|
||||
|
|
Więźniarki Jacek Indelak „Dziewczyny spod jednej celi” (2) Pamięci Wiesi Kwiatkowskiej poświęcam
Ania opowiada: - Pracowałam w zakładzie „stomilowskim” w Olsztynie. Była to fabryka opon samochodowych. Pracowałam tam w laboratorium jako laborantka... Nasz region zawsze stał z boku... Zaczęły się tworzyć nowe związki, zaczęło się ożywienie... Włączyłam się w tę działalność... Przy pierwszych wyborach weszłam w skład Prezydium Zarządu Regionu... Przez jakiś czas pracowałam tam na etacie. Ela wspomina: - Przed pójściem do więzienia pracowałam w hotelu... Sierpień ’80... To było coś pięknego... Myśmy też zaczęli strajkować. Znalazła się grupka ludzi o podobnych poglądach. Stworzyliśmy zarząd zakładowy... To była wielka nadzieja, że coś się zaczyna dziać, że będzie coś innego, że zmieni się coś w naszym szarym, codziennym życiu... Tak było radośnie na duszy, że coś się dzieje. Jola opowiada: - 80 rok miał dla mnie podwójne znaczenie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem. Zostałam sama z córką, która miała wtedy 8 lat. W kilka miesięcy po rozwodzie poznałam cudownego człowieka, który miał wadę: był wojskowym. O wojskowych z Ludowego Wojska Polskiego miałam złe zdanie. Bardzo mi więc to przeszkadzało... Były na tym tle spory, ale on był nam bardzo pomocny. Miał też cenną rzecz: samochód. Woził ulotki i biuletyny... Musiałam mieć na niego duży wpływ, bo napisał raport o zwolnienie... Sierpień ’80 miał jednak nie tylko blaski, ale i cienie. Najwcześniej dostrzegła je Ewa, przypomina: - Szybko zrodziła się opozycja w stosunku do Lecha Wałęsy. Nie chodziło o stołki, lecz o idee. Zwyciężyć można było tylko u boku Gwiazdy, Wałęsa miał widoki na karierę polityczną. Straszył nas, że świat się odwróci. Szantażował, że odejdzie i wszystko się zawali bez niego. Nie dało się z nim pracować. Uchwały przegłosowywane nie były realizowane, bo Wałęsa się nie zgadzał. Ludzie w obawie przed jego groźbami ustępowali. Nie wszyscy. 15 osób, potem więcej, złożyło dymisję. Wybuch stanu wojennego przerwał te wewnętrzne walki. Z Wałęsą łatwo było im się dogadać. Wałęsa nie przeszedłby w wyborach. Na pewno nie leżało to w interesie władzy. Zosia wspomina: - Oryginalnie jestem z Krakowa, a w 71 roku przyjechałam do Gdańska. Wyszłam za mąż. Po ukończeniu szkoły pracowałam w „Transbudzie” w Gdyni. Byłam szarym, pospolitym człowiekiem. Biegałam do pracy, do domu, po zakupy i tak dalej. Nie zajmowałam się niczym specjalnym. W momencie, gdy w 80 roku zaczęły się strajki na stoczni, do zakładu przyszedł pracownik, powiedział, że ruch taki się zaczął... Ktoś wytypował delegację. Ja – niespokojna dusza – powiedziałam sobie: dlaczego nie? Pobiegłam z nimi... Gdy ogarnęła mnie ta atmosfera, nie było już właściwie sposobu, żeby się z tego wycofać...Tak już byłam od początku do końca... Po utworzeniu „Solidarności” zostałam sekretarzem komisji oddziałowej... Wszystko było ładnie, aż do stanu wojennego. Ela stwierdza: - Jak Jaruzelski ogłosił stan wojenny, spojrzałam na moje miasto, a mieszkałam na 10 