|
||||
|
|
Jacek Indelak „Dziewczyny spod jednej celi” (3) Pamięci Wiesi Kwiatkowskiej poświęcam Marylka opowiada: - Kiedy przylecieliśmy z mężem do Stanów na lotnisku przywitał nas pan, który wręczył nam dwa prześcieradła i dwadzieścia dolarów. Powiedział, że na drugi dzień mamy się zjawić na Manhattanie, podał nam adres. I zaprowadził nas do mieszkania w Brooklynie, które było opuszczone. Wydawało się, że tam nikt od tygodni, może miesięcy nie mieszkał. Długo nie mogłam się pozbyć tego widoku z moich myśli. Kiedy ten pan otworzył drzwi, z korytarza zaczęły uciekać takie duże karaluchy. Kiedy przystąpiłam do sprzątania kuchni, takiej ilości karaluchów, takich wielkich w jednym miejscu jeszcze w życiu nie widziałam. Gdyby nie mój mąż, nie wiem, co by się wydarzyło. Ja przeżyłam szok. Próbowaliśmy zasnąć. Budziłam się co 15 minut. Czułam, że te karaluchy łażą po mnie. I tak dotrwaliśmy do rana... Ponieważ wiedziałam, że nie mogę liczyć na dużą pomoc ze strony organizacji, która miała się nami zajmować, po trzech tygodniach pobytu w Nowym Jorku postanowiliśmy z mężem budować nasze życie na własną rękę. I tak się stało. Opuściliśmy Nowy Jork. Pojechaliśmy do Marylandu, gdzie dużą pomocą był nasz przyjaciel. Długo trwało, zanim się zorganizowalliśmy... Teraz od paru lat pracuję w swoim zawodzie, ale droga była do tego ciężka, opłaciło się jednak. Ewa mówi: - Spędziłam cztery lata w Paryżu. W 88 roku byłam z Kornelem Morawieckim (.....) w Stanach Zjednoczonych... Moja działalność straciła sens w 1989 roku. Co tylko mogłam dla „Solidarności Walczącej” to zrobiłam... „Solidarność Walcząca” miała może niefortunną nazwę, bo nie uciekała się ona do siły, do przemocy. To była jednak prawdziwa „Solidarność”, w przeciwieństwie do drugiej „Solidarności”. Polska nigdy nie przestała ich obchodzić. Obchodzi wciąż żywo, niezależnie, czy jest się w kraju, czy na emigracji... Wiesia komentuje: - Przyjaźniłam się z Gwiazdami... Wiedzieliśmy, że wybory 1989 to klęska. W społeczeństwie była euforia. Ja nie głosowałam. Wiedziałam, że to było ukartowane. Najtrudniej mi wybaczyć postawę Michnika, który prowadzał się pod rękę z Jaruzelskim. To było straszne... Ten człowiek robił wszystko z wyrachowania. Chodziło o to, by komuniści utrzymali się przy władzy, ale do władzy dopuścili też ich. Ewa dodaje: - Potwornym błędem było, że rząd Mazowieckiego uznał, że nie będzie nikogo rozliczał za zbrodnie komunizmu. Porównanie z Czechami wypada na naszą niekorzyść. U nas ludzie, którzy mieli na sumieniu rzeczywiste zbrodnie, pozostali u władzy. Banki, przedsiębiorstwa, spółki zagraniczne zaczęli otwierać SB-cy, nomenklatura... Społeczeństwo odebrało to jako zdradę ze strony „Solidarności”. Wyprzedaż, zbrodnicze prywatyzacje... Michnik z Kwaśniewskim w kampani wyborczej przedstawia go jako swego przyjaciela... Stało się bardzo źle, że się nie rozlicza ludzi odpowiedzialnych za zniszczenie kraju, społeczeństwa... Sprawiło nam to wiele bólu... Ania się zastanawia: - Czy warto było? Pomimo wszystko warto było. Jakiś wkład był. Jakaś nadzieja była. Coś zostało zrobione. To, co robiłam wtedy, zrobiłabym jeszcze raz. Z drugiej strony jest ten żal, rozgoryczenie. Co się dzieje? Te wszystkie matactwa, ta chciwość... To wszystko... Zadaję sobie pytanie, dla kogo to robiłam? Wcale nie korzystają ludzie, którzy to robili, korzystają te