Ostatnie dni wolności. Z późniejszych
rewelacji uciekiniera na Zachód, pułkownika Kuklińskiego, wynika że stan
nadzwyczajny przygotowywany był od wczesnych dni solidarnościowej
opozycji. Zgodnie z tymi relacjami w grudniu 1981 nadeszła oczekiwana
chwila i lont już się palił. Dywizje rosyjskie, jak publikowała
zachodnia prasa, rozlokowane były w pobliżu wschodnich granic Polski,
garnizony rosyjskie w Polsce i NRD w stanie ciągłego pogotowia,
sojusznicza armia wschodnich Niemiec - jak zawsze gotowa do blitzkrigu.
Dzisiaj już trudno ocenić czy zagrożenie inwazji było rzeczywiste czy
tez stanowiło kunsztowny kamuflaż, rodzaj politycznego alibi dla
Jaruzelskiego i jego pomocników. Ale psychoza inwazji została
zaszczepiona, a w tym samym czasie Wałęsa krążył po biurowcu
„Solidarności” z oczami w podłodze, unikając dziennikarzy i kolegów.
Gafa radomska była dla niego ewidentna od momentu ujawnienia podsłuchu
lub przecieku. W tej atmosferze doszło do kolejnego posiedzenia Komisji
Krajowej w dniach 11 i 12 grudnia 1981. Współprzewodniczyłem tym
obradom, różnica atmosfery w stosunku do chaosu posiedzenia radomskiego
była widoczna. Pomimo zakłopotania i zawstydzenia z tytułu wpadnięcia w
głupią pułapkę - obrady były rzeczowe. Głównie dyskutowano politykę
związku w rożnych wersjach rozwoju najbliższych wydarzeń. A rozwój tych
najbliższych wydarzeń stawał się coraz bardziej oczywisty. Od wczesnych
godzin wieczornych 12 grudnia - do siedziby Komisji Krajowej napływały
telefony i telexy informujące o ruchach dużych kolumn zmotoryzowanych
wojska i ZOMO. Uchwalono decyzję o strajku powszechnym jeżeli rząd
zdecyduje się wystąpić zbrojnie (czołgi już grzechotały na zmarzniętym
bruku całego kraju) przeciwko Solidarności i świeżo nabytym swobodom
politycznym. O dziwo nikt nie mówił o Budapeszcie i Pradze - ale mogę
się założyć że każdy o tym myślał. O dziwo również - te same telexy,
które mówiły o ruchach wojsk - informowały o nieograniczonym poparciu
dla decyzji Komisji Krajowej.
Obrady skończyły się późno - znacznie po północy. Większość z nas,
uczestników obrad zakwaterowanych w hotelu Monopol, szła ze Stoczni do
hotelu pieszo. Po dwóch dniach w zadymionej sali, lekko mroźna noc z
czystym powietrzem, była jak odtrutka. Kilku niespokojnych dyskutowało
sytuację i drogi ewentualnej ucieczki. Wydaje mi się, że byli to
nieetatowi członkowie Komisji, którzy przybyli na dwudniowe obrady
pozostawiając niespokojne i oczekujące ich powrotu rodziny w domu.
Przyznam, że ja byłem tak zmęczony, że myślałem tylko o łóżku i
odpoczynku. Zasnąłem też od razu, zaniedbując nawet zamknięcie drzwi na
klucz. Gdzieś nad ranem zbudził mnie jeden z kolegów - chyba Konarski,
ale dziś już nie jestem pewny - informując w podnieceniu, że bezpieka
aresztuje działaczy „Solidarności” mieszkających w hotelu. Może trudno w
to uwierzyć - ale powiedziałem aby dał mi spokój i zasnąłem znów. Przez
sen słyszałem jakąś bieganinę, hałasy a później głośniki uliczne
powtarzające bardzo głośno jakiś komunikat. To ostatnie obudziło mnie w
końcu. Przemawiał Jaruzelski - uchwyciłem zdanie - .. „jak długo
wyciągnięta ręka może napotykać zaciśnięta pieść”’... i gdzieś w
późniejszym kontekście słowa – „stan wojenny”. Potem nastąpił bełkot
cytujący jakieś przepisy prawne - i przestałem słuchać. Znów zapadłem w
sen.
Nazwa Wojenna Rada Ocalenia Narodowego pojawiła się w pierwszych
deklaracjach stanu wojennego wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 i w tym
samym dniu zyskała sobie nadany społecznie pseudonim “Wrona”. Była to
śnieżna zima i jak każdego roku stada głodnych wron błąkały się po
ulicach Trójmiasta, konkurując z mewami o odpadki żywności. Ale w tym
roku ignorowane zawsze wrony spotykały się, w imię politycznego
pokrewieństwa, z wrogimi gestami. Padały kamienie, ludzie spluwali i
mruczeli epitety, kilka niewinnych ptaków zawisło nawet na latarniach.
Tymczasem WRON-a, polityczne dziecię Jaruzelskiego, zachowywała się
zgodnie ze skrupulatnie przygotowanym planem. Wczesnym rankiem, po
sygnalizowanych w nocy z 12 na 13 ruchach kolumn samochodów i czołgów w
całym kraju, Służba Bezpieczeństwa, Zmotoryzowane Oddziały Milicji
Obywatelskiej i wybrane oddziały Wojska Polskiego były na stanowiskach i
gotowe do akcji. W oznaczonym czasie zaczęto wyłamywać drzwi biur
„Solidarności” i aresztować działaczy. Wczesne edycje prasy codziennej
były przygotowane, tak samo programy radia i telewizji. Zgodnie z
krzykliwą propagandą stan wojenny był ostatnią deską ratunku przed
agresją antysocjalistycznych sił atakujących ustrój i święte polityczne
sojusze i usiłujących siłą wydrzeć władzę z przyjaźnie wyciągniętych rąk
Rządu PRL. Zgodnie z cytowanymi we wszystkich środkach masowego przekazu
długimi listami nakazów, zakazów i kar - prawa obywatelskie zredukowano
do możliwości oddychania i wytężonej pracy dla dobra socjalizmu. Czas
stania w kolejkach po żywność został drastycznie ograniczony przez
wprowadzenie godziny policyjnej (milicyjnej?). Kolejki zresztą zostały
zdelegalizowane przez zakaz gromadzenia się. Kary za naruszanie dekretów
stanu wojennego były surowe - tryb doraźny, trzykrotne „przebicie”
maksymalnych kar przewidzianych kodeksem karnym, wiele wykroczeń
zagrożonych karą śmierci. W sądach stanu wojennego mogli bronić
wyłącznie wytypowani przez WRON adwokaci. Tryb doraźny nie przewidywał
odwołań od wyroków. Czytając dużo później, już na emigracji, książkę
Wiliama Shirera „Wzrost i upadek Trzeciej Rzeszy” stwierdziłem dziwną
analogię praw stanu wojennego w Polsce z opisanymi w rozdziale „Życie w
Trzeciej Rzeszy 1933 -37” prawami hitlerowskich Niemiec. Myślę obecnie,
że jedynie zawdzięczana reakcji świata nieskuteczność i krótkotrwałość
stanu wojennego zapobiegła pogłębieniu tej analogii.
Jak to wyglądało w praktyce? Nie miałem zbyt wiele czasu na gruntowne
obserwacje tego co się działo w Trójmieście. Po pierwsze - byłem na
wolności krótko, tylko do 16 grudnia. Po drugie - mój cały czas
wypełniony był naruszaniem owych praw stanu wojennego. Aby wywiązać się
z tych moralnych i społecznych zobowiązań narzuciłem sobie jeden
podstawowy rygor - nie czytać i nie słuchać detali wprowadzonych „praw”.
