o sławę i dostatek schlebiał gustom ulicy pisząc brukowe poematy i opowiadania w stylu „Sofy” Crébillona. Posunął się do zżynania fragmentów i kradzieży pomysłu z opowiadania angielskiego pisarza Laurence’a Sterne’a „Życie i myśli J.W. Pana Tristrama Shandy”. W ten sposób powstał sławny „Kubuś fatalista i jego pan”. Diderot miał świadomość swojego miernego talentu, większą cześć swojego dorobku ukrywał w rękopisach, odkrytych w czasie rewolucji. W swoim dramacie „Kuzynek mistrza Rameau” Diderot nie zostawił suchej nitki, na tych którym zawdzięczał swoją wielkość. To wybitnie destrukcyjne dzieło, nazwane przez Balzaca słowami samego Diderota „książką umyślnie rozchełstaną’, „pamfletem wygłoszonym bez żadnych obsłonek”, dziełem zbudowanym „jedynie z gruzów”, „gdzie – jak pisał Balzac – zdeptano wszystko korząc się wyłącznie przed tym, co uznaje sceptycyzm: wszechmoc, wszechwiedzę, wszechkonwenans pieniądza”. Gdyby nie potęga nowego boga burżuazji, Denis Diderot byłby wyłącznie inteligentnym właścicielem warsztatu wyrabiającego noże na potrzeby rzeźników. Diderot pragnął uzbroić tłum w noże stokroć niebezpieczniejsze – zgorzknienie, zawiść i nienawiść pozbawioną nadziei. Przebywający w Paryżu oświeceniowy historyk angielski Edward Gibbon nie potrafił zrozumieć mentalności francuskich filozofów, ich sekciarstwa i ciemnoty. „(...) kapryśna tyrania Madame Geoffrin była dla mnie często nie do zniesienia, nie mogłem też zaakceptować nietolerancyjnej gorliwości filozofów i Encyklopedystów, przyjaciół Holbacha i Helvetiusa. Drwili ze sceptycyzmu Hume’a, głosili ateizm z dogmatyczną bigoterią i skazywali wszystkich wierzących na piekło swej pogardy i kpin”. Autor skierowanego przeciw ciemnocie filozofów pamfletu „Historia Kakuaków”, Mikołaj Moreau, zaskarżony przez obrońców swobody myśli i przekonań musiał stawić się przed sądem. Pamflet został uroczyście potępiony zgodnym słowem encyklopedystów. Pycha pozwalająca Galianiemu nazywać swoje wypociny „listami św. Pawła” („Moje listy są jak listy św. Pawła(...). Przeczytajcie je zatem moim przyjaciołom”) pozwalała filozofom wygłaszać opinie tak niedorzeczne, że aż trudne do uwierzenia. „Pan de Voltaire” zapytany skąd biorą się muszle w rozpadlinach szwajcarskich Alp, odparł poważnie, że są one efektem średniowiecznych pielgrzymek do Santiago de Compostelli. Każdy z pielgrzymów zabierał znad Atlantyku muszle, a wracając do domu wrzucał je w rozpadliny skalne. Raczkująca geologia głosząca w XVIII wieku pogląd, że duża cześć ziemi znajdowała się dawno temu pod wodą, narażała się na szykany Aroueta i jego kolegów, z powodu wiary w katolickie przesądy (potop). Diderot w „Encyklopedii” oświadczał autorytatywnie, że chrześcijaństwo nie posiada żadnego znaczącego wkładu w sztukę i kulturę, stając się wrogiem dostatku. „Tymczasem chrześcijaństwo, które zakazuje luksusu, dusi i niszczy rzeczy, od których zależy dobrobyt. Duch negacji i wyrzeczenia się wszelkiej próżności doprowadza do lenistwa, biedy i zaniedbania wszelkich sztuk. Już więc z samej swej istoty niezdolne jest do tworzenia szczęścia w państwie”. Myliłby się ten, kto myślałby, że oświeceniowi filozofowie chociaż oszczędzą starożytnych w myśl stwierdzenia Diderota postrzegającego powinowactwo ideowe z antykiem. Dla filozofów, piramidy były „kupą gruzu” usypaną przez ludzką ciemnotę, klasyczna filozofia, nic nie znaczącym epizodem w historii ludzkości, zbiorem niepoważnych dykteryjek . Jeśli już coś pociągało filozofów w antyku, to republikańskie szaty, w których fałdach łatwo było ukryć sztylety Brutusa. Korzenie dnia dzisiejszego. Motłoch zawsze ulega emocjom, zawsze gotowy jest do łapania za kamienie, uwielbia ratować kolejnego Barabasza, kieruje się namiętnościami, z których Helvetius uczynił siłę sprawczą działania człowieka w swoich koncepcjach filozoficznych. Motłoch w XVIII wieku wdarł się na salony, zdobył godności, zawłaszczył urzędy i zaszczyty, wreszcie – obalił trony budując parlamenty – kondensatory