piętrze, miasto było takie szare, takie smutne. Myślałam: Boże, czy to się nie zmieni? Beznadzieja straszna była... Pobyt w więzieniu spotęgował pragnienie, żeby to się zmieniło. Żeby było mydło do mycia, nie raz w miesiącu. Żebym nie potrzebowała buty na kartki kupować. Nie tak, jak daje państwo, jedne na lato, drugie na zimię, bo ja bym chciała chociaż dwie czy trzy pary... Wiesia wspomina: - Stan wojenny... Coś groźnego wisiało w powietrzu, ale udawaliśmy, że tego nie widzimy. Rano zapukał sąsiad, powiedział, że stan wojenny... Na ulicach twarze spięte, ściągnięte... Ewa opowiada: - W nocy z 12 na 13 grudnia byłam na zebraniu frakcyjnym. Ustaliliśmy, że Wałęsa nie reaguje, trzeba więc ludzi uprzedzić, że stan wojenny wybuchnie. Zredagowaliśmy tekst ulotki... My doskonale wiedzieliśmy, że wcześniej czy później nas zamkną. Wiedziałam, że pójdę do więzienia... Nocą wróciłam z zebrania do domu. Była tam już wcześniej milicja. Zniknęłam. Ukrywałam się. Niedługo. Marylka mówi: - Strajki studenckie zakończyły się. Pojechałam zobaczyć się z rodzicami. Rano budzi mnie mama. Mówi, że jakiś stan wojenny. Jeszcze tego samego dnia wróciłam do Torunia. Pociągi jeszcze kursowały. Wróciłam do Torunia jak wielu naszych kolegów. Nie byłam ważną osobą w NZS-ie, nie było mnie więc na liście do zatrzymania... Zosia wspomina: - Sąsiadka przyleciała rano spanikowana: „Zosia, wojna jest!” Patrzyłam przez okno, czy samoloty nie lecą, nie zaczną bombardować... Poleciałam do zakładu. Nasz zakład strajkował do 19 grudnia. 18 poleciałam do domu, żeby się trochę ogarnąć. Ania opowiada: - Mnie stan wojenny zastał w domu. Było to z soboty na niedzielę. Przyszedł do mnie w nocy kolega i powiedział, że coś się w zarządzie regionu dzieje. Weszła UB-ecja i zatrzymała kilku ludzi. I poleciał. Zostawił mnie samą. Otworzyłam lodówkę, zabrałam bochenek chleba i kiełbasę. Wyszłam na ulicę. Było zimno, dużo śniegu, autobusy nie chodziły. Zabrał mnie zjeżdżający do zajezdni. Podwiózł pod zakład. Poszłam do komisji zakładowej. Było już trochę ludzi. Siedzieliśmy do rana. Rano dowiedzieliśmy się, że jest stan wojenny. Trzeba było podjąć jakieś działania. Zaczęło przychodzić coraz więcej osób. Podzieliliśmy funkcje. „Ania, ty będziesz pisała plakaty”. Miałam trochę zdolności do rysowania. Wypisywałam plakaty o takiej treści: „A więc wojna!” – to był cytat ze Starzyńskiego. „Dalej się nie cofniemy, za nami Moskwa”, albo był taki plakat, że musimy zaprotestować przeciwko internowaniu naszych kolegów... Przez całą niedzielę przesiedzieliśmy w zakładzie. Musieliśmy się gdzieś ukryć. Obawialiśmy się, że przyjdą w nocy i nas zaaresztują... Na drugi dzień, a był to już poniedziałek, wyszliśmy ze swoich kryjówek. Zrobiliśmy zebrania na wydziałach. Powiedzieliśmy, że przystępujemy do strajku... Zaczęli przychodzić komisarze i straszyć nas dekretami. Wzywali do opuszczenia zakładu. Te osoby, które chciały, zostały... Pilnowaliśmy maszyn, urządzeń... Jak to na strajku bywa, ludzie przynosili na bramę jedzenie, papierosy... O godzinie 10 wieczór