Drugi rygor - nie myśleć o pozostawionej w domu żonie w dziewiątym
miesiącu ciąży, co było trudniejsze do wykonania.
Ranek 13 grudnia, już po moim ostatecznym przebudzeniu, rozpoczął się
hałasem głośników ulicznych i jakąś bieganiną pomiędzy hotelem Monopol,
gdzie służbowo mieszkałem, a Dworcem Głównym. Kiedy podszedłem do okna,
z obu tuneli wiodących pod ulicą do dworca unosił się błękitnawy dymek.
Na przeciwległym chodniku parkowały dwie milicyjne „suki” do których
ludzie w mundurach pakowali cywilów. Ktoś, nie goniony, uciekał
chodnikiem aby po chwili być zatrzymanym przez wyskakujących z bramy
innych mundurowych. Głośniki ryczały niezrozumiale - dwa z nich były w
rożnej odległości i wpadały sobie w pół słowa. Ale sytuacja, w świetle
wczorajszych informacji o ruchach wojsk, wcześniejszych zapowiedzi stanu
nadzwyczajnego i nocnych niepokojów, była klarowna. Mamy stan
nadzwyczajny! Zasłyszane w półśnie, w nocy, słowa „stan wojenny” nie
kojarzyły się jeszcze z sytuacją - bo kto mógł nas napaść?
Przyzwyczajony do głośnikowych wrzasków towarzyszących „Solidarności” od
półtora roku i do kilku wydawałoby się podobnie podbramkowych sytuacji,
zachowywałem się jak codzień. A więc prysznic, golenie i śniadanie.
Byłem zawsze oszczędny - a więc miałem jedzenie i czajnik w hotelowym
pokoju. Siedziałem przy oknie obserwując trwające ciągle zamieszanie pod
dworcem i żułem dość czerstwy chleb - dwa ostatnie dni wypełnione
posiedzeniem Komisji Krajowej nie pozwoliły na zakupy. Prawie skończyłem
kiedy wpadł któryś z naszych i stanął w drzwiach patrząc na mnie jak na
wariata - śniadanie na stole, pościelone łóżko i pełna gęba. Jego
relacja była czarna - wielu naszych aresztowano, część w ucieczce
okrężnymi drogami do rodzin (wielu uczestników konferencji przyjechało
tylko na dwa dni). Wiele drzwi w hotelu z wywalonymi zamkami. Reszta
niewiadoma.
Po chwili dołączyło kilku innych niedobitków i Andrzej - kierowca
Wałęsy, ciągle w posiadaniu zatankowanego samochodu (mój własny,
prywatny, samochód stał przed hotelem z opróżnioną chłodnicą i
wymontowanym akumulatorem). Kierunek działania był praktycznie tylko
jeden - jedziemy na Grunwaldzką do biur Krajowej Komisji. Przed KK nie
było wojska ani ZOMO, był za to mały tłumek zaskoczonych i
przestraszonych rozwojem wydarzeń ludzi. Między nimi był też Henio Mażul
- nieodstępna prawie ochrona Wałęsy - tym razem roztrzęsiony i ze łzami
w oczach. – „Lechu aresztowany” powiedział i wyraźnie oczekiwał od nas
rady czy słów otuchy. Tego samego oczekiwali od nas ludzie z tłumu. Ale
były też inne nastroje. Kilku uczestników tego „niedostrzeganego”
ostentacyjnie przez wojowniczą władzę zgromadzenia wznosiło coraz
śmielsze okrzyki typu –„czerwona zaraza” ,”ruskie pachołki” i coraz
częściej napomykało o komitetach i butelkach z benzyną. Późniejsze
doświadczenia stanu wojennego nauczyły mnie, że w tłumie zawsze
najgłośniej krzyczy prowokator. Najwyraźniej to było widoczne dwa dni
później w Stoczni Gdańskiej, w nocy - kiedy „anonimowi aktywni”, w
ciemności, wyrażali obawy, że przywódcy już uciekli, prowokując tym
samym do odpowiedzi i ujawnienia naszych miejsc w ciemnych halach. Ale o
tym później. W ten zimowy ranek 13 grudnia, wojownicze okrzyki
zapachniały Poznaniem, Budapesztem i Gdańskiem sprzed lat. Wyprowadzić
ludzi na ulice i pozwolić sprowokować do agresji - to było to na co
Jaruzelski i WRONa liczyli najbardziej. W obronie komitetów, jak uczyła
historia, można było mordować bezkarnie. Trudno byłoby o lepsze
uzasadnienie stanu wojennego w oczach świata niż palący i rabujący tłum
na ulicach. A kto w tym tłumie palił i rabował pozostałoby słodką
tajemnicą WRONy. Myśl o prowokacji nie była tak klarowna wtedy jak
dzisiaj, z pozycji retrospekcji. Ale były klarowne inne rzeczy: Po
pierwsze - siłowego konfliktu przeciwko czołgom i wojsku nie można było
wygrać. Po drugie - jak wskazywało doświadczenie ostatnich osiemnastu
miesięcy - ludzie w konflikcie z wyrodną władzą byli najbezpieczniejsi w
zakładach pracy. We własnych domach byli rozbici na jednostki, podatni
na strach, perswazje powtarzających dekrety rodzin, podatni na
indywidualne represje i przesłuchania. W zakładach pracy ciągle byli
siłą zdolną do demonstracji dostrzegalnej przez resztę świata woli
poszanowania praw człowieka, których przez wiele lat PRL im odmawiała.
Kilkadziesiąt minut zajęło przekonywanie obecnych, że w zaistniałej
sytuacji jest to jedyna możliwość. Po tym czasie krzykacze stali się
widoczni i zaczęli zwracać uwagę otoczenia, więc sprawnie rozproszyli
się i zamilkli. Można było sprawdzić co się stało w budynku Komisji
Krajowej.
Na parterze budynku mieściła się sala obrad i pracownia fotograficzna
„Solidarności”. W obu zamki były wyłamane - podłoga pracowni zasłana
papierami, wybebeszone szafki, rozlane odczynniki. Pomyślałem – „diabli
wzięli moje negatywy z Filipin, Rzymu i Paryża”, które oddałem tu do
obróbki dwa dni temu. Poszliśmy na górę, na piętra zajmowane przez biura
KK. Tutaj wyglądało nawet gorzej - sprzęt porozbijany, papierów po
kostki, szafy pootwierane. Moje zdziwienie wzbudził fakt, że wiele
materiałów atrakcyjnych dla służb bezpieczeństwa zostało po prostu
wmieszane w ten gigantyczny śmietnik a nie skrupulatnie zabrane. Ktoś z
ukrytych sympatyków zrobił dobrą robotę na początku włamania, albo też
spodziewano się tak totalnego zniszczenia wrogów ustroju, że babranie
się z dowodami nie wydawało się konieczne. Telefony były nieczynne. Tu
już nie było co robić.
Przed Stocznią Gdańską zbierali się ludzie. Nie był to jeszcze gęsty
tłum jaki wypełniał plac w ciągu następnych dni, ale było ich sporo.
Wielu ludzi szło w kierunku bramy i po krótkiej wymianie słów ze służbą
porządkową wchodziło. Wyglądało, że sytuacja rozwija się jak powinna.
Nie pamiętam obecnie, czy zatrzymaliśmy się wtedy na chwilę czy nie.