ulicznej głupoty. Ostatnia podróż do Paryża „pana de Voltaire” w 1778 roku była jego największym tryumfem. Paryżanie całowali konie zaprzężone do jego karocy, wiwatując na jego cześć, jak na część samego monarchy. W rewolucyjnym Paryżu adorowano wystawiane na publiczny widok włosy z futra „pana de Voltaire”, jego filiżankę oraz krzesło... Józef de Maistre notował: „Bezgraniczny podziw, jakim otacza go nazbyt wielu ludzi, jest nieomylną oznaką skażonej duszy”. Tak było zawsze, i w czasach przypudrowanych peruk, i w czasach krojonych na miarę garniturów. Jakub Burckhardt trafnie oceniał zaistnienie nowej ideologii w XVIII wieku, jako powstanie nowej religii opozycyjnej wobec chrześcijaństwa. XIX wiek był stuleciem rozdarcia i walki pomiędzy dwiema koncepcjami życia. Stulecie to zostało przegrane w wieku następnym przez zdradę i dezercję samych obrońców „Szańców Św. Trójcy”. Żyjemy w epoce oświecenia. Tkwimy w niej. Zakrywa bielmem sceptycyzmu nasze oczy. Zakleja nasze uszy na Piękno i Prawdę. Zapełnia dusze szlamem współczesnego chaosu. Novalis oskarżał filozofów o mord na „poezji”, o dokonanej na naturze, ziemi i duszach zbrodni z premedytacją, polegającej na wymazaniu jakiegokolwiek śladu świętości, wzniosłości i barwności z życia ludzi. Eksperyment Woltera trwa. Widzimy go w sielankowych akordach mitu „o końcu historii” Fukuyamy, bliźniaczo podobnych do końcowej apoteozy mozartowskiego „Czarodziejskiego fletu”. Duch Rousseau napiętnował granit na grobowcu Ronalda Regana oświeceniową inskrypcją: „Wierzę, że człowiek z natury jest dobry”. Granit jest jednak cierpliwy. Telewizyjne reklamy chłoszczą nas, niczym bicze markiza de Sade, dewizą Helvetiusa – „uwierz swoim namiętnościom”. Z ust postępowych intelektualistów leje się miód przyszłych możliwości, które osiągniemy po odrzuceniu przesądów zdefiniowanych przez encyklopedystów. Historia Europy rozpoczyna się w XVIII wieku, zapewniają nas członkowie szacownego Konwentu Europejskiego przebrani w ateńskie tuniki. Nie ma miejsca w niej na chrześcijańskie „święte trucizny”. „Członkowie wspólnot religijnych muszą tolerować i akceptować negowanie ich przekonań religijnych, a nawet propagowanie zasad wrogich wierze”, czytamy w uzasadnieniu odrzucenia skargi wydanej przez Europejską Komisję Praw Człowieka w 1997 roku. Europa osiągnęła idealny stan obłąkańczej obsesji starca z Ferney. I tylko piasek na Boskich ścieżkach błyszczy, wskazując nielicznym wędrowcom właściwą drogę . * * * Curzio Malaparte twierdził, że Wolter był przed II wojną światową przedstawicielem amerykańskiej firmy na Bliskim Wschodzie, ale pobyt w Palestynie zakończył się dla niego fatalnie . Zapowiedziane przez Najwyższego zderzenie Woltera z rzeczywistością XXI wieku było równie bolesne. Naprzód spodobało mu się, że „Nierządnica” zaakceptowała jego pogląd, wedle którego wolny człowiek idzie do nieba drogą, która mu się podoba. Jednak, kiedy zaprotestował w jednym z paryskich kościołów przeciwko rażącemu odejściu od prawd rozumu, objawiającym się w naiwnej wierze w możliwość mówienia różnymi językami w trakcie ekstatycznych tańców, został wyzwany od bigotów i tradycjonalistów, po czym pana Woltera wyrzucono bezceremonialnie za drzwi ciskając za nim różańcem. Kiedy ujawnił się na spotkaniu loży wersalskiego Grand Orientu zrazu przyjęto go jak wariata, ale kiedy rozpoznano w nim swojego „Ojca Założyciela”, prezydent Chirac, przeprosił „Mistrza Woltera” za niemożność reaktywacji członkostwa ze względu na „dwuznaczną przeszłość”. Tonąc w zapewnieniach o pamięci i robiąc znaczące perskie oko, przepraszał myśliciela za wszystko, tłumacząc się wymogami bieżącej chwili politycznej, która zmusza do kontynuowania wytyczonej linii i trzymania się z dala od osób podejrzanych o głoszenie antysemickich poglądów. Wolter przypomniał sobie swoje wycieczki pod adresem Narodu Wybranego. Okazało się, że zostały skwapliwie zebrane przez sztab oficerów izraelskich służb specjalnych jako corpus delicti