przez wojsko i ZOMO zostaliśmy wyprowadzeni z zakładu... Jola komentuje: - Stan wojenny zweryfikował postawy całego naszego społeczeństwa. Wtedy można było się dowiedzieć, kto jest kto. Wtedy się ujawniali mali bohaterowie i ujawniały się wielkie szuje. To było bardzo przykre. Wśród znajomych można było na palcach policzyć przyjaciół, którzy najczęściej wtedy siedzieli w więzieniu... Wiesia stwierdza: - Stan wojenny – wiedzieliśmy, że taki rozdział nastąpi. Ja byłam po stronie pięknej. Czułam się wyróżniona. Byłam szczęśliwa, że cierpię dla ojczyzny. Marylka wspomina: - Było to już kilka miesięcy stanu wojennego. Były ciągłe protesty społeczne. Zbliżał się 1 i 3 maj. Toruńska „Solidarność” przygotowywała manifestację. Z trójką kolegów zatrzymano nas na ulicy jak roznosiliśmy ulotki. Postawiono nam zarzut przygotowywania manifestacji na 1 i 3 maja w Toruniu. Myśmy tej manifestacji nie przygotowywali. Chciałabym, żeby to była prawda, ale to była tylko mała pomoc w małym wycinku. Ania opowiada: - Po aresztowaniu na początku się bałam. Odbierałam to w sposób bardzo histeryczny. Nie mogłam się powstrzymać, cały czas mi z oczu łzy leciały... Był moment, że chciałam popełnić samobójstwo. Potłukła mi się kosmetyczka. Było szkiełko. Był taki moment w nocy, że chciałam sobie podciąć żyły... Później się zastanawiałam: Boże drogi, co ja robię najlepszego? Zaraz sobie przypomniałam mojego narzeczonego, Ryszarda. Swoich bliskich. Kto by się ucieszył, gdybym zrobiła sobie coś złego? Komuna by się ucieszyła, ale ile bym zrobiła szkody, nie mówiąc o sobie, całemu otoczeniu? Boże kochany, muszę się przełamać... Ela mówi: - Warunki więzienne w Polsce były okropne. W Grudziądzu było makabrycznie. Byłam w złym stanie psychicznym. Sama. Wiedziałam, że ludzie byli internowani, ale mój proces to był dopiero drugi proces w Toruniu. W czasie pobytu w Grudziądzu po prostu się bałam... Mama przyjechała na widzenie. Jak mnie zobaczyła w stroju więźniarki, to się popłakała. Wiesia dopowiada: - Byłam w kilku więzieniach. Górkowa, Fordon. Grudziądz – bez kanalizacji. Oddział kobiet w ciąży. Nosiły ciężkie kible. Ania ma podobne wspomnienia: - Grube klasztorne mury, ponure, bez kanalizacji... Do tej pory mi się śni, bo w tym więzieniu był oddział dla kobiet rodzących. Jak zobaczyłam na spacerniaku te dzieci w wózeczkach, rozpłakałam się. Ja to ja, ale co te dzieci robią w więzieniu? Ela wspomina: - Później zawieziono mnie do Fordonu. Tam spotkałam inne towarzyszki niedoli. Już było zupełnie inaczej... Jak przyjechałam do Fordonu, byłam pierwsza. Ewa, Zocha, Wiesia, Marylka przyjechały później... Ania też... Inna koleżanka, Terenia, jak szła na sprawę, myślała, że ją rozstrzelają. Marylka opowiada: - Na drugi dzień przewieziono mnie do Fordonu. Tutaj spotkałam dziewczyny, które zostały moimi przyjaciółkami... Tu poznałam Ewę Kubasiewicz, Anię Niszczak, Wiesię Kwiatkowską, Elę Mossakowską... To one pomogły mi przetrwać. Ania też trafiła pod tę celę, mówi: - W Fordonie była inna atmosfera. Inny klimat. Odsiadka była