elementy, które się dorwały do czegoś... Jest we mnie żal, gorycz. Kiedy sobie przypomnę poświęcenie ludzi, matki oderwane przez więzienie od dzieci... Kiedy sobie przypomnę taką uczennicę, Ania Sawicka, która siedziała ze mną w wiezieniu... To poświęcenie, w jakim kierunku to poszło. Wcale tak być nie musiało. Nie było ciągle łatwo. Tak w kraju, jak na wychodźctwie: Zosia stwierdza: - Za szybko wyszłam z hostelu. Pierwszy błąd. Trzeba się było uczyć angielskiego... Tu praca, tu tego i poszłam na swoje. Wynajęłam mieszkanie. Dostałam pracę w fabryce. Mówię teraz o sobie, że jestem dekorator wnętrz. Najnormalniej sprzątam hotele, sklepy, domy, biura. To jest moje zajęcie od kilkunastu lat w Australii. I ja to lubię... W Australii obojętnie, jaką pracę wykonujesz, jeśli wykonujesz ją dobrze, to jesteś na równi z właścicielem biznesu, gdzie sprzątasz... Zawsze marzyliśmy o małym domku i dużym ogródku. Mamy duży domek i duży ogródek, półtora hektara... Generalnie biorąc po dwudziestu latach, jak kupiliśmy ten kawałek ziemi – jak to mówią: ziemia jest matką człowieka, nie wszyscy lubią pielić – ja się dobrze czuję... W tej chwili jestem szczęśliwa. Na tyle, że nie wolno mi oceniać rodzinnego kraju. Jestem jednak Polką... To w Polsce poznałam najlepszych przyjaciół... Tu się ludzie bardziej rozeszli. A tam było: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tego mi brakuje. Ewa mówi: - Cągle jeszcze żyję we Francji... Przez dziesięć lat pracowałam w radzie jednego z departamentów generalnych w Bretanii. Odpowiedzialna byłam za współpracę z Polską. Przez te lata zawsze miałam związek z Polską. „Kryminalna” przeszłość nie daje się jednak wymazać z pamięci... Jola mówi: - Więzienie mogło mnie załamać, ale w istocie wzmocniło. Nauczyło mnie, że nie ma co robić z igły widły, przejmować się błahostkami. Nauczyło mnie widzieć właściwą skalę różnych rzeczy. Wiesia dodaje: - Kryminał mnie wzmocnił. Dał siłę i upór. Poczucie, że się ma rację jest bardzo ważne. Pomaga przetrwać najgorsze. Zosia stwierdza: - Jasne, że został mi uraz na całe życie. Więzienie jest ciężkim doświadczeniem, tym bardziej, gdy siedzi się za niewinność. Można na resztę swoich dni być psychicznie przetrąconym, znam takie przypadki. Mnie się udało. Czy żałują? Czy dziś, z perspektywy czasu, uznają swoje wybory za słuszne? Marylka odpowiada: - Przyznam się, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co by było gdyby... Gdy myślę o przeszłości, to żałuję, że mało aktywnie uczestniczyłam we wszystkich wydarzeniach. Czuję niedosyt... Na pewno włączyłabym się znów. Nie stałabym na uboczu... Ania ma swoje problemy, mówi: - Prowadzę do dnia dzisiejszego działalność związkową... W związku źle się dzieje... Ja mam wielki żal. Widzę niezadowolenie w zakładach pracy... Jako członek związku słyszę: „Ania, czy ci warto było siedzieć?” Sama widzę, co teraz jest... Ci ludzie, którzy byli dobrzy, byli odsuwani. Zaczęły się układy, układziki, związki nieformalne... Jeżdżę raz na rok na spotkania ludzi internowanych i represjonowanych. Widzę to samo. Ci ludzie nie mogą zrozumieć. Często nie pracują. Mają marne renty. Ci ludzie są odpychani... Dzięki nam tamci są w Sejmie, zajęli stanowiska... Dla mnie to jest inna „Solidarność”... Tamta miała bazę, wartości, które ludzie przyjmowali... Piękna legenda pierwszej „Solidarności” wciąż jest dla nich ważna... Wiesia ubolewa: - „Solidarność” zaczęto wdeptywać w ziemię. Tę drugą „Solidarność” tworzono odgórnie... Ewa jest podobnego zdania: - Refleksja nie najweselsza. