|
||||
|
|
Joerg Guido Huelsmann Euro: Rothbardiańska interpretacja najnowszej historii monetarnej (część 2)4. Rola Bundesbanku w ESW. Przy wszystkich nowych ustaleniach „stałych” kursów wymiany ESW Bundesbank stał się celem zaciekłych ataków. Nie współpracował, dławił gospodarkę zagranicy, gnębił inne banki centralne itd. Jak to jest jednak możliwe, aby w splocie czysto dobrowolnych stosunków wymiany, jakim jest przecież rynek, jedna strona może wyzyskiwać, albo jakoś inaczej gnębić drugą? Niezliczeni ekonomiści łamali sobie głowę nad tym pytaniem. Jak wyjaśnić „panowanie” Bundesbanku? Odpowiedź jest taka, że władza Bundesbanku wynikała ze słabości samozadłużenia innych władz walutowych. Właściwym problemem „miękkich” walut nie była marka niemiecka bądź Bundesbank, lecz nienasycona żądza polityków i grup interesu w krajach owych miękkich walut. Obsługiwanie tych grup za pomocą prasy drukarskiej doprowadzało wciąż na nowo do spadku wartości tychże walut, a aby ten spadek wartości nie uwidocznił się w spadającym kursie wymiany, to Bundesbank ze swojej strony powinien produkować więcej pieniędzy, by kupować inflacyjne waluty! Tak zwana wina Bundesbanku polegała więc na tym, że nie zwiększał podaży marki tak mocno (a przez to nie powodował spadku jej wartości), jak Banque de France franka czy Banca d’Italia lira. Niemcy będą mu zawsze za to dziękować, ale niemieccy i zagraniczni politycy oraz grupy interesów nie mogły mu tego nigdy przebaczyć. Nie możemy pozostawić żadnej wątpliwości co do istoty instytucji walutowych. Wszystkie banki centralne służą tylko i wyłącznie plądrowaniu ludności na korzyść politycznie zorganizowanych grup interesu. Bundesbank nie jest żadnym wyjątkiem. Jednakże ze wszystkich banków centralnych najmniej szkodził politycznie niezorganizowanej masie ludności. I przysługę tą wyświadczył nie tylko ludności niemieckiej, lecz wszystkim obywatelom Europy. Ponieważ przez wstrzemięźliwość Bundesbanku, do podobnej wstrzemięźliwości zmuszone zostały wszystkie inne banki centralne, które dążyły do stabilizacji kursów wymiany. Marka niemiecka była więc nie tylko kotwicą stabilizacyjną w ESW. Była bastionem w walce pomiędzy europejskim społeczeństwem obywatelskim a europejskimi państwami. 5. Koniec ESW i narodziny Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Zawsze wtedy, kiedy wolność obywateli ograniczana jest w niesłychany sposób, w interesie państwa leży, by jego poddani pozostawali w stanie niewiedzy o tym nowym rabunku. Tak jest również w przypadku Europejskiego Banku Centralnego. Państwowa propaganda przedstawia stworzenie EBC jako proces, który organicznie kontynuuje rozwój w kierunku wytyczonym przez ESW. EBC jedynie poprawia to, co i tak już istnieje. Ale takie przedstawienie sprawy nie odpowiada faktom, lecz tylko politycznym celom jego twórców. EBC nie jest zwieńczeniem ESW. Stoi na zupełnie innych podstawach i służy całkowicie innym celom. ESW polegał na jednostronnej i indywidualnie odpowiedzialnej czynności uczestniczących władz narodowych. Zmuszał każdą władzę, która chciała ustabilizować kurs wymiany swojej waluty, do tego, by nie powodować więcej inflacji, aniżeli najmniej pro-inflacyjna władza siostrzana. Prowadziło to do relatywnej stabilności kursów wymiany. Przede wszystkim jednak, prowadziło to (prawdopodobnie wbrew woli ojców ESW) do ograniczenia finansowania państwa przez prasę drukarską. Znaczenie nowego EBC polega na tym, że oto po raz pierwszy w historii istnieje centralny europejski