| ||||
|
|
Krzysztof M. Raczyński POWSTANIE WARSZAWSKIE (Część XI) LIST PROF. ANDRZEJA TARGOWSKIEGO Pan dr K. Raczyński w swych wypracowaniach nt. Powstania Warszawskiego wykazał się wreszcie mądrością, którą odbiera innym, którzy mają odmienne od niego zdanie. Chwała mu, bo Polacy potrzebują mądrości w swych politycznych działaniach. Zobaczmy jednak jak owa „mądrość” wygląda u szanownego polemisty. Skupmy uwagę na krytycznych problemach: 1) To prawda, że Polska stała się ofiarą na ołtarzu zwycięstwa nad Niemcami. Anglosasi zrobili to z premedytacją ale wg. nich logicznie, bowiem bez pomocy z ZSRR zwycięstwo to nie było w ich zasięgu. Możemy sobie ponarzekać i zrzucić winę za nasz los na innych, ale nic to nie poprawi ani nie poprawiłoby polskiej sytuacji w czasie wojny. 2) Decyzję wybuchu Powstania podjął premier St. Mikołajczyk w taki sposób, aby nie być za nią odpowiedzialnym, jej wdrożenie wykonał jego człowiek w Warszawie gen. Niedźwiadek. Dr Raczyński pyta się retorycznie „czy Mikołajczyk miał nie próbować walki o wolną ojczyznę?” No, więc spróbował, ale za cenę zniszczenia stolicy i trzonu polskiej inteligencji, zrobił to jako jedyny premier w Europie. 3) Alianci zdradzili Polskę i nie przyszli jej z pomocą w 1944 r. Prawda jest taka, że Alianci sprzeciwiali się powstaniu, które zostało wywołane bez ich zgody. To jednak potem wysłali kilkadziesiąt samolotów z pomocą, które w 90% zestrzelono i loty zawieszono, jako że były samobójcze. Realna pomoc w Powstaniu polegałaby na przesunięciu zachodniego frontu do granic Polski, co nigdy nie nastąpiło, choć zwiad czołgowy armii G. Pattona wkroczył do Polski dopiero w kwietniu 1945 r., czyli dopiero w 10 miesiącu ciężkich walk od czasu lądowania w Normandii, a odległość tę można przejechać autem w jeden dzień. Desant morski WP bez linii zaopatrzenia też byłby samobójczy. To nie były czasy dzisiejszej techniki a la Discovery… Powstanie było wywołane przeciw Sowietom, więc dlaczego mieliby oni nam pomagać? Prezydent Roosevelt szykował sowieckich marynarzy do wojny z Japonią. Dziwi się Pan Doktor, że chciał oszczędzić swych obywateli? 4) W decydującym o powodzeniu Powstania pierwszym tygodniu w Londynie nie było już nieodżałowanego gen. W. Sikorskiego, ale nawet nie było gen. K. Sosnkowskiego (Naczelnego Wodza) i premiera St. Mikołajczyka, którzy mogliby energicznie zapewnić natychmiastową pomoc swojemu podwładnemu, którego zostawili na pastwę dwóch potęg, a który obliczał skuteczność walk na 2-4 dni a potem liczył na pomoc, tylko skąd i przez kogo załatwioną? A może gen. Bór nie liczył na zwycięstwo (żonie powiedział, że jeśli wygramy to i tak znajdę się w lagrze)? A może Wódz Naczelny umył ręce? A może Premier przehazardował stawkę? Nie była to w każdym razie normalna sytuacja na szczycie polskiej władzy, która to sytuacja z góry zadecydowała o tragicznym finale sierpniowego zrywu. To nie była „ostatnia bitwa,” to był protest… ”niech walą się mury, niech płynie krew, tylko nasza walka, nasza ofiara może zmienić stanowisko wielkich mocarstw” (gen. L.Okulicki). 