Naszym zamiarem było sprawdzić co się stało z Lechem Wałęsą - więc
pojechaliśmy na Zaspę. Mundurowych nie było widać, żona Lecha i gromada
dzieci byli w domu. Z relacji pani Danuty wynikało, że scenariusz jego
zatrzymania nie był wyreżyserowany do końca. Służba Bezpieczeństwa
zaczęła się dobijać do drzwi wcześnie przed świtem i przez wizjer było
widać, że było ich dużo. Ale nie zostali wpuszczeni i nie forsowali
drzwi siłą. Część została na schodach a część opuściła dom aby po jakimś
czasie powrócić z jednym z gdańskich oficjeli - chyba pierwszym
sekretarzem KW Fiszbachem. Był on w dobrych układach z „Solidarnością” w
ciągu ostatnich miesięcy i miał swojego rodzaju, niezdewaluowany
jeszcze, kredyt zaufania. Został wpuszczony z kilku innymi, pozostali
czekali nadal na schodach. Wałęsa perswazją i groźbą użycia siły został
przekonany i udał się do czekającego samochodu. Tyle z tej relacji
pamiętam, nie wykluczam że mogłem po latach coś przekręcić - to byla ta
sfera działań w których nie brałem bezpośredniego udziału. Ciągle w
czwórkę, bo tylu mieścił poza kierowcą Andrzejem, służbowy fiat KK,
udaliśmy się do Portu Północnego, gdzie według pochwyconych po drodze
informacji, zebrało się wystarczająco wielu ludzi aby myśleć o
zorganizowanej formie oporu.
Musze tu zrobić jedno zastrzeżenie - w dalszym opisie będę unikał
posługiwania się nazwiskami i imionami uczestników wydarzeń. Przepraszam
wszystkich, którzy poczują się tym dotknięci - nie mam na celu
umniejszania ich roli. Po prostu po dziesięciu latach mieszkania w
Australii, bez możliwości powracania w dyskusjach i spotkaniach do
tamtych dni, mogę przekręcać lub mylić nazwiska i osoby. Proszę
pamiętać, że były to czasy szybko następujących po sobie wydarzeń, kiedy
znacznie ważniejsze były dla mnie podejmowane decyzje niż szczegóły
otoczenia. Proszę również pamiętać, że w ciągu następnych dwóch lat
byłem pozbawiony wszelkiego kontaktu z współuczestnikami owych wydarzeń
i że w owych czasach zapominanie ich nazwisk było dobrym zwyczajem i
mogło leżeć w ich interesie.
W Porcie Północnym sala stołówki była pełna. Grupy pracowników
gromadziły się również w innych miejscach rozległego portu. Część ludzi
pracowała, odcinając się od jakiegokolwiek udziału w wydarzeniach
politycznych, ale była to mała część. Reszta oczekiwała informacji,
propozycji i nade wszystko potwierdzenia, że „Solidarność” nadal
istnieje i jest zdolna do działania. Myślę że Zarząd Okręgu Gdańskiego i
zarządy dużych zakładów przemysłowych jak Port czy Stocznia miały
przygotowane scenariusze działania na wypadek stanu nadzwyczajnego,
który od tygodnia wisiał w powietrzu. Jednakże ludzie bali się
odosobnienia od innych zakładów i szukali potwierdzenia, że nadal są
częścią wielomilionowej organizacji. Dlatego nasza obecność i nasze
wystąpienia były przyjmowane z aplauzem.
Nigdy przedtem nie byłem na terenie Portu Północnego, nie znałem tu
żadnych ludzi. Ale byłem znany z nazwiska i dzięki nie zawsze
przychylnej telewizji, z wyglądu i to w tym pierwszym wojennym dniu
zjednywało mi przychylność i zaufanie otoczenia. Czasami sympatia
okazywana była w sposób tak prosty i nieostentacyjny, że pomimo napięcia
sytuacji wzruszała. Pamiętam była pora posiłku - kuchnia serwowała
kawałki kurczaków. Ludzie w tych czasach nigdy nie byli przekarmieni i
nikt nie wiedział czy będzie jadł jutro. Stali w długiej kolejce i każdy
brał swoją porcję na talerzu a następnie szukał miejsca przy stole, przy
parapecie lub na podłodze pod ścianą. Ja nie bardzo miałem na to czas,
ponieważ ciągle ktoś miał dla mnie nowiny, pytania, coś ważnego do
przedyskutowania. Stałem więc otoczony grupką zmieniających się ludzi i
robiłem co mogłem aby moi rozmówcy czuli się ważni i doceniani - bo
naprawdę byli. W pewnym momencie ktoś podszedł, bez słowa wcisnął mi w
rękę papierową torbę i bez słowa odszedł. Dwa kawałki kurczaka. Nie
miałem okazji podziękować ani nawet zanotować twarzy w pamięci. Ale po
chwili ktoś inny, a po nim następny powtórzył ten gest i zaczęło
brakować mi rąk do trzymania papierowych torebek i serwetek. Dyskusja
została przerwana, znalazło się jakieś krzesło przy stole i moi rozmówcy
zaczęli demonstrować, że mają własne sprawy do załatwienia. Ktoś zapytał
jaką herbatę pije, z cukrem czy bez. Odruchowo i głupio odpowiedziałem
że z cukrem i cytryną - był to mój zakorzeniony nawyk, który ostatnio
kosztował mnie wiele czasu w kolejkach aby być zaspokojonym. Wstyd mi
się zrobiło, ale znów nie miałem kogo przeprosić, bo pytający odszedł.
Minęło może pięć minut i miałem przed sobą kubas herbaty i o dziwo - pól
cytryny. Odciąłem oszczędny plasterek i usiłowałem oddać resztę, ale nie
było komu. Wymruczałem cos o demoralizujących luksusach i zająłem się
kończeniem posiłku. Zaoferowałem nadmiar kurczaków otoczeniu, jeden
wziął, zanotował dezaprobatę innych i wymknął się. Ktoś przyniósł czystą
serwetkę, zawinął moje kurczakowe dary i po prostu wpakował do mojej
torby, w której do tej pory kołatały się tylko przybory do golenia i
moja pieczątka wiceprzewodniczącego KK. Ktoś powie - normalne, nie było
czym się wzruszać. Może, ale to nie był jeszcze koniec. Spędziłem w tej
sali następną godzinę i w tym czasie moje kieszenie i torba zaczęły
wypełniać się wciskanymi tam cytrynami. Nikt nie robił z tego
demonstracji i to najbardziej brało za serce w tym dziwnym czasie
wypełnionym obawami, pogróżkami kar śmierci i całym tym pokrakiwaniem
WRONy.
W tym samym dniu, w biurach Portu Północnego, utworzony został Krajowy
Komitet Strajkowy, którego dwoma głównymi celami było sprzeciwienie się
bezprawnie wprowadzonemu stanowi wojennemu i doprowadzenie do uwolnienia
uwięzionych działaczy. Komunikat o jego powstaniu poszedł na mury miasta
i w eter - załoga Portu miała dostęp do nadajników radiowych.
Noc, dla bezpieczeństwa, spędziliśmy na holowniku ciągle zmieniającym
miejsce postoju. Henio Mażul, ochrona przyboczna Wałęsy, był tu
członkiem załogi i pełnił honory domu. Niewiele spaliśmy tej nocy -
ciągle było wiele do zrobienia a mało czasu. Na holowniku pracował jeden
z ocalonych z pogromu powielaczy, drukujący całą noc proklamacje
Krajowego Komitetu Strajkowego. Dyskutowano plany i szanse. Radio Wolna
Europa nadawało pierwsze reportaże z Polski i praktycznie było to dla
nas podstawowe źródło informacji. Sytuacja nie była różowa, nie mieliśmy
szans wygrania wojny z WRONą, ale „Solidarność” ciągle istniała i miała
żywiołowe poparcie społeczeństwa.