producent pieniądza fiducjarnego, który znosi nadane przez stary system ograniczenie państwowych budżetów, a przez to otwiera państwu i ściśle z nim powiązanym grupom interesu nową drogę do bogacenia się. To jest właściwy cel EBC i zamiar jego twórców. Aby uświadomić sobie ten fakt, rzućmy okiem raz jeszcze na rozwój sytuacji w latach 70. i 80. Po upadku systemu z Bretton Woods, prasa drukarska stała się we wszystkich zachodnich państwach ważnym źródłem dochodu. Jak to jest zazwyczaj w takich sytuacjach, żadne nie uczyniło z dodatkowego dochodu sposobności do obniżenia podatków i zmniejszenia długów. Co więcej, inflacja postrzegana była jako pożądany dodatkowy dochód, za pomocą którego dało się finansować poszerzanie się zakresu działań państw. Godzina prawdy nadeszła, kiedy pod koniec lat 70. nagle zmienił się polityczny trend i stabilizacja kursów wymiany wymagała zmniejszenia inflacji do poziomu najmniej inflacyjnych krajów. Dochody, które państwo straciło przez zmniejszenie inflacji, mogły zostać wyrównane za pomocą zmniejszenia wydatków. Jednak we wszystkich krajach rozwiązaniu temu opierał się panujący kartel polityków i zorganizowanych politycznie grup. Korzyści, których – na koszt nieświadomych i niezorganizowanych obywateli – przysparzała im inflacja, stały się „społeczną własnością stanów”, którą należało zachować. Pozostały dlatego tylko dwa rozwiązania. Pierwsze polegało na podwyżce podatków i danin. Ten środek jest jednak zawsze bardzo niepopularny, ponieważ uśpiony dotychczas obywatel-podatnik jest tu wzywany bezpośrednio do kasy i najczęściej reaguje na to bardzo opryskliwie wielką niechęcią. Ponieważ politycy obawiali się rewanżu „szarego człowieka”, skoncentrowali się na drugim rozwiązaniu, które polega na zwiększaniu długu państwa. Szczególność tego zadłużenia polegała na tym, że nie był to jednorazowy akt, który został wykorzystany do finansowania szczególnych wydatków. Chodziło raczej o to, by ową część wydatków zwykłego budżetu państwowego, która przedtem finansowana była poprzez inflację, ciągle finansować poprzez zadłużanie. Było to jednak możliwe tylko przez trwające ciągle nowe zadłużanie. Dlatego też od końca lat 70. we wszystkich państwach obniżaniu inflacji towarzyszyło ciągle rosnące zadłużenie państwowe. To przeniesienie ciężaru struktury dochodów państwa z inflacji na nowe zadłużanie, w ciągu lat 80. coraz wyraźniej wychodzące na jaw, było decydująca dla rozwoju międzynarodowego systemu walutowego. Z góry wiadomo było, że państwowe zadłużenie nie mogło być trwałą odpowiedzią na pytanie o finansowanie państwa. Państwa i obywatele są wprawdzie pod wieloma względami rożni, ale każde z nich może podjąć kredyt tylko wtedy, kiedy jest nadzieja na jego spłatę. W obydwu przypadkach nadzieja ta jest tym mniejsza, im większe są istniejące długi. W wielu krajach zadłużenie państwowe osiągnęło bardzo szybko rząd wielkości, który praktycznie wyklucza spłatę. To dotyczy nawet raczej „konserwatywnych” państw. W Niemczech na przykład na dziś państwo, landy i gminy zadłużone są według urzędowych statystyk już na więcej niż 60% niemieckiego PKB. Jednak w liczbie tej odbicia nie znajdują ważne składniki zobowiązań finansowych (jak np. zobowiązania wypłat wynikające z ubezpieczeń społecznych). Dlatego – realistycznie – zadłużenie niemieckiej administracji terytorialnej oszacowane musi zostać na 300 do 400% PKB, a w innych państwach wygląda to najczęściej jeszcze gorzej (5). W latach 80. stawało się coraz wyraźniejsze, że