| ||||
|
|
dr hab. Wiktor Poliszczuk PAWŁOKOMA – „OSTATECZNE POJEDNANIE”? Polskich historyków przede wszystkim obwiniam za to, że dziś ma miejsce nieuzasadniona zaszłościami historycznymi uroczystość w Pawłokomie - mówi ukraiński historyk dr hab. Wiktor Poliszczuk w rozmowie z Jackiem Zielińskim. Jest Pan znanym od lat orędownikiem pojednania polsko-ukraińskiego. Badaniom tragicznych stosunków między dwoma narodami w okresie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu poświęcił Pan wiele lat życia, czego dowodem są liczne publikacje z tego zakresu. I oto 13 maja w Pawłokomie ma nastąpić historyczne pojednanie prezydentów obu państw: Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki. Czy według Pana takie symboliczne pojednanie zamknie już tę sprawę i pozwoli nam od tej pory myśleć wyłącznie o teraźniejszości i przyszłości? Zagadnieniu nacjonalizmu ukraińskiego, ustaleniu
przyczyn i rozmiarów dokonanych przez jego formacje zbrodni poświęciłem 25
lat swego życia - bez jakiegokolwiek wynagrodzenia i bez zachęty ze strony
władz Polski lub innych krajów. I oto dziś stoję przed problemem dokonania
oceny spotkania prezydentów Kaczyńskiego i Juszczenki w Pawłokomie. W
zamiarze prezydentów ma to być symbol pojednania. Zastanawiam się –
pojednania: kogo z kim – prezydenta Juszczenki, który jest wyrazicielem
zbrodniczego ruchu banderowskiego, z prezydentem Kaczyńskim, który
reprezentuje państwo polskie, naród polski? Chyba nastąpiło jakieś
nieporozumienie. Prezydent Kaczyński, z którego formacją polityczną
wiązałem wielkie nadzieje w zakresie potępienia zbrodni banderowskiego
ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej, został wmanipulowany w to
polityczne przedsięwzięcie, które nie ma nic wspólnego ani z prawem, ani
ze sprawiedliwością, bo prawo wymaga ukarania sprawców zbrodni, a
sprawiedliwość ich potępienia. Pytanie, przez kogo prezydent Kaczyński
został w tę imprezę manipulowany? Odpowiadam wprost: przez prezydenta
Juszczenkę, któremu prezydent Kaczyński zaufał. Juszczenko, powtarzam to,
jest w omawianym zakresie wyrazicielem interesów banderowców, on młodość
spędził w środowisku banderowskim w Tarnopolu, on ma żonę, pochodzącą ze
Stanów Zjednoczonych, banderówkę. To w ich, banderowców, interesie leży
zamknięcie tematu zbrodni ludobójstwa, jakiego dopuściły się ich formacje
na ludności polskiej (co najmniej 120.000 ofiar) i ukraińskiej (co
najmniej 80.000 ofiar). Prezydent Kaczyński myli się, gdy mówi, że ma to być „ostateczne pojednanie”. Pojednanie, zapytam powtórnie – kogo z kim? Pojednanie może dotyczyć tylko ludzi. Między państwami mogą być tylko porozumienia. To kto z kim miałby się pojednać? Między narodem polskim i ukraińskim nie ma waśni, nie było jej też w okresie międzywojennym, pamięć historyczna obu narodów nie sięgała poza wydarzenia I wojny światowej, ludność polska i ukraińska na kresach południowo-wschodnich II RP masowo koligaciła się, sąsiedzi Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie. Może chodzi o pojednanie członków struktur zbrojnych z okresu wojny i po jej zakończeniu? Może chodzi o pojednanie żołnierzy AK z banderowcami? Jeżeli tak, to czy weterani AK wypowiadali się w tej sprawie, czy upoważniali prezydenta RP do występowania w ich imieniu? Wiem, że ani weterani AK, ani