| ||||
|
|
Romuald Bury CZAS WIELKICH REFORM? Każde ugrupowanie, znajdujące się u władzy, powinno czuć na sobie ciężar odpowiedzialności za państwo i społeczeństwo. Dlatego nie powinno ono kierować się tylko końcem swej kadencji (a więc - od wyborów do wyborów), ale tak planować swe posunięcia, aby ich skutki były bardziej trwałe. Wymaga to większej odwagi i większego poczucia odpowiedzialności. Dotychczas rzadko spotykaliśmy się z taką postawą. Na ogół ostatni rok sprawowania władzy (zwany wyborczym), to okres nieodpowiedzialnych obietnic i licytacji: kto da więcej? W niektórych przypadkach, (gdy klęska rządzącej partii jest oczywista), mamy też do czynienia z okresem całkowitej bierności. Czyli co trzy lata z efektywnego rządzenia wypada jeden rok, który można byłoby poświęcić ze znacznie większą energią na prawdziwe rządzenie, a nie na grę pozorów. Polski nie stać na takie marnotrawstwo czasu, sił i środków. A jest to marnotrawstwo, bo nie dość, że czas mija i nic się nie dzieje, to i tak trzeba utrzymywać olbrzymi aparat państwowy w takim samym składzie, pobierający ogromne uposażenia, dysponujący służbowymi samochodami, telefonami komórkowymi, laptopami itd. Za to wszystko musimy z roku na rok coraz więcej płacić. Rodzi się więc pytanie - za co płacimy? Czy to, co za to otrzymujemy, jest współmierne do ponoszonych nakładów? Jak dotąd, nie. Rozpędzić gospodarkę Rząd po dokonanej rekonstrukcji osiągnął zamierzony cel - ma stabilną większość parlamentarną i - jeśli nie nastąpią jakieś nieprzewidywalne wydarzenia - może spokojnie rządzić do końca kadencji, czyli przez następne trzy i pół roku. Ale spokojnie to nie znaczy leniwie. Nie może być zapatrzony w czubek własnego nosa, choć taka może pojawić się pokusa. Ten rząd powinien dokonać wielkiego przełomu. Konieczny jest potężny impuls dla gospodarki, aby nasz rozwój zaczął dokonywać się na miarę potrzeb. Cały czas musimy pamiętać, że pod względem wysokości produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca wleczemy się w ogonie Europy. Wzrost gospodarczy w skali roku w wysokości 5. czy nawet 6. procent nie jest wynikiem imponującym, albowiem startujemy z bardzo niskiego poziomu. Co jakiś czas padają porównania, że możemy stać się "drugą Irlandią", co brzmi całkiem zachęcająco. Ale samo to się nie zrobi. Tym bardziej nie możemy oczekiwać, że Polska sama z siebie stanie się "drugą Japonią", co nam niefrasobliwie obiecywał Lech Wałęsa (dokładał do tego jeszcze po sto, następnie po trzysta milionów starych zł dla każdego obywatela). Co trzeba robić - mniej więcej wiemy. Droga jest przetarta, wzory sprawdzone. Im więcej dobrze pojętej wolności w gospodarce, mniej przepisów i biurokratycznych pęt, stabilne, niezbyt wysokie i sprawiedliwe podatki, tym szybciej zaczniemy stawać się lokomotywą, która może pociągnąć za sobą cały region. Bez tego pozostaniemy zwykłą furmanką, wprawdzie rozpędzoną, ale na wyboistej i niebezpiecznej drodze, nawet przy najlepszych chęciach woźnicy - grozi nam bolesne rozczarowanie. Stwórzmy państwo na miarę naszych potrzeb Sprawa druga, to głęboka reforma państwa. