now@ on-line  grudzień 2006

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

Mirosław Krupiński

13 Grudnia – jak to było

– fragment książki „Zaułki Zbrodni”

Ostatnie dni wolności. Z późniejszych rewelacji uciekiniera na Zachód, pułkownika Kuklińskiego, wynika że stan nadzwyczajny przygotowywany był od wczesnych dni solidarnościowej opozycji. Zgodnie z tymi relacjami w grudniu 1981 nadeszła oczekiwana chwila i lont już się palił. Dywizje rosyjskie, jak publikowała zachodnia prasa, rozlokowane były w pobliżu wschodnich granic Polski, garnizony rosyjskie w Polsce i NRD w stanie ciągłego pogotowia, sojusznicza armia wschodnich Niemiec - jak zawsze gotowa do blitzkrigu. Dzisiaj już trudno ocenić czy zagrożenie inwazji było rzeczywiste czy tez stanowiło kunsztowny kamuflaż, rodzaj politycznego alibi dla Jaruzelskiego i jego pomocników. Ale psychoza inwazji została zaszczepiona, a w tym samym czasie Wałęsa krążył po biurowcu „Solidarności” z oczami w podłodze, unikając dziennikarzy i kolegów. Gafa radomska była dla niego ewidentna od momentu ujawnienia podsłuchu lub przecieku. W tej atmosferze doszło do kolejnego posiedzenia Komisji Krajowej w dniach 11 i 12 grudnia 1981. Współprzewodniczyłem tym obradom, różnica atmosfery w stosunku do chaosu posiedzenia radomskiego była widoczna. Pomimo zakłopotania i zawstydzenia z tytułu wpadnięcia w głupią pułapkę - obrady były rzeczowe. Głównie dyskutowano politykę związku w rożnych wersjach rozwoju najbliższych wydarzeń. A rozwój tych najbliższych wydarzeń stawał się coraz bardziej oczywisty. Od wczesnych godzin wieczornych 12 grudnia - do siedziby Komisji Krajowej napływały telefony i telexy informujące o ruchach dużych kolumn zmotoryzowanych wojska i ZOMO. Uchwalono decyzję o strajku powszechnym jeżeli rząd zdecyduje się wystąpić zbrojnie (czołgi już grzechotały na zmarzniętym bruku całego kraju) przeciwko Solidarności i świeżo nabytym swobodom politycznym. O dziwo nikt nie mówił o Budapeszcie i Pradze - ale mogę się założyć że każdy o tym myślał. O dziwo również - te same telexy, które mówiły o ruchach wojsk - informowały o nieograniczonym poparciu dla decyzji Komisji Krajowej.

Obrady skończyły się późno - znacznie po północy. Większość z nas, uczestników obrad zakwaterowanych w hotelu Monopol, szła ze Stoczni do hotelu pieszo. Po dwóch dniach w zadymionej sali, lekko mroźna noc z czystym powietrzem, była jak odtrutka. Kilku niespokojnych dyskutowało sytuację i drogi ewentualnej ucieczki. Wydaje mi się, że byli to nieetatowi członkowie Komisji, którzy przybyli na dwudniowe obrady pozostawiając niespokojne i oczekujące ich powrotu rodziny w domu.


Przyznam, że ja byłem tak zmęczony, że myślałem tylko o łóżku i odpoczynku. Zasnąłem też od razu, zaniedbując nawet zamknięcie drzwi na klucz. Gdzieś nad ranem zbudził mnie jeden z kolegów - chyba Konarski, ale dziś już nie jestem pewny - informując w podnieceniu, że bezpieka aresztuje działaczy „Solidarności” mieszkających w hotelu. Może trudno w to uwierzyć - ale powiedziałem aby dał mi spokój i zasnąłem znów. Przez sen słyszałem jakąś bieganinę, hałasy a później głośniki uliczne powtarzające bardzo głośno jakiś komunikat. To ostatnie obudziło mnie w końcu. Przemawiał Jaruzelski - uchwyciłem zdanie - .. „jak długo wyciągnięta ręka może napotykać zaciśnięta pieść”’... i gdzieś w późniejszym kontekście słowa – „stan wojenny”. Potem nastąpił bełkot cytujący jakieś przepisy prawne - i przestałem słuchać. Znów zapadłem w sen.

Nazwa Wojenna Rada Ocalenia Narodowego pojawiła się w pierwszych deklaracjach stanu wojennego wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 i w tym samym dniu zyskała sobie nadany społecznie pseudonim “Wrona”. Była to śnieżna zima i jak każdego roku stada głodnych wron błąkały się po ulicach Trójmiasta, konkurując z mewami o odpadki żywności. Ale w tym roku ignorowane zawsze wrony spotykały się, w imię politycznego pokrewieństwa, z wrogimi gestami. Padały kamienie, ludzie spluwali i mruczeli epitety, kilka niewinnych ptaków zawisło nawet na latarniach.


Tymczasem WRON-a, polityczne dziecię Jaruzelskiego, zachowywała się zgodnie ze skrupulatnie przygotowanym planem. Wczesnym rankiem, po sygnalizowanych w nocy z 12 na 13 ruchach kolumn samochodów i czołgów w całym kraju, Służba Bezpieczeństwa, Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej i wybrane oddziały Wojska Polskiego były na stanowiskach i gotowe do akcji. W oznaczonym czasie zaczęto wyłamywać drzwi biur „Solidarności” i aresztować działaczy. Wczesne edycje prasy codziennej były przygotowane, tak samo programy radia i telewizji. Zgodnie z krzykliwą propagandą stan wojenny był ostatnią deską ratunku przed agresją antysocjalistycznych sił atakujących ustrój i święte polityczne sojusze i usiłujących siłą wydrzeć władzę z przyjaźnie wyciągniętych rąk Rządu PRL. Zgodnie z cytowanymi we wszystkich środkach masowego przekazu długimi listami nakazów, zakazów i kar - prawa obywatelskie zredukowano do możliwości oddychania i wytężonej pracy dla dobra socjalizmu. Czas stania w kolejkach po żywność został drastycznie ograniczony przez wprowadzenie godziny policyjnej (milicyjnej?). Kolejki zresztą zostały zdelegalizowane przez zakaz gromadzenia się. Kary za naruszanie dekretów stanu wojennego były surowe - tryb doraźny, trzykrotne „przebicie” maksymalnych kar przewidzianych kodeksem karnym, wiele wykroczeń zagrożonych karą śmierci. W sądach stanu wojennego mogli bronić wyłącznie wytypowani przez WRON adwokaci. Tryb doraźny nie przewidywał odwołań od wyroków. Czytając dużo później, już na emigracji, książkę Wiliama Shirera „Wzrost i upadek Trzeciej Rzeszy” stwierdziłem dziwną analogię praw stanu wojennego w Polsce z opisanymi w rozdziale „Życie w Trzeciej Rzeszy 1933 -37” prawami hitlerowskich Niemiec. Myślę obecnie, że jedynie zawdzięczana reakcji świata nieskuteczność i krótkotrwałość stanu wojennego zapobiegła pogłębieniu tej analogii.