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to jest to, o co ja i moi przyjaciele walczyliśmy. To nie jest to, o co walczyliśmy, co sobie zamarzyliśmy. W gruncie rzeczy to też nie jest ta „Solidarność”, o którą walczyliśmy. Ela im wtóruje: - Nie powinno się dziś używać słowa „Solidarność”, teraz się walczy o pieniądze, o stanowiska... „Solidarność” to kiedyś była, teraz jej nie ma. Jola dopowiada: - Jeśli ktoś mi mówi, że po 89 roku była jakaś „Solidarność:, to mnie po prostu obraża. „Solidarność” była wtedy, nigdy więcej... W jej oczach pojawiają się łzy. Spływają po policzkach. Jola odwraca głowę... Ewa stwierdza: - Tragiczne jest to, że wiele z tych osób, które walczyły z takim poświęceniem, nie znalazły po zakończeniu walki miejsca dla siebie w kraju, gdyż rzeczywistość była taka, że zmuszone były opuścić kraj. Ludzie ci żyli za granicą wbrew swojej woli. Marzą, by wrócić do ojczyzny. Ale zaczynać wszystko pod koniec życia od nowa? W tej Polsce?... Nie jest to Polska naszych marzeń. Ela mówi z irytacją: - Jak przyjeżdżałam do Polski... Usłyszałam na ulicy dwóch panów w wieku emerytalnym. Mówią: „solidaruchy”. Mówiło się „komuchy”, ale „solidaruchy”? To coś nie tak! Jola też się denerwuje: - Mój przyjazd do Polski jest strasznym przeżyciem. Widzę tu przyjaciół, gdzie są, a gdzie mogli by być. Po 89 roku... Nie rozumiem ludzi, którzy weszli w układ „okrągłostołowy”. To są zdrajcy, bo poszli na układ z komuną. To jest nie do wybaczenia. Ci ludzie powinni za to odpowiedzieć. Tak się nie robi. Społeczeństwo nie wierzy, że to jest jeszcze „Solidarność”. Gdzie jest Andrzej Gwiazda? Gdzie jest Kornel Morawiecki? Gdzie oni są? Oni nam stworzyli ten ruch. To oni byli naszymi przywódcami duchowymi... Dzisiaj jak słucham, że Michnik całuje się, wita, nazywa przyjacielem Jaruzelskiego... to przepraszam! Przecież nie o to żeśmy walczyli. Dla mnie, gdy ogłoszono, że podpisano porozumienia „okrągłego stołu”, to było końcem wiary, że w Polsce coś się zmieni. I to, niestety, się sprawdziło. Zosia ma podobne odczucia: - W 95 roku odwiedziłam po raz pierwszy Polskę... Nie oceniam, nie mam prawa. Czasem się oburzam, czasem się martwię, czasem mnie śmieszy... To, do czego dążyliśmy, zostało spaprane. Nasze więzienia, nasze losy – nie poszło to na darmo, ale się odwlokło... Myśmy wierzyli, tak wierzyliśmy, że gotowi byliśmy w tym momencie dać się powiesić... Żeby ludziom było lepiej... Jak przyjechałam w 95 roku, jak zobaczyłam w polskiej telewizji kłótnie, awantury o rzeczy, które są nieistotne... Może chodzi tu tylko o krzesła?... Wychodzę na ulicę. Biedni żebrzą. W normalnym kraju nie może być tyle setek ludzi, co nie mają nic do jedzenia... Nie do mnie należy ocena. Mnie jest tylko żal tych ludzi biednych, żal naszych matek emerytek, co mają po 500 złotych, a 300 muszą płacić na mieszkanie... Mówi się w Polsce: tamci kradli powoli, ci kradną szybko. Ewa pociesza: - Społeczeństwo polskie zaczyna teraz powoli rozumieć, co się stało. Nigdy nie jest za późno. Trzeba zacząć od mówienia prawdy. Pokazać prawdę o „okrągłym stole”... „Solidarność”, która posługuje się tą nazwą, to nie jest moja „Solidarność”... Szanse tamtej „Solidarności” zostały zmarnowane. Wiesia też zdobywa się na optymizm: - Jest jednak nadzieja. Ludzie chcą spotykać ze sobą. Wydobyliśmy się z szoku. Na nowo zaczynamy się posługiwać własnym umysłem... Przecież coś tak pięknego jak „Solidarność” nie może się rozpłynąć bez śladu. Ela pointuje: - W celi pytały: „za co ona, kurczę, dostała ten wyrok?”