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie aby dostrzec, ile mamy urzędów, agencji, biur i instytucji, które żyją same dla siebie, przez które coraz trudniej cokolwiek załatwić, które komplikują nam życie. Każda z nich to etaty, kontrole, sprawozdawczość, uzgodnienia, współpraca i inne szumne terminy, tylko jakoś brakuje im czasu, aby wziąć się do porządnej pracy i przyjrzeć się swemu kształtowi, czy taki właśnie jest nam naprawdę potrzebny. Jak dotąd, pokutuje przekonanie, że jeśli jakieś instytucje pracują źle, mało efektywnie i nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić - należy powołać następne, które przejmą od nich większość zadań i już będzie dobrze. Przykład takiego myślenia można zauważyć choćby w wypowiedziach posła Prawa i Sprawiedliwości Mariusza Kamińskiego, który ma objąć funkcję szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. To prawda, że takie biuro powinno w Polsce powstać już dawno i już dawno powinny lecieć głowy wysokich urzędników, którzy na państwowych etatach realizują interesy mafii i innych związków przestępczych. Zresztą - nie musiało to być akurat takie biuro, albowiem istniejące służby i instytucje miały wystarczające uprawnienia, aby robić to w ramach swych podstawowych obowiązków. Tymczasem Kamiński (jak poinformowała Polska Agencja Prasowa 15 listopada 2005 roku) powiedział, że "kierowany przez niego urząd będzie tropił korupcję również we wszystkich służbach, które dotychczas miały z nią walczyć - m.in. w policji i prokuraturze". Skoro tak, to można iść dalej - Ministerstwo Rolnictwa szwankuje - powołajmy jakieś biuro ds. rolnych; w Ministerstwie Finansów jest zorganizowana korupcja - powołajmy nową agencję ds. finansów; źle się dzieje w sądownictwie i prokuraturze - powołajmy równoległe sądy ludowe i nowych oskarżycieli. I tak dalej. Tylko że w ten sposób tworzy się równoległa sieć instytucji, dublujących większość funkcji, które powinny wypełniać instytucje już istniejące. A więc co - będzie państwo w państwie, czy też enklawy normalności w bezmiarze nienormalności? I czy stać nas na tuczenie biurokratycznego molocha tylko dlatego, że aktualna władza nie do końca radzi sobie z zastanymi strukturami? A to nam grozi. Są przecież niepokojące sygnały, że rządzący nami politycy chcieliby posterować sobie ręcznie już nie tylko organami państwa (co jeszcze może być zrozumiałe, choć jest to niebezpieczne), ale też procesami społecznymi, a tu już widać silny odcisk lewackiego myślenia u ludzi, którzy mienią się prawicą. Tak było: TKM Nie często w historii jest tak, że rządzący otrzymują na dłużej wolną rękę od wyborców na przeprowadzenie zapowiadanych przez nich reform. Wiąże się to na ogół z zaufaniem społecznym, okazywanym nowej sile i głębokim rozczarowaniem do wyników, osiągniętych przez ich poprzedników. Tak było w 1997 roku, gdy po rządach nieudaczników z SLD: Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza, wyborcy przerzucili się na pośpiesznie zmontowaną koalicję sił centroprawicowych (lub za takie się podających), czyli na Akcję Wyborczą Solidarności (AWS). Szybko okazało się, że zapowiedzi a czyny to całkiem coś innego. AWS nie sprostał zadaniu - zbyt rozbieżne były bowiem interesy wewnątrz tego ugrupowania i oczekiwania wyborców były na miarę innej, bardziej sprawnej i uczciwej koalicji. Ze szczytnych programów pozostało jedno, najbardziej wulgarne, lapidarnie podsumowane w haśle: TKM (Teraz K... My). Skończyło się to katastrofą, bo inaczej być nie mogło. Spory wpływ na taki przebieg wydarzeń miał również fakt, że lider AWS formalnie pozostawał w cieniu, ręcznie