podejmowanie przez państwo kredytu w bardzo krótkim czasie osiągnie granice i że będą musiały zostać znalezione inne drogi finansowania państwa. Zasadniczo w rachubę wchodziły jednakże tylko dwa już wymienione rozwiązania. Można było podwyższyć podatki i składki, ale, jak wspomniano, prawie żaden polityk nie chciał i nie chce przeprowadzić takiej podwyżki w potrzebnym zakresie. Dlatego też pozostało tylko finansowanie poprzez prasę drukarską, ale rozwiązanie to było nie do pogodzenia ze stabilnymi kursami wymiany tak długo, jak długo niemiecki Bundesbank nie szedł razem w szeregu. Musiało zatem siłą rzeczy wciąż na nowo dochodzić do kryzysów ESW, do „rozszerzeń pasm wahań” i zmian rzekomo nieodwoływalnych kursów wymiany. Z tego co powiedziano wynika niechybnie wniosek, że kryzysy te nie były nieszczęsnymi wypadkami, lecz zwiastunami upadku całego ESW. Kraje notorycznie słabych walut, jak Włochy, były po prostu pierwszymi w kolejności. Wiele innych państw, których długi osiągnęły podobne rozmiary, czekał ten sam los. Staje się to jasne już choćby dlatego, że tylko dwa kraje przystępujące do Europejskiej Unii Walutowej (Luksemburg i Niemcy) względnie nieznacząco przekroczyły ustalony w traktacie z Maastricht limit zadłużenia. Wszystkie inne państwa przystępujące miały widoczną potrzebę, by w ciągu dwóch lat przed unią walutową nie pozwolić nowemu zadłużeniu wzrosnąć nazbyt mocno, jednak z reguły pozostały wysoko ponad ustalonym (urzędowym) stopniem zadłużenia w wysokości 60% PKB. Było zatem tylko kwestią czasu, kiedy inne waluty pójdą w ślad lira i Europa powróci do inflacyjnego systemu „wolnych kursów wymiany” z lat 70. Innymi słowy, stabilność ESW była jedynie pozorem. Iluzja relatywnej stabilności powstała poprzez zadłużanie się uczestniczących państw, a to czyniło coraz bardziej nieuniknionym powrót do inflacyjnej polityki lat 70. ESW był bombą z opóźnionym zapłonem, której zegar z początkiem lat 90. cykał coraz głośniej. Nie doszło jednak do powrotu do lat 70. Stało się coś gorszego. Ponieważ, jeśli nie można nic pozytywnego uzyskać już od narodowej władzy walutowej, to cóż dopiero od międzynarodowej, która ma nieporównanie większe możliwości szkodzenia. Nowo stworzony EBC i jego produkt, Euro, nie rozwiązują w rzeczywistości żadnego z problemów walutowych, które pojawiły się od czasu odejścia od pieniądza opartego na metalu szlachetnym. Co więcej, odsuwają w czasie rozwiązanie tych problemów, tylko je zaostrzając. EBC i Euro powstały pod wpływem zarówno rynkowych, jak i politycznych sił. Siły rynkowe wyrosły z usuwania barier handlowych, które w latach 80. i 90. doprowadziły do rosnącego międzynarodowego podziału pracy. Przekraczająca granice wymiana towarowa i relatywnie stabilne kursy dewiz przyniosły odczuwalne gospodarcze ożywienie. Na przekór wszelkiemu krakaniu o rzekomej jednostronnej orientacji na interesy kapitału, epoka ta przynosiła coraz większy dobrobyt coraz większym częściom ludności. Poprzez wzrastające gospodarcze powiązanie z zagranicą coraz więcej przedsiębiorstw miało interes w stabilnych warunkach ramowych w stosunkach z nią. Obok przedsiębiorstw eksportujących dotyczyło to w szczególności banków i innych przedsiębiorstw finansowych, które brały udział w międzynarodowym obiegu kapitału. Rynkowe interesy tych grup były jedną pobudką EMU. Druga pobudka była politycznej natury. Wspomnieliśmy już, że Bundesbank powodował ciągle mniej inflacji niż inne władze walutowe i że ściągnęło to na niego wrogość wielu