now@ on-line  czerwiec  2006

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

 

Ryszard Jakubowski

Chore lekarstwa

W Polsce wydaje się akty prawne o ochronie roślin i zwierząt po to, aby obywatele mieli co omijać lub łamać.

Bezkarni kłusownicy

Metody są różne. Najczęściej po znalezieniu wśród kamieni nory wciska się w nią kilkanaście metrów tak zwanej sprężyny hydraulicznej. Gdy natrafi na opór, trzeba wykonać kilka obrotów, a potem wystarczy wyciągnąć urządzenie z nory wraz z nabitym na jego koniec dogorywającym w agonii zakrwawionym świstakiem. Czasem zwierzę z rozerwanym sprężyną brzuchem resztkami sił usiłuje umknąć z rąk oprawców. Wówczas wystarczy jeden celny rzut kamieniem, aby przetrącić mu kręgosłup, a potem spokojnie dobić nożem. Często kłusownicy rozkopują kilofami i oskardami długie na kilkanaście metrów nory świstaków, aby wydobyć ukrywające się w ich wnętrzach zwierzęta. Jeżeli nora zostanie zniszczona późną jesienią, a kilku żyjącym w niej zwierzętom uda się umknąć z rąk oprawców, praktycznie nie przeżyją one zimy, jeżeli nie znajdą nowego, dostatecznie głębokiego schronienia wśród kamieni, zalegających na wysokogórskich łąkach. Kłusownicy stosują także różnego rodzaju wnyki, potrzaski i druciane pętle zakładane tuż przy wylocie nory świstaka, nie dając tym zwierzętom najmniejszych szans. Najrzadziej stosują „humanitarną” broń palną. O ile w ogóle można mówić o humanitarnych sposobach polowania na zagrożone wyginięciem zwierzęta.

Polowania na świstaki od niepamiętnych czasów odbywają się jesienią w całych Tatrach. Ich tłuszcz ma według góralskich wierzeń magiczną moc leczniczą. Litrowy słoik smalcu ze świstaków można bez problemu kupić na targu pod Gubałówką za równowartość 1,5 do 2 tys. dolarów, czasem taniej. Mimo, że jest to prawnie zabronione, sprzedawcy są niemal pewni bezkarności.

Prokuratorzy nie chcą zajmować się przestępstwami, których ofiarami są zwierzęta – mówi Tomasz Niewczyk, inspektor okręgowy w mazowieckim oddziale Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. – Kierujemy rocznie do prokuratur około 30 doniesień. Z tego 30% jest od razu odrzucanych, inne sprawy ciągną się latami i nie widać ich końca.

Kilka lat temu prokurator Czajewicz w podwarszawskim Piasecznie

oświadczyła wprost inspektorowi TOnZ, proszącemu o interwencję w sprawie dręczonego zwierzęcia:

Mnie nie interesuje śmieszny przepis głupiej ustawy.

Zdaniem Wojciecha Gąsienicy Byrcyna, byłego dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, nie tylko prokuratorzy, ale także sądy i kolegia orzekające w sprawach związanych z ochroną przyrody wykazują się niespotykaną pobłażliwością dla sprawców przestępstw i wykroczeń. Kary są w najlepszym przypadku symboliczne. Jeżeli w ogóle do nich dochodzi.

Zakrwawiony lek

W 1991 roku pojawiła się w Polskich aptekach „Maść z sadła świstaka”. Jak zapewnia prowadząca jej dystrybucję firma SARAMED, jest to produkt szwajcarski. Na polski rynek został dopuszczony na podstawie bezterminowego certyfikatu rejestracyjnego o numerze 1979/Z. Od 1999 r. maść została wpisana do rejestru leków w oparciu o świadectwo rejestracyjne R/2300. Jak głosi reklama, jest to „dobry środek do stosowania w stanach zapalnych i zwyrodnieniach stawów”. Jednym z jej składników jest tłuszcz, pozyskiwany ze świstaków. Zwierzęta te są chronione tylko w niektórych krajach alpejskich. W Szwajcarii, skąd pochodzi maść, można na nie polować od 15 września do 15 października, czyli w okresie, kiedy przygotowują się do snu zimowego i gromadzą pod skórą zapasy tłuszczu. Średnio każdego roku tylko w Szwajcarii zabija się około 15 000 świstaków. W całych Alpach liczba ta może wynosić nawet 60 000 lub więcej. Polowania na świstaki, choć legalne w krajach alpejskich, są na tyle wstydliwym tematem, że pytana o nie Ambasada Niemiecka odesłała po odpowiedź do... organizacji ekologicznych, a Ambasada Austrii w ogóle nie udzieliła odpowiedzi!