lżejsza. Tam właśnie poznałam Ewę Kubasiewicz, Marylkę Błaszczak, Zosię, Elę... Były dziewczyny ze wszystkich regionów. Ja przeszłam tam pewną szkołę. Dużo rzeczy się dowiedziałam. Natłok różnych informacji. Na różne rzeczy zaczęły mi się otwierać oczy. Od Ewy Kubasiewicz dowiedziałam się na przykład o konflikcie Andrzeja Gwiazdy i Ani Walentynowicz z Wałęsą. Wałęsa dla ogółu Polaków to wzór, można powiedzieć – bożyszcze, a wtedy się okazało, że nie wszystko jest tak... W więzieniu było różnie. Często strasznie, czasami zabawnie... Układałyśmy piosenki o klawiszkach. Jak która nam podpadła, to się o niej śpiewało piosenkę. Śpiewałyśmy w łaźni.... Strasznie się tych piosenek bały. Uśmiechają się do wspomnień. Ania intonuje piosenkę o klawiszce Stefanii, której to piosenki refren zawiera słowa: „Solidarność nie jest z piekła rodem”... Po chwili Wiesia nuci półgłosem „Grudniowe tango”... Urywa piosenkę i stwierdza: - Mieli nas dosyć w kryminale. Bo co nam mogli zrobić? Uznałyśmy, że nie będziemy poddawać się regulaminowi. I w więzieniu potrafiłyśmy być ludźmi wolnymi. Ela dopowiada: - Zaczęłyśmy strajkować w Fordonie o status więźnia politycznego. Zaczęłyśmy olewać regulamin. Nie stawałyśmy do apelu. W dzień siedziałyśmy przy stole... Ja zrobiłam taką demonstrację. Położyłam się w dzień na łóżku, zostałam za to skazana na kabarynę... Strażnicy zrobili szpaler, żebym nie mogła popukać do dziewczyn... W kabarynie źle się czułam. Po 24 godzinach napuchłam... Dziewczyny po powrocie ze spaceru nie chciały wrócić do cel. Protestowały w mojej obronie. Postawiły na swoim. Zaprowadzili mnie do lekarza... To ludzi jednoczy. Jak mur stanęły za mną. Ania mówi: - Ewa Kubasiewicz była dla nas wzorcem. To że ona miała taki wyrok: 10 lat. To było dla mnie pocieszające, skoro ona tak się zachowuje, to co ja ze swoimi 3 latami. Ewa wyjaśnia: - Wyszłam z więzienia ostatnia z naszej siódemki. Miał na to wpływ mój list otwarty. To był protest przeciwko prośbie o łaskę. Władza w okresie świątecznym robiła taką propagandę, by więźniowie prosili o przedterminowe zwolnienie. Ja przeciwko temu zaprotestowałam. List odegrał wielką rolę. Jak się później dowiedziałam, Andrzej Gwiazda dowiedział się o liście za pomocą takiej dziwnej metody porozumiewania się, jaką stosowali więźniowie. Przez sedes. Podobno wypompowywało się wodę z sedesu i w ten sposób komunikowało się z mieszkańcami innych cel... Ludzie zmieniali decyzję pod wpływem mojego listu otwartego. Ostatecznie to ja miałam największy wyrok w Polsce. Wychodziły z więzienia, jedna po drugiej... Marylka opowiada: - Po skończeniu studiów zostałam w Toruniu. Próbowałam podjąć pracę. Maksymalnie pracowałam miesiąc. Kiedy przychodziła odpowiedź z Centralnego Rejestru Skazanych, zwalniano mnie. Ta zabawa trwała dwa lata. Wiesia mówi: - Stan wojenny mnie wyobcował. Po kryminale – bezrobocie, bieda... Do 89 roku nigdzie nie pracowałam. Ewa wspomina: - W więzieniu nie zawsze było łatwo, ale najciężej było po wyjściu z więzienia. Władze Zarządu Regionu w osobie Borusewicza odmówiły