ci, którzy cudem zdołali uciec spod banderowskiej siekiery, ani ich potomkowie – nie mają zamiaru pojednać się z ich oprawcami, nie mają zamiaru im wybaczyć, bowiem oni nigdy nie pokajali się, a bez pokajania nie ma odpuszczenia win. Tym bardziej, że dziś oni na Ukrainie (częściowo też w Polsce) ubierają się w togi bohaterów. Wystarczy przeczytać ich prasę, aby się co do tego przekonać. Gdy chodzi o zbrodnię ludobójstwa, to pamięć historyczna narodu jest trwała, jej nie da się usunąć w drodze spotkania dwóch prezydentów. Zbrodni ludobójstwa nie zapomina się łatwo. Wybór Pawłokomy na miejsce pojednania zapewne nie jest przypadkowy. Co właściwie stało się tam 3 marca 1945 roku? Czy wszystko na ten temat wiemy? Czy ustalona jest dokładna liczba ofiar, sposób zadania śmierci, sprawcy? Tak, wybór Pawłokomy na miejsce „pojednania” nie jest
przypadkowy. Ta tragedia jest wyeksploatowana przez propagandę banderowską
do maksimum. Prawdą jest, że w marcu 1945 roku doszło do rozstrzelania
przez siły polskie około 150 mieszkańców tej wsi. Ale był to mord
incydentalny, o podłożu, które w nauce prawa ma nazwę „działania w
afekcie”, w konkretnym przypadku układającym się w ciąg psychologiczny: w
czasie okupacji hitlerowskiej ludność ukraińska w następstwie działalności
Ukraińskiego Centralnego Komitetu, będącego pod egidą Abwehry, pozostawała
w uprzywilejowanym – w stosunku do ludności polskiej – położeniu. Ludność
polska w zamiarze OUN miała być wysiedlona z tzw. Zakurzonia. Niektórzy historycy, politycy, działacze i świadkowie ze strony ukraińskiej mówią o wyjątkowym okrucieństwie i bestialstwie żołnierzy AK. Z drugiej strony ci Polacy, którzy badają sprawę Pawłokomy, kwestionują liczbę ofiar i wykluczają takie okrucieństwo, mówią o rozstrzeliwaniach. Czy po tylu latach od tamtych wydarzeń jest możliwe ustalenie stanu faktycznego i czy nie od tego powinno się całą rzecz zacząć? No właśnie, banderowcy przedstawiają przebieg akcji według wzorca mordów dokonywanych przez nich na Wołyniu i w Halicji, mianowicie, że Polacy, bojówka AK przy asyście miejscowej ludności, w bestialski sposób mordowała mężczyzn, kobiety i dzieci. Faktyczne zaś, jak to udowadnia Konieczny, w Pawłokomie rozstrzelano (a więc bez znęcania się) jedynie mężczyzn. Ich liczbę można ustalić w drodze ekshumacji, tą samą metodą można też ustalić sposób uśmiercania oraz wiek i płeć ofiar. Media podchodzą do tych zagadnień od strony czysto politycznej i propagandowej. Przy okazji jesteśmy zasypywani wieloma sprzecznymi informacjami, ponadto widać, że różni ludzie usiłują nadać temu wymiar ideologiczny i postawić zbrodnie obu stron na tej samej płaszczyźnie, bez pogłębionej analizy i bez wchodzenia w sedno zagadnienia. Oto w „Rzeczpospolitej” (która jest przecież poważnym dziennikiem) 24 kwietnia zamieszczona jest wypowiedź Myrona Sycza ze Związku Ukraińców w Polsce: „To samo, co Polacy przeżyli na Wołyniu, przeżywali Ukraińcy mieszkający w Polsce. Za to wszystko odpowiadają władze komunistyczne”. Czy faktycznie krzywdy obu stron są takie same? I czy tylko komuniści są w tym przypadku wszystkiemu winni? Środki masowego przekazu często kształtują, niestety
dalekie od rzeczywistości, poglądy na temat nie tylko Pawłokomy, ale też
na problem zbrodni ludobójstwa na ludności polskiej w ogóle. Ogromną,