Pół nocy spędziłem na działaniu, które mogłoby być uznane za inspiracje
do późniejszej Gorbaczowskiej „pierestrojki”. Publicznie wspominam to
pierwszy raz - ale tej nocy, w kooperacji ze związanym z Watykanem
doradcą „Solidarności” pisałem odezwę do naszych wschodnich sąsiadów.
Proponując im zamiast współpracy ze skorumpowaną i znienawidzoną w
Polsce PZPR współpracę, na zasadach rzetelnego sąsiedztwa i
poszanowania, z klasą robotniczą wolnej i niepodległej Polski. Nad ranem
ten w pełni opracowany dokument ukryty został pod jednym z oprawionych
obrazków lub dokumentów, wiszących na ścianie kabiny. O jego istnieniu
wiedziała, oprócz mnie, tylko jedna osoba - wspomniany doradca. Nie wiem
co się z tym dokumentem stało - mój współkonspirator upoważniony został
do zrobienia z niego użytku. Mógł zostać zniszczony, co jest najbardziej
prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że nie zniszczono mnie. Mógł
zostać zatrzymany przez kogoś z dobrze rozwiniętym instynktem
samozachowawczym, ciągle w strefie „nadawcy”. Mógł zostać doręczony i
zignorowany. A może ciągle wisi ukryty pod obrazkiem lub dokumentem w
kabinie holownika.
Rankiem wysadzono nas na ląd . Naszym zamiarem było dotarcie do Stoczni
imienia Lenina, która z racji historycznej przeszłości przyciągała
największe tłumy i była niejako symbolem „Solidarności”. Nie nastręczyło
to większych kłopotów.
W Stoczni panował porządek. Warta sprawdzała dokumenty, wydawała
przepustki upoważniające do pobytu na terenie zakładu. Plac przed bramą,
z górującymi nad otoczeniem krzyżami pomnika poległych stoczniowców,
szczelnie wypełniony był tłumem mieszkańców Trójmiasta, wojskiem i ZOMO.
W tyle stały czołgi. Nie było widocznej agresji pomiędzy wymienionymi
frakcjami tworzącymi tłum. Kuchnia wydawała posiłki i gorące napoje i
często w stołówce widoczne były mundury żołnierzy. Po otrzymaniu
przepustek rozlokowaliśmy się w biurach, w parterowym baraku po
przeciwnej niż stołówka stronie bramy. Działacze Stoczni patrzyli na nas
trochę zezem, ale szybko dotarliśmy się - nie mogliśmy ani nie mieliśmy
zamiaru konkurować z nikim w organizacji akcji w Stoczni - to było ich
wyłączne prawo. Z drugiej strony przejmowaliśmy główną odpowiedzialność
za całą akcję protestacyjną, a to było dla nich nie do pogardzenia w
gąszczu paragrafów stanu wojennego.
Jako wiceprzewodniczący Komisji Krajowej, objąłem w dniu poprzednim
proponowane stanowisko przewodniczącego Krajowego Komitetu Strajkowego,
biorąc tym samym główną odpowiedzialność za jego poczynania. Szybko
okazało się, że sprawa była organizacyjnie trudna. W całej swojej
krótkiej historii „Solidarność” celowała w rozwlekłym dyskutowaniu
swoich uchwał, a tutaj nie było na to czasu. Drugą specjalnością naszych
działaczy była spirala radykalizacji wypowiedzi w toku dyskusji, co
wynikało zapewne z podświadomej potrzeby udowadniania sobie i innym
lojalności dla sprawy. Pierwszy dzień działania Komitetu, jeszcze w
Porcie, przebiegał podobnie. Komunikat proklamacyjny zawierał kilka
zbędnych moim zdaniem epitetów, ale w zasadzie odpowiadał potrzebom.
Trudniej było z tworzeniem następnych komunikatów. Każdy forsował swoje
zdanie, problem polegał na tym, że te indywidualne zdania miały być
podpisane w imieniu Komitetu przez jedną osobę - mnie. Nigdy nie
uchylałem się od formułowania radykalnych żądań ale nigdy też nie
tolerowałem w swoich własnych wypowiedziach obraźliwych epitetów za
którymi nie stały udowadniające je fakty. Tutaj, w tym pierwszym dniu,
doszło do tego, że został wydany bez mojej wiedzy nieznany mi zupełnie
komunikat podpisany moim nazwiskiem. Tak dłużej nie mogło być i
kategorycznie zapowiedziałem, że komunikaty będę pisał sam lub nie będę
ich podpisywał. Zagroziłem nawet, że w przypadku powtórnego użycia
mojego nazwiska bez mojej wiedzy opublikuje dementi. To ostatnie
poskutkowało, ale nadmiaru przyjaźni sobie nie zaskarbiłem.
Pomógł mi dalszy rozwój wydarzeń. W drugim dniu, już w Stoczni doszło do
obrad, w których uczestniczył jako mediator ze strony władz ksiądz
Jankowski. Jego stanowisko było bardzo zachowawcze i umiarkowane,
powiedziałbym odbierające ducha strajkującym. Namawiał do umiarkowania,
podjęcia dialogu i zaakceptowania pewnych realiów stanu wojennego. W
swoim, następującym po jego wypowiedzi, wystąpieniu oświadczyłem, że to
byłoby łatwe do zaakceptowania, gdyby stan wojenny nie rozpoczął się od
aresztowania przywódcy i innych działaczy Związku. W świetle
posierpniowych porozumień i legalnego statusu „Solidarności” ich
stanowiska gwarantowały im nietykalność. Dalej stwierdziłem, że
„Solidarność” nie uchyla się od dialogu, ale jego rozpoczęcie
uzależnione jest od dwóch warunków - odwołania stanu wojennego
wypowiedzianego własnemu narodowi, i uwolnienia aresztowanych
związkowców. Wystąpienie spotkało się z aplauzem, zostało przegłosowane
jako decyzja obecnego gremium i powtórzone w formie pisemnej celem
przekazania władzom. Informacje o treści wystąpienia szybko przeniknęły
za bramę stoczni i spotkały się z równym aplauzem tłumów zgromadzonych
przed stocznia. Po zakończeniu spotkania z mediującym księdzem
Jankowskim, wywołany przez tłum, wyszedłem na będący od tej pory trybuną
dach wartowni i poinformowałem o stanowisku i polityce „Solidarności” w
obliczu stanu wojennego. Wystąpienie zakończyło się dyskusją na tematy
„strategiczne” co pozwoliło mi przekazać opinię o konieczności strajku w
zakładach a nie demonstracji na ulicach, które mogłyby stać się
przedmiotem prowokacji i zapoczątkować zbrojną pacyfikację jak dziesięć
lat temu. Zrozumienie było powszechne, ale w pojęciu mieszkańców
Trojmiasta wyjątkiem był plac przed Stocznią, który ze swoimi krzyżami
pomnika stał się dla nich symbolem długo oczekiwanej demokracji i
wolności. Nigdy nie protestowałem przeciwko zgromadzeniu w tym miejscu.