i stanowią niezbity dowód na genetyczną nienawiść chrześcijaństwa do Żydów. Sprawą jednak zainteresowała się żądna sensacji prasa i wszystko zaczęło wokół Woltera „śmierdzieć”. Rudowłosa dziennikarka, specjalistka od action direct reportażu, przycisnęła Woltera do ściany i zasypała patriarchę z Ferney pytaniami, a kiedy ten starał się wyłożyć całą złożoność sytuacji wedle praw erystyki opartych na władzy rozumu, przerwała mu nie dopuszczając do głosu i... tego autor „Kandyda” nie wytrzymał. Uciekł. Za Wolterem rozpisano listy gończe. A tymczasem, pismacy z paryskiej prasy bulwarowej wyciągali jego kolejne grzechy – prawdziwe i domniemane. Jeśli kogoś nienawidzisz, spuść z łańcucha dziennikarzy. Z pozwem do sądu wystąpiła organizacja „SOS Rasizm”, przypominając filozofowi jego słowa nienawiści rzucane garściami pod adresem Murzynów, popierające eksploatację czarnych niewolników w koloniach. Sprawa zaczęła zahaczać o „zbrodnie przeciwko ludzkości”, które nie ulegają w Europie przedawnieniu. W ten sposób Wolter trafił nad Wisłę. Uciekając przed tolerancyjnym wymiarem sprawiedliwości i przestrzegającym praw człowieka aparatem ścigania zawędrował pod latarnię, pod którą zawsze jest najciemniej. Czy szukałby ktoś Woltera w „katolickiej”, „wiernej papieżowi” Polsce? Toż to nie przyszłoby do głowy nawet okolonemu antycznym wieńcem mądrości profesorowi Geremkowi – myślał jasno Wolter. Wolter zaszył się w Warszawie, ale było za głośno. W związku z czym przeniósł się do Krakowa. Zawędrował właśnie na – jego zdaniem – obskurancki rynek zastawiony bez gustu pomnikami pełnej przesądów historii Polski, na którym kłębił się różnobarwny tłum. Dwie wrogie zbiorowości obrzucały się inwektywami. Policja w beznadziejnym staraniu ratowała resztki społecznego porządku. Ludzie śpieszący do swoich zajęć – matki z dziećmi pędzące gotować obiady, biznesmeni goniący do swojej ulubionej knajpy na obiad – przechodząc obok tęczowego zbiorowiska „Marszu Tolerancji” pukali się w czoło na znak dezaprobaty. Wrodzona ciekawość Francuza cisnęła go w pobliże całego zdarzenia. Pomimo tego, że nie znosił śmierdzącego tłumu, Wolter przemógł wstręt. Wymagało tego uskuteczniane przez całe życie poświęcenie w walce z dyskryminacją i ciemnotą. Cóż znaczy smród niemytych ciał, wobec potęgi ludzkiego rozumu! A tu przecież zalęgła się ciemnota, ubliżająca człowieczej godności, którą należało odesłać do racjonalistycznego piekła. Wolter stając po przeciwnej stronie policyjnego kordonu, począł obrzucać inwektywami grupkę klerykałów. Poczuł się przez moment, jak za starych dobrych czasów, kiedy słał bezbożne listy po całej Europie. Na tym się znał i nawet sam Pan Bóg nie mógł mu odmówić w tym mistrzostwa. „Precz z zabobonem!” – krzyczał starzec, zapominając o zmartwieniach. „Precz z ciemnotą!” „Precz z chrześcijaństwem!” – sam zdziwił się, że z taką łatwością formułuje tylko negujące hasła. Wysilił mózgownicę skrywaną przez ponad osiemdziesiąt lat pod peruką by skonstruować jakieś hasło pozytywne i afirmujące, po czym zawył: „Wolność dla sodomitów!” „Swoboda dla zboczeńców!” Tłum tęczowych przebierańców zamarł ze zdziwienia. „Zdrada!” – wydarł się okrzyk z kilkudziesięciu gardeł, a silne ramiona stworzone do przytulania i miłości rozdarły policyjny kordon, jak delikatną girlandę kwiatów. Groźny tłum organizatorów „Marszu Tolerancji” ruszył w kierunku zdezorientowanego filozofa. Wolter podał tyły. Uciekając wzdłuż rynku ciągnął za sobą różnokolorowy peleton ścigających go demonstrantów. Nieopodal ulicy Floriańskiej, starzec zaczął słabnąć. Zwolnił biegu, potknął się dwa razy. Za trzecim razem zahaczywszy o zdradliwy krakowski koci łeb stracił całkowicie równowagę, wymachując rękami runął do przodu, by zniknąć pod stosem przygniatających go męskich ciał. „Myśli uważanej za granit czas nadaje w końcu konsystencję korka” – pomyślał królewski błazen, przyglądający się całemu ulicznemu zajściu, po czym wrócił do swojego ulubionego kufla piwa. |
|||