wprost decydującą winą w tym zakresie, obarczam ośrodki naukowe w Polsce,
zajmujące się historią stosunków polsko-ukraińskich doby najnowszej. Mam
przede wszystkim na myśli Instytut Pamięci Narodowej i - nieistniejący już
- Wojskowy Instytut Historyczny, ale też inne ośrodki naukowe, takie jak
Uniwersytet Jagielloński, na którym pisze się prace licencjackie na temat
„Stepan Bandera i jego UPA”, jak Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej w
Lublinie, na którym nadaje się doktorat za pracę, którą kwalifikuję jako
podręcznik nacjonalisty ukraińskiego, jak całe lubelskie środowisko
uniwersyteckie, nie wyłączając KUL-u, jak środowiska uniwersyteckie we
Wrocławiu, Warszawie, Szczecinie, a nawet w Poznaniu. Wielu historyków
biorących udział w seminariach i konferencjach naukowych, organizowanych
przez IPN i Wojskowy Instytut Historyczny (na przykład dziesięć seminariów
historyków polskich i ukraińskich nacjonalistycznych) opracowało bardzo
wiele wartościowych referatów, ale nie one decydowały o kierunkach
ustalania prawdy historycznej. Kierownictwa naukowe tych przedsięwzięć nie
stanęły na wysokości zadania, wykazały niedostateczne przygotowanie
naukowe, ograniczyły się w organizowaniu przedsięwzięć do detali,
pomijając najważniejsze problemy. W kilku słowach spróbuję uzasadnić ten
zarzut: W tej samej „Rz” zawarta jest następująca informacja redakcyjna: „W trakcie rozpoczętej w roku 1943 na Wołyniu czystki etnicznej prowadzonej przez oddziały UPA i miejscowych chłopów, zginęło od 30 do 60 tys. Polaków (strona ukraińska uważa liczbę 60 tys. za zawyżoną)”. Liczby te rażąco odbiegają od ustaleń, dokonanych przez Pana i innych historyków. Czy faktycznie rozbieżności co do liczby ofiar muszą być aż tak duże? Według moich szacunków, opartych w dużej mierze na dokumentach autorstwa formacji OUN-UPA, a także na ustaleniach miejscowych władz na Ukrainie w toku przemian ustrojowych w niej zachodzących, z rąk OUN-UPA – „Służby Bezpeky” (nieznanej nauce polskiej formacji banderowskiej) w latach 1943–1944 na Wołyniu śmiercią męczeńską zginęło co najmniej 120.000 ludności polskiej, zaś w latach 1941–1950 z rąk tych samych formacji zginęło co najmniej 80.000 ukraińskiej ludności cywilnej. Gdy chodzi o tych ostatnich – na moralne potępienie zasługuje fakt przemilczania tych zbrodni na Ukraińcach na dzisiejszej Ukrainie. Absolutna większość ofiar polskich z lat 1943–1944 nie doczekała się godnego, chrześcijańskiego pochówku, ich prochy pogrzebane są po chlewach, podwórkach, ogrodach, polach, w lasach. W obecnym stanie rzeczy nie doczeka się takiego pochówku, bo polityka teraźniejszych władz Ukrainy, zdążających do uznania OUN-UPA – z prezydentem Wiktorem Juszczenką na czele – w omawianym zakresie zagadnień jest opanowana przez element banderowski. W „Gazecie Wyborczej” z 24 kwietnia Paweł Wroński w rozmowie z Piotrem Tymą (sekretarzem Zarządu Głównego Związku Ukraińców w Polsce) robią porównanie Pawłokomy do Jedwabnego. Piotr Tyma uważa, że takie porównanie ma sens i mówi: „w mordowaniu ukraińskich mieszkańców brała udział ludność miejscowa i miejscowa komórka AK. Mieszkańcy przejęli też majątek zamordowanych. Przez lata zamazywano pamięć o tym wydarzeniu. Zadziałały mechanizmy podobne jak w Jedwabnem. Jeden z miejscowych