| ||||
|
|
Jacek Zieliński RADA (PODWÓJNEJ) ETYKI MEDIÓW Czy Polska jest już Krajem Rad? Można tak powiedzieć. Rada Polityki Pieniężnej, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Krajowa Rada Sądownictwa - mamy tego dużo. No i Rada Etyki Mediów, która na wzór Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk stoi dzielnie na straży publicznej moralności. Tfu, to już nieaktualne, oczywiście chciałem napisać: politycznej poprawności, ale samo jakoś tak wyszło. Ostatnio było o tej Radzie szczególnie głośno, w związku z dwoma aferami, które sama wywołała. Pierwsza z nich, to publiczne potępienie jednego z najwybitniejszych polskich felietonistów Stanisława Michalkiewicza, za rzekomy antysemityzm. Śmiał bowiem - bez szczególnego zezwolenia -przywołać sformułowania, jakimi całkiem swobodnie posługuje się prof. Norman Finkelstein. Druga zaś, to publikacja dr. Tadeusza Witkowskiego w "Życiu Warszawy" o agenturalnej, prawie ćwierćwiekowej działalności ks. prof. Michała Czajkowskiego. Jest on cały czas "wybitnym autorytetem moralnym" nie tylko "Gazety Wyborczej", więc istnieje jakby zakaz mówienia i pisania o nim źle, choćby nawet to była prawda. A przynajmniej tak owej Radzie się wydaje, że odpowiedni zakaz byłby czymś całkiem stosownym. Z wydawanych komunikatów wynikało, że Rada Etyki Mediów (REM) "wyraziła oburzenie" z powodu języka, jakim posłużył się Stanisław Michalkiewicz. "Kategoryczne, ale słabo udokumentowane zarzuty, wypowiedział on językiem nienawiści, używając pogardliwych określeń i powtarzając wielokrotnie sformułowania: "przedsiębiorstwo holocaust", "firma holocaust", które poza kontekstem, w jakim powstały (książka Normana Finkelsteina p.t. "O przemyśle Holocaustu"), są obelżywymi epitetami" - tak uznała REM. A więc musimy uważać - jednym bowiem wolno (prof. Finkelsteinowi), inni też mogą, ale tylko "w kontekście" - trudno dociec, w jakim, ale od czego mamy Radę? Rada jak wróżka, (prawie) wszystko ci powie. "Oburzenie" i "głębokie oburzenie" REM Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby S. Michalkiewicz zechciał zacytować inne stwierdzenia prof. Finkelsteina, jak choćby to, co myśli o przeznaczeniu środków dla ofiar holokaustu, które wg niego "znajdą się na dziwnych kontach dziwnych fundacji, czyli praktycznie w kieszeniach aktywistów Kongresu Żydowskiego. Ta cała akcja odszkodowań dla Żydów to jeden wielki rabunek!" Albo to, jeszcze mocniejsze: "Dlaczego wypłacono ofiarom tak mało? Ponieważ stworzono "fundusze rezerwowe" na ich rzecz. Tymczasem tu o żadne ofiary nie chodzi. Liczą się jedynie korzyści osobiste aktywistów WJC [World Jewish Congress - Światowego Kongresu Żydów]! Tej bandzie zachłannych cyników nie zależy ani na prawdzie historycznej, ani na pomocy ofiarom, im chodzi tylko o pieniądze! Dla nich nie cofną się przed żadnym trickiem, łgarstwem czy fałszerstwem". W sprawie ks. Czajkowskiego REM w swej skali ocen posunęła się o krok do przodu, wyrażając oburzenie "głębokie" a nie zwykłe, cokolwiek mogłoby to znaczyć. I tak to uzasadniła: "pisanie o sprawie ważnej dla zbiorowej pamięci a bolesnej dla większości Polaków w tonie sensacji, używanie obraźliwych epitetów, i określeń jednoznacznie przesądzających, jest szkodliwe społecznie. Narusza zapisaną w