5) Manipulacja danymi. Zwolennicy Powstania teraz po 60 latach starają się obniżyć nasze straty, a jeden nawet publicysta z Waszyngtonu (mgr A. Pomian) pisał, że Warszawa była raptem tak zburzona jak Poznań! Czyli wszystko OK, tylko od lipca 1944 r. nigdy jej już nie widział na oczy. Czy po 60 latach mamy teraz dostęp do bardziej szczegółowych danych, które weryfikują bardziej dociekliwi historycy? Wątpię. W lipcu 2005 r. na IV Kongresie Dialogu i Uniwersalizmu w Warszawie, dr A. Kunert żalił się wprost, że nie mamy list zabitych ani rannych, mamy tylko szacunki, lub częściowe listy nawet w stosunku do ważniejszych egzekucji, jak np. w Palmirach. Dr Raczyński zarzuca mi, że podalem liczbę 400,000 zabitych. Tak zaraz po Powstaniu mówiło się (a do Warszawy wróciłem już w 1945 r.). Co się okazuje, że w KL Warschau zginęło 200,000 osób, a w Powstaniu drugie tyle, czyli 400,000, czyli mój pierwszy szacunek zgadzał się z liczbą zabitych w Warszawie. Wówczas nic nie wiedzieliśmy o tym obozie koncentracyjnym w stolicy, ale brakowało nam ludzi wśród żywych. W ostatnich publikacjach na ten temat podaję powszechnie przyjętą liczbę 200,000 zabitych w samym PW. A ile było rannych? Wg norm wojskowych podaje się, że na 1 zabitego przypada od 2 do 3 rannych, ja przyjąłem liczbę 300,000 rannych, czyli 150% stanu zabitych, więc przyjąłem szacunek minimalistyczny. Odnośnie liczby mieszkańców Warszawy, dr Raczyńskli podaje 1,300,000 mieszkańców, być może tylu było zameldowanych, ale szacuję, że do stolicy przyjechało wówczas ok. 300,000 do 500,000 osób z prowincji, bowiem w Warszawie było i łatwiej przeżyć i łatwiej ukryć się. Dr A. Kunert podaje teraz liczbę 120,00 zabitych, jest to tak samo dobry szacunek jak inne. Zgodnie z techniką metrologii ustalmy, że błąd pomiaru wynosi plus minus 40,000 (200,000-120,000):2, czyli 120,000 plus 40,000 wynosi 160,000. Przyjmijmy także, że z owych 300,000 rannych zmarło wkrótce ok. 10 proc. czyli 30,000, a więc zabitych zostało 160,000 plus 30,000 czyli 190,000. Czyli uznany szacunek da się obronić. Wielki polski patriota i lider Polaków w czasie okupacji Adam Ronikier (prezes RGO, zatrudniający ok. 10,000 pracowników) tak napisał: „Dnia 1 sierpnia o godz. 5-tej po południu, czyli najmniej po temu właściwej, wybuchło ono w Warszawie, ku przerażeniu ludzi jeszcze mających cośkolwiek rozumu w głowie, ku radości zaś Bolszewików i tych Niemców, którzy szukali w nim dowodu na to, że mieli rację Polaków tak traktować, jak ich w ciągu całego panowania traktowali” . Z każdej klęski można jednak wyciągnąć jakieś pozytywy, jak np. fakt, że Powstanie 44 powstrzymało na 63 dni marsz Sowietów na zachód Europy i jej „ocalenie” przed komunizmem. Być może tak a być może nie, bowiem nie wiemy, jaka byłaby wówczas postawa Aliantów wobec Sowietów. A co by się stało gdyby Sowieci zajęli całe Niemcy? We Francji już byli Alianci. Za ten piękny cel zapłaciliśmy 200,000 zabitych, 300,000 rannych i 500,00 wypędzonych z Warszawy. Czy było to tego warte? Czy ktoś na Zachodzie (a zwłaszcza czy Niemcy są nam za to „wdzięczni?”) tak widzi nasz wkład w jego/jej well being? Tak na marginesie warto wspomnieć, że gen. Heinz Guderian w swych wspomnieniach pisze, że w sierpniu Niemcy byli w rozsypce