Mistyfikacja medyczna?

Profesor Jacek Szechiński z wrocławskiej Akademii Medycznej twierdzi, że nie ma cudownych leków na żadne ze stu kilkudziesięciu schorzeń reumatoidalnych, określanych popularnie jako reumatyzm. Najlepsze lekarstwa mają skuteczność zaledwie 70%. Jego zdaniem nie należy do nich „Maść z sadła świstaka”. Nie kryje zaskoczenia, że ktoś z jego macierzystej uczelni wydał dokument, mówiący o właściwościach leczniczych tego środka. On sam na pewno by się pod czymś takim nie podpisał. Badania przydatności leków w zwalczaniu reumatyzmu trwają latami i są bardzo kosztowne. Nie pamięta także, aby maść taka była w ogóle kiedykolwiek przedmiotem badania na AM we Wrocławiu.

Na wrocławskiej Akademii Medycznej nie można odnaleźć dokumentów, świadczących o przeprowadzeniu jakichkolwiek badań „Maści z sadła świstaka”. Rzecznik prasowy tej uczelni sugeruje wręcz, że ktoś w ramach „fuchy” wystawił stosowne zaświadczenia na uczelnianych papierach firmowych. Kto? – nie potrafi powiedzieć. Ręce umywa także Instytut Leków, wskazując Komisję Rejestracji Środków Farmaceutycznych i Materiałów Medycznych jako organ, odpowiedzialny za dopuszczenie „Maści z sadła świstaków” do obrotu.

„Encyklopedia dzikich zwierząt” Larousse’a, którą trudno posądzić o niekompetencję, w rozdziale poświęconym świstakowi informuje, że całe zamieszanie spowodowane rzekomymi właściwościami leczniczymi sadła świstaków wywołał pewien nie wymieniony z nazwiska szwajcarski farmaceuta. Bez przeprowadzenia jakichkolwiek badań oświadczył on na początku XX wieku, że świstaki, żyjące w wilgotnych norach są odporne na reumatyzm dzięki... zaletom swojego tłuszczu. Miał więc on rzekomo nadawać się także do zwalczana tej choroby u ludzi. Pomysłowy farmaceuta został jednak zmuszony do zaniechania produkcji maści z sadła świstaków, której właściwości leczniczych nigdy nie potwierdzono. Rzecz miała miejsce tuż przed końcem pierwszej połowy XX wieku. Mimo to nadal znajdują się chętni zbicia fortuny kosztem niewinnych zwierząt i ludzkiej naiwności. Wojciech Gąsienica Byrcyn były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, stwierdzi wprost, że leczenie tłuszczem świstaków wykorzystuje jedynie tzw. efekt placebo. Chory z równym powodzeniem mógłby stosować smar do maszyn, gdyby tylko był przekonany o jego leczniczych właściwościach.

