| ||||
|
|
Adam Wielomski MIĘDZY HEREZJĄ A AGENTURĄ Z dużym zaskoczeniem zobaczyłem ostatnio Prezydenta Lecha Kaczyńskiego twierdzącego, że zdemaskowanie agenturalnej przeszłości ks. Mieczysława Malińskiego i ks. prof. Michała Czajkowskiego to spisek mający na celu dyskredytację polskiego Kościoła w przededniu papieskiej pielgrzymki i spiskiem tym zająć się muszą służby specjalne. W jeszcze większe osłupienie wprawił mnie rzekomo prawicowy polityk Wojciech Wierzejski, który stwierdził: „Kościół katolicki (…) przez prowokacyjne zarzuty jest stawiany po stronie przeciwników lustracji. W sposób krzywdzący i jazgotliwy media wrogie Kościołowi atakują go, pośrednio sugerując, że przesiąknięty jest agentami (...) Na pewno macza w tym palce środowisko Gazety Wyborczej, wolnomularstwo i lobby antylustracyjne”. No, jeśli „GW” zajmuje się lustrowaniem kogokolwiek, to trudno do tej opinii się ustosunkować. Tymczasem problem jest niezwykle poważny, choć wydaje się, że jest zupełnie błędnie pojmowany przez niektóre środowiska, czego wyrazem są przytoczone przed chwilą opinie. Sprawa agentów SB w Kościele nie jest atakiem na Kościół jako całość, a jedynie na pewną jego część, której tożsamość możemy uchwycić przeanalizowawszy kondycję polskiego katolicyzmu. W tym celu musimy się cofnąć do początków tzw. Polski Ludowej, gdy w ramach rozprawy z „wpływami reakcyjnego kleru” władze komunistyczne przystąpiły do likwidacji prasy katolickiej. Warto przy tym zwrócić uwagę, że represje te przetrwała część tejże prasy, która – wprawdzie z przerwami – ukazywała się praktycznie przez cały okres komunizmu. Mamy tu na myśli „Tygodnik Powszechny”, „Więź” i „Znak”. Każe nam to postawić pytanie: dlaczego skasowano tyle mediów katolickich, a środowiskom tym pozwolono trwać, nie wymordowano ich, nie wyaresztowano, nie zniszczono fizycznie, nie pozamykano gazet? Przeciwnie, członkowie tego środowiska w okresie PRL „poszli w posły” i zrobili w PRL karierę. Co więcej, środowisko to wykorzystując swoją quasi-monopolistyczną pozycję na rynku mediów katolickich w PRL, po dzień dzisiejszy zajmuje na tym rynku znaczącą pozycję, otrzymując ją w spadku po PRL. Władze komunistyczne prowadziły w stosunku do polskiego katolicyzmu politykę selektywną, tępiąc media reprezentatywne dla katolicyzmu polskiego jako takiego, a tolerując niewielką, marginalną w polskim katolicyzmie grupę, co dało jej praktyczny monopol na wypowiadanie się w imieniu polskich katolików świeckich, komentowanie wydarzeń politycznych, religijnych, przemian soborowych itd. Mamy tedy dwie możliwe interpretacje: polityka komunistyczna była albo niespójna i niekonsekwentna, albo była niezwykle logiczna i posiadała swoje tzw. drugie dno. Wydaje się niezwykle prawdopodobne, że afery wokół ks. Malińskiego i ks. Czajkowskiego otworzyły prawdziwą Puszkę Pandory, a przy okazji pozwoliły nam to drugie dno zobaczyć. Obydwaj wspomniani duchowni zaliczają się do tej części Kościoła, którą PRL tolerował. Możemy się domyśleć, że władze komunistyczne tolerowały te marginalne dla polskiego katolicyzmu środowiska dlatego, że były pewne ich lojalności, być może nawet, że jeśli posypią się kolejne nazwiska agentów-duchownych, okaże się, że wspomniane środowiska były zwykłą agenturą SB w Kościele katolickim. Nie sugeruję przy tym, że absolutnie wszyscy piszący w „Tygodniku Powszechnym” byli agentami SB; nie wydaje się wprost możliwe, aby redakcja tego tygodnika przed publikacją każdego tekstu sprawdzała czy jego autor jest agentem. Zapewne ks. Maliński nawet nie wiedział, że ks. Czajkowski donosi i vice versa. Agenci kontrolowali się wzajemnie, donosili na siebie, każdy na każdego, a kierujący całym przedsięwzięciem oficer SB był jedynym, który z uśmiechem pociągał za sznurki i