mi współpracy... Płynęły z zachodu sprzęt i pieniądze, były warunki do działania, ale Borusewicz mi powiedział: zejdź do podziemia... Chciał mnie załatwić jak Andrzeja Kołodzieja. Nie miałam znikąd pomocy... Działy się zresztą wtedy dziwne rzeczy. Tajemniczo zaczęły znikać wydawnictwa podziemne... Współpracę zaproponowała mi „Solidarność Walcząca”. Przyjęłam ofertę. To był okres bardzo dziwny. Ukrywanie się przed UB-ecją i kolegami... Zaczęłam wydawać podziemne publikacje... Odwołałam się do przyjaciół, do Marylki, Zosi... To był czas bardzo trudny, trudno było coś zrobić... Bardzo boleśnie odczułam odrzucenie przez moje dawne środowisko „Solidarnościowe”... Nawiązaliśmy kontakt z zagranicą. Powstało przedstawicielstwo „Solidarności Walczącej” za granicą. Yves zaczął mi pomagać. Więzy zaczęły się zaciskać. Pobraliśmy się w Polsce latem 1987 roku. Do stycznia 88 roku władze nie dawały mi paszportu. Zosia opowiada: - Początek 86 roku. Zajrzałam do przyjaciółki Mirki i wpadłam w kocioł. I znowu, kurczę. Miałam przy sobie trochę bibuły... Pytają mnie, skąd mam? Znalazłam w tunelu! Może bym wam zaniosła?... Przewieźli mnie do mojego mieszkania. Zrobili rewizję... W domu pachniało farbą drukarską, miałam cały nakład bibuły... Posiedziałam na Kurkowej. Dwa, trzy miesiące. Nie było dziewcząt. Byłam sama... Codzienne przesłuchanie po osiem godzin. Krzyki, pogróżki. Oficer jeden wrzeszczał: „Kwiatkowska, chcecie być bohaterem narodowym po śmierci?”... Trwało to osiem miesięcy. Wypuścili. Ania komentuje: - Ja też czułam się opuszczona, gdy ktoś wyjeżdżał za granicę. My w więzieniu. Czuliśmy się jakbyśmy byli zdradzeni... Wyszliśmy z więzień. Widziałam jak niektóre osoby są traktowane. Nie mogą dostać pracy, są prześladowane, nie mają nadziei. Gdy lata mijały i ci ludzie nie mogli sobie życia ułożyć... Uważałam, że ktoś, kto ma beznadziejną sytuację, ma prawo emigrować... Miałam propozycję. Ja nie miałam tyle odwagi. Bałam się życia na obczyźnie. Marylka wspomina: - Nie myślałam o emigracji. Nie widziałam się poza granicami kraju. Kiedy przyszedł rok 1988, moje przyjaciółki wyemigrowały, ja też zaczęłam o tym myśleć... Trudności życia codziennego. To że zatrzymywano mnie na 48 godzin, bo obawiano się, że wezmę udział w jakimś proteście czy manifestacji. To że śledzono mnie, jawnie i niejawnie... Wszystko to powodowało, że pojawiły się myśli o emigracji. Jola opowiada: - Nigdy nie myślałam, żeby emigrować. Przeciwnie – mówiłam sobie, że będę suchy chleb jeść, ale będę u siebie... Po wyjściu z więzienia wyszłam za mojego obecnego męża. Mąż miał dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa. I tak z tej jednej mojej córki, jak szłam do więzienia, po wyjściu z więzienia okazało się, że mam czworo dzieci. Oczywiście, nie pracowałam... Byliśmy na jednej pensji męża... Zaczęłam szyć dzieciom, robić na drutach... Zdarzył się taki incydent... Mieliśmy pralkę, zepsuł się programator. Na naprawę nas nie było stać. Zalaliśmy kilka mieszkań. Wstydziłam się wyjść na podwórko. A to nagle zdarzyło się