Jak to wyglądało w praktyce? Nie miałem zbyt wiele czasu na gruntowne obserwacje tego co się działo w Trójmieście. Po pierwsze - byłem na wolności krótko, tylko do 16 grudnia. Po drugie - mój cały czas wypełniony był naruszaniem owych praw stanu wojennego. Aby wywiązać się z tych moralnych i społecznych zobowiązań narzuciłem sobie jeden podstawowy rygor - nie czytać i nie słuchać detali wprowadzonych „praw”. Drugi rygor - nie myśleć o pozostawionej w domu żonie w dziewiątym miesiącu ciąży, co było trudniejsze do wykonania.

Ranek 13 grudnia, już po moim ostatecznym przebudzeniu, rozpoczął się hałasem głośników ulicznych i jakąś bieganiną pomiędzy hotelem Monopol, gdzie służbowo mieszkałem, a Dworcem Głównym. Kiedy podszedłem do okna, z obu tuneli wiodących pod ulicą do dworca unosił się błękitnawy dymek. Na przeciwległym chodniku parkowały dwie milicyjne „suki” do których ludzie w mundurach pakowali cywilów. Ktoś, nie goniony, uciekał chodnikiem aby po chwili być zatrzymanym przez wyskakujących z bramy innych mundurowych. Głośniki ryczały niezrozumiale - dwa z nich były w rożnej odległości i wpadały sobie w pół słowa. Ale sytuacja, w świetle wczorajszych informacji o ruchach wojsk, wcześniejszych zapowiedzi stanu nadzwyczajnego i nocnych niepokojów, była klarowna. Mamy stan nadzwyczajny! Zasłyszane w półśnie, w nocy, słowa „stan wojenny” nie kojarzyły się jeszcze z sytuacją - bo kto mógł nas napaść?

Przyzwyczajony do głośnikowych wrzasków towarzyszących „Solidarności” od półtora roku i do kilku wydawałoby się podobnie podbramkowych sytuacji, zachowywałem się jak codzień. A więc prysznic, golenie i śniadanie. Byłem zawsze oszczędny - a więc miałem jedzenie i czajnik w hotelowym pokoju. Siedziałem przy oknie obserwując trwające ciągle zamieszanie pod dworcem i żułem dość czerstwy chleb - dwa ostatnie dni wypełnione posiedzeniem Komisji Krajowej nie pozwoliły na zakupy. Prawie skończyłem kiedy wpadł któryś z naszych i stanął w drzwiach patrząc na mnie jak na wariata - śniadanie na stole, pościelone łóżko i pełna gęba. Jego relacja była czarna - wielu naszych aresztowano, część w ucieczce okrężnymi drogami do rodzin (wielu uczestników konferencji przyjechało tylko na dwa dni). Wiele drzwi w hotelu z wywalonymi zamkami. Reszta niewiadoma.

Po chwili dołączyło kilku innych niedobitków i Andrzej - kierowca Wałęsy, ciągle w posiadaniu zatankowanego samochodu (mój własny, prywatny, samochód stał przed hotelem z opróżnioną chłodnicą i wymontowanym akumulatorem). Kierunek działania był praktycznie tylko jeden - jedziemy na Grunwaldzką do biur Krajowej Komisji. Przed KK nie było wojska ani ZOMO, był za to mały tłumek zaskoczonych i przestraszonych rozwojem wydarzeń ludzi. Między nimi był też Henio Mażul - nieodstępna prawie ochrona Wałęsy - tym razem roztrzęsiony i ze łzami w oczach. – „Lechu aresztowany” powiedział i wyraźnie oczekiwał od nas rady czy słów otuchy. Tego samego oczekiwali od nas ludzie z tłumu. Ale były też inne nastroje. Kilku uczestników tego „niedostrzeganego” ostentacyjnie przez wojowniczą władzę zgromadzenia wznosiło coraz śmielsze okrzyki typu –„czerwona zaraza” ,”ruskie pachołki” i coraz częściej napomykało o komitetach i butelkach z benzyną. Późniejsze doświadczenia stanu wojennego nauczyły mnie, że w tłumie zawsze najgłośniej krzyczy prowokator. Najwyraźniej to było widoczne dwa dni później w Stoczni Gdańskiej, w nocy - kiedy „anonimowi aktywni”, w ciemności, wyrażali obawy, że przywódcy już uciekli, prowokując tym samym do odpowiedzi i ujawnienia naszych miejsc w ciemnych halach. Ale o tym później. W ten zimowy ranek 13 grudnia, wojownicze okrzyki zapachniały Poznaniem, Budapesztem i Gdańskiem sprzed lat. Wyprowadzić ludzi na ulice i pozwolić sprowokować do agresji - to było to na co Jaruzelski i WRONa liczyli najbardziej. W obronie komitetów, jak uczyła historia, można było mordować bezkarnie. Trudno byłoby o lepsze uzasadnienie stanu wojennego w oczach świata niż palący i rabujący tłum na ulicach. A kto w tym tłumie palił i rabował pozostałoby słodką tajemnicą WRONy. Myśl o prowokacji nie była tak klarowna wtedy jak dzisiaj, z pozycji retrospekcji. Ale były klarowne inne rzeczy: Po pierwsze - siłowego konfliktu przeciwko czołgom i wojsku nie można było wygrać. Po drugie - jak wskazywało doświadczenie ostatnich osiemnastu miesięcy - ludzie w konflikcie z wyrodną władzą byli najbezpieczniejsi w zakładach pracy. We własnych domach byli rozbici na jednostki, podatni na strach, perswazje powtarzających dekrety rodzin, podatni na indywidualne represje i przesłuchania. W zakładach pracy ciągle byli siłą zdolną do demonstracji dostrzegalnej przez resztę świata woli poszanowania praw człowieka, których przez wiele lat PRL im odmawiała.

Kilkadziesiąt minut zajęło przekonywanie obecnych, że w zaistniałej sytuacji jest to jedyna możliwość. Po tym czasie krzykacze stali się widoczni i zaczęli zwracać uwagę otoczenia, więc sprawnie rozproszyli się i zamilkli. Można było sprawdzić co się stało w budynku Komisji Krajowej.

Na parterze budynku mieściła się sala obrad i pracownia fotograficzna „Solidarności”. W obu zamki były wyłamane - podłoga pracowni zasłana papierami, wybebeszone szafki, rozlane odczynniki. Pomyślałem – „diabli wzięli moje negatywy z Filipin, Rzymu i Paryża”, które oddałem tu do obróbki dwa dni temu. Poszliśmy na górę, na piętra zajmowane przez biura KK. Tutaj wyglądało nawet gorzej - sprzęt porozbijany, papierów po kostki, szafy pootwierane. Moje zdziwienie wzbudził fakt, że wiele materiałów atrakcyjnych dla służb bezpieczeństwa zostało po prostu wmieszane w ten gigantyczny śmietnik a nie skrupulatnie zabrane. Ktoś z ukrytych sympatyków zrobił dobrą robotę na początku włamania, albo też spodziewano się tak totalnego zniszczenia wrogów ustroju, że babranie się z dowodami nie wydawało się konieczne. Telefony były nieczynne. Tu już nie było co robić.