i on jako szef sztabu miał wielkie trudności z zaprowadzeniem ładu w niemieckim wojsku. Jednak z pomocą przyszło mu Powstanie Polaków, bowiem w ciągu 63 dni miał czas na zebranie niemieckich sił. Gdyby nie owe 63 dni Powstania i „postój” Sowietów pod Warszawą, to o tyle być może skończyłaby się szybciej wojna na Wschodzie i pewnie kilkaset tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych (osławione marsze śmierci) by nie zginęło (w tym mój śp. Ojciec-Stanisław, powieszony w dniu 23 marca 1945 r. za sabotowanie produkcji V2) i drugie tyle żołnierzy WP i Armii Czerwonej. Jak widać kompleksowe analizy różnią się od jednostronnych, „parafialnych” ocen, a ocena skutków Powstania wykracza daleko poza jego rolę w samej Warszawie. Na koniec sprawa stylu polemiki. Może byłoby lepiej, żeby dr Raczyński - mieszkający na Zachodzie i będący z tzw. młodego pokolenia - nie „uderzał poniżej pasa a la Gołota” tych, co mają inne niż on zdanie. Pisze, że ja i J. Sidorowicz byliśmy dziećmi i obserwatorami w Powstaniu. No i co z tego? Ja wyszedłem spod trupów egzekucji ranny, moja Matka miała 14 ran i to Pan nazywa „obserwowaniem” Powstania? Po wojnie żyliśmy w środowisku AK-owskim, w którym o niczym innym nie mówiło się jak o 44”. A inż. Jan Sidorowicz, jako młody chłopak przyglądał się jak jeden po drugim ginęli powstańcy i mieszkańcy na pl. Unii Lubelskiej k/ osławionej al. Szucha (gdzie jako dzieciak byłem w Gestapo i do dziś to pamiętam), sam będąc o krok od śmierci. A co Pan wie na ten temat? Pana nawet nie było wówczas na świecie. Czy prócz kanadyjskiej whisky wąchał Pan np. proch, czy zapach zabitych, albo czyścił się z krwi innych i swojej? Pisze Pan, że „mówienie źle o Powstaniu należało w PRL do dobrego tonu.” Skąd taka supozycja, oficjalnie nic nie mówiono o Powstaniu, a po domach mówiono tak jak było i nie o „bon tone” tu chodziło. „Nam nikt nic nie wmawiał”. W związku z tym szydzi Pan z naszego pokolenia, tu Pan wymienia szereg szlachetnych nazwisk autorów, którzy różnią się w poglądach z Panem. Szydzi Pan z mojego trudu, iż mój tekst przetłumaczyłem na angielski, ale nie pisze Pan, że cały numer Dialogue and Universalizm (nr. 5-6, 2005) był wydany przez Uniwersytet Warszawski po angielsku i zawiera różne opinie, nie tylko pochwalne i nie tylko moje. Po co ta manipulacja? Potem Pan pisze, że „jesień życia” zwykle kojarzy się z mądrością, ale zapewne nie w naszym pokoleniu? Za przykład „mądrości” podaje Pan książkę N. Daviesa, ale czy Pan pamięta jak krytykował Powstanie ten autor w swej poprzedniej książce? A czy zna Pan replikę prof. J. Ciechanowskiego? Tak, ale Pan go dyskredyduje, że drukowano go w PRL-u, mieszkańca Londynu i b. Powstańca. Na końcu twierdzi Pan, że nie mam odpowiednich predyspozycji do pisania o Powstaniu… Kiedyś, jak Pan dorośnie naukowo, to będzie Pan wstydził się swych polemik i chwytów poniżej pasa, które lubi Pan używać w podpieraniu się przy swej argumentacji. Tak właśnie walczono z niezależnymi osobami w PRL, np. pisarzem Pawłem Jasienicą i innymi, m.in. i ze mną. Myślę, że Pana stać na więcej niż na polemiki w formie pyskówki. Noblesse oblige. Tego rodzaju analizy