pociągając za wszystkie sznurki. Szybko zaczęły mu się one plątać, bo dzisiejsze życie polityczno-gospodarczo-społeczne jest o wiele bogatsze niż przed wiekami i należy jak najmniej wtrącać się w naturalne procesy. Po AWS przyszedł w 2001 roku SLD - a butny i arogancki Leszek Miller zapowiedział, że jeżeli on tylko zechce, to i gruszki na wierzbie wyrosną. Nie dość, że nie wyrosły, to szybko okazało się, że "kanclerz" (tak Miller lubił być nazywany) nie dorósł do pełnionej funkcji. Oczywiście, krytykowany przez niego wcześniej model TKM bardzo dobrze przyjął się na jakby stworzonej do tego glebie SLD. Po czterech latach jego ugrupowanie wprawdzie nie rozpłynęło się całkiem w niebycie, jak niegdyś AWS, ale stało się małym ugrupowaniem, przed którym stoi zadanie utrzymania się przy życiu. Czy tak będzie: TKTM? Po SLD przyszedł czas na ugrupowania postsolidarnościowe: Platformę Obywatelską i Prawo i Sprawiedliwość, które w 2005 roku zapowiedziały wielką koalicję, która dokona wielkich rzeczy, ze zmianą Konstytucji włącznie. Nic z tego - zanim się zaczęło, już się skończyło i tak naprawdę wyborcy nie bardzo wiedzą, dlaczego. Wtrącane przy każdej okazji wyjaśnienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, że wszystko popsuła Platforma, raczej zaciemniają sprawę. Stworzona wreszcie przez PiS egzotyczna (jak się wydawało) koalicja z udziałem Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin jest jakąś alternatywą, ale musi się szybko wykazać jednoznacznymi osiągnięciami, których na razie całkiem brak. No i mamy niepokojące powtórki: "czyszczenie" państwa z "nie-naszych" i zastępowanie ich "naszymi" nie zawsze jest szczęśliwe i psuje krew. Do tej sytuacji psuje nowe określenie: TKTM (Teraz K.. Tylko My!). Okazuje się, że ugrupowanie zdecydowanie antykomunistyczne (jakim jest PiS) może całkiem dobrze posługiwać się byłymi funkcjonariuszami PZPR, przez co ich ideowy image staje się mocno mglisty. Przykłady? Ależ proszę: ministrem spraw zagranicznych był do niedawna Stefan Meller, b. członek PZPR, wywodzący się ze stalinowskiej rodziny; ministrem skarbu jest Wojciech Jasiński, b. członek PZPR, ale dobry kolega z dawnych lat Jarosława Kaczyńskiego; wreszcie wicepremierem i ministrem rolnictwa z ramienia Samoobrony jest Andrzej Lepper, też b. członek PZPR. Jarosław Kaczyński z drugiego szeregu stara się wszystkie nici trzymać w ręku. Jego pozycja jest być może jeszcze mocniejsza, niż ta, jaką miał Marian Krzaklewski w AWS. Przez to jednak, że sternik znajduje się praktycznie poza łodzią, bieżące kierowanie nią zajmuje tyle czasu, że nie ma go już na wyznaczanie celów strategicznych i stwarzanie warunków dla ich realizacji. Grozi nam więc to, że kolejne cztery lata z punktu widzenia całościowych interesów państwa mogą okazać się nie w pełni wykorzystane, czy wręcz stracone. ** ** ** Ale jeszcze nic nie jest przesądzone. Sytuacja może wprawdzie rozwinąć się tak, jak to zostało powyżej nakreślone, ale też może nagle wyjść potężny impuls z kręgów rządzących nami polityków, który spowoduje pozytywną lawinę pożądanych decyzji i działań. Sporo zależy od nas, od naszej postawy i od naszej aktywności. Jeśli zdołamy wymuszać na rządzących takie zachowania, jakie są przez nas pożądane, to zaczniemy wreszcie wychodzić na prostą. Jest to możliwe, należy zatem zrobić wszystko, aby tak właśnie się stało. | |||