czytał raporty swoich agentów, którzy wzajemnie donosili na siebie. Czy środowisko to coś łączyło poza pisywaniem do tych samych gazet? Warto zacytować opinię dr Witkowskiego, który wykrył „aferę Czajkowskiego”: "sądzę że motywem współpracy młodego ambitnego księdza mogła być chęć reformowania Kościoła po soborze". Wydaje się, że tu znajduje się istota rzeczy: środowisko „Tygodnika Powszechnego” rekrutowało się z fanatycznych zwolenników soborowego aggiornamento, czyli z pogrobowców tzw. modernistów – grupy katolików zawzięcie tępionych przez Kościół od początku XX wieku (afera Loisy’ego) przez papieży tej miary co Pius X (Pascendi, 1907; Lamentabili sane, 1907; Notre charge apostolique, 1910) i Piusa XII (Humani generis, 1952). W normalnych warunkach – to znaczy w sytuacji każdej innej niż komunizm – grupa ta zapewne zostałaby potępiona za herezję modernizmu, czyli za próbę przeinaczenia nauki katolickiej tak, aby dało się ją pogodzić z nowoczesnością, postępem, demokracją, pluralizmem, prawami człowieka, socjalizmem, scjentyzmem i innymi gusłami współczesnego świata. Los taki spotkał prekursorską względem środowiska „Tygodnika Powszechnego” francuską grupę Sillon (1910), która próbowała dokonać syntezy katolicyzmu i tradycji Rewolucji Francuskiej. Jednak panujący w Polsce komunizm wytworzył dla tej niewielkiej grupki sytuację unikalną: zamiast zostać potępiona lub przynajmniej zmuszona do milczenia, stała się jedynym środowiskiem katolickim w PRL, któremu wolno było wydawać prasę katolicką. Nawet jeśli była to prasa skażona herezją modernizmu, to władze kościelne najwyraźniej uznawały, że lepsza jest taka prasa katolicka niż żadna. Tutaj też zaczęli gromadzić się katoliccy dziennikarze, a zinfiltrowane przez SB środowisko mogło sobie spokojnie wybierać współpracowników. W środowisku tym zaczął szybko zyskiwać na popularności Tadeusz Mazowiecki – katolicki publicysta, znany i głośny z ataków na bp. Kaczmarka, który został aresztowany i skazany za rzekomą agenturalność wobec CIA, przechowywanie broni, pomoc „bandom” i inne propagandowe banialuki typowe dla procesów politycznych w raczkującym PRL. W ten sposób powstał zaczyn grupy, która wymyśliła koncepcję polityczną, która zwie się mianem „III RP”. Była to grupa „postępowych” katolików, która po wydarzeniach marca 1968 roku weszła w kontakty środowiskowo-towarzyskie z odsuniętą lewicą PZPR, której wielu działaczy przeszło teraz do opozycji, tworząc KOR. Nie jest przypadkiem, że w „papierach” ks. Czajkowskiego znajdują się podobno materiały świadczące, że donosił na Adama Michnika i Jacka Kuronia. Jest to o tyle prawdopodobne, że powstał tu środowiskowy konglomerat outseiderów z Kościoła i PZPR; takie środowisko ludzi wydziedziczonych, o niezależnych umysłach, którzy nie umieli się zmieścić ani w ortodoksji katolickiej, ani w ortodoksji leninowskiej. Tu też pojawiła się myśl o wielkiej syntezie katolicyzmu i lewicy. Na łamach „Myśli Polskiej” Ludwik Skurzak zauważył ostatnio, że wielką syntezę doktrynalną tych dwóch koncepcji stworzył Adam Michnik w książce „Kościół, lewica, dialog”. Może należało by nawet powiedzieć dokładniej, że nie tyle stworzył – istniała już wcześniej, choćby na łamach „Tygodnika Powszechnego” – lecz wyraził w fundamentalnej pracy programowej. Idea była zresztą radykalna jak na owe czasy: pogodzić katolicyzm i komunizm – dwie totalne wizje świata, z których każda dowodziła swojej bezalternatywności i ontologicznego umocowania w prawdzie. Ale myśl Adama Michnika, tego wielkiego akuszera III RP zrodzonej w Magdalence, polegała na stworzeniu wielkiej syntezy „humanistycznej”, czyli połączeniu idei humanizmu katolickiego z humanizmem ateistycznej dotąd lewicy. Kościół miał się wyzbyć pojęcia prawdy