historyczne jakie Pan uprawia nie mają nic wspólnego z naukową oceną historii, gdzie szanuje się przeciwne opinie a zwłaszcza fakty. Zadziwiające, że w polskiej historii dominuje ocena prawie wyłącznie z polskiego punktu widzenia a nie bierze się pod uwagę sytuacji i interesów wszystkich zaangażowanych w wojnę czy konflikt stron. Najczęściej zwala się winę za nasze klęski na innych. Taka historia nazywa się historią parafialną i nie przetrwa w nauce wolnego kraju jakim jest teraz Polska. Nie służy ona mądremu kształceniu młodzieży i przyszłych liderów. Wiele napisałem już o Powstaniu i nie zamierzam się powtarzać, ale tu przypomnę, że Powstanie 44 było wielkim sukcesem moralnym szeregowych Powstańców i Mieszkańców, którzy wykazali niesłychany altruizm i patriotyzm w walce z wrogami z dwóch zbrodniczych reżimów. Powstanie to przypomina Powstanie Kościuszkowskie, gdzie walczyły wszystkie stany, jak pamiętamy inne nasze powstania były walką elity, a w 1863 r. chłopi nawet wydawali powstańców Rosjanom. Patriotyczny altruizm z Powstaniu 44 jakby powtórzył się na jeden dzień w dniu śmierci Papieża Jana Pawła II w 2005 r. Co wskazuje, że w tragedii Polacy są wielcy. Jednak Powstanie 44 było polityczną i wojskową klęską. Przynajmniej takie są fakty. Sens dziejów Polski jakby automatycznie wzbudza nastroje powstańcze a liderów pcha do ich podejmowania, bez zważania na ich wykonalność. Sprzyja temu sens polskiej historiografii, która zamiast opisywać obiektywnie dzieje Polski, nadaje im sens „ku pokrzepieniu serc,” gdzie zwykle każda porażka jest „sukcesem.” W ten sposób - jak twierdzi prof. Andrzej Walicki - traci się wymierny interes narodu i szybko przechodzi do porządku nad ofiarami i klęskami w imię wielkości ostatecznego celu, kiedy klęska podobno przybliża nas do wymarzonego ideału . Podejście to przypomina utopijne i niewykonalne idee marksizmu i leninizmu, dla których zamordowano ok. 100 milionów ludzi. Dlatego jak pisze prof. Jan Szczepański : „nie wiadomo, co narodowi przynosi większe szkody pesymizm zrodzony z prawdy czy z nieprawdy”. Dziś nie odbierajmy sobie tego złudzenia, że jednak Powstanie 44 miało pozytywny wpływ na nasze losy i Europejczyków po… kilkudziesięciu latach. Wszakże Powstanie Solidarności miało już pokojowy charakter. Sens dziejów naszej historii ulega jak widać korzystnej aktualizacji. Na koniec życzę dr K. Raczyńskiemu sukcesów w jego pracach historycznych, i mam nadzieję, że kiedy będzie w swej „jesieni życia” to będzie już widział sprawy w kilku barwach a nie tylko jednej, różowej. Cdn. Andrzej Targowski, USA, 13 sierpnia 2005 r. BIBLIOGRAFIA Adam Ronikier. Pamiętniki 1939-1945. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2001. s.353 i 354. Prof. Płochocki twierdzi, że sens dziejów Polski jest taki jaki my mu nadamy. Andrzej Walicki, Patriotyzm i sens historii. Uwagi sceptyka, w red. J. Kuczyński, Sens Polskiej historii, Warszawa: Biblioteka Dialogu, Uniwersytet Warszawski. 1990. s. 34. Jan Szczepański, „Sens dziejów, sens historii”, w red. J. Kuczyński, Sens Polskiej historii, Warszawa: Biblioteka Dialogu, Uniwersytet Warszawski. 1990. s. 24. Myśl! Nr. 26 | |||