|
||||
|
|
Romuald Bury LISTA ANETY KRAWCZYK „Lista krąży po kraju – lista Anety K.” – tak powinny brzmieć doniesienia agencji prasowych. Przypomnijmy, że prawie dwa lata temu inna lista wstrząsnęła opinią publiczną – było to ujawnienie (w styczniu 2005 roku) tzw. „listy Widsteina”. Było na niej sporo głośnych nazwisk a konsekwencje jej opublikowania w internecie ciągną się po dziś dzień. Bronisław Widstein został uznany w kręgach obecnej ekipy rządzącej za bohatera i w nagrodę otrzymał najwyższe i najbardziej wpływowe stanowisko w publicznych mediach. Śmiem jednak twierdzić, że Aneta K. prawdopodobnie w zamian nie dostanie prezesury Radiokomitetu (czy też innej synekury, oczywiście w innej konfiguracji politycznej), ale zamieszanie, jakie spowodowała swymi erotycznymi wynurzeniami, mogą być bardziej dalekosiężne. Stało się to, co się stało i od tej pory mamy już zupełnie inne obyczaje polityczne, zwane dziś elegancko „standardami”. Poziom dyskusji i jej jakość stale się obniża. Do dna (DNA?) jest jej jeszcze wprawdzie daleko, ale już jesteśmy zanurzeni w obyczajowej kloace po szyję i można domniemywać, że od tej pory może być tylko gorzej. A przecież sprawa nie jest nowa, tak samo, jak seks nie jest nowym czynnikiem w polityce. Wprost przeciwnie – odkąd istnieje polityka, od tak dawna jest ona związana z intymną (przynajmniej do niedawna) sferą życia człowieka. Erotycznie już było Na początku lat 90-tych XX wieku, czyli zaledwie
kilkanaście lat temu, podobna afera wstrząsnęła polskim parlamentem. Jej
główną „bohaterką” była niejaka Anastazja Potocka (Marzena Domaros),
która lekko dała się wynająć niejasnym do dziś siłom do kompromitowania
wybrańców narodu. Zostało to jednak potraktowane jako sprawa obyczajowa
a nie polityczna i większych skutków dla parterów jej miłosnych uniesień
nie miało. Opisała to w swych wspomnieniach - „Erotycznych
immunitetach”, w których (prawdziwie lub nie) – omówiła pewne cechy
charakteru poszczególnych posłów i senatorów, ich zdolności erotyczne
(lub ich brak) a nawet podała takie szczegóły, jak komu brzydko pachnie
z buzi (np. posłowi Stefanowi Niesiołowskiemu). Nikomu jednak nie
przyszło wówczas do głowy, aby to w jakikolwiek sposób sprawdzać, bo i
ponoć molestowania jej osoby nie było. Nie doszło więc do ingerencji
prokuratury, pobierania próbek do badań DNA czy okazywania cech
anatomicznych przed prokuratorem... Dziś co najmniej dziwi nas moralizowanie posłów SLD, rzekomo głęboko oburzonych wyczynami swych kolegów (a do niedawna przecież przyjaciół) z Samoobrony. Bo to brzmi tak, jakby kocioł garnkowi przyganiał. Przecież to ta partia (pod poprzednią jeszcze nazwą: Polska Partia Robotnicza – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza) od 1944 roku systematycznie rozbudowywała system swych przywilejów, do których należało m.in. instrumentalne traktowanie kobiet. Co prawda, mało wiemy o tym aspekcie panowania komunizmu w Polsce (może z powodu szczupłości bazy faktograficznej w postaci dokumentów, wspomnień i relacji a może z powodu niezrozumiałej niechęci badaczy do poruszania tego wątku), ale co do istoty sprawy wątpliwości nie ma. Komuniści od początku swego panowania głosili wprawdzie wzniosłe hasła, dotyczące także praw kobiet i konieczności ich zrównania z mężczyznami, ale to była fasada, za którą kryło się coś zupełnie innego. W kwartalniku „Glaukopis” (nr I/2003) opublikowany został ciekawy dokument. Jest to „Notatka dla Biura Politycznego KC PZPR w sprawie ograniczenia przywilejów materialnych dla działaczy państwowych, partyjnych, związkowych i wojskowych”, sporządzona 15 X 1956 roku przez tow. tow. Irenę Strzelecką i Stanisława Kubiczka – funkcjonariuszy KC PZPR. Wynika z niej, że istniał wówczas „legalny”, szeroko