Karcie Etycznej Mediów zasadę kierowania się dobrem odbiorcy i podstawowe normy kultury społecznego komunikowania". Problem w tym, że w inkryminowanej publikacji nie było owych "obraźliwych epitetów". Co więcej, do nagonki na dr. Tadeusza Witkowskiego przyłączyły się inne, równie samozwańcze autorytety, tracąc instynkt samozachowawczy, albowiem negatywny bohater jego publikacji dostał do wglądu materiały SB na swój temat, zapoznał się z nimi i "dał im odpór" w tym samym numerze "ŻW". Przypomnijmy jego naburmuszonych defensorów: Jan Turnau z "Gazety Wyborczej", Hanna Bortnowska i Zbigniew Nosowski ze "Znaku", ks. Adam Boniecki z "Tygodnika Powszechnego", czy Stanisław Krajewski, reprezentujący środowiska żydowskie. Ale mieli pecha - wobec siły argumentów nawet ks. Czajkowski spuścił z tonu, zostawiając swych przyjaciół z ręką w nocniku. Biorąc za podstawę tylko te dwa głośne wystąpienia REM z ostatnich dni, warto zastanowić się, jaką rolę odgrywają takie ciała w naszym życiu, czy są wiarygodne i potrzebne oraz w jaki sposób powstały. A także, czy REM, powołując kolejnych członków do swego składu, nie powinna wykazywać się większą roztropnością i jaśniej określić kryteria, na których podstawie działa. A jest to problem. Co można robić o. Rydzykowi, tego nie można robić Michnikowi W grudniu 2002 roku jedna ze stacji telewizyjnych nadała zakłamany, propagandowy film Jerzego Morawskiego (dziennikarza m.in. "Rzeczpospolitej"), zwany dla niepoznaki "dokumentalnym" pt. "Imperium Ojca Rydzyka". Wówczas Rada, nie mogąc całkiem uciec od powszechnie stawianych reżyserowi zarzutów uznała, że jest to film "oparty głównie na świadectwie jednej osoby, przesycony komentarzem niejednokrotnie napastliwym wobec dyrektora rozgłośni, sprawia wrażenie materiału tendencyjnego, który miał skompromitować ojca Rydzyka". Jednym tchem uznała jednak, że "publikacja filmu była potrzebnym głosem na temat ważnego społecznie zjawiska, jakim jest Radio Maryja". Ot, masz babo placek. A gdyby ktoś zrobił taki właśnie film na przykład o Adamie Michniku (czy o jednym z członków REM, o którym będzie jeszcze mowa) - oparty na świadectwie jednej osoby, przesycony komentarzem niejednokrotnie napastliwym itp., który miałby skompromitować Michnika? Jakich słów oburzenia użyłaby wówczas? Czy starczyłoby jej odpowiednich epitetów dla potępienia takiego przedsięwzięcia? Już choćby ten przykład pokazuje, że owa Rada nie spełnia podstawowych wymogów obiektywizmu i nie ma racji bytu. Ubek w Radzie Etyki Mediów Do tego należy uwzględnić jej skład, w którym odnaleźć można dawnych dziennikarzy komunistycznej prasy, służącej zniewalaniu umysłów. Co więcej, w składzie Rady III kadencji (2001-2004) znalazł się (ciekawe, jak?) Krzysztof Wolicki. Nie zdążył jednak objąć funkcji z powodu śmierci. Czyli niedużo brakowało, a oceniałby nas były funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i osławiony stalinowiec, znany z uporczywego trzymania się skompromitowanej doktryny. Do końca był zwolennikiem stosowania siły w polityce, a rewolucyjne cele (według niego) całkowicie to uzasadniały. Krzysztof Markuszewski - działacz Stowarzyszenia Wolnego Słowa i człowiek szczególnie przywiązany do jego osoby, na stronie internetowej SWW (http://www.sws.org.pl/forum/) zrobił