Tłum dodawał otuchy strajkującym, stanowił miejsce pokojowego kontaktu
ludności cywilnej z wojskiem i co było niemniej ważne - był pod
obserwacją i kamerami dziennikarzy zagranicznych. Po tym dniu nikt nie
kwestionował mojego prawa do samodzielnego redagowania podpisywanych
przeze mnie dokumentów i wystąpień, a gromadzące się nad głową coraz
czarniejsze chmury nie zachęcały również zbyt wielu do udziału w
przyjętej przeze mnie jednoosobowej odpowiedzialności.
Jak wspomniałem uprzednio, wojskowi byli częstymi gośćmi w położonej
przy bramie stołówce i byli przyjmowani serdecznie przez obecnych. Te
przyjazne wizyty dawały ludziom poczucie bezpieczeństwa - nie wyobrażali
sobie aby ich obecni goście mogli w przyszłości użyć przeciwko nim
broni. Jestem przekonany, że mieli całkowitą rację. Czołgi na dalszym
planie otoczone były również przez przyjaznych, głownie młodych,
cywilów. W drugim dniu stanu wojennego na czołgach pojawiły się
przyjazne napisy i symbole „Solidarności”. Żołnierze znajdujący się
przed Stocznią to byli “Niebieskie Berety”, stacjonujący stale na
wybrzeżu i silnie związani więziami rodzinnymi i sympatiami z tutejszą
ludnością. Rankiem następnego dnia miałem bardzo budujące spotkanie przy
jednej z bocznych bram Stoczni. W odróżnieniu od bramy głównej – po
drugiej stronie tej bramy nie było cywilów, było natomiast wielu
wojskowych, wojskowe pojazdy. Podszedłem do samej bramy i patrzyłem na
nich. Nie wiem czy zostałem poznany, ale po chwili do bramy podszedł
major w niebieskim berecie. Nie pamiętam jak zaczęła się rozmowa, ale w
toku rozmowy przedstawiliśmy się sobie i bezpośrednio potem zapytałem: -
„Będziecie strzelać do nas?” Major popatrzył na mnie bardzo poważnie,
odwrócił się i przywołał jednego z pobliskich żołnierzy, wskazując
gestem aby pokazał swojego Kałasznikowa. –„Otwórz zamek”‘ powiedział do
zdziwionego, stojącego z bronią w ręku wojaka i ten posłuchał bez
wahania. – „Pokaż”. Żołnierz, tym razem z zadowolonym zrozumieniem,
pokazał otwartą komorę nabojową - bez naboi. Po chwili obustronnego i
pełnego powagi milczenia major zasalutował, odwrócił się i odszedł,
żołnierz za nim. Przyglądała się temu duża grupa żołnierzy po tamtej
stronie bramy. Żałowałem, ze po mojej stronie byłem tylko ja sam.
Pewne jest, że w pobliżu, lub pomiędzy żołnierzami byli również inni
obserwatorzy. Następnego dnia oddziały Niebieskich Beretów zostały
odwołane sprzed Stoczni. Pomalowane przez tłum jak wielkanocne pisanki
czołgi odeszły również. Na ich miejsce przyszło inne wojsko i inne
czołgi. Było wiele pogłosek o rosyjskich i esbeckich załogach,
prawdopodobnie dalekich od prawdy. Ale nastrój zbratania już nie
powrócił. Zaczęła się natomiast intensywna akcja przygotowawcza do tego
co nieodzownie miało nastąpić. Głośniki na placu zaczęły powtarzać
skierowane do zgromadzonych w Stoczni ultimatum, wzywające do jej
opuszczenia. Gwarantowano bezpieczeństwo i „wybaczenie” każdemu kto
zastosuje się do wezwania i surowe kary stanu wojennego dla
nieposłusznych. Na okrągło powtarzano wezwania i dekrety, wyliczając
kary i umiejętnie wplatając słowa o zdradzie i trybie doraźnym. Tłum
przed Stocznią ciągle był obecny. Wewnątrz oprócz stoczniowców było
wielu „akredytowanych” związkowców - studentów, pracowników małych
bezbronnych instytucji, sympatyków.
W tym dniu wydałem mój „Apel do stoczniowców, gdańszczan i żołnierzy”
powtarzający nasze postanowienia i wzywający do stanowczości, spokoju i
unikania rozlewu krwi. Przypomniałem żołnierzom, że ich broń skierowana
jest przeciwko ich własnym rodzinom i współobywatelom. Jeszcze raz
stwierdziłem, że to władza wypowiedziała bezprawnie wojnę własnemu
narodowi. „Apel” poszedł na mury, do dystrybucji wśród cywilów i wojska
i w eter. Później, będąc już w więzieniu, dowiedziałem się iż
wielokrotnie był powtarzany przez rozgłośnie zagraniczne. Kurierzy
przemycali jego treść do odciętej od nas reszty kraju. Kurierzy i
dystrybutorzy wpadali, byli aresztowani, płacili później więzieniem. Ale
apel stal się powszechnie znany i chciałbym wierzyć, że przyczynił się
do uniknięcia powtórki masakry. Zdanie to podzielił nawet prokurator
wojskowy oskarżający mnie przed Sądem Marynarki Wojennej, sądzącym mnie
na wyjazdowej sesji w Bydgoszczy 29 lipca 1982 roku. Ostatnie słowa
prokuratora w tej rozprawie były: -„Zgadzam się, że być może oskarżony
Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu krwi. Ale naruszył on postanowienia
stanu wojennego i z tego powodu domagam się kary czterech plus czterech,
w połączeniu sześciu, lat pozbawienia wolności”. Jeżeli obaj z
prokuratorem mieliśmy rację w ocenie skutków apelu, to uważałem i
uważam, że cena nie była zbyt wysoka. Ale to późniejsza historia.
W owym dniu - 15 grudnia 1981 roku - zacząłem odczuwać zmęczenie i
widziałem, że inni też je odczuwali. Nie spałem więcej niż cztery
godziny w ciągu ostatnich dwóch nocy, wydarzenia na to nie pozwalały.
Sprawy polityki związku, poczynań Krajowego Komitetu Strajkowego w
obliczu zachodzących głównych wydarzeń nie zajmowały wbrew pozorom tak
wiele czasu. Jałowe dyskusje zostały zredukowane prawie do zera, na
większość poczynań WRONy nie mogliśmy mieć bezpośredniego wpływu, nasze
deklaracje zostały sformułowane w pierwszym dniu. Planowanie przyszłości
chwilowo nie wchodziło w rachubę, o naszej najbliższej przyszłości
praktycznie decydowały dekrety stanu wojennego; o dalszej - poczynania
naszych następców. Ale było wiele drobnych spraw, na które nie można
było nie zwracać uwagi.
Mieliśmy w Stoczni wielu wpuszczonych z zewnątrz młodych ludzi ze
skłonnościami do zachowań agresywnych. Trudno, nawet z perspektywy lat,
ocenić jak wielu z nich było „na etacie” z zadaniem prowokacji a ilu
bezmyślnych. Ale jedni i drudzy byli groźni dla otoczenia. Pomysły
użycia butelek z benzyną, butli tlenowych, przewodów elektrycznych pod
napięciem, nie były jedynymi inicjatywami wykrzykiwanymi i szeptanymi w
zależności od okoliczności. Stoczniowcy konfiskowali tu i ówdzie
gazrurki wypełnione ołowiem czy nawet zwykłe skarpety z kamieniem
wewnątrz. Ci sami Stoczniowcy byli zmuszeni ściągać z płotów agresywnych
krzykaczy, wykrzykujących niewybredne przezwiska pod adresem ludzi w
mundurach. To była wyraźna prowokacja obliczona na wzbudzenie agresji
wśród tych, którzy w najbliższej przyszłości mieli wejść do stoczni z
bronią i pałami w ręku. To wymagało interwencji - komentarzy, wyjaśnień
i publicznego odżegnywania się od prowokatorów.