Przed Stocznią Gdańską zbierali się ludzie. Nie był to jeszcze gęsty tłum jaki wypełniał plac w ciągu następnych dni, ale było ich sporo. Wielu ludzi szło w kierunku bramy i po krótkiej wymianie słów ze służbą porządkową wchodziło. Wyglądało, że sytuacja rozwija się jak powinna. Nie pamiętam obecnie, czy zatrzymaliśmy się wtedy na chwilę czy nie. Naszym zamiarem było sprawdzić co się stało z Lechem Wałęsą - więc pojechaliśmy na Zaspę. Mundurowych nie było widać, żona Lecha i gromada dzieci byli w domu. Z relacji pani Danuty wynikało, że scenariusz jego zatrzymania nie był wyreżyserowany do końca. Służba Bezpieczeństwa zaczęła się dobijać do drzwi wcześnie przed świtem i przez wizjer było widać, że było ich dużo. Ale nie zostali wpuszczeni i nie forsowali drzwi siłą. Część została na schodach a część opuściła dom aby po jakimś czasie powrócić z jednym z gdańskich oficjeli - chyba pierwszym sekretarzem KW Fiszbachem. Był on w dobrych układach z „Solidarnością” w ciągu ostatnich miesięcy i miał swojego rodzaju, niezdewaluowany jeszcze, kredyt zaufania. Został wpuszczony z kilku innymi, pozostali czekali nadal na schodach. Wałęsa perswazją i groźbą użycia siły został przekonany i udał się do czekającego samochodu. Tyle z tej relacji pamiętam, nie wykluczam że mogłem po latach coś przekręcić - to byla ta sfera działań w których nie brałem bezpośredniego udziału. Ciągle w czwórkę, bo tylu mieścił poza kierowcą Andrzejem, służbowy fiat KK, udaliśmy się do Portu Północnego, gdzie według pochwyconych po drodze informacji, zebrało się wystarczająco wielu ludzi aby myśleć o zorganizowanej formie oporu.

Musze tu zrobić jedno zastrzeżenie - w dalszym opisie będę unikał posługiwania się nazwiskami i imionami uczestników wydarzeń. Przepraszam wszystkich, którzy poczują się tym dotknięci - nie mam na celu umniejszania ich roli. Po prostu po dziesięciu latach mieszkania w Australii, bez możliwości powracania w dyskusjach i spotkaniach do tamtych dni, mogę przekręcać lub mylić nazwiska i osoby. Proszę pamiętać, że były to czasy szybko następujących po sobie wydarzeń, kiedy znacznie ważniejsze były dla mnie podejmowane decyzje niż szczegóły otoczenia. Proszę również pamiętać, że w ciągu następnych dwóch lat byłem pozbawiony wszelkiego kontaktu z współuczestnikami owych wydarzeń i że w owych czasach zapominanie ich nazwisk było dobrym zwyczajem i mogło leżeć w ich interesie.

W Porcie Północnym sala stołówki była pełna. Grupy pracowników gromadziły się również w innych miejscach rozległego portu. Część ludzi pracowała, odcinając się od jakiegokolwiek udziału w wydarzeniach politycznych, ale była to mała część. Reszta oczekiwała informacji, propozycji i nade wszystko potwierdzenia, że „Solidarność” nadal istnieje i jest zdolna do działania. Myślę że Zarząd Okręgu Gdańskiego i zarządy dużych zakładów przemysłowych jak Port czy Stocznia miały przygotowane scenariusze działania na wypadek stanu nadzwyczajnego, który od tygodnia wisiał w powietrzu. Jednakże ludzie bali się odosobnienia od innych zakładów i szukali potwierdzenia, że nadal są częścią wielomilionowej organizacji. Dlatego nasza obecność i nasze wystąpienia były przyjmowane z aplauzem.

Nigdy przedtem nie byłem na terenie Portu Północnego, nie znałem tu żadnych ludzi. Ale byłem znany z nazwiska i dzięki nie zawsze przychylnej telewizji, z wyglądu i to w tym pierwszym wojennym dniu zjednywało mi przychylność i zaufanie otoczenia. Czasami sympatia okazywana była w sposób tak prosty i nieostentacyjny, że pomimo napięcia sytuacji wzruszała. Pamiętam była pora posiłku - kuchnia serwowała kawałki kurczaków. Ludzie w tych czasach nigdy nie byli przekarmieni i nikt nie wiedział czy będzie jadł jutro. Stali w długiej kolejce i każdy brał swoją porcję na talerzu a następnie szukał miejsca przy stole, przy parapecie lub na podłodze pod ścianą. Ja nie bardzo miałem na to czas, ponieważ ciągle ktoś miał dla mnie nowiny, pytania, coś ważnego do przedyskutowania. Stałem więc otoczony grupką zmieniających się ludzi i robiłem co mogłem aby moi rozmówcy czuli się ważni i doceniani - bo naprawdę byli. W pewnym momencie ktoś podszedł, bez słowa wcisnął mi w rękę papierową torbę i bez słowa odszedł. Dwa kawałki kurczaka. Nie miałem okazji podziękować ani nawet zanotować twarzy w pamięci. Ale po chwili ktoś inny, a po nim następny powtórzył ten gest i zaczęło brakować mi rąk do trzymania papierowych torebek i serwetek. Dyskusja została przerwana, znalazło się jakieś krzesło przy stole i moi rozmówcy zaczęli demonstrować, że mają własne sprawy do załatwienia. Ktoś zapytał jaką herbatę pije, z cukrem czy bez. Odruchowo i głupio odpowiedziałem że z cukrem i cytryną - był to mój zakorzeniony nawyk, który ostatnio kosztował mnie wiele czasu w kolejkach aby być zaspokojonym. Wstyd mi się zrobiło, ale znów nie miałem kogo przeprosić, bo pytający odszedł. Minęło może pięć minut i miałem przed sobą kubas herbaty i o dziwo - pól cytryny. Odciąłem oszczędny plasterek i usiłowałem oddać resztę, ale nie było komu. Wymruczałem cos o demoralizujących luksusach i zająłem się kończeniem posiłku. Zaoferowałem nadmiar kurczaków otoczeniu, jeden wziął, zanotował dezaprobatę innych i wymknął się. Ktoś przyniósł czystą serwetkę, zawinął moje kurczakowe dary i po prostu wpakował do mojej torby, w której do tej pory kołatały się tylko przybory do golenia i moja pieczątka wiceprzewodniczącego KK. Ktoś powie - normalne, nie było czym się wzruszać. Może, ale to nie był jeszcze koniec. Spędziłem w tej sali następną godzinę i w tym czasie moje kieszenie i torba zaczęły wypełniać się wciskanymi tam cytrynami. Nikt nie robił z tego demonstracji i to najbardziej brało za serce w tym dziwnym czasie wypełnionym obawami, pogróżkami kar śmierci i całym tym pokrakiwaniem WRONy.

W tym samym dniu, w biurach Portu Północnego, utworzony został Krajowy Komitet Strajkowy, którego dwoma głównymi celami było sprzeciwienie się bezprawnie wprowadzonemu stanowi wojennemu i doprowadzenie do uwolnienia uwięzionych działaczy. Komunikat o jego powstaniu poszedł na mury miasta i w eter - załoga Portu miała dostęp do nadajników radiowych.

Noc, dla bezpieczeństwa, spędziliśmy na holowniku ciągle zmieniającym miejsce postoju. Henio Mażul, ochrona przyboczna Wałęsy, był tu członkiem załogi i pełnił honory domu. Niewiele spaliśmy tej nocy - ciągle było wiele do zrobienia a mało czasu. Na holowniku pracował jeden z ocalonych z pogromu powielaczy, drukujący całą noc proklamacje Krajowego Komitetu Strajkowego. Dyskutowano plany i szanse. Radio Wolna Europa nadawało pierwsze reportaże z Polski i praktycznie było to dla nas podstawowe źródło informacji. Sytuacja nie była różowa, nie mieliśmy szans wygrania wojny z WRONą, ale „Solidarność” ciągle istniała i miała żywiołowe poparcie społeczeństwa.