z niego niemal bohatera, który dosłownie tylko jakimś cudem uniknął straszliwych represji, albo losu jeszcze gorszego: "Bodaj w 1946 r. dostał nakaz pracy w UB i wylali go stamtąd po kilku miesiącach. Jeśli przed 1956 rokiem nie zamknięto go, to - wedle jego przypuszczeń - tylko dlatego, że nie pasował do peerelowskiej wersji walki z prawicowo - nacjonalistycznym odchyleniem. Sądził, że stał w kolejce, bo w peerelu kolejki bywały po wszystko, no i nie doczekał się, bo przyszedł 1956 rok". A jak było naprawdę? Po służbie w MBP otrzymał sympatyczny etat w redakcji zagranicznej PAP, był także "nieetatowym" lektorem partyjnym. To on rekomendował do PZPR Stefana Michnika, osławionego później stalinowskiego sędziego, który ma na sumieniu wiele wydanych i wykonanych wyroków śmierci w okresie stalinowskim. Następnie pracował w "Trybunie Ludu" (organie KC PZPR), a nie były to miejsca zsyłki dla "wrogów ludu". Stefan Kisielewski wspominał m.in. taki incydent: "Krzysztof Wolicki - znam doskonale z rozmów, tak. (...). Sławna była jego historia ze strzelaniem w czasie Bożego Ciała, kiedy był jeszcze stalinowcem. On mieszkał na Foksal i na balkonie rozwiesił jakieś gacie, jakieś coś, bo słońce świeciło. I szła procesja (...) zaczęli krzyczeć, że tu wiszą gacie, że profanacja (...). Wtedy on wyskoczył z rewolwerem i zaczął im grozić". (S. Kisielewski: "Abecadło Kisiela", Warszawa 1990, s. 125). Czy takiego aktywistę chciałby ktoś wówczas zamknąć? W 1956 roku, tuż po Poznańskim Czerwcu straszył w "Trybunie Ludu" obcinaniem rąk przeciwnikom ludowej władzy (i to on był autorem obrzydliwego przemówienia Józefa Cyrankiewicza, w którym także padła tak sformułowana groźba). Wolicki był członkiem PZPR bodajże aż do 1968 roku. Wtedy wielu stalinowców uznało, że ich czas się skończył i trzeba szukać nowej formuły działania. W późniejszych latach (od 1977 r.) objawił się jako autor publikacji w drugoobiegowym "Głosie" i "Krytyce", "Biuletynie Informacyjnym" KOR, jako współpracownik Radia Wolna Europa, BBC i Głosu Ameryki. No i oczywiście pojawił się jako autor w "Tygodniku Powszechnym" (tak, choć cały czas z marksistowskim uporem deklarował się jako wojujący ateusz. Jakoś to redakcji katolickiego periodyku wcale nie przeszkadzało). Był współzałożycielem "Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita". Można tylko wyrazić żal, że też wcześniej nie przyszło mu do głowy, aby walczyć o otwarcie PRL, szczególnie w jej początkowym okresie. Ale wtedy widocznie było mu w niej całkiem dobrze. ** ** ** Jaka jest więc wiarygodność instytucji, zwanej niesłusznie Radą Etyki Mediów, jeśli jej członkiem mógł być funkcjonariusz MBP, a nigdy nie byłby brany pod uwagę dziennikarz Radia Maryja, czy niezależnej prasy? Są dwie miary i dwie etyki - jedna dla "swoich", którym wszystko wolno i druga dla reszty ("obcych"?), którym wolno tylko to, na co zgodzi się na przykład Rada Etyki Mediów. Feliks Koneczny uważał, że nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. I całkowicie odżegnywał się od tych, którzy wyznawali podwójną etykę, uważając ich za wrogów cywilizacji łacińskiej. Tej jednak mamy w Polsce coraz mniej, o czym świadczy powyższy przykład, a takich jest przecież dużo, bardzo dużo. Za dużo. | |||