W nocy z 14 na 15 grudnia grupy SB i ZOMO zostały „podrzucone” na teren
Stoczni wodą, przy pomocy małych jednostek jak kutry czy holowniki. Jak
raportowano, część z nich zajęła bunkry przeciwatomowe, wejścia do
których były znane załodze. Natychmiast pojawiła się prowokacyjna
propozycja aby włazy zaspawać i bunkry zatopić. Pomijając samą
zbrodniczość pomysłu, kto przy zdrowych zmysłach może prowokować
uzbrojonego po zęby i zdolnego do rozlewu krwi przeciwnika, którego na
smyczy trzyma tylko opinia światowa? Jedynie Ci, którzy po podrzuceniu
idei byli skłonni wymknąć się ze Stoczni przez okna stołówki i mówić o
swoim bohaterstwie lub liczyć zapłatę. WRONa byłaby chętna zapłacić wagę
w złocie za kilku umundurowanych męczenników, uzasadniających krwawy
odwet. Na szczęście nie pomyślano o pełnej powtórce planu „radiostacja
Gliwice” a same prowokacje udało nam się powstrzymać.
Inne czasochłonne zajęcie zapewniali dziennikarze zagraniczni, żądni
wywiadów i fotoreportaży. Na szczęście dla mnie w moim najbliższym
otoczeniu zawsze było kilku chętnych, sprawdzających swój wygląd w
lustrze kolegów, którzy pełnili „honory domu”. Nie oznacza to, że mam
żal do dziennikarzy. Wprost przeciwnie - ich obecność gwarantowała, że
to co robimy będzie światu znane i że cena jaka zapłacimy za tą
bezbronną demonstrację przekonań nie pójdzie na marne. Ale dobry
dziennikarz, mający wstęp na arenę i za kulisy, powinien pracować
niedostrzegany, co zresztą jest warunkiem dostrzegania prawdy.
Przyznaje, że większość z nich była dobra. Pamiętam jedno krótkie
spotkanie z dziennikarzem, z którym zamieniłem dosłownie kilka słów w
nocy z 15 na 16 grudnia. Na zakończenie, powodowany niezamierzonym
impulsem, poprosiłem go o przekazanie naszych życzeń świątecznych
związkowcom wolnego świata. Nie zapamiętałem wtedy jego nazwiska i
zapomniałem o całym wydarzeniu na długie lata. W roku 1989, już jako
emigrant w Australii, otrzymałem od znajomych egzemplarz
międzynarodowego magazynu „Newsweek” z 4 stycznia 1982 roku. Wewnątrz -
reportaż Alexandra Muenninghoffa zatytułowany „Ostatnie dni Solidarności
w Stoczni Gdańskiej” opisujący ostatnie dni i godziny przed pacyfikacją
Stoczni. W ostatnim zdaniu autor wiernie cytuje moje wzmiankowane wyżej
życzenia. Nie wiem czy odbiorcy życzeń przeżywali jakiekolwiek
wzruszenia czytając je - prawdopodobnie uchodziły one uwadze - ale ja
czytając moje własne słowa po latach, byłem naprawdę wzruszony. Thanks
Alex.
Pożegnanie. 15 grudnia był, jak pisał później w „Newsweeku”
Alexander Muenninghoff, dniem powolnego umierania stoczniowego oporu. Do
powtarzanego, głośnikowego ultimatum WRONy doszło przekazane przez
dyrektora Stoczni: - strajkujący mają jedną godzinę na jej opuszczenie -
po tym terminie odpowiedzialność karna jest nieunikniona. Powoli lecz we
wzrastającym tempie ponad połowa załogi opuściła zakład. Tłum przed
bramą próbował ich zatrzymywać - padały słowa otuchy, wyrzuty, obelgi,
Były nawet wypadki szarpaniny. Intrweniowalismy - każdy ma moralne prawo
decydowania o swoim postępowaniu. W tym dniu, jakby dla zachęcenia
pokornych, czołgi i wojsko wycofano z zasięgu wzroku. Pozostał tylko
wzburzony tłum i ci którzy pozostali w Stoczni. Nikt z nas tej nocy nie
spał. Krążyliśmy po Stoczni odwiedzając hale gdzie zgromadzeni byli ci
uparci i ci „na służbie”. Okazało się później, że tych ostatnich było
sporo. Już w nocy, w ciemnych halach pełnych ciągle ludzi, co kilka
minut wybuchały niepokoje: - „gdzie są przywódcy - już zwiali?”
Niesposób było nie odpowiadać na te prowokacyjne okrzyki, a każda
odpowiedz umiejscawiała nas precyzyjnie. Wczesnym rankiem bramy Stoczni
zostały sforsowane przez czołgi, jak słyszeliśmy - byli ranni. Nie od
kul - nie strzelano. Ale czołgi forsowały barykadujące lory z betonowymi
prefabrykatami, a wokół byli ludzie. Obiektywnie przyznam - nie
widziałem ofiar ani nawet śladów.
Wejście ZOMO i SB wykazało jak wielu pomocników mieli wmontowanych
pomiędzy strajkujących. Wiedzieli wszystko - gdzie, czego i kogo szukać.
Myślę że każdy z nas, tych „most wanted”, miał w najbliższym otoczeniu
swojego nieodstępnego „cienia“. Na wyniosłych dziobach statków, na
nadbudówkach i dachach pojawili się ludzie w waciakach i kaskach
stoczniowców, z radiotelefonami w rękach, dyrygując ruchem kolumn ZOMO.
Napastnicy ignorowali stłoczone grupy studentów i sprawnie wyławiali
jednostki, wiedząc dokładnie kto jest kto.
Gościem Jaruzelskiego - Gdańsk. Byłem łatwy do rozpoznania. W
ciągu ostatnich trzech dni wielokrotnie pokazywałem się publicznie w tym
samym wyszarganym ubiorze i futrzanej czapce. Ukrywanie się byłoby
zresztą bezsensowne. Moje aresztowanie było oczywiste, było taką samą
częścią demonstracji przekonań jak podpisywane własnym imieniem i
nazwiskiem dokumenty i apele. Zwolniony od obowiązku czynnego udziału i
myślenia czułem się zmęczony i wewnętrznie pusty. Miałem bóle w mostku
(od pewnego czasu zażywałem z przepisu lekarza nitroglicerynę). Ale
generalnie fizycznie byłem sprawny i poruszałem się bez trudu.
Wszystkich nas - wyselekcjonowanych oficjeli „Solidarności” -
zgromadzono w budynku tej samej stołówki w której mieliśmy ostatnie
spotkania. Siedziałem w hollu, o kilka metrów ode mnie mój prywatny
stróż, młody umundurowany. Chciało mi się siusiać, ale nie chciało mi
się ruszać. Kiedy w końcu zmusiłem się - mój aktualny właściciel
grzecznie zaprowadził mnie do toalety, ale próba siusiania przy
otwartych drzwiach nie powiodła się - te głupie nawyki cywilizowanego
człowieka. Wróciliśmy do hollu. Po drodze zostałem zastopowany przez
kogoś znajomego z widzenia, idącego naprzeciw. Był to Fiszbach. Nie
znaliśmy się osobiście, ale z konieczności działań na tym samym terenie
wiedziałem jak wygląda. Zatrzymał się o krok i obaj odruchowo (znów ten
cywilizacyjny nawyk) podnieśliśmy do połowy ręce - do powitania. I obaj
z pewnym ociąganiem powstrzymaliśmy się w połowie odruchu. Myślę, że
patrzył na mnie z rodzajem sympatii, a może zadowolenia z mojego
obecnego statusu - byłem zbyt zmęczony aby analizować. Staliśmy tak bez
słowa kilka sekund po czym odszedłem w kierunku najbliższego krzesła.