politycznie zorganizowanych grup w kraju i zagranicą. Było zatem jasne, że zagraniczne rządy dążyły do reformy walutowej, która przyniesie im wpływ na decyzje Bundesbanku. Były gotowe poczynić ustępstwa politycznej natury miarodajnym w niemieckim państwie grupom interesu, aby uwolnić się z trudnej sytuacji finansowej, w którą same się wpędziły. Na tym tle zrozumiałe staje się, dlaczego niektórzy krytycy rządu Kohla zarzucali mu, że sprzedał markę niemiecką jako cenę za zjednoczenie Niemiec. Z perspektywy tych krytyków zniesienie znienawidzonego Bundesbanku było ceną, której rządy Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych zażądały za swoją zgodę na zjednoczenie. Ta teoria ma rzeczywiście nieco racji. Ale nie wolno myśleć, że odsłania więcej aniżeli jeden poboczny aspekt zdarzenia. Żaden rząd nie może sobie pozwolić, aby zachowywać się wobec swoich poddanych jako rzecznik czysto zagranicznych interesów. Wspomnieliśmy już o fakcie, że coraz większe i coraz bardziej wpływowe koła niemieckiej gospodarki miały interes w stabilnych europejskich warunkach walutowych. Ale faktem jest również, że politycznie wpływowe w Niemczech grupy były zainteresowane poświeceniem marki, aby w odpowiedzi na to otrzymać z zagranicy polityczne koncesje. Zilustrują to dwa przykłady. Niemiecki przemysł samochodowy produkuje jakościowo najwartościowsze, ale i najdroższe samochody w Europie. Lecz z punktu widzenia konsumentów jakość nie uzasadnia każdej ceny. W wielu przypadkach konsument preferuje samochód z gorszą obróbką i niższymi standardami bezpieczeństwa, jeśli cena jest niższa. Lecz jeśli wszyscy producenci zostają przez państwo zmuszeni do dotrzymywania pewnych technicznych standardów, wówczas ten wybór oczywiście odpada. Produkowane mogą być już tylko drogie samochody i wówczas konsumenci mogą decydować się już tylko pomiędzy nimi. Zatem państwowe standardy uprzywilejowują najdroższych producentów obciążając konsumentów i tanich dostawców. A przecież „harmonizacja” warunków produkcji w Europie nie oznacza nic innego aniżeli państwowo wymuszone ujednolicenie wszystkich standardów produkcji. Beneficjantem harmonizacji motoryzacyjnej jednoznacznie jest przemysł niemiecki, który może wzbogacić się na koszt swoich klientów i swych zagranicznych konkurentów. Identyczna sytuacja ma miejsce w zakresie zorganizowanej pracy. Niemieckie związki zawodowe reprezentują najbardziej technicznie doświadczonych, ale także najdroższych pracobiorców w Europie. Kwalifikacje pracowników nie są celem samym w sobie, lecz muszą zostać odniesione do płac. Wielu przedsiębiorców preferuje w istocie tańszą siłę roboczą, jakkolwiek jest ona mniej doświadczona. Dlatego inwestują w krajach o niskich płacach. Inwestycje te podwyższają tam płace, jednocześnie zmniejszając je w tych krajach, gdzie płace są wysokie – osłabia to władzę związków zawodowych w krajach o wysokich placach. Jeśli jednak poprzez państwowy przymus praca staje się wszędzie jednakowo droga, wówczas odpada zachęta do eksportu kapitału. Dokładnie to jest skutkiem europejskiej harmonizacji państwowo przypisywanych warunków pracy (zakaz zwalniania z pracy, czas pracy, ochrona pracy, ubezpieczenie na wypadek bezrobocia, itd.). W istocie środki te oznaczają ujednolicenie warunków produkcji w Europie. Beneficjantami są niemieckie związki zawodowe, ofiarami krajowi i zagraniczni pracobiorcy, którzy przy wymuszonych wysokich kosztach pracy nie mogą znaleźć zatrudnienia, a na koniec oczywiście konsumenci. Jak