to po raz drugi... Powiedziałam sobie: dość, wyjeżdżam. Ela wspomina: - Decyzja wyjazdu nie była przemyślana. Spontaniczna... Były podwyżki w zakładzie pracy. Dostałam najniższą sumę. Wówczas pracowałam w Instytucie Fizyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu... Powiedziałam sobie, że jestem drugą kategorią obywatela. Dlaczego tak ma być? Jak wyszłam z więzienia, szukałam pracy. Myślałam, że to przypadek, że tam czy tu mnie nie chcą przyjąć... Myślałam, że to zbieg okoliczności... Dostałam wezwanie, panowie na milicji mi powiedzieli: „pani starała się o pracę... tu... tu... jak pani będzie dla nas miła, to pracę dostanie.” Zosia mówi: - Wyjechałam 5 czerwca 89 roku do Australii. Wsiadłam w samolot i postanowiłam to przespać. Ani razu nie wyjrzałam przez okno.... Bez angielskiego, bez rodziny, bez jednej znajomej osoby wylądowałam w Australii... Nikogo nie znałam...Stanęłam pod słupem. Trzymałam mój płaszcz, gdzie miałam parę dolarów, podarowanych przez brata, zaszytych... I trwało to długo. Mój majątek, 20 kilogramów bagażu, kręcił się na tej karuzeli.... W końcu – telefon. Czekają na mnie... Zawieźli mnie do hostelu w Melbourne... Ja byłam z końcówek. Było trochę Polaków. Pokazali, gdzie sklep. Wróciłam z bólem głowy. Mnóstwo świateł, złota, czego człowiek w życiu nie widział... Miałam parę centów. Kupiłam dropsy. Ela wspomina: - 28 stycznia 1988 wyjechałam do Niemiec... Rozdziały takie, jak „Solidarność”, pobyt w więzieniu zamknęłam. Mogę otworzyć, ale robię to bardzo spokojnie, nie podnieca mnie to. To było! Mogę ze spokojem mówić... W Niemczech początkowo było trudno... Nowe środowisko... Ja tam się czułam bezpiecznie. Bardzo szybko dostałam pracę. Jak się przebrnęło przez sprawy socjalne... to można było popatrzeć na wszystko jakoś inaczej... To był kraj, gdzie wszystko było normalne, a u nas – nienormalne. Do tej normalności zaczęłam się przyzwyczajać... Człowiek prędko do tego się przyzwyczaił. Jola mówi: - Wybrałam Kanadę. Sądziłam, że Kanada zagwarantuje mnie i moim dzieciom najbardziej bezpieczne przejście z Polski na emigrację. Kanada dawała ponad roczną opiekę rządową... Jestem tam od 86 roku od listopada... Problem wyjazdu z Polski ciągle do mnie powraca. Czy to było słuszne, czy zrobiłam dobrze? Jedno jest pewne, dzieci wychowują się w bezwzględnym spokoju. Miały możliwość pokończenia uczelni, zdobycia zawodu. Nie mają problemów mieszkaniowych, nie mają problemów finansowych. I z tego względu jestem spokojna, jak matka może być spokojna o swoje kurczęta... Mam inny dylemat... Wszystkie dzieci mówią pięknie po polsku. Mam troje wnucząt. Dwoje mówi pięknie po polsku, trzecie też się uczy. W tym jest cały problem, że jego ojciec jest Kanadyjczykiem. Czy moje wnuki, potem prawnuki... czy będą czuć się Polakami?... Z tego względu staram się tam podnosić wizerunek Polaka tam, na Zachodzie, by każda nacja widziała Polaka w jak najlepszym świetle. Cała moja działalność zmierza do tego, by pokazać, jaką my, Polacy, mamy wartość kulturalną, intelektualną...Cdn. |
|||