Pół nocy spędziłem na działaniu, które mogłoby być uznane za inspiracje do późniejszej Gorbaczowskiej „pierestrojki”. Publicznie wspominam to pierwszy raz - ale tej nocy, w kooperacji ze związanym z Watykanem doradcą „Solidarności” pisałem odezwę do naszych wschodnich sąsiadów. Proponując im zamiast współpracy ze skorumpowaną i znienawidzoną w Polsce PZPR współpracę, na zasadach rzetelnego sąsiedztwa i poszanowania, z klasą robotniczą wolnej i niepodległej Polski. Nad ranem ten w pełni opracowany dokument ukryty został pod jednym z oprawionych obrazków lub dokumentów, wiszących na ścianie kabiny. O jego istnieniu wiedziała, oprócz mnie, tylko jedna osoba - wspomniany doradca. Nie wiem co się z tym dokumentem stało - mój współkonspirator upoważniony został do zrobienia z niego użytku. Mógł zostać zniszczony, co jest najbardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że nie zniszczono mnie. Mógł zostać zatrzymany przez kogoś z dobrze rozwiniętym instynktem samozachowawczym, ciągle w strefie „nadawcy”. Mógł zostać doręczony i zignorowany. A może ciągle wisi ukryty pod obrazkiem lub dokumentem w kabinie holownika.

Rankiem wysadzono nas na ląd . Naszym zamiarem było dotarcie do Stoczni imienia Lenina, która z racji historycznej przeszłości przyciągała największe tłumy i była niejako symbolem „Solidarności”. Nie nastręczyło to większych kłopotów.

W Stoczni panował porządek. Warta sprawdzała dokumenty, wydawała przepustki upoważniające do pobytu na terenie zakładu. Plac przed bramą, z górującymi nad otoczeniem krzyżami pomnika poległych stoczniowców, szczelnie wypełniony był tłumem mieszkańców Trójmiasta, wojskiem i ZOMO. W tyle stały czołgi. Nie było widocznej agresji pomiędzy wymienionymi frakcjami tworzącymi tłum. Kuchnia wydawała posiłki i gorące napoje i często w stołówce widoczne były mundury żołnierzy. Po otrzymaniu przepustek rozlokowaliśmy się w biurach, w parterowym baraku po przeciwnej niż stołówka stronie bramy. Działacze Stoczni patrzyli na nas trochę zezem, ale szybko dotarliśmy się - nie mogliśmy ani nie mieliśmy zamiaru konkurować z nikim w organizacji akcji w Stoczni - to było ich wyłączne prawo. Z drugiej strony przejmowaliśmy główną odpowiedzialność za całą akcję protestacyjną, a to było dla nich nie do pogardzenia w gąszczu paragrafów stanu wojennego.

Jako wiceprzewodniczący Komisji Krajowej, objąłem w dniu poprzednim proponowane stanowisko przewodniczącego Krajowego Komitetu Strajkowego, biorąc tym samym główną odpowiedzialność za jego poczynania. Szybko okazało się, że sprawa była organizacyjnie trudna. W całej swojej krótkiej historii „Solidarność” celowała w rozwlekłym dyskutowaniu swoich uchwał, a tutaj nie było na to czasu. Drugą specjalnością naszych działaczy była spirala radykalizacji wypowiedzi w toku dyskusji, co wynikało zapewne z podświadomej potrzeby udowadniania sobie i innym lojalności dla sprawy. Pierwszy dzień działania Komitetu, jeszcze w Porcie, przebiegał podobnie. Komunikat proklamacyjny zawierał kilka zbędnych moim zdaniem epitetów, ale w zasadzie odpowiadał potrzebom. Trudniej było z tworzeniem następnych komunikatów. Każdy forsował swoje zdanie, problem polegał na tym, że te indywidualne zdania miały być podpisane w imieniu Komitetu przez jedną osobę - mnie. Nigdy nie uchylałem się od formułowania radykalnych żądań ale nigdy też nie tolerowałem w swoich własnych wypowiedziach obraźliwych epitetów za którymi nie stały udowadniające je fakty. Tutaj, w tym pierwszym dniu, doszło do tego, że został wydany bez mojej wiedzy nieznany mi zupełnie komunikat podpisany moim nazwiskiem. Tak dłużej nie mogło być i kategorycznie zapowiedziałem, że komunikaty będę pisał sam lub nie będę ich podpisywał. Zagroziłem nawet, że w przypadku powtórnego użycia mojego nazwiska bez mojej wiedzy opublikuje dementi. To ostatnie poskutkowało, ale nadmiaru przyjaźni sobie nie zaskarbiłem.

Pomógł mi dalszy rozwój wydarzeń. W drugim dniu, już w Stoczni doszło do obrad, w których uczestniczył jako mediator ze strony władz ksiądz Jankowski. Jego stanowisko było bardzo zachowawcze i umiarkowane, powiedziałbym odbierające ducha strajkującym. Namawiał do umiarkowania, podjęcia dialogu i zaakceptowania pewnych realiów stanu wojennego. W swoim, następującym po jego wypowiedzi, wystąpieniu oświadczyłem, że to byłoby łatwe do zaakceptowania, gdyby stan wojenny nie rozpoczął się od aresztowania przywódcy i innych działaczy Związku. W świetle posierpniowych porozumień i legalnego statusu „Solidarności” ich stanowiska gwarantowały im nietykalność. Dalej stwierdziłem, że „Solidarność” nie uchyla się od dialogu, ale jego rozpoczęcie uzależnione jest od dwóch warunków - odwołania stanu wojennego wypowiedzianego własnemu narodowi, i uwolnienia aresztowanych związkowców. Wystąpienie spotkało się z aplauzem, zostało przegłosowane jako decyzja obecnego gremium i powtórzone w formie pisemnej celem przekazania władzom. Informacje o treści wystąpienia szybko przeniknęły za bramę stoczni i spotkały się z równym aplauzem tłumów zgromadzonych przed stocznia. Po zakończeniu spotkania z mediującym księdzem Jankowskim, wywołany przez tłum, wyszedłem na będący od tej pory trybuną dach wartowni i poinformowałem o stanowisku i polityce „Solidarności” w obliczu stanu wojennego. Wystąpienie zakończyło się dyskusją na tematy „strategiczne” co pozwoliło mi przekazać opinię o konieczności strajku w zakładach a nie demonstracji na ulicach, które mogłyby stać się przedmiotem prowokacji i zapoczątkować zbrojną pacyfikację jak dziesięć lat temu. Zrozumienie było powszechne, ale w pojęciu mieszkańców Trojmiasta wyjątkiem był plac przed Stocznią, który ze swoimi krzyżami pomnika stał się dla nich symbolem długo oczekiwanej demokracji i wolności. Nigdy nie protestowałem przeciwko zgromadzeniu w tym miejscu. Tłum dodawał otuchy strajkującym, stanowił miejsce pokojowego kontaktu ludności cywilnej z wojskiem i co było niemniej ważne - był pod obserwacją i kamerami dziennikarzy zagranicznych. Po tym dniu nikt nie kwestionował mojego prawa do samodzielnego redagowania podpisywanych przeze mnie dokumentów i wystąpień, a gromadzące się nad głową coraz czarniejsze chmury nie zachęcały również zbyt wielu do udziału w przyjętej przeze mnie jednoosobowej odpowiedzialności.