absolutnej, prozelityzmu, nietolerancji wobec herezji, miał nie zwalczać już świata lewicowego, lecz prowadzić z nim „dialog”. W zamian lewica miała się wyrzec swojego materializmu historycznego i fanatycznego antyklerykalizmu. Obie idee miał połączyć szacunek dla człowieka, którego prawa nasza lewica wywodziła z praw człowieka, a katolicyzm z nieortodoksyjnie odczytanej „Ewangelii”. Cały ten świat idei miał stanowić – mówiąc marksistowskim językiem – ideologiczną „nadbudowę” dla „bazy”, czyli systemu zliberalizowanego, zmodernizowanego komunizmu, w którym członkowie partii staną się elitą demokratyzującego się społeczeństwa. W tym wielkim planie cywilizacyjnym – tak, „cywilizacyjnym”, tak to trzeba nazwać – środowiska modernistyczne grały fundamentalną rolę. Zwróćmy uwagę, że ich dialog z outseiderami z PZPR wcale nie był taki trudny. W sumie różnił te dwa środowiska wyłącznie spór o istnienie Boga, a nie o realne konsekwencje tego poglądu, gdyż obydwa środowiska hołdowały podobnemu humanizmowi, jedynie inaczej wywodząc jego korzenie. Znajduje to swój refleks w preambule do obowiązującej obecnie konstytucji, której treść zaproponował – to nie przypadek – Tadeusz Mazowiecki: „my (...) wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł (...)”. Ten sojusz „wszystkich ludzi dobrej woli” nie jest pomysłem naszego modernisty: to idea francuskiego lewicowego katolika Jacquesa Maritaina, sformowana kilkadziesiąt lat wcześniej w „Humanizmie integralnym”. W tym wielkim planie cywilizacyjnym Adam Michnik, Jacek Kuroń i Bronisław Geremek musieli ucywilizować marksizm, przekształcając go w demokratyczny socjalizm; moderniści musieli przeformatować tradycyjne nauczanie Kościoła, aby pojęcie prawdy zostało zastąpione przez tolerancję, prozelityzm przez ekumenizm, a Prawa Boga zostały utożsamione z prawami człowieka. Niespodziewanie w sukurs modernistom przyszły reformy Soboru Watykańskiego II, które pozwoliły im działać praktycznie otwarcie, gdyż Sobór stanowił wielkie „otwarcie w lewo”, czego wyrazem były nie tylko jego lewicujące społecznie konstytucje, lecz przede wszystkim znamienny fakt wstrzymania się przed potępieniem komunizmu. Wydaje się, że Jan XXIII i Paweł VI nie wykluczali, iż komunizm wygra z kapitalizmem i trzeba się przygotować na taką sytuację. Czytani – i drukowani przez polskich modernistów – teologowie zachodni, głównie francuscy, szli jeszcze dalej. Pierre Chenu w „Ludzie Bożym” formułuje tezę, że tytułowy „lud Boży” to światowy proletariat; Augustyn Bea w „Rodzinie ludzkiej” zastępuje centralną dla katolicyzmu wspólnotę wiernych przez wieloreligijną „ludzkość”. To już wyrazy infiltracji lewicowej w Kościele. Zdołaliśmy tu dotknąć jedynie wierzchołka góry lodowej o źródłach intelektualnych III RP. Jednak już ta krótka refleksja dowodzi, że zdemaskowanie agentury w Kościele nie jest wcale atakiem na Kościół jako taki, lecz jego oczyszczeniem z tych, którzy w dialogu ekumenicznym poszli tak daleko, że zaczęli dialogować z byłymi komunistami i wraz z nimi stworzyli cywilizacyjną hybrydę, zwącą się III RP; hybrydę postkomunizmu, stanowiącego połączenie tego, co połączone być nie może: lewicy i katolicyzmu. Adam Michnik wiedział co robi przeciwstawiając się lustracji. Robiąc słynną kwerendę archiwów SB w 1990 roku zrozumiał co oznacza lustracja dla jego środowiska tak politycznego, jak i religijnego. Wydawało się, że siła modernizmu w Kościele – reprezentowanego przez takich hierarchów jak bp. Pieronek, abp. Gocłowski czy abp. Życiński - jest przeolbrzymia, a tu masz ci los: wystarczyło otworzyć archiwa SB aby unicestwić największe mózgi tej koncepcji, a poprzez zdruzgotanie ich twórców, zdruzgotać samą ideę. Jeszcze kilka otwartych teczek i środowisko to przestanie istnieć. PALEC BOŻY... | |||