| ||||
|
|
Stanisław Michalkiewicz Poproszę pieczywko! Kto by pomyślał, że na stronę rewolucji socjalistycznej przejdzie w Polsce również szlachta? Inna rzecz, że została sprowokowana przez rząd, który właśnie, nie bacząc na narastanie sytuacji rewolucyjnej, wystąpił z projektem kosmetyki systemu podatkowego. Pani wicepremier Gilowska w ramach tej kosmetyki wpadła na szatański pomysł zmniejszenia społecznego poparcia dla podatku dochodowego, jednak ta makiawelistyczna kuracja może okazać się zbyt silna, a przez to zaszkodzić nie tyle podatkowi dochodowemu, co rządowi. Ale - incipiam. Podatek dochodowy, jeden z najbardziej absurdalnych wynalazków socjalistycznych, bo prowadzi do karania wydajniejszej pracy, a przede wszystkim wyposaża władzę publiczną w zupełnie jej niepotrzebne uprawnienie kontrolowania dochodów obywateli, cieszył się w społeczeństwie polskim dobrą opinią. Bierze się ona, po pierwsze, z dość rozpowszechnionej u nas "choroby czerwonych oczu", manifestującej się w postaci pragnienia, by każdemu było tak źle, jak mnie, a po drugie - z przywileju, jakim w ramach tego podatku obdarowana była u nas szlachta jeszcze od czasów sanacji. Przywilej ten polega na tym, że szlachta, a więc naukowcy, literaci, dziennikarze i "twórcy", czyli artyści estradowi i inni, mogą odliczać sobie 50 procent przychodu pod pozorem kosztów jego uzyskania. Plebs, czyli tzw. ludzie (mój dobry człowieku, wynajdźcie no mi tam, komputer) takiego przywileju nie mają, bo wprawdzie socjalizm głosi, że wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale już Orwell odkrył, że niektóre są równiejsze od innych. Tymczasem rząd premiera Marcinkiewicza miał interes pilny w pozyskaniu 300 mln zł do budżetu, więc pani wicepremier Gilowska postanowiła odebrać szlachcie ten przywilej i zrównać ją "z chłopy", czyli pospólstwem, które może odliczyć sobie zaledwie 20 procent przychodu. Podejrzewam ją, iż miała nadzieję, iż wskutek tego szlachta straci sentyment do podatku dochodowego, dzięki czemu zaistnieje atmosfera sprzyjająca reformie systemu podatkowego. Niestety! Naukowcy nasi mało spostrzegawczy i nie widzą dalej, jak czubek własnego nosa. Zresztą poza piosenkarzami, nasza szlachta to w większości finansowa mizeria, ale tym bardziej zazdrośnie strzeże przywilejów odróżniających ją od bogatszego chamstwa. Toteż, kiedy rząd zapowiedział skasowanie sanacyjnej donacji, w świecie naukowym zaczęło narastać głuche wrzenie, którego efektem była pogróżka, że w takim razie szkoły wyższe nie przeprowadzą rekrutacji. Słowem - że szlachta zastrajkuje. Rząd, zamiast natychmiast sprywatyzować uniwersytety, politechniki i wszelkiego rodzaju akademie i w ten sposób rzucić szlachtę na głębokie wody własnego utrzymania, trochę się zacukał. Moim zdaniem, jest prawie pewne, że szlachta nie odważyłaby się na żaden strajk, nawet gdyby razwiedka zmobilizowała całą agenturę na uczelniach i w Polskiej Akademii Nauk. Jeszcze bowiem za głębokiej komuny Krzysztof Teodor Toeplitz naigrawał się z inteligentów, że gdyby robili rewolucję, to nie pod hasłem "Chcemy chleba!", tylko pod hasłem: "Poproszę pieczywko!". Rząd się zacukał, więc naukowcy odwołali się do prezydenta Kaczyńskiego. Socjalistyczna dusza pana prezydenta doznała zgrozy na samą myśl, że szlachtę można zrównać z plebsem, bo przecież i on profesor. Użalił się serdecznie nad krzywdą "twórców" i zapowiedział, że jeśliby Rada Gabinetowa, tzn. rząd obradujący pod przewodnictwem prezydenta, nie wykazała zrozumienia dla szlacheckich suplikacji, to on nie zawaha się "skorzystać z uprawnień konstytucyjnych". Krótko mówiąc - że stosowną ustawę zawetuje. W ten oto sposób zniweczony został makiawelistyczny plan pani wicepremier Gilowskiej, żeby poprzez wzbudzenie niezadowolenia szlachty z systemu podatkowego, doprowadzić do powstania społecznej atmosfery sprzyjającej obaleniu tyranii status quo. Zresztą być może żadnego takiego planu pani wicepremier Gilowska nie miała, tylko ja czepiam się tej myśli jak pijany płotu, że aż w nią uwierzyłem. Wszystko to być może, ale z drugiej strony, w coś przecież wierzyć trzeba. Tak samo myśleli Polacy w 1945 roku w Londynie, kiedy z tygodnia na tydzień pryskały kolejne złudzenia. Toteż pod koniec wierzyli już w cokolwiek; w generała Kazimierza Sosnkowskiego, bo znał marszałka Piłsudskiego, albo w Tomasza Arciszewskiego, bo miał brodę. "Galera płynie wolno, leniwie i sennie / Plusk wioseł kołysze: daremnie, daremnie..." Stanisław Michalkiewicz Warszawa za: Goniec | |||