Jak wspomniałem uprzednio, wojskowi byli częstymi gośćmi w położonej przy bramie stołówce i byli przyjmowani serdecznie przez obecnych. Te przyjazne wizyty dawały ludziom poczucie bezpieczeństwa - nie wyobrażali sobie aby ich obecni goście mogli w przyszłości użyć przeciwko nim broni. Jestem przekonany, że mieli całkowitą rację. Czołgi na dalszym planie otoczone były również przez przyjaznych, głownie młodych, cywilów. W drugim dniu stanu wojennego na czołgach pojawiły się przyjazne napisy i symbole „Solidarności”. Żołnierze znajdujący się przed Stocznią to byli “Niebieskie Berety”, stacjonujący stale na wybrzeżu i silnie związani więziami rodzinnymi i sympatiami z tutejszą ludnością. Rankiem następnego dnia miałem bardzo budujące spotkanie przy jednej z bocznych bram Stoczni. W odróżnieniu od bramy głównej – po drugiej stronie tej bramy nie było cywilów, było natomiast wielu wojskowych, wojskowe pojazdy. Podszedłem do samej bramy i patrzyłem na nich. Nie wiem czy zostałem poznany, ale po chwili do bramy podszedł major w niebieskim berecie. Nie pamiętam jak zaczęła się rozmowa, ale w toku rozmowy przedstawiliśmy się sobie i bezpośrednio potem zapytałem: - „Będziecie strzelać do nas?” Major popatrzył na mnie bardzo poważnie, odwrócił się i przywołał jednego z pobliskich żołnierzy, wskazując gestem aby pokazał swojego Kałasznikowa. –„Otwórz zamek”‘ powiedział do zdziwionego, stojącego z bronią w ręku wojaka i ten posłuchał bez wahania. – „Pokaż”. Żołnierz, tym razem z zadowolonym zrozumieniem, pokazał otwartą komorę nabojową - bez naboi. Po chwili obustronnego i pełnego powagi milczenia major zasalutował, odwrócił się i odszedł, żołnierz za nim. Przyglądała się temu duża grupa żołnierzy po tamtej stronie bramy. Żałowałem, ze po mojej stronie byłem tylko ja sam.

Pewne jest, że w pobliżu, lub pomiędzy żołnierzami byli również inni obserwatorzy. Następnego dnia oddziały Niebieskich Beretów zostały odwołane sprzed Stoczni. Pomalowane przez tłum jak wielkanocne pisanki czołgi odeszły również. Na ich miejsce przyszło inne wojsko i inne czołgi. Było wiele pogłosek o rosyjskich i esbeckich załogach, prawdopodobnie dalekich od prawdy. Ale nastrój zbratania już nie powrócił. Zaczęła się natomiast intensywna akcja przygotowawcza do tego co nieodzownie miało nastąpić. Głośniki na placu zaczęły powtarzać skierowane do zgromadzonych w Stoczni ultimatum, wzywające do jej opuszczenia. Gwarantowano bezpieczeństwo i „wybaczenie” każdemu kto zastosuje się do wezwania i surowe kary stanu wojennego dla nieposłusznych. Na okrągło powtarzano wezwania i dekrety, wyliczając kary i umiejętnie wplatając słowa o zdradzie i trybie doraźnym. Tłum przed Stocznią ciągle był obecny. Wewnątrz oprócz stoczniowców było wielu „akredytowanych” związkowców - studentów, pracowników małych bezbronnych instytucji, sympatyków.

W tym dniu wydałem mój „Apel do stoczniowców, gdańszczan i żołnierzy” powtarzający nasze postanowienia i wzywający do stanowczości, spokoju i unikania rozlewu krwi. Przypomniałem żołnierzom, że ich broń skierowana jest przeciwko ich własnym rodzinom i współobywatelom. Jeszcze raz stwierdziłem, że to władza wypowiedziała bezprawnie wojnę własnemu narodowi. „Apel” poszedł na mury, do dystrybucji wśród cywilów i wojska i w eter. Później, będąc już w więzieniu, dowiedziałem się iż wielokrotnie był powtarzany przez rozgłośnie zagraniczne. Kurierzy przemycali jego treść do odciętej od nas reszty kraju. Kurierzy i dystrybutorzy wpadali, byli aresztowani, płacili później więzieniem. Ale apel stal się powszechnie znany i chciałbym wierzyć, że przyczynił się do uniknięcia powtórki masakry. Zdanie to podzielił nawet prokurator wojskowy oskarżający mnie przed Sądem Marynarki Wojennej, sądzącym mnie na wyjazdowej sesji w Bydgoszczy 29 lipca 1982 roku. Ostatnie słowa prokuratora w tej rozprawie były: -„Zgadzam się, że być może oskarżony Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu krwi. Ale naruszył on postanowienia stanu wojennego i z tego powodu domagam się kary czterech plus czterech, w połączeniu sześciu, lat pozbawienia wolności”. Jeżeli obaj z prokuratorem mieliśmy rację w ocenie skutków apelu, to uważałem i uważam, że cena nie była zbyt wysoka. Ale to późniejsza historia.

W owym dniu - 15 grudnia 1981 roku - zacząłem odczuwać zmęczenie i widziałem, że inni też je odczuwali. Nie spałem więcej niż cztery godziny w ciągu ostatnich dwóch nocy, wydarzenia na to nie pozwalały. Sprawy polityki związku, poczynań Krajowego Komitetu Strajkowego w obliczu zachodzących głównych wydarzeń nie zajmowały wbrew pozorom tak wiele czasu. Jałowe dyskusje zostały zredukowane prawie do zera, na większość poczynań WRONy nie mogliśmy mieć bezpośredniego wpływu, nasze deklaracje zostały sformułowane w pierwszym dniu. Planowanie przyszłości chwilowo nie wchodziło w rachubę, o naszej najbliższej przyszłości praktycznie decydowały dekrety stanu wojennego; o dalszej - poczynania naszych następców. Ale było wiele drobnych spraw, na które nie można było nie zwracać uwagi.

Mieliśmy w Stoczni wielu wpuszczonych z zewnątrz młodych ludzi ze skłonnościami do zachowań agresywnych. Trudno, nawet z perspektywy lat, ocenić jak wielu z nich było „na etacie” z zadaniem prowokacji a ilu bezmyślnych. Ale jedni i drudzy byli groźni dla otoczenia. Pomysły użycia butelek z benzyną, butli tlenowych, przewodów elektrycznych pod napięciem, nie były jedynymi inicjatywami wykrzykiwanymi i szeptanymi w zależności od okoliczności. Stoczniowcy konfiskowali tu i ówdzie gazrurki wypełnione ołowiem czy nawet zwykłe skarpety z kamieniem wewnątrz. Ci sami Stoczniowcy byli zmuszeni ściągać z płotów agresywnych krzykaczy, wykrzykujących niewybredne przezwiska pod adresem ludzi w mundurach. To była wyraźna prowokacja obliczona na wzbudzenie agresji wśród tych, którzy w najbliższej przyszłości mieli wejść do stoczni z bronią i pałami w ręku. To wymagało interwencji - komentarzy, wyjaśnień i publicznego odżegnywania się od prowokatorów.