rozpowszechniony zwyczaj zatrudniania na etatach państwowych kobiet, które świadczyły usługi seksualne swym mocodawcom. Ale nie to było przedmiotem ostrej krytyki, lecz fakt, że owe „pracownice” często zmieniały swych pryncypałów, czyli towarzysze po prostu... wymieniali się nimi, aby rozszerzać wachlarz świadczonych im usług. W konkluzji towarzysze pisali do członków Biura Politycznego, aby „zlikwidować prawo utrzymywania pracownic domowych na etatach resortów, Urzędu Rady Ministrów i Prezydiów Rad Narodowych. Przywilej ten w zestawieniu z praktyką częstego zmieniania się pracownic domowych jest szczególnie demoralizujący. W tym celu zmniejszyć przyznane etaty sprzątaczek dla Resortów i Urzędu Rady Ministrów, na których utrzymywane są pracownice domowe”. Warto zwrócić uwagę, że nie było tu postulatu likwidacji tego ohydnego procederu, lecz tylko jego ograniczenia, czyli bardziej starannego ukrycia przed oczami postronnych. A dlaczego? Bo Biuro Polityczne też kultywowało tę sferę rozrywki, w dodatku poszczególni członkowie najwyższego rangą gremium partii komunistycznej korzystali z usług tej samej „damy”. „Kochanka Biura Politycznego” Nieco pikantnych szczegółów na ten temat ujawnił swego czasu były rzecznik rządu gen. Wojciecha Jaruzelskiego - Jerzy Urban, czyli człowiek akurat w tym zakresie dobrze poinformowany. W swych wspomnieniach „Jaja kobyły” z 1992 roku napisał: „W dawnej epoce, w której władza była czymś groźnym, tajemniczym, wyodrębnionym i wszechmocnym, istniał typ kobiet zafascynowanych władzą i ludźmi ją sprawującymi. W szczególności dotyczyło to stalinizmu. Były takie hetery rządowe, np. o Wilhelminie Skulskiej mówiono – „kochanka Biura Politycznego”.” Jej to – jako Wilhelminie Skulskiej-Kruczkowskiej, poświęcił bardzo ciepłe wspomnienie na łamach „Gazety Wyborczej” Stefan Bratkowski, pisząc m.in., że w 1956 roku „demonstracyjnie” opuściła redakcję „Trybuny Ludu”, która jakoby nie chciała zaakceptować „konieczności zmian”. Jak to bywa z tego typu wspomnieniami, b. towarzysz Stefan Bratkowski raczył nie zauważyć, cóż to ona robiła w tej gadzinówce do 1956 roku i czy brak zmian jej wówczas nie przeszkadzał. Później była placówka zagraniczna (co w opisie tow. Bratkowskiego kojarzy się wprost z... karą!). a jeszcze później, bo w latach 70-tych „córki pp. Kruczkowskich związały się z Komitetem Obrony Robotników, ofiarne i dzielne”, teraz zaś są dziennikarkami „Gazety Wyborczej”, która jako pierwsza wyciągnęła na światło dzienne erotyczne ekscesy funkcjonariuszy Samoobrony. Historia w ten sposób zatoczyła jakieś pokraczne koło. Jest jednak coś, co odróżnia Samoobronę od PZPR,
albowiem w partii komunistycznej owe „damy” zatrudniane były na etatach
sprzątaczek, aby się zbytnio nie wyróżniały. W partii populistycznej,
jaką jest Samoobrona, „damy” otrzymywały (jeśli to w ogóle jest prawda,
bo afera jest rozwojowa i te wątki podlegają dopiero sprawdzaniu) posady
dyrektorskie, płatne członkostwo w zarządach spółek i miejsca na listach
wyborczych do samorządów. Trzeba tu też przypomnieć, że SLD również ma na swym koncie erotyczne wyczyny posła obdarzonego nadzwyczaj wybujałym temperamentem (on sam określił swe skłonności jako „południowe”, co można kojarzyć z impulsywnością ludzi z Bliskiego Wschodu). Chodzi oczywiście o towarzysza Tadeusza Iwińskiego, który z racji uwiecznienia swych publicznych wyczynów na taśmie filmowej uzyskał przydomek „klepacza damskich tyłków”. Nie jest to przydomek zbytnio chwalebny, ale jakoś obecność tego osobnika w niczym nie przeszkadza działaczkom ruchów feministycznych i tym podobnych, zwierających szyki pod szyldem SLD. Może coś jest takiego w owym „klepaniu”, co ich zbytnio nie odstrasza? A czyż jego pryncypał, zapewniający