. Za niewinność. Nie powtórzę, cośmy mówili, słowo niecenzuralne... Za usiłowanie obalenia ustroju PRL... I to była prawda, człowiek chciał obalenia ustroju, może nie?... Właśnie, kurczę, niby żeśmy go obalili! Więźniarki. Kryminalistki. Więźniarki sumienia. Ich los poruszył serca i sumienia demokratycznego świata. Przetoczyła się fala protestów. Ujęła się za nimi i innymi więźniami sumienia w Polsce Amnesty International. Występowali w ich obronie politycy i intelektualiści, artyści i związkowcy, instytucje i organizacje z całego demokratycznego świata. Jednostkowe, na wskroś indywidualne losy każdej z siedmiu dziewcząt z jednej celi sumują się w uniwersalną historię: o systemie totalitarnym, który potrafi w wyjątkowo brutalny sposób ingerować w życie człowieka; o cenie, którą się płaci za wierność ideałom; o wyborze między wolnością a koniecznością; o „wilczym bilecie” i „bilecie w jedną stronę”, które bywały i bywają perfidną bronią totalitarnych rządów; o Historii, która niekiedy miota nami jak pionkami na szachownicy szaleńca; o kraju, który pewnego razu nas nie zechciał, a teraz i my już go nie chcemy; o drugiej ojczyźnie, która bywa matką, ale i macochą; o sprawiedliwości i zadośćuczynieniu, o które tak trudno w życiu doczesnym; o absolutnych wartościach takich, jak przyjaźń, miłość, solidarność, wierność, piękno czy dobro. Historia uniwersalna, która jest jak memento. Znów ktoś gdzieś kogoś może uwięzić po prostu za nic. Znów ktoś gdzieś komuś może złamać życie dla własnego widzimisię. Nie tylko na antypodach, lecz tu, za miedzą. Ta historia wydarzyła się przecież w środku Europy. U schyłku dwudziestego wieku... Po prostu wczoraj. Historia jest to więc uniwersalna, ma jednak bardzo lokalne tło – dramatyczny fragment najnowszych dziejów Polski, kraju położonego właśnie w środku Europy. Dziewczęta spod jeden celi odsłaniają prawdę, której świat nie zna, a Polska znać do niedawna nie chciała. Prawdę gorzką, bolesną, której poznanie pozwoli łatwiej zrozumieć, dlaczego Polska przeżywa tak trudną transformację i dlaczego tak mozolnie powraca do Europy. Są niezwykłe, a przecież tak normalne, dzielne kobiety, które na przekór przeciwnościom losu, potrafiły zbudować szczęśliwe życie, a niegdysiejszą aktywność na płaszczyźnie politycznej zdołały przekuć w intensywne, pełne różnorodnych barw powszednie działanie na rzecz swoich środowisk społecznych i zawodowych, a także swoich krajów, nieważne, starych czy nowych. Dziewczęta z jednej celi. Siedem dziewcząt. Siedem rozdziałów barwnej księgi. Zachwyciliśmy się nimi. Postanowiliśmy zrobić o nich film. My... czyli Piotr Zarębski – producent, reżyser i operator w jednej osobie. Zosia Kucharska-Kowalik oraz Andrzej Żabicki – dźwiękowcy. I niżej podpisany – scenarzysta. Szło nam jak po grudzie. Szło dokładnie tak, jak toczyły się losy naszych wspaniałych bohaterek. Pomysł zrodził się w 1998 roku, choć pierwsze ujęcia zrobione zostały już w 1997 roku we Francji z Ewą. Nikt wtedy w Polsce takiego filmu nie