historyków zakwestionował na przykład liczbę ofiar”. Czyli znowu „polscy sąsiedzi” zamordowali i „przejęli majątek zamordowanych”. Czy jest to rozumowanie, które można podeprzeć jednoznacznymi dowodami? „Gazeta Wyborcza” od szeregu lat jest wyraźnie probanderowska. Wywiad z Piotrem Tymą (również po banderowsku myślącym działaczu Związku Ukraińców w Polsce), który usiłuje porównać Jedwabne z Pawłokomą też jest zabiegiem socjotechnicznym. Tragedia w Jedwabnem i w Pałkokomie jest tylko co do jednego porównywalna: były to incydentalne, nie mające za sobą przyzwolenia ze strony władz polskich – podziemnych czy oficjalnych, zabójstwa masowe, natomiast mordy wołyńsko-halickie, nieporównywalne co do liczby ofiar, były dokonywane z motywów ideologicznych i w wyniku rozkazów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, której istnienie winno być zakazane, a która działa oficjalnie na Ukrainie. Jej członkowie pełnili i pełnią nadal bardzo wysokie funkcje w strukturach władz państwowych Ukrainy. Na przykład zajadły banderowiec Roman Zwarycz, (współpracownik Jarosława Stećki), był ministrem sprawiedliwości Ukrainy; „wódz” banderowców na Ukrainie A. Iwczenko jest prezesem strategicznego, obracającego miliardami dolarów, przedsiębiorstwa państwowego „Naftogaz Ukrainy”; „gubernatorem” obwodu rówieńskiego, (tego, na którym zaczęło się mordowanie ludności polskiej), jest banderowiec Wasyl Czerwonij. Wielu banderowców znajduje się w Radzie Najwyższej Ukrainy. Nie należy więc w żadnej mierze porównywać problemu mordów banderowskich na Wołyniu i w Halicji z incydentalnym zabójstwem masowym w Pawłokomie. I, co najważniejsze, w żadnym wypadku nie wolno ustawiać problemu na płaszczyźnie: Polacy – Ukraińcy. W codziennej prasie cały czas czytamy, że w Pawłokomie „13 maja prezydenci Polski i Ukrainy, Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko, oddadzą cześć ukraińskim cywilom zabitym przez żołnierzy polskiego podziemia. Mają też złożyć kwiaty pod tablicą upamiętniającą Polaków zamordowanych przez Ukraińską Powstańczą Armię”. Czy w takim przedstawianiu sensu tej uroczystości nie brakuje jednak jakiejś równowagi? Można przecież pomyśleć, że jednym ofiarom oddaje się cześć, innym zaś tylko składa się kwiaty pod tablicą... Mam nadzieję, że prezydent Lech Kaczyński, który został
wmanipulowany w „pojednanie” w Pawłokomie, oczyści przede wszystkim
Instytut Pamięci Narodowej z pobanderowsku myślących i działających w nim
historyków, zleci rzetelne zbadanie opinii ukraińskiej mniejszości
narodowej w Polsce, w wyniku którego okaże się, że jej 95-procentowa
większość nie identyfikuje się ze stanowiskiem Związku Ukraińców w Polsce.
Wtedy, na tej podstawie, w wyniku rzetelnych analiz i ocen ukraińskiego
ruchu nacjonalistycznego, będzie miał podstawę powiedzieć prezydentowi
Wiktorowi Juszczence: Panie Prezydencie, pójdźmy drogą prawdy, zdobądźmy
się na akt potępienia ukraińskiego, faszystowskiego ruchu
nacjonalistycznego, jego formacji zbrojnych, które dopuściły się zbrodni
ludobójstwa nie tylko na ludności polskiej, ale też na ukraińskiej. Wtedy,
i tylko wtedy zniknie problem rzekomego konfliktu polsko-ukraińskiego. A
zbrodnia w Pawłokomie została już dawno osądzona, i jej nie pochwalają
żadne odłamy społeczeństwa polskiego. Dziękuję za rozmowę. | |||