W sąsiednim pomieszczeniu wybuchła jakaś głośna szamotanina, krzyki,
odgłosy uderzeń. Trwało to krótko. Po pewnym czasie do hollu wypchnięto
młodego człowieka z zakrwawioną twarzą i w poszarpanym, prawie nowym,
kożuchu. Miał chyba skute ręce i zadowolony wyraz twarzy - co za dziwne
zestawienie, pomyślałem wtedy.
Trwało to dosyć długo zanim nas obszukano i wyprowadzono do parkującej
przed drzwiami milicyjnej ciężarówki. Albo może raczej więziennej, bo
bez okien ale za to z osiatkowanymi dwoma przedziałami i rzędem
opatrzonych stalowymi drzwiami „szaf” na przedzie. Pobity też był tutaj
i opowiedział, ciągle z zadowoleniem, co się stało. Jeżeli pamiętam
dobrze nazywał się Stanisław Kwoka, był miejscowym działaczem
„Solidarności”. W sąsiedniej sali, gdzie go zaprowadzono, wynikła jakaś
drobna przepychanka ze zbyt gorliwą eskortą. Szybko by to zapomniano,
gdyby nie obecny pułkownik, mały skundrel, ale z charakterem pinczera.
Zarzucił on eskorcie nieudolność i nakazał użycie pały. Eskorta, młodzi
zomowcy, wyraźnie nie mieli ochoty na pałowanie i zabierali się do tego
z ociąganiem. Pułkownik się wściekł, nakazał skucie delikwentowi rak i
zażądał bojowej pały. Pala była chyba tak duża jak pan pułkownik, ale
zabrał się do niej raźno. Niestety, zanim osiągnął zamierzony wynik,
otrzymał od skutego kopniaka, który posłał jego i pałę koziołkując po
podłodze. Podwładni źle ukrywali śmiech co wprowadziło małego sadystę w
furię. Dostał wprawdzie drugiego, równie skutecznego kopniaka, ale w
końcu skaleczył ofiarę i poszarpał kożuch. Kwoka praktycznie został
uratowany przez młodych funkcjonariuszy, którzy markując bicie,
wypchnęli go z sali i przystąpili do udzielania pierwszej pomocy
zmachanemu i rozmamłanemu sadyście dowódcy. Myślę że sława pana
pułkownika, skopanego przez skutego więźnia, została ugruntowana w
macierzystej jednostce do końca jego kariery. Kwoka w każdym razie był
zadowolony.
Więzienna karetka, w której byliśmy zamknięci, na coś czekała. Z
początku nie wiedzieliśmy na co ale później dotarła do nas wrzawa spoza
murów Stoczni gdzie tłum coś skandował, głośniki ryczały, po jakimś
czasie zaczęły pukać odgłosy strzelanych granatów łzawiących. Nawet do
nas, zamkniętych, docierał wiercący w nosie zapach. Trwało to godziny,
cichło i wzmagało się na przemian. W końcu zaczęły basować czołgowe
armaty. Z braku odgłosów uderzenia lub wybuchu armatniego pocisku można
było wywnioskować ze strzelano ślepakami lub ładunkami łzawiącymi.
Trwało to bardzo długo - zaczynało robić się szaro. W końcu samochód
ruszył. Pomimo braku okien mogliśmy się zorientować że krążymy ciągle po
stoczni. W końcu zaskrzypiała jakaś brama, odgłosy rozmowy - i
zaczęliśmy jechać szybko. Znów krążyliśmy i trwało to chyba z godzinę
zanim samochód stanął. Byliśmy na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu.
Nie znalem Gdańska na tyle, żeby wiedzieć gdzie to było, ale okazało
się, że to siedziba SB. Pęcherz dokuczał mi strasznie i zacząłem domagać
się wyjścia do toalety. Nie pozwolono ale powiedziano że możemy to robić
na podłogę. Ponownie nic mi z tego nie wyszło i czułem się naprawdę źle.
Jedynie zadowoleniem napawał mnie fakt iż zdołałem zniszczyć swoja
pieczątkę wiceprzewodniczącego KK i że nikt nie będzie jej mógł użyć w
moim imieniu. W końcu przetransportowano nas gdzieś ponownie i
wprowadzono do budynku. Znów czekanie, tym razem samotnie i pod strażą.
W końcu zaczęło się przesłuchanie.
Przesłuchujący przedstawił się jako kapitan Grzybowski z SB ale swojego
nazwiska w formularzu przesłuchania nie wpisał, więc było prawdopodobnie
fałszywe. Przesłuchanie było rozwlekłe i chaotyczne, trwało dosyć długo.
Ponieważ moja działalność była jawna, moje podpisy widniały pod każdym
wydanym dokumentem, ominęły mnie emocje podchodów z przesłuchującym.
Praktycznie podpadałem pod każdy z głównych paragrafów stanu wojennego i
znalazło to odbicie w formularzu mojego zatrzymania. Na pytanie kogo
należy zawiadomić podałem adres żony z prośbą aby zawiadomienie
(zawierające owe groźne paragrafy) doręczono jej dopiero po urodzeniu
dziecka (to był zaawansowany dziewiąty miesiąc). Po podpisaniu
protokołów wstępnego przesłuchania poprosiłem o papier i długopis i
napisałem oświadczenie iż uważam stan wojenny za nielegalny i sprzeczny
z konstytucją. Przesłuchujący skomentował – „Dlaczego usiłuje pan zostać
męczennikiem?” i gestem sugerował wycofanie deklaracji. Ja jednak
nalegałem i w końcu wpiął je w teczkę przesłuchania. W roku 1986, kiedy
procesowałem się z Dowództwem Marynarki Wojennej o odszkodowanie za mój
„aresztowany” jak ja samochód, miałem chwilowy dostęp do tej teczki.
Mojego oświadczenia w niej nie było.
Miałem dwie podstawy do takiego oświadczenia: pierwszą - moje wewnętrzne
przekonanie, na którym do tej pory polegałem i drugą - oświadczenie
prawników Trójmiasta stwierdzające to samo w pierwszym dniu strajku. To
było dziwne - ich oświadczenie właściwie nie istniało, gdyż żaden z nich
nie był wystarczająco odważny aby je podpisać. Była to odpowiedż na moja
prośbę o opinię, przekazaną ich reprezentantowi który pojawił się w
Stoczni gdzie właśnie zaczęliśmy działać. Zabrał moje pytanie i
osobiście dostarczył pisemną, kolegialną odpowiedź po kilku godzinach.
Był zakłopotany moim zdziwieniem że nie jest podpisana. Ja jednak byłem
naprawdę zdziwiony - dopiero następne miesiące i lata przekonały mnie,
że istnieją dwa rodzaje odwagi i uczciwości - jawna i bezwzględna oraz
ta bezpieczna, konspiracyjna - we własnym gronie zaufanych albo pod
fałszywym nazwiskiem. Później to ugruntowujące się przekonanie stało się
jednym z powodów mojej decyzji emigracji.