chciał. Czekaliśmy na dogodny moment, nie przestając pracować nad filmem. Planowane było kameralne spotkanie dziewcząt w Alpach francuskich w 2000 roku. Nie doszło ono do skutku, - nie było pieniędzy oraz możliwości, by na ich zjeździe pojawiła się kamera i mikrofon. „Po co mamy się spotykać gdzieś we Francji, jak mamy być w Europie, przyjedźmy do Polski” - stwierdziły. W końcu realizuje się ich marzenie – w 2002 roku wszystkie spotykają się we Wdzydzach na Kaszubach. Nagrywamy je na kamerę - stamtąd pochodzi też większość wypowiedzi pomieszczonych w moim tekście. Zosia, Piotr i ja – pracując za darmo, a Piotr (jako producent) finansując z własnej kieszeni pobyt całej ekipy filmowej. Był też z nami wówczas Grześ czyli Gregory Uraszewski – Polak z Francji, znakomity operator i wspaniały człowiek. Mówił: fantastyczny temat, wspaniałe kobiety. I nie mógł zrozumieć, dlaczego w polskiej telewizji nie można się z takim tematem przebić... Grześ, Polak i Francuz od kilkudziesięciu lat... Za jego sprawą naszym projektem zainteresowała się telewizja „Arte”. Niestety, Grześ nie dożył realizacji filmu, zmarł na raka żołądka, a telewizja „Arte” okazała się, mówiąc oględnie, niesolidna. W 2004 roku Piotr Zarębski, odwiedził w Sacramento Marylkę. Nakręcił na własny koszt znakomite sekwencje do filmu. W rok później pojawił się z kamerą na nieoficjalnych obchodach 25. rocznicy powstania „Solidarności”, w których aktywnie uczestniczyły Ewa i Wiesia. Rejestrował też pobyt Marylki i Zosi w Polsce w 2006 roku. W 2004 roku polska telewizja publiczna po paru latach uporczywych starań wykazała zainteresowanie naszym projektem. Piotr Zarębski jako producent uzyskał dla tego tematu list intencyjny, który upoważnił go do starań o dofinansowanie realizacji przez Agencję Produkcji Filmowej. Pakiet filmu leżał w APF blisko rok, czekając na opinię ekspertów. Nie doczekał się, gdyż Agencja Produkcji Filmowej została... rozwiązana. Na jej miejsce powołany został Polski Instytut Sztuki Filmowej. W 2006 roku PISF po kilku miesiącach przyznał filmowi obniżoną dotację... I kiedy nasza ekipa zaczęła przygotowania do zdjęć (ustalanie terminów z bohaterkami, załatwianie wiz, rezerwacje samolotów) okazało się, że... pojawiły się spory proceduralne między TVP SA a PISF, które uniemożliwiły podpisywania kontraktów. Trwają one do tej pory. W nadziei, że zostaną wreszcie pomyślnie rozwiązane, nasza ekipa filmowa zaplanowała wyjazd (na koszt producenta) w październiku 2006 roku do Kanady, by kontynuować podjęte przed dziesięcioma laty prace. Niestety, wyjazd trzeba było odwołać, gdyż nadzieje na szybkie pokonanie formalnych przeszkód okazały się płonne. Ciągle jednak nie tracimy wiary, że film w końcu powstanie. Uda nam się wyjechać z kamerą i mikrofonem do Kanady i Australii, do Francji i Niemiec. Uda się też dokończyć zdjęcia najważniejsze – w Polsce. W 2006 roku stała się też rzecz najstraszniejsza. Odeszła od nas na zawsze jedna z dziewcząt, dobra i mądra Wiesia Kwiatkowska. Zmarła nagle na zawał... Piotr zarejestrował Jej pogrzeb. Prezydent RP uhonorował zmarłą wysokim odznaczeniem państwowym. Po niewczasie... Jej, wspaniałej Wiesi, poświęcam ten tekst. W imieniu własnym, w imieniu Jej najserdeczniejszych przyjaciółek i naszej ekipy filmowej, która nie traci wciąż nadziei, że uda jej się zrealizować tak ważny dla spraw polskich film. |
|||