mu systematyczną ochronę (wszak tow. Iwiński żadnych konsekwencji nie poniósł, choć skandal miał charakter międzynarodowy), czyli towarzysz Leszek Miller, był na jego tle i jemu podobnych – szczególnie cnotliwy i opanowany? Przecież i on nie mógł się oprzeć erotycznym podtekstom, gdy publicznie chwalił „kształtną pierś” tow. Aleksandry Jakubowskiej. Pozostańmy w sferze domysłów, że był to niewinny seksizm, bo i tej sprawy nikt bliżej badać nie chciał. Na kogo wypadnie, na tego bęc! Samoobrona nie jest partią, której działaczy można posądzać o szczególną ogładę i szarmanckość wobec kobiet. Jacy działacze, tacy Romeowie. O ich poziomie świadczy między innymi wypowiedź posła Filipka, który – jakby wyskoczył z przysłowiowych konopi – na konferencji prasowej oświadczył głośno i wyraźnie, że z panią, która zarzuciła mu molestowanie, to on by przedłużać gatunku ludzkiego nawet na bezludnej wyspie nie chciał. Cóż, jak na razie wiemy tyle, że to ta pani jakoby nie życzyła sobie ulegać powabom mężczyzn z Samoobrony. I trudno jej się dziwić. W tym wszystkim szczególna jest rola partii
dominującej w koalicji rządowej, czyli PiS. Premier Jarosław Kaczyński
zagroził, że wyrzuci z rządu Andrzeja Leppera, jeśli potwierdzą się
wobec niego zarzuty molestowania (bo takie publicznie padły). Teraz mamy sytuację dużo bardziej poważną – Aneta K., po ujawnieniu wyników badań DNA jej córeczki i posła Stanisława Łyżwińskiego, które jednoznacznie wykluczyły jego ojcostwo, wskazuje wprost, że w takim razie ojcem może być wicepremier Lepper. A przecież kilka dni wcześniej solennie zapewniała dziennikarzy, że jest pewna swego, bo „w tym czasie” współżyła fizycznie wyłącznie z Łyżwińskim. Jej komentarz był jednoznaczny: „jak mogłam się tak bardzo pomylić”. Problem polega na tym, że w ten sposób może ona prawie w nieskończoność wskazywać domniemanych ojców swej córeczki, konstruując „listę Anety K”. Na kogo wypadnie – na tego bęc? Ale to przecież nie zabawa, tylko sprawa bardzo poważna. Tyle, że rzecz dotyczy sfery obyczajowej a nie politycznej. Czy na przykład redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” prowadzi tak ascetyczne życie erotyczne, że na swych łamach może usiłować rozbić koalicję rządową pod zarzutami seksualnego molestowania? I czym tak naprawdę jest ta kategoria – czy każda „propozycja” (na przykład sprzed kilku lat, bo z tym mamy do czynienia) kwalifikuje się do postępowania prokuratorskiego, które może obalić rząd? I jakie muszą być dowody, aby rzecz uznać za całkowicie wiarygodną? Aneta K. wiarygodna nie jest, co nie zmienia faktu, że inne oskarżenia pod adresem działaczy Samoobrony nie są prawdziwe. ** ** ** W tym wszystkim tracimy szerszą perspektywę i
zdolność oceny sytuacji z moralnego punktu widzenia. Nie ma już bowiem
na tyle silnych pojęć, takich jak honor mężczyzny i wstyd kobiety, które
były przecież do niedawna fundamentem ładu moralnego naszej cywilizacji.
Zbliżamy się do standardów, obowiązujących w konserwatywnych w istocie
Stanach Zjednoczonych. Jak pamiętamy, kilka lat temu urzędujący
prezydent Bill Clinton długo bronił się przed zarzutami o jego ekscesach
w Gabinecie Owalnym (zwanym od tamtego czasu Gabinetem Oralnym) z młodą
asystentką Monicą Levinsky, wychodząc z talmudycznego potraktowania
formułek prawnych, czyli niejasności kategorii „stosunek”. I w gruncie
rzeczy to mu się udało. Byłoby źle, gdyby ludzie o moralności
Łyżwińskich i Filipków, ale także ich krytyków z pozycji rzekomo głęboko
moralnych, a w istocie głębokich hipokrytów, w dalszym ciągu istnieli w
polskiej polityce i kształtowali opinię publiczną poprzez kontrolowane
przez siebie media. Jeśli ma być odnowa, to niech będzie. Ale nie może
być to samo – tyle że od nowa. |
|||