| ||||
|
|
Andrzej Kumor Polska ma być wielka Tak jakoś dziwnie się składa, że pomimo lansowania ogólnoświatowych trendów komasacyjno-globalizacyjnych, tzw. społeczność międzynarodowa z zadziwiającym zacięciem poduszcza małe narody do secesji, samostanowienia i niepodległości. Co prawda, nie wszystkie i nie zawsze, ale przeważnie. Dało się to zauważyć przy okazji czarnogórskiego plebiscytu. Wynik za secesją od Serbii przyjęty został przez unie Jewropy i Ameryki z nie do końca powściąganym zadowoleniem. Co - wydawałoby się - paradoksalne, brawo klaskali różnej maści internacjonaliści i autorytety medialne, które zazwyczaj histerycznie krytykują najmniejsze nawet odruchy narodowego instynktu, jako nacjonalizm, szowinizm czy faszyzm. Czy nie jest czasem tak, że realizowany obecnie projekt globalny zakłada w pierwszym etapie rozbicie starych związków i federacji, rozczłonkowanie starych państw na nowe, nieopierzone, słabe i malutkie "quasi-regiony". Słabe państwa można następnie szybko i skutecznie wciągać do nowych struktur ponadnarodowych, co zakłada drugi etap. A więc, najpierw wykorzystujemy tendencje odśrodkowe, narodowe, każemy naszym lokalnym emisariuszom śpiewać patriotyczne pieśni i machać starymi flagami, a potem wszystkich starannie zapisujemy do neokołchozu. Sposób jest przećwiczony. Bolszewicy najpierw wabili chłopów reformą rolną i parcelowali stare majątki, po to tylko, by następnie wszystko skolektywizować. Cóż, historia jest wielką nauczycielką życia, i może dlatego w dzisiejszej "szkole" traktowana jest po macoszemu i podawana w sosie politycznej poprawności. Może dlatego właśnie szef Fundacji Batorego Alik Smolar szczerze wyznaje, że małe państwa chcą po prostu "spokojnie żyć" i nie powinny prowadzić samodzielnej polityki zagranicznej... Tu wracamy do sprawy sojuszu, czy nawet federacji Polski z Ukrainą. Tego rodzaju układ - stworzenia regionalnego ośrodka politycznego - idzie pod prąd tendencji globalizacyjnych narzucanych przez ugrupowania fartuszkowe i inne ponadnarodowe "fraternie". Dlatego ludzie tych organizacji zawsze będą przeciwdziałać tym ideom i torpedować wszelkie przebłyski polskiego myślenia. W naszej zmitologizowanej pamięci zbiorowej ulepionej głównie przez ciężkie czasy zaborów, klęsk, okupacji i niewoli, odwołujemy się do Polski mocarstwowej z wieku XV czy XVI, nie zawsze zdając sobie sprawę z faktu, że była to unia - federacja. Pierwsza Republika nie była państwem polskim - była unią Korony i Wielkiego Księstwa, państw polskiego i litewskiego (o ile wówczas można było używać pojęć w takim znaczeniu). Ta Unia przez kilka wieków zapewniła mocarstwowy sukces zamieszkującym ją narodom. Polska i Ukraina w naturalny sposób ciążą do siebie i naturalnie mają sobie wzajemnie dużo do zaoferowania. Polska na Kresy nie wróci, i choć na pijackich balangach lat 50. śpiewano: "jedna atomowa, druga wodorowa i wrócimy znów do Lwowa", to był to jedynie polityczny onanizm eunuchów skacowanych przegraną wojną. Polska wraz z Ukrainą, a może i ze Słowacją jest zdolna stworzyć regionalne mocarstwo potrafiące zastąpić drogę naturalnym związkom niemiecko-rosyjskim. Czasy się zmieniają i coraz więcej silnych państw europejskich dąży do zajęcia tradycyjnej roli politycznej. Świadczą o tym chociażby niedawne wizyty kanclerzowej Merkel w Rosji, USA i Chinach. Pora, byśmy myśleli o Polsce z otwartą głową, pora, byśmy na początek dorobili się żywej polskiej myśli politycznej, byśmy bez owijania w bawełnę określili, co jest w interesie Polaków, a co nie, czy chcemy na zawsze chodzić w cudzym ogonku, czy samemu kształtować los naszych rodzin. Federacja Polski z Ukrainą to państwo rozciągające się na sporym kawałku Europy i dysponujące olbrzymim potencjałem przemysłowym, surowcowym i ludzkim; to państwo będące solą w oku obecnych mocarstw, jak również pewnych mniejszości, które obawiają się, że Polska "narodowa" i silna to Polska "anty-mniejszościowa". Te same mniejszości z tego samego "ubzdurania" działały na niekorzyść państwa polskiego w 1918 roku, wychodząc z założenia, że w silnej Polsce trudniej będzie zabezpieczyć partykularne prawa i występować o ich ochronę do gremiów ponadnarodowych. Polityka jest splotem interesów. W ten sposób powinniśmy ją postrzegać i ze skuteczności w realizacji interesu narodowego rozliczać własnych polityków. Są to banały, w obecnej polskiej sytuacji wcale nietrywialne. Federacja z Ukrainą pozwoliłaby stworzyć ośrodek, zdolny odgrywać rolę na scenie coraz bardziej zmieniającego się świata, w sytuacji pączkowania mocarstw azjatyckich, gasnących wpływów Stanów Zjednoczonych i ideologicznej europejskiej kolektywizacji. Jednak do tego, aby realizować polską politykę, musimy uwolnić się od antypolskich kompradorskich elit, musimy postawić na Polskę. I znów nie chodzi o to, ile kto ma jakiej krwi w żyłach - idzie o to, na czyją korzyść działa; po tym poznajemy swoich i zidentyfikujemy wrogów. Nie przekonują mnie argumenty, że silna Ukraina leży jedynie w interesie Niemców czy Rosji. Guzik! W interesie Niemców i Rosji leży rozparcelowanie wpływów w Europie Środkowowschodniej. Tak było od stuleci i takie są geopolityczne realia i teraz. Z Rosją i z Niemcami musimy rozmawiać z pozycji siły. A tę siłę musimy wypracować! Ukraińcy to nasi bracia. Jeśli ktoś dzisiaj ma rozum zbyt ciasny, by dopuszczać możliwość rezygnacji z pewnych atrybutów suwerenności na rzecz władzy federalnej, niech się zastanowi, z ilu prerogatyw zrezygnowała już polska elita polityczna na rzecz Brukseli i nowej Jewropy. A śmiem twierdzić, że nasze interesy z Kijowem są o wiele bardziej przyziemne i konkretne niż interesy z Brukselą. Nie bójmy się więc myśleć z rozmachem. Andrzej Kumor Mississauga | |||