powiedziano, są to tylko przykłady tego, że z politycznej centralizacji w Europie skorzystały w Niemczech ważne grupy i dlatego miały bodziec, by opowiadać się za polityczną wymianą („marka niemiecka w zamian za przywileje”). Rząd federalny mógł liczyć na wsparcie tych grup także wtedy, gdy z wielkim naciskiem występował za europejską unią walutową. Niestety starania te okazały się skuteczne. Z początkiem 1999 władze narodowe przekazały swoje kompetencje decyzyjne w kwestiach walutowych EBC i stały się jego organami wykonawczymi. Innymi słowy, Euro zostało wprowadzone faktycznie już teraz, ponieważ decyzje o wszystkich walutach państw przystępujących podejmowane są przez władzę centralną. Euro istnieje, aczkolwiek w tej chwili jeszcze nie w formie określonych banknotów i monet, lecz reprezentowany przez narodowe banknoty i monety. Banknoty marki niemieckiej nie są już samodzielnym pieniądzem, lecz przedstawicielem Euro. Tak samo jest z banknotami i monetami innych państw przystępujących. 6. Gospodarcze i polityczne skutki EBC i Euro. Wielkim pytaniem jest oczywiście, jaką politykę podaruje nam w przyszłości EBC, i niestety nie można oddać się tu iluzjom. EBC i Euro zostały stworzone, ponieważ stary system był na drodze do upadku na skutek zadłużenia państw narodowych. Jednak EBC i Euro nie pozbywają się ani długów, ani zależności państw od ciągłych dostaw nowych kredytów. Nie rozwiązują tych problemów, lecz będą je zaostrzać. Niektórzy obserwatorzy sądzą, że przyszła polityka EBC w decydującym stopniu zależy od tego, kto ją prowadzi i jak jej zadania są określone przez ustawę. Przede wszystkim w Niemczech osobie prezesa banku emisyjnego przypisuje się duże znaczenie, a wielu żąda ustawowego pierwszeństwa stabilizacji wartości pieniądza, która powinna kierować EBC tak jak wcześniej Bundesbankiem. Jednakże te personalne i techniczne szczegóły są nieistotne. Decydującym jest raczej następujący fakt: Euro umożliwia nowe kredyty, jednak nie dyscyplinuje państw. Poprowadzi więc państwowe zadłużenie w Europie ku nowym wysokościom, aż dotrze ono do swych naturalnych granic, tak jak swoje naturalne granice osiągnęło dziś zadłużenie narodowe. Najpóźniej wtedy, kiedy nowe państwo centralne nie będzie mogło już uzyskać nowych kredytów, dojdzie do powrotu do inflacyjnej polityki lat 70. Nic w tym fakcie nie zmienią wszystkie zapewnienia opłacanych przez państwo orędowników europejskiej unii walutowej. Euro prowadzi do inflacji. Zastępuje on ledwie narodowe kartele beneficjentów inflacji kartelem europejskim i utrudnia przez to obywatelom obronę przed interwencją tego wielkiego państwa. Rozwój ten bynajmniej nie może także zostać uniemożliwiony przez to, że stworzy się konstytucję europejską, która przypisze granice państwowemu pobieraniu kredytu i zobowiąże EBC do określonej polityki. Pisane postanowienia są bezsilne, jeśli nie podziela ich opinia publiczna, a w tej chwili wygląda to tak, że opinia publiczna toleruje inflację i długi państwowe. Niemcy pogodzili się z tym, że owe postanowienia traktatu z Maastricht, które uczestnicy unii walutowej ustalili na podstawie obiektywnych kryteriów, zostały poważnie naruszone. I tak trwać to będzie dalej w przyszłości, jeśli nie wystąpi zasadnicza zmiana w opinii publicznej. A jak zajść może taka zmiana u nas, gdzie wszystkie instytucje edukacyjne są w państwowych rękach, gdzie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne potrzebują państwowej licencji i gdzie państwowe sądy już wychodzą