W nocy z 14 na 15 grudnia grupy SB i ZOMO zostały „podrzucone” na teren Stoczni wodą, przy pomocy małych jednostek jak kutry czy holowniki. Jak raportowano, część z nich zajęła bunkry przeciwatomowe, wejścia do których były znane załodze. Natychmiast pojawiła się prowokacyjna propozycja aby włazy zaspawać i bunkry zatopić. Pomijając samą zbrodniczość pomysłu, kto przy zdrowych zmysłach może prowokować uzbrojonego po zęby i zdolnego do rozlewu krwi przeciwnika, którego na smyczy trzyma tylko opinia światowa? Jedynie Ci, którzy po podrzuceniu idei byli skłonni wymknąć się ze Stoczni przez okna stołówki i mówić o swoim bohaterstwie lub liczyć zapłatę. WRONa byłaby chętna zapłacić wagę w złocie za kilku umundurowanych męczenników, uzasadniających krwawy odwet. Na szczęście nie pomyślano o pełnej powtórce planu „radiostacja Gliwice” a same prowokacje udało nam się powstrzymać.

Inne czasochłonne zajęcie zapewniali dziennikarze zagraniczni, żądni wywiadów i fotoreportaży. Na szczęście dla mnie w moim najbliższym otoczeniu zawsze było kilku chętnych, sprawdzających swój wygląd w lustrze kolegów, którzy pełnili „honory domu”. Nie oznacza to, że mam żal do dziennikarzy. Wprost przeciwnie - ich obecność gwarantowała, że to co robimy będzie światu znane i że cena jaka zapłacimy za tą bezbronną demonstrację przekonań nie pójdzie na marne. Ale dobry dziennikarz, mający wstęp na arenę i za kulisy, powinien pracować niedostrzegany, co zresztą jest warunkiem dostrzegania prawdy. Przyznaje, że większość z nich była dobra. Pamiętam jedno krótkie spotkanie z dziennikarzem, z którym zamieniłem dosłownie kilka słów w nocy z 15 na 16 grudnia. Na zakończenie, powodowany niezamierzonym impulsem, poprosiłem go o przekazanie naszych życzeń świątecznych związkowcom wolnego świata. Nie zapamiętałem wtedy jego nazwiska i zapomniałem o całym wydarzeniu na długie lata. W roku 1989, już jako emigrant w Australii, otrzymałem od znajomych egzemplarz międzynarodowego magazynu „Newsweek” z 4 stycznia 1982 roku. Wewnątrz - reportaż Alexandra Muenninghoffa zatytułowany „Ostatnie dni Solidarności w Stoczni Gdańskiej” opisujący ostatnie dni i godziny przed pacyfikacją Stoczni. W ostatnim zdaniu autor wiernie cytuje moje wzmiankowane wyżej życzenia. Nie wiem czy odbiorcy życzeń przeżywali jakiekolwiek wzruszenia czytając je - prawdopodobnie uchodziły one uwadze - ale ja czytając moje własne słowa po latach, byłem naprawdę wzruszony. Thanks Alex.


Pożegnanie. 15 grudnia był, jak pisał później w „Newsweeku” Alexander Muenninghoff, dniem powolnego umierania stoczniowego oporu. Do powtarzanego, głośnikowego ultimatum WRONy doszło przekazane przez dyrektora Stoczni: - strajkujący mają jedną godzinę na jej opuszczenie - po tym terminie odpowiedzialność karna jest nieunikniona. Powoli lecz we wzrastającym tempie ponad połowa załogi opuściła zakład. Tłum przed bramą próbował ich zatrzymywać - padały słowa otuchy, wyrzuty, obelgi, Były nawet wypadki szarpaniny. Intrweniowalismy - każdy ma moralne prawo decydowania o swoim postępowaniu. W tym dniu, jakby dla zachęcenia pokornych, czołgi i wojsko wycofano z zasięgu wzroku. Pozostał tylko wzburzony tłum i ci którzy pozostali w Stoczni. Nikt z nas tej nocy nie spał. Krążyliśmy po Stoczni odwiedzając hale gdzie zgromadzeni byli ci uparci i ci „na służbie”. Okazało się później, że tych ostatnich było sporo. Już w nocy, w ciemnych halach pełnych ciągle ludzi, co kilka minut wybuchały niepokoje: - „gdzie są przywódcy - już zwiali?” Niesposób było nie odpowiadać na te prowokacyjne okrzyki, a każda odpowiedz umiejscawiała nas precyzyjnie. Wczesnym rankiem bramy Stoczni zostały sforsowane przez czołgi, jak słyszeliśmy - byli ranni. Nie od kul - nie strzelano. Ale czołgi forsowały barykadujące lory z betonowymi prefabrykatami, a wokół byli ludzie. Obiektywnie przyznam - nie widziałem ofiar ani nawet śladów.

Wejście ZOMO i SB wykazało jak wielu pomocników mieli wmontowanych pomiędzy strajkujących. Wiedzieli wszystko - gdzie, czego i kogo szukać. Myślę że każdy z nas, tych „most wanted”, miał w najbliższym otoczeniu swojego nieodstępnego „cienia“. Na wyniosłych dziobach statków, na nadbudówkach i dachach pojawili się ludzie w waciakach i kaskach stoczniowców, z radiotelefonami w rękach, dyrygując ruchem kolumn ZOMO. Napastnicy ignorowali stłoczone grupy studentów i sprawnie wyławiali jednostki, wiedząc dokładnie kto jest kto.



Gościem Jaruzelskiego - Gdańsk. Byłem łatwy do rozpoznania. W ciągu ostatnich trzech dni wielokrotnie pokazywałem się publicznie w tym samym wyszarganym ubiorze i futrzanej czapce. Ukrywanie się byłoby zresztą bezsensowne. Moje aresztowanie było oczywiste, było taką samą częścią demonstracji przekonań jak podpisywane własnym imieniem i nazwiskiem dokumenty i apele. Zwolniony od obowiązku czynnego udziału i myślenia czułem się zmęczony i wewnętrznie pusty. Miałem bóle w mostku (od pewnego czasu zażywałem z przepisu lekarza nitroglicerynę). Ale generalnie fizycznie byłem sprawny i poruszałem się bez trudu.

Wszystkich nas - wyselekcjonowanych oficjeli „Solidarności” - zgromadzono w budynku tej samej stołówki w której mieliśmy ostatnie spotkania. Siedziałem w hollu, o kilka metrów ode mnie mój prywatny stróż, młody umundurowany. Chciało mi się siusiać, ale nie chciało mi się ruszać. Kiedy w końcu zmusiłem się - mój aktualny właściciel grzecznie zaprowadził mnie do toalety, ale próba siusiania przy otwartych drzwiach nie powiodła się - te głupie nawyki cywilizowanego człowieka. Wróciliśmy do hollu. Po drodze zostałem zastopowany przez kogoś znajomego z widzenia, idącego naprzeciw. Był to Fiszbach. Nie znaliśmy się osobiście, ale z konieczności działań na tym samym terenie wiedziałem jak wygląda. Zatrzymał się o krok i obaj odruchowo (znów ten cywilizacyjny nawyk) podnieśliśmy do połowy ręce - do powitania. I obaj z pewnym ociąganiem powstrzymaliśmy się w połowie odruchu. Myślę, że patrzył na mnie z rodzajem sympatii, a może zadowolenia z mojego obecnego statusu - byłem zbyt zmęczony aby analizować. Staliśmy tak bez słowa kilka sekund po czym odszedłem w kierunku najbliższego krzesła.