Prawo a życie

Obowiązująca w Polsce ustawa o ochronie przyrody zabrania m. in. importu i eksportu zwierząt chronionych, żywych i martwych, ich części oraz pochodnych. Ustawodawca oddał jednak w ręce ministra, właściwego do spraw środowiska, możliwość wydawania w wyjątkowych przypadkach zezwoleń na czynności zabronione lub ograniczone ustawą. Na czym polega wyjątkowość importu maści, wyprodukowanej w oparciu o tłuszcz chronionych w Polsce zwierząt, nie można ustalić. Prokuratura Rejonowa dla Warszawy Woli, właściwa dla siedziby importera maści, konsekwentnie odmawia wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

Ryszard Jakubowski

Ramka

Świstak (Marmota marmota) jest gryzoniem z rodziny wiewiórkowatych. W Polsce i na Słowacji żyje tylko w najwyższych partiach Tatr, na łąkach wysokogórskich i piętrze subniwalnym (turniowym). Jego nazwa pochodzi od głośnego świstu, którym ostrzega przed niebezpieczeństwem pasących się współplemieńców. Jest zagrożony całkowitym wyginięciem. Górale wierzą, że jego tłuszcz jest panaceum, dlatego używają go przy leczeniu reumatyzmu, chorób skóry, gruźlicy, a nawet na podniesienie potencji. Przesąd ten pochodzi z czasów, kiedy mieszkańcy podtatrzańskich wiosek cierpieli głód na przednówku – wówczas każdy tłuszcz będący źródłem energii miał zbawienne działanie. Świstak jest jednym z najdłużej chronionych zwierząt w Polsce. Objęto go ochroną gatunkową już w 1868 roku.

Koniec ramki

Epilog:

Obszerne fragmenty tego tekstu ukazały się w jednym z numerów „Wprost” w 2001 roku. Zanim numer opuścił drukarnię, w redakcji pojawiło się pismo, sygnowane przez nadwornego prawnika firmy Saramed, w którym ów przedstawiciel palestry pozwolił sobie na ordynarne kłamstwa: zarzucił mi, że zażądałem od właścicielki firmy „Saramed” dużej kwoty w zamian za niepublikowanie tego tekstu. Zarzut był z palca wyssany, ponieważ nigdy w życiu nie miałem przyjemności widzieć się z panią R. – nota bene osobą wielce zasłużoną dla środowiska farmaceutów, która była w tamtym czasie właścicielką tej firmy. Owszem, pani Rej kilkakrotnie zapraszała mnie podczas rozmów telefonicznych do odwiedzin w jej biurze, ale nie skorzystałem z propozycji, domyślając się, że nie chodzi w niej o wspólne wypicie kawy. Sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej dla Warszawy Ochoty i… została umorzona. Prokuratorzy nie uznali, że kłamstwa i oczernianie mnie zasługują na to, aby zainteresował się nimi wymiar sprawiedliwości. Sąd był odmiennego zdania – nakazał prokuraturze ponowne zbadanie sprawy, co oczywiście NIGDY nie nastąpiło. Czy prokuratorzy z Prokuratury Rejonowej Warszawa Ochota okazali w ten sposób lekceważenie dla prawomocnej decyzji sądowej czy też zostali odpowiednio „zachęceni” przez zainteresowane osoby do tego, aby sprawą się więcej nie zajmować, nie udało mi się do tej pory dowiedzieć.

A może prokuratorzy zwyczajnie zlękli się, że zbyt wiele spraw może przy okazji ujrzeć światło dzienne? Bo sprawa ta, jak się w ostatnich dniach okazało, była jedynie wierzchołkiem wierzchołka góry lodowej, którą są nieczyste interesy firm farmaceutycznych i importerów leków, które niczego nie leczą. Może z wyjątkiem portfeli naiwnych chorych – te są nader skutecznie odchudzane. Od kilku tygodni odchudzane są o wiele skuteczniej i intensywniej – chorzy z obawy o swoje życie kupują za ogromne pieniądze różne parafarmaceutyki i „leki” które leczą objawy, a nie – przyczyny schorzenia. Kupują je nie z rozrzutności lecz z konieczności – strajkujący lekarze nie wypisują żadnych recept, a rozwijające się choroby zmuszają ludzi do poszukiwania zastępczych rozwiązań – kosztownych i nabijających kasę wszystkim bez wyjątku firmom farmaceutycznym.

powrót do strony głównej


now@ on-line miesięcznik polityczny Internautów http://nowaonline.strefa.pl