| ||||
|
|
Stanisław Michalkiewicz Na dobrą wróżbę Cóż za nadzwyczajny zbieg okoliczności! W przeddzień przyjazdu Benedykta XVI do Polski Sejm uchwalił ustawę o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych. W drugiej połowie lat 80. były one absolutnym hegemonem polskiej polityki i pozostały nim również po tzw. transformacji ustrojowej, którą zresztą, przy pomocy swojej agentury, przeprowadziły po swojemu. Będąc "twardym jądrem" naszej młodej demokracji, nadały jej charakter fasadowy i przekształciły państwo w żerowisko "grupy trzymającej władzę". I oto w środę, 24 maja, wszystkie kluby parlamentarne, za wyjątkiem SLD, głosowały za prezydenckim projektem ustawy o rozwiązaniu WSI. Przewiduje ona m.in., że funkcjonariusze poddani weryfikacji mają ujawnić powiązania wywiadu wojskowego z polityką, gospodarką i mediami. Jest bardzo prawdopodobne, że niedyskrecje, jakie przy tej okazji się ujawnią, mogą doprowadzić do poważnych zmian i na politycznej scenie, i w gospodarce, i w mediach, a nawet - w środowisku autorytetów moralnych, tworzących tak zwany Salon. Krótko mówiąc - pojawiła się szansa na zastąpienie III Rzeczypospolitej, która w istocie była zakamuflowaną kontynuacją PRL-u, Rzecząpospolitą IV, której istota polega na zwróceniu państwa narodowi. I stało się to w przeddzień przyjazdu do Polski Benedykta XVI! Czy to nie pomyślna wróżba? Po przybyciu na Okęcie Papież sprawiał wrażenie trochę wystraszonego. Również prezydent Lech Kaczyński najwyraźniej bardzo przeżywał pierwszy występ w takiej roli na światowej scenie. Na szczęście, ceremoniał wojskowy, który wypełnił pierwsze chwile powitalnych uroczystości, pozwolił zarówno Dostojnemu Gościowi, jak i polskiemu gospodarzowi na ochłonięcie i powitalne przemówienia wygłoszone już były w atmosferze odprężenia. Wzdłuż ulic, którymi papieski orszak zmierzał do katedry św. Jana na Starym Mieście, stały szpalery ludzi, ale znacznie szczuplejsze od tych, które towarzyszyły triumfalnemu przejazdowi Jana Pawła II w czerwcu 1979 roku. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, "za komuny było lepiej", a tresura do "europeizacji" ma, niestety, swoje konsekwencje. Zwrócił na nie uwagę Benedykt XVI w przemówieniu do księży wygłoszonym w katedrze. Podkreślając zaszczytność kapłańskiego powołania, przypomniał zarazem, że szlachectwo zobowiązuje. Kapłan nie powinien uważać się za eksperta od ekonomii czy polityki, ani za pracownika socjalnego, tylko za "eksperta od życia duchowego" i "świadka odwiecznych prawd". Ten wyraźny zwrot Papieża w stronę postawy konserwatywnej najwyraźniej spodobał się zgromadzonym w katedrze księżom, którzy będąc w stałym kontakcie z ludźmi świeckimi, czują, że oczekują oni od Kościoła pewności, a nie rozterki. "Trwajcie mocni w wierze" - hasło papieskiej pielgrzymki wyraźnie wychodzi naprzeciw takiemu właśnie oczekiwaniu. W kontekście tego apelu o "męską" postawę nie dziwił też męski charakter rozmowy z polskimi księżmi. Benedykt XVI powiedział, że doświadczenie totalitaryzmu potwierdziło, że wprawdzie Kościół jest święty, ale ludzie - grzeszni. Nie trzeba odwracać się od grzeszników, bo Kościół jest przecież, a może nawet przede wszystkim dla nich. Nikt nie powinien kreować się na "aroganckiego sędziego przeszłości", ale też i grzesznicy powinni "wyznać swoje winy przed braćmi" i odbyć "pokutę", zaś podsumowując ten okres, musimy pamiętać nie tylko o grzechach, ale i "głosić chwałę" tych, którzy mimo wszystko jednak nie zgrzeszyli. Ta, pełna wyrozumiałości, ale i stanowczości aluzja do obecności agentury i potrzeby oczyszczenia w Kościele, również została przyjęta pełnymi nadziei oklaskami zdecydowanej większości obecnych w katedrze księży. Po południu w ewangelickim kościele św. Trójcy odbyło się spotkanie ekumeniczne, podczas którego honory domu pełnił przewodniczący Polskiej Rady Ekumenicznej, prawosławny arcybiskup Jeremiasz. Przemawiając do zgromadzonych, Benedykt XVI powiedział m.in., że wprawdzie "pełna i widzialna" jedność chrześcijan jest ważnym celem jego pontyfikatu, ale nadmierny pośpiech nie jest tu wskazany i raczej należy "trwać na drodze do jedności". Między wierszami pobrzmiewało tu wyraźne echo słynnej Deklaracji "Dominus Iesus" autorstwa Józefa kardynała Ratzingera, która podziałała jak kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy salonowych ekumenistów. Dlatego w swoim przemówieniu Benedykt XVI zwrócił uwagę na sprawy praktyczne, konkretnie - na potrzebę usuwania barier dla małżeństw religijnie mieszanych, by nie stały się one przyczyną niesnasek prowadzących do rozbijania rodzin i kryzysów wiary. Najwyraźniej Benedykt XVI próbuje nadać soborowej formule "aggiornamento" znaczenie nieco odmienne od oryginalnego, ale bardziej zgodne z Ewangelią, według której Kościół powinien być "znakiem sprzeciwu". Wychodzi to naprzeciw oczekiwaniom katolickiej "milczącej większości", przywracając jej pewność siebie i poczucie godności. A tu jeszcze ta ustawa... Czy może być lepsza wróżba? | |||