W sąsiednim pomieszczeniu wybuchła jakaś głośna szamotanina, krzyki, odgłosy uderzeń. Trwało to krótko. Po pewnym czasie do hollu wypchnięto młodego człowieka z zakrwawioną twarzą i w poszarpanym, prawie nowym, kożuchu. Miał chyba skute ręce i zadowolony wyraz twarzy - co za dziwne zestawienie, pomyślałem wtedy.

Trwało to dosyć długo zanim nas obszukano i wyprowadzono do parkującej przed drzwiami milicyjnej ciężarówki. Albo może raczej więziennej, bo bez okien ale za to z osiatkowanymi dwoma przedziałami i rzędem opatrzonych stalowymi drzwiami „szaf” na przedzie. Pobity też był tutaj i opowiedział, ciągle z zadowoleniem, co się stało. Jeżeli pamiętam dobrze nazywał się Stanisław Kwoka, był miejscowym działaczem „Solidarności”. W sąsiedniej sali, gdzie go zaprowadzono, wynikła jakaś drobna przepychanka ze zbyt gorliwą eskortą. Szybko by to zapomniano, gdyby nie obecny pułkownik, mały skundrel, ale z charakterem pinczera. Zarzucił on eskorcie nieudolność i nakazał użycie pały. Eskorta, młodzi zomowcy, wyraźnie nie mieli ochoty na pałowanie i zabierali się do tego z ociąganiem. Pułkownik się wściekł, nakazał skucie delikwentowi rak i zażądał bojowej pały. Pala była chyba tak duża jak pan pułkownik, ale zabrał się do niej raźno. Niestety, zanim osiągnął zamierzony wynik, otrzymał od skutego kopniaka, który posłał jego i pałę koziołkując po podłodze. Podwładni źle ukrywali śmiech co wprowadziło małego sadystę w furię. Dostał wprawdzie drugiego, równie skutecznego kopniaka, ale w końcu skaleczył ofiarę i poszarpał kożuch. Kwoka praktycznie został uratowany przez młodych funkcjonariuszy, którzy markując bicie, wypchnęli go z sali i przystąpili do udzielania pierwszej pomocy zmachanemu i rozmamłanemu sadyście dowódcy. Myślę że sława pana pułkownika, skopanego przez skutego więźnia, została ugruntowana w macierzystej jednostce do końca jego kariery. Kwoka w każdym razie był zadowolony.

Więzienna karetka, w której byliśmy zamknięci, na coś czekała. Z początku nie wiedzieliśmy na co ale później dotarła do nas wrzawa spoza murów Stoczni gdzie tłum coś skandował, głośniki ryczały, po jakimś czasie zaczęły pukać odgłosy strzelanych granatów łzawiących. Nawet do nas, zamkniętych, docierał wiercący w nosie zapach. Trwało to godziny, cichło i wzmagało się na przemian. W końcu zaczęły basować czołgowe armaty. Z braku odgłosów uderzenia lub wybuchu armatniego pocisku można było wywnioskować ze strzelano ślepakami lub ładunkami łzawiącymi. Trwało to bardzo długo - zaczynało robić się szaro. W końcu samochód ruszył. Pomimo braku okien mogliśmy się zorientować że krążymy ciągle po stoczni. W końcu zaskrzypiała jakaś brama, odgłosy rozmowy - i zaczęliśmy jechać szybko. Znów krążyliśmy i trwało to chyba z godzinę zanim samochód stanął. Byliśmy na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu. Nie znalem Gdańska na tyle, żeby wiedzieć gdzie to było, ale okazało się, że to siedziba SB. Pęcherz dokuczał mi strasznie i zacząłem domagać się wyjścia do toalety. Nie pozwolono ale powiedziano że możemy to robić na podłogę. Ponownie nic mi z tego nie wyszło i czułem się naprawdę źle. Jedynie zadowoleniem napawał mnie fakt iż zdołałem zniszczyć swoja pieczątkę wiceprzewodniczącego KK i że nikt nie będzie jej mógł użyć w moim imieniu. W końcu przetransportowano nas gdzieś ponownie i wprowadzono do budynku. Znów czekanie, tym razem samotnie i pod strażą. W końcu zaczęło się przesłuchanie.

Przesłuchujący przedstawił się jako kapitan Grzybowski z SB ale swojego nazwiska w formularzu przesłuchania nie wpisał, więc było prawdopodobnie fałszywe. Przesłuchanie było rozwlekłe i chaotyczne, trwało dosyć długo. Ponieważ moja działalność była jawna, moje podpisy widniały pod każdym wydanym dokumentem, ominęły mnie emocje podchodów z przesłuchującym. Praktycznie podpadałem pod każdy z głównych paragrafów stanu wojennego i znalazło to odbicie w formularzu mojego zatrzymania. Na pytanie kogo należy zawiadomić podałem adres żony z prośbą aby zawiadomienie (zawierające owe groźne paragrafy) doręczono jej dopiero po urodzeniu dziecka (to był zaawansowany dziewiąty miesiąc). Po podpisaniu protokołów wstępnego przesłuchania poprosiłem o papier i długopis i napisałem oświadczenie iż uważam stan wojenny za nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Przesłuchujący skomentował – „Dlaczego usiłuje pan zostać męczennikiem?” i gestem sugerował wycofanie deklaracji. Ja jednak nalegałem i w końcu wpiął je w teczkę przesłuchania. W roku 1986, kiedy procesowałem się z Dowództwem Marynarki Wojennej o odszkodowanie za mój „aresztowany” jak ja samochód, miałem chwilowy dostęp do tej teczki. Mojego oświadczenia w niej nie było.

Miałem dwie podstawy do takiego oświadczenia: pierwszą - moje wewnętrzne przekonanie, na którym do tej pory polegałem i drugą - oświadczenie prawników Trójmiasta stwierdzające to samo w pierwszym dniu strajku. To było dziwne - ich oświadczenie właściwie nie istniało, gdyż żaden z nich nie był wystarczająco odważny aby je podpisać. Była to odpowiedż na moja prośbę o opinię, przekazaną ich reprezentantowi który pojawił się w Stoczni gdzie właśnie zaczęliśmy działać. Zabrał moje pytanie i osobiście dostarczył pisemną, kolegialną odpowiedź po kilku godzinach. Był zakłopotany moim zdziwieniem że nie jest podpisana. Ja jednak byłem naprawdę zdziwiony - dopiero następne miesiące i lata przekonały mnie, że istnieją dwa rodzaje odwagi i uczciwości - jawna i bezwzględna oraz ta bezpieczna, konspiracyjna - we własnym gronie zaufanych albo pod fałszywym nazwiskiem. Później to ugruntowujące się przekonanie stało się jednym z powodów mojej decyzji emigracji.

