| ||||
|
w tym wydaniu: AKI: bajdula: Klikacz: Leszek Derda: Magdalena: #Marcel: mats: MF: micra: StefanDetko: ZASADA: 3beata:
|
bajdula WYBACZ WINNETOU W pewnej anegdocie, pochodzącej jeszcze z czasów PRL-u, podczas wizytacji na lekcji polskiego pani pyta małego Jasia, kto jest jego idolem. Chłopiec po zastanowieniu odpowiada, że Lenin. Brawo, brawo rozlegają się głosy zachwyconych kuratorów. Chłopiec siadając na krzesełko mruczy cichutko pod nosem - wybacz Winnetou, ale biznes to biznes. Po co to piszę? Tak jakoś skojarzyło mi się po lekturze tygodnika "Polityka" z 27.01.2001 roku. W tejże gazecie znajdował się obszerny wywiad z panem Januszem Lewandowskim, który sam siebie określał, jako mediatora między Unią Wolności, a Platformą Obywatelską. Wskazywał na podobieństwo programowe oraz na potrzebę szerokiej współpracy. I co usłyszałam w wieczornym wydaniu Wiadomości? Janusz Lewandowski członkiem Platformy Obywatelskiej. Nie byłoby może w tym nic zastanawiającego, gdyby nie fakt, że miało to miejsce dnia 29.01.2001 roku, a więc po dwóch dniach od ukazania się tygodnika "Polityka". Nasi politycy zaczynają nas już przyzwyczajać, że do tego, co mówią nie należy przykładać większego znaczenia, gdyż ich poglądy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Oczywiście winę za to ponoszą nieodpowiedzialni dziennikarze, którzy przeinaczają ich wypowiedzi, albo nie rozumieją ich znaczenia. Innym przykładem świadczącym o tym, że kameleonów na polskiej scenie politycznej nie brakuje jest postać pana Donalda Tuska, który w czasie kampanii prezydenckiej bardzo negatywnie wyrażał się o Andrzeju Olechowskim. Po paru zaledwie miesiącach jego opinia jest zgoła przeciwna. Panowie, czasami milczenie jest naprawdę złotem, to nie żadna przesada. Pewnego razu król zwierząt, lew zwołał wszystkie stworzonka na polanę i prosił, aby mądre przeszły na lewo, a piękne na prawo. Po chwili na środku została jedynie żaba. Czemu żeś nie wybrała sobie strony? - zapytał zdziwiony lew. A co? mam się rozdwoić - odpowiedziała zielona żabka. Bronisław Geremek, przewodniczący Unii Wolności ze stoickim spokojem wypowiada się o odejściu z partii znanych osób. Na pytanie dziennikarza "Wprost" zawarte w wywiadzie w numerze 5, odpowiada, że utworzenie Platformy Obywatelskiej nie zabiło Unii, więc będzie to oddziaływało wzmacniająco. Coś mi się wydaje, że Unia jest jak wyżej wspomniana żabka. I chciałaby i nie może. Byleby to nie skończyło się dla niej tym, że pozostanie partią kanapową, tzn. będzie miała tyle członków, ile mieści się na tym przedmiocie. Z przerażeniem przyjęłam wiadomość o zabójstwie czteroletniego Michałka, którego dopuścił się konkubent matki wraz ze swoim kolegą. Jeszcze większym szokiem był fakt, że morderstwem kierowała matka i planowała je od dłuższego czasu. Gdy myślę o małym chłopcu, który przez osoby dobrze mu znane i lubiane jest wrzucany do lodowatych wód Wisły, to w głowie robi mi się jakaś pustka, szum, nie wiem jak to opisać. Powiem tylko, że żadna zbrodnia nie poruszyła mnie bardziej. Patrząc jednak na to, co dzieje się w Polsce, na szerzącą się znieczulicę i powiększający się stopień zagrożenia w odczuciach obywateli, przyszłość nie wydaje się świetlana. Chciałabym się mylić, ale wszelkie rozumowe sądy nad otaczającą nas rzeczywistością nie dają do tego podstaw. Ten aspekt powoduje jednak, że