z założenia, że wolność przekonań przestała być niezaprzeczalną zasadą? Jednak EBC i Euro przynoszą nie tylko inflację, lecz ułatwiają także centralizację politycznych instytucji. Do przewidzenia jest, że państwa narodowe popadną najpierw w finansową, a potem także polityczną zależność od nowego państwa centralnego. Ponieważ państwa członkowskie Unii Europejskiej coraz bardziej tracą swoją wiarygodność kredytową, to nowe kredyty otrzymywać będą w coraz mniejszym stopniu na własny rachunek. Zamiast tego za kredyty te ręczyć musiała będzie Komisja Europejska, która na podstawie swojego statutu pozostała dotychczas praktycznie wolna od długów. Do pomyślenia jest, że Komisja ograniczy się do roli poręczyciela. Ale do pomyślenia jest także, że ona sama podejmuje kredyty, by używać tych pieniędzy bezpośrednio w państwach członkowskich. W każdym razie nazbyt zadłużone państwa narodowe staną się finansowo i politycznie zależne od nowego państwa centralnego. Te same wydarzenia dokonały się już w wielu krajach w ramach narodowych. Ambicja i omamienie nakłoniły w ciągu ostatnich 30 lat wielu niemieckich polityków lokalnych do pobierania dla swoich gmin coraz większej ilości kredytów. Kredyty te musiały bardzo szybko zostać zabezpieczone przez poręczenia landów, a zatem te miasta i gminy stały się ich podopiecznymi. Jednakże wiele landów prowadziło w swoim zakresie taką samą politykę i stały się zależne od poręczeń kredytowych związku. I tak dochodzi do tego, że landy, gminy i miasta w wielu zakresach polityki nie mogą już podejmować samodzielnych decyzji. Wszyscy są na rządowej kroplówce i potrzebują przychylności państwa. Związek ze swej strony powoli, ale pewnie zbliża się ku temu samemu losowi. Pocieszające jest wprawdzie, że niemieckie finanse państwowe wyglądają w porównaniu do innych krajów naprawdę znośnie. Ta pociecha jest jednak pociechą człowieka, który ma spaść w przepaść, ale widzi przed sobą jeszcze innych. Być może Niemcy mogą żyć jako tako stanowiąc o sobie jeszcze dwa lub trzy dziesięciolecia (chociaż w obliczu ich dziecinnego utożsamiania brukselskiego państwa centralnego z Europą jest wątpliwe, czy tego w ogóle chcą). Ale długookresowo nie będzie to możliwe. Niemcy coraz bardziej wpadać będą pod skrzydła brukselskiego molocha, który usunie w cień wszystkie dotychczasowe tyranie naszego kontynentu. Brukselskie państwo nie będzie zwlekać, by prędzej czy później wziąć rozdział gwarantowanych przez siebie kredytów we własne ręce, aby uczynić się w ten sposób w oczach wszystkich europejskich obywateli niezbędnym. To jest natura rzeczy. Władza polityków wypływa z ich poważania przez obywateli. Dlaczego intryganci w Brukseli mieliby tylko pracować i pozostawić politykom zbieranie laurów? Prędzej czy później „zharmonizowane” zostaną instytucje narodowego państwa dobrobytu (w szczególności ubezpieczenia społeczne), tzn. przesunięte pod nadzór brukselskich organizacji. W rezultacie EBC i Euro wywołują w ten sposób tendencje dwojakiego rodzaju: z jednej strony powstawanie i rozwój centralnego europejskiego państwa dobrobytu, z drugiej strony namnożenie nowych długów w jego imieniu. Obie tendencje doprowadzą – wcześniej czy później – albo do załamania w hiperinflacji, albo do załamania wszechwładnego państwa centralnego pod swoją własną nieefektywnością. To jest to, co ma nam do zaoferowania przyszłość, jeśli nie wystąpi zasadnicza zmiana: nowy rok 1923 albo nowy Związek Radziecki. Cdn. Tłumaczenie: Tomasz Wyszyński Myśl! 32 |
|||