Okna pomieszczenia w którym byłem przesłuchiwany wychodziły na ulice i
przyległy otwarty teren. Do tej pory nie potrafię precyzyjnie określić
gdzie to było. Prawdopodobnie w rejonie lub nawet w budynku Aresztu
przyległego do Sądu Wojewódzkiego. Za oknami cały czas trwała potyczka
pomiędzy tłumem i całą tą umundurowaną mieszaniną, którą WRONa spuściła
ze smyczy. Gaz łzawiący, porykiwanie armat czołgowych strzelających
ślepymi ładunkami, ryk głośników, krzyki. Kilkakrotnie tłum docierał
prawie pod okna pomieszczenia. Był moment, rodzaj przerwy w oficjalnych
czynnościach, kiedy stałem przy oknie. Usłyszałem dźwięk rozbitej szyby
w którymś z pobliskich pomieszczeniach i mój esbek pospiesznie odciągnął
mnie od okna, wierzę że w szczerej trosce o własność za którą był
chwilowo odpowiedzialny.
W GOŚCINIE U WRONY
(17 grudnia 81 - 17 wrzesnia 83)
Gdańsk. Około północy poprowadzono mnie krętym korytarzem a
następnie schodami w dół - do podziemi. Sprawnie zostałem pozbawiony
paska, sznurowadeł i wszystkich przedmiotów osobistych łącznie z
zegarkiem. Kiedy odbierano mi fiolkę z nitrogliceryną (moje serce nie
było ostatnio w najlepszym stanie) - zaprotestowałem. Z ociąganiem
poprowadzono mnie do innego pomieszczenia, gdzie człowiek w białym
fartuchu, lekarz lub felczer przeprowadził krótkie badanie - puls,
ciśnienie etc. Zanotował cos w książce i wydal mi dokładnie taką samą
fiolkę jaką mi zabrano, mówiąc znana mi formułę: - „ jedna lub dwie
tabletki pod język w razie bólu pod mostkiem lub w okolicy”. Wróciliśmy
do izby przyjęć, gdzie ten sam człowiek co poprzednio natychmiast
odebrał mi nowo otrzymany lek. Zaprotestowałem, tym razem naprawdę
oburzony głupotą postępowania. Agresywnie podał mi fiolkę i warknął: -
„zażyj teraz jak musisz, ale to zostanie tutaj!” Inni obecni obojętnie
milczeli. Bardziej zdziwiony po raz pierwszy użytą w stosunku do mnie
formą „ty” niż głupotą sytuacji, zrezygnowałem z dalszych protestów.
Poprowadzono mnie znów - chyba o jedną kondygnację niżej, do celi. Było
to dość duże pomieszczenie bez okien, z kilkoma pryczami, jedna z nich
była zajęta. Jej użytkownik nie wykazywał żadnego zainteresowania
sytuacją, choć nie spał i patrzył na mnie przez chwilę.
Cela miała brudne, niegdyś bielone ściany, jedno zakratowane ślepe okno
w niezwykle grubym murze, wychodzące do swojego rodzaju murowanej studni
lub tunelu. Szyb nie było i wiało stamtąd chłodem. Oświetlenie stanowiła
jedna słaba i brudna żarówka pod wysokim dosyć sufitem, kąty były w
półmroku. Gdyby nie elektryczne oświetlenie mogłaby to być sceneria z
„Hrabiego Monte Christo” lub „Nędzników” Dumasa.
Ubranie zabrano mi przed wejściem do celi, więc w gaciach i przepoconej
koszuli wlazłem pod dwa brudne koce na wyrku pod oknem. Popatrzyłem na
sufit, żarówkę i zakratowane okno nad głową i nagle uderzyło mnie, że ja
ten widok już znam. Rzeczywiście - kilka miesięcy, może nawet pół roku
temu, miałem kilkakrotnie mgliste sny w których pojawiała się scena jaką
obecnie miałem przed oczami. Szczegóły były tak zbieżne ze snem, że na
chwilę zapomniałem o wszystkim innym. Nie był to pierwszy przypadek
„znajomości” nieznanych mi uprzednio miejsc. Miałem kilka podobnych
wydarzeń. Kiedyś, mając około 15 lat, w zupełnie nowym miejscu, w którym
nigdy przedtem nie byłem, odnalazłem „znaną mi” ulicę i narożny dom. Co
więcej, zbliżając się do tego domu „pamiętałem” nie widoczną jeszcze
ścianę i wybitą szybę w jednym z jej okien. Kiedy ominąłem narożnik -
ściana i wybite okno były dokładnie takie jak w mojej wyobraźni. Teraz
myślałem o tych proroczych snach i usiłowałem znaleźć ich logiczną
wykładnię, być może jakieś ukryte w nich wytyczne czy proroctwa. Jednak
zmęczenie ostatnich nieprzespanych nocy wzięło górę - i zasnąłem.
Obudziłem się zlany potem i z bólem w klatce piersiowej. Odruchowo
rozejrzałem się za pigułkami i równocześnie stwierdziłem gdzie i w
jakiej sytuacji jestem. Miałem już trochę treningu w pertraktacjach z
własnym zbuntowanym sercem, więc próbowałem oddychać wolno i głęboko.
Szklanka zimnej wody mogła pomóc ale nie byłem jeszcze obeznany z
geografią i wyposażeniem celi, więc nie bardzo wiedziałem co robić.
Usiłowałem wstać i wyro zaskrzypiało niemiłosiernie budząc mojego
współlokatora, o którym zupełnie zapomniałem. Jak domyśliłem się
później, musiał być w tej celi ze mną służbowo lub co najmniej
półsłużbowo (więzień - konfident). Zamiast próbować znów zasnąć
przyglądał się moim niezdarnym ruchom i coś musiało go zaniepokoić bo
podszedł. Wymamrotałem, że potrzebuję wody i podał mi ją w aluminiowym
kubasie. Woda pomogła, ból zelżał, ale zacząłem marznąć, odkryty i w
przeciągu. Zęby zaczęły mi dzwonić i musiałem wyglądać naprawdę źle bo
mój kompan zaczął walić w drzwi. Było trochę ruchu na korytarzu i po
około dwudziestu minutach, ciągle dzwoniąc zębami, byłem niesiony w górę
po schodach podziemia. Ciągle byłem tylko w gaciach i koszuli, ale
narzucono na mnie kilka koców, co prawdopodobnie uratowało mnie od
zapalenia płuc. Samochód czekał na zaśnieżonym dziedzińcu i znów gdzieś
byłem wieziony. Z fragmentów rozmów przez radiotelefon zrozumiałem że
jedziemy do wojskowego szpitala i tak też było.
Tutaj już był postęp, nawet zrobiono mi EKG, które musiało zrobić
wrażenie, bo lekarz zaczął mówić do sanitariuszy o przygotowaniu
separatki. Niestety, moi prawni właściciele, czyli funkcjonariusze, nie
mieli ochoty się ze mną tak łatwo rozstać i sprzeciwili się
kategorycznie. Myślę ze hierarchicznie, w tym wojennym czasie, mieli
więcej do powiedzenia, bo lekarzom pozwolono jedynie na zaaplikowanie
dobrze mi znanej nitrogliceryny i jakiegoś zastrzyku. Nie wiem czy to w
wyniku zastrzyku czy tez temperatury znacznie wyższej niż w moim
poprzednim lokum przestałem szczękać zębami. Wspomnienie bólu ciągle
kołatało się pod mostkiem. Ale mogła to być reakcja klatki piersiowej po
uprzednim forsownym oddychaniu.