minister Lech Kaczyński, głoszący "chwytliwe" hasła walki z przestępczością oraz domagający się przywrócenia kary śmierci trafia na podatny grunt w społeczeństwie. Oczywiście kary za zabójstwo powinny być surowe, nie ulega to, bowiem dyskusji, ale pozbawianie ludzi życia to dla niejednej osoby dylemat. Czy mamy prawo zabijać w imię sprawiedliwości? Nie chcę się zagłębiać w ten temat, bo rozważania byłyby długie, ale podsumowując wszystkie za i przeciw jestem zdania, że odpowiedź na postawione pytanie brzmi "NIE". Dodam, że rozumiem osoby, które są za przywróceniem kary śmierci, gdyż granica między plusami, a minusami takiego zapisu w prawie jest bardzo cienka. Gdyby taka tragedia dosięgła kogoś z mojej rodziny, sądzę, że ból i cierpienie wzięłyby górę i żądałabym śmierci oprawcy. Tylko, czy to wystarczający powód? Wspomnę jeszcze na koniec, że jest to problem także moralny. Czasy "oko za oko", "ząb za ząb" to przeszłość, choć temu brutalnemu prawu nie można odmówić cech sprawiedliwości. W czasie rozmowy w kawiarence na Wirtualnej Polsce pewien znajomy z sieci usiłował mi wmówić, że jeśli głosuję na SLD, to jestem odpowiedzialna za wszystkie zbrodnie poprzedniego systemu. Ja jakoś nie poczuwam się do morderstw popełnianych przez komunistów, więc czy jest ze mną coś nie tak? Czy chrześcijanin nosi na swych barkach ciężar Inkwizycji? Czy ma się zadręczać myślami o morderstwach w imię wiary, czy jego sumienie ma odczuwać wyrzuty z tego powodu? Coś chyba tutaj nie gra, to rozumowanie nie ma podstaw logicznych. Bez wątpienia należy znać historię swojego narodu, jej dobre i ciemne strony i nie wstydzić się tego, co złe, nie zaprzeczać, że tak było, ale co do odpowiedzialności, to już chyba przesada. W społeczeństwie polskim istnieje silna tendencja do "uspołeczniania" wszelkich jednostkowych działań. Wynika ona bezpośrednio z cech poprzedniego systemu, w którym człowiek pozbawiony był wszelkich oznak indywidualności, liczyła się masa, czyli my. W tamtych latach, jak i obecnie przyczynia się ona do zdejmowania odpowiedzialności z jednostkowego człowieka i oskarżania całych grup, czy społeczności. A wina nie może być społeczna. Zawsze to dana jednostka jest odpowiedzialna za taki to, a taki akt łamiący obowiązujące prawo. To pan X zabił pana Y, to grupa XYZ napadła na osobę K. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Pamiętam, jak w przeddzień Święta Zmarłych jeden z uczniów mojej klasy wszedł przez okno do gabinetu wykładowcy i zapalił mu na stoliku świeczkę. Na pytanie - kto to zrobił? - jedyną odpowiedzią była cisza. Dopiero dzięki tłumaczeniom pedagoga, które kładły akcent na to, że nie można obwiniać całej klasy, znajomy, który dopuścił się tego występku przyznał się i za ten gest nie został w żaden sposób ukarany. I w każdym innym ludzkim działaniu, tylko dany osobnik odpowiada za swoje czyny. Dlatego nie poczuwam się do morderstw, ani wszelkich matactw związanych z czasami PRL, a to, że obecnie popieram SLD wcale nie oznacza poparcia dla minionego okresu i ustroju. Guma Mamba wycofana ze sprzedaży, tak zapobiegawczo, na wszelki wypadek, gdyż zawierać może triony choroby szalonych krów. Myślę sobie - niedobrze. Dziecko moje trzyletnie objadało się tym produktem od paru miesięcy. Ale nie popadajmy w obłęd. Wystarczy zaznajomić się z toksykologią lub porozmawiać z jakimś dