now@ on-line  czerwiec  2006

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

 

Andrzej Kumor

Nie jesteśmy wyjątkowi

To samo dotyczy "narodów wybranych". Historia kołem się toczy, raz jedne narody odnoszą sukces, raz inne, jednak nie ma co z tego powodu budować teorii o wyższości jednych nad drugimi.

Od czasu, kiedy Polska nadzwyczaj dostała po pupie; kiedy na skutek degrengolady elit, błędów politycznych i prostej głupoty rozpadła się pierwsza republika rozparcelowana przez sąsiadów, w korytarze polskiego myślenia zakradł się mesjanizm.

Pogląd był to smutny, bo narodowe nieudacznictwo próbował racjonalizować szczególnym dziejowym "posłannictwem" Polaków, na zasadzie: fajnie, że obrywamy po głowie, gdyż taka jest wola Pana Boga, zaś nasza misja dziejowa polega na tym, by przez klęski i cierpienia odkupić zły, drapieżny świat.

Idea tego rodzaju, nie dość, że jest śmieszna, to jeszcze obezwładniająca - odbiera ludziom chęć walki, wszak z przeznaczeniem człowiek nie wygra, więc lepiej położyć się spokojnie na otomanie i biernie patrzeć, "jak naród cierpi".

Piszę o tych smutnych sprawach, ponieważ oto nagle m.in. za sprawą pewnych interpretacji wypowiedzi papieża Benedykta XVI odżyła idea specjalnego posłannictwa Polski.

Mamy rechrystianizować Europę?!

Fajnie, jest to do zrobienia, diabeł tkwi jednak w szczegółach, czyli w tym "jak?". Aby oddziaływać na świat, trzeba wiedzieć, jak w tym świecie odnosić sukcesy.

Tak, Polska chodzi do kościoła, tak, Polacy się modlą, jednocześnie zaś jest to rozbabrany kraj, w którym króluje złodziejstwo, upadek obyczajów, powszechny jest brak troski o dobro wspólne czy obojętność wobec zła.

Zapytam więc skromnie i wcale niezłośliwie, gdzie jest ta wyjątkowa religijność Polaków, "z czym do gościa?"; co takiego możemy zaoferować dziś zsekularyzowanej Europie, która religię zaliczyła do zabytków? Co przeciwstawimy zorganizowanej, sprawnej maszynie ideowego liberalizmu druzgocącej fartuszkowymi gąsienicami stary świat? Czym mamy zaimponować Niemcom, Francuzom czy Włochom? Tak, wiara jest u nas żywa, ale w dużej części dlatego, że wielu ludziom "źle się dzieje, no i jak trwoga, to do Boga". Dać im trochę zabawek, dać bezpieczeństwo zatrudnienia i polska wiara się przygnie. Nieprawda? Chciałbym się mylić.

Do tego, by iść i "robić innym dobrze", trzeba mieć porządek u siebie, trzeba działać własnym przykładem. Najskuteczniejszym sposobem "nawracania" Europy byłby dobrze rządzony kraj, pozbawiony kłopotów gospodarczych i społecznych, a do tego prawdziwie katolicki.

W tym naszym rozbabraniu nie pocieszajmy się ponownie, że jesteśmy wybrańcami, "sumieniem świata", "Chrystusem narodów" czy tym podobnymi bzdurami. Nie kładźmy się na laurach samozadowolenia, gdy tak na dobrą sprawę przyszedł czas, aby wreszcie wziąć się do roboty i stawiać własny kraj na nogi.

***

Jak wszyscy, zmuszony jestem do latania. Na początku bałem się sowieckiego wyposażenia LOT-u, latałem więc z Niemcami, Francuzami czy Brytyjczykami. Było to zresztą taniej i wygodniej, bo wprost pod dom. Potem piknęło mi serduszko i zacząłem latać LOT-em. Miło, wygodnie, wprost do Warszawy lub Krakowa.

Nie mam złych doświadczeń. Samolot zawsze odlatywał, kiedy powinien. Obsługa była w miarę miła, jedzenie - lotniczy standard, miejsca na nogi w klasie turystycznej całkiem całkiem (w maksymalnym stłoczeniu w dużym boeingu British Airways, niczym w małym fiacie, kolanami mogłem zatykać uszy).

Jest oczywiste, że latanie, choć coraz bardziej rutynowe, stanowi dość ekscytujący epizod walki człowieka z przyrodą, a w związku z tym wiele może się wydarzyć. Samolotom LOT-u również, jednak ostatnie wypadki wołają o pomstę do nieba.

Najważniejsza jest informacja, tymczasem w "czarnym tygodniu", kiedy to awaria uziemiła w Toronto lotowskiego boeinga 767, sytuacja przypominała czeski film - nikt nic nie wiedział. Pasażerowie mówili jedno, LOT drugie. Nie można się było dodzwonić, na stronach internetowych nie było żadnego komunikatu - po prostu głowa w piasek.

Ludzie poczuli się potraktowani per noga. Rasowi piloci z początku lat 50. mogli sobie pozwolić, aby traktować pasażerów niczym uciążliwe cargo ("We are in the business of flying planes, not people"), dzisiaj jest to nie do pomyślenia. W dobie "otwartego nieba" konkurencja, zwłaszcza na trasach transatlantyckich, dusi za gardło i jeśli LOT nie będzie "przyjazny dla klienta", będzie latał pusty.

Chciałbym latać polskimi liniami; chciałbym, aby mój pieniądz wspierał Polaka albo państwo polskie, i ubolewam szczerze nad sprzedaniem pokaźnego pakietu LOT-u szwajcarskiemu bankrutowi.

Sporo latamy, i LOT ma zapewnioną przyszłość, o ile tylko jego kierownicy nie pozwolą, aby ześlizgnął się na poziom Ada Air Albania; aby nie zdarzały się przypadki (jak kiedyś w sierpniu ubiegłego roku) podstawiania samolotów z obsługą kabiny nie mówiącą po polsku, w których woda kapie z sufitu.

Jestem w stanie sporo wybaczyć "moim" liniom, ale chciałbym, aby moja "miłość" była odwzajemniona...

Andrzej Kumor

Mississauga

powrót do strony głównej


now@ on-line miesięcznik polityczny Internautów http://nowaonline.strefa.pl