Okna pomieszczenia w którym byłem przesłuchiwany wychodziły na ulice i przyległy otwarty teren. Do tej pory nie potrafię precyzyjnie określić gdzie to było. Prawdopodobnie w rejonie lub nawet w budynku Aresztu przyległego do Sądu Wojewódzkiego. Za oknami cały czas trwała potyczka pomiędzy tłumem i całą tą umundurowaną mieszaniną, którą WRONa spuściła ze smyczy. Gaz łzawiący, porykiwanie armat czołgowych strzelających ślepymi ładunkami, ryk głośników, krzyki. Kilkakrotnie tłum docierał prawie pod okna pomieszczenia. Był moment, rodzaj przerwy w oficjalnych czynnościach, kiedy stałem przy oknie. Usłyszałem dźwięk rozbitej szyby w którymś z pobliskich pomieszczeniach i mój esbek pospiesznie odciągnął mnie od okna, wierzę że w szczerej trosce o własność za którą był chwilowo odpowiedzialny.


W GOŚCINIE U WRONY
(17 grudnia 81 - 17 wrzesnia 83)

Gdańsk.
Około północy poprowadzono mnie krętym korytarzem a następnie schodami w dół - do podziemi. Sprawnie zostałem pozbawiony paska, sznurowadeł i wszystkich przedmiotów osobistych łącznie z zegarkiem. Kiedy odbierano mi fiolkę z nitrogliceryną (moje serce nie było ostatnio w najlepszym stanie) - zaprotestowałem. Z ociąganiem poprowadzono mnie do innego pomieszczenia, gdzie człowiek w białym fartuchu, lekarz lub felczer przeprowadził krótkie badanie - puls, ciśnienie etc. Zanotował cos w książce i wydal mi dokładnie taką samą fiolkę jaką mi zabrano, mówiąc znana mi formułę: - „ jedna lub dwie tabletki pod język w razie bólu pod mostkiem lub w okolicy”. Wróciliśmy do izby przyjęć, gdzie ten sam człowiek co poprzednio natychmiast odebrał mi nowo otrzymany lek. Zaprotestowałem, tym razem naprawdę oburzony głupotą postępowania. Agresywnie podał mi fiolkę i warknął: - „zażyj teraz jak musisz, ale to zostanie tutaj!” Inni obecni obojętnie milczeli. Bardziej zdziwiony po raz pierwszy użytą w stosunku do mnie formą „ty” niż głupotą sytuacji, zrezygnowałem z dalszych protestów. Poprowadzono mnie znów - chyba o jedną kondygnację niżej, do celi. Było to dość duże pomieszczenie bez okien, z kilkoma pryczami, jedna z nich była zajęta. Jej użytkownik nie wykazywał żadnego zainteresowania sytuacją, choć nie spał i patrzył na mnie przez chwilę.

Cela miała brudne, niegdyś bielone ściany, jedno zakratowane ślepe okno w niezwykle grubym murze, wychodzące do swojego rodzaju murowanej studni lub tunelu. Szyb nie było i wiało stamtąd chłodem. Oświetlenie stanowiła jedna słaba i brudna żarówka pod wysokim dosyć sufitem, kąty były w półmroku. Gdyby nie elektryczne oświetlenie mogłaby to być sceneria z „Hrabiego Monte Christo” lub „Nędzników” Dumasa.

Ubranie zabrano mi przed wejściem do celi, więc w gaciach i przepoconej koszuli wlazłem pod dwa brudne koce na wyrku pod oknem. Popatrzyłem na sufit, żarówkę i zakratowane okno nad głową i nagle uderzyło mnie, że ja ten widok już znam. Rzeczywiście - kilka miesięcy, może nawet pół roku temu, miałem kilkakrotnie mgliste sny w których pojawiała się scena jaką obecnie miałem przed oczami. Szczegóły były tak zbieżne ze snem, że na chwilę zapomniałem o wszystkim innym. Nie był to pierwszy przypadek „znajomości” nieznanych mi uprzednio miejsc. Miałem kilka podobnych wydarzeń. Kiedyś, mając około 15 lat, w zupełnie nowym miejscu, w którym nigdy przedtem nie byłem, odnalazłem „znaną mi” ulicę i narożny dom. Co więcej, zbliżając się do tego domu „pamiętałem” nie widoczną jeszcze ścianę i wybitą szybę w jednym z jej okien. Kiedy ominąłem narożnik - ściana i wybite okno były dokładnie takie jak w mojej wyobraźni. Teraz myślałem o tych proroczych snach i usiłowałem znaleźć ich logiczną wykładnię, być może jakieś ukryte w nich wytyczne czy proroctwa. Jednak zmęczenie ostatnich nieprzespanych nocy wzięło górę - i zasnąłem.

Obudziłem się zlany potem i z bólem w klatce piersiowej. Odruchowo rozejrzałem się za pigułkami i równocześnie stwierdziłem gdzie i w jakiej sytuacji jestem. Miałem już trochę treningu w pertraktacjach z własnym zbuntowanym sercem, więc próbowałem oddychać wolno i głęboko. Szklanka zimnej wody mogła pomóc ale nie byłem jeszcze obeznany z geografią i wyposażeniem celi, więc nie bardzo wiedziałem co robić. Usiłowałem wstać i wyro zaskrzypiało niemiłosiernie budząc mojego współlokatora, o którym zupełnie zapomniałem. Jak domyśliłem się później, musiał być w tej celi ze mną służbowo lub co najmniej półsłużbowo (więzień - konfident). Zamiast próbować znów zasnąć przyglądał się moim niezdarnym ruchom i coś musiało go zaniepokoić bo podszedł. Wymamrotałem, że potrzebuję wody i podał mi ją w aluminiowym kubasie. Woda pomogła, ból zelżał, ale zacząłem marznąć, odkryty i w przeciągu. Zęby zaczęły mi dzwonić i musiałem wyglądać naprawdę źle bo mój kompan zaczął walić w drzwi. Było trochę ruchu na korytarzu i po około dwudziestu minutach, ciągle dzwoniąc zębami, byłem niesiony w górę po schodach podziemia. Ciągle byłem tylko w gaciach i koszuli, ale narzucono na mnie kilka koców, co prawdopodobnie uratowało mnie od zapalenia płuc. Samochód czekał na zaśnieżonym dziedzińcu i znów gdzieś byłem wieziony. Z fragmentów rozmów przez radiotelefon zrozumiałem że jedziemy do wojskowego szpitala i tak też było.

Tutaj już był postęp, nawet zrobiono mi EKG, które musiało zrobić wrażenie, bo lekarz zaczął mówić do sanitariuszy o przygotowaniu separatki. Niestety, moi prawni właściciele, czyli funkcjonariusze, nie mieli ochoty się ze mną tak łatwo rozstać i sprzeciwili się kategorycznie. Myślę ze hierarchicznie, w tym wojennym czasie, mieli więcej do powiedzenia, bo lekarzom pozwolono jedynie na zaaplikowanie dobrze mi znanej nitrogliceryny i jakiegoś zastrzyku. Nie wiem czy to w wyniku zastrzyku czy tez temperatury znacznie wyższej niż w moim poprzednim lokum przestałem szczękać zębami. Wspomnienie bólu ciągle kołatało się pod mostkiem. Ale mogła to być reakcja klatki piersiowej po uprzednim forsownym oddychaniu.

powrót do strony głównej


now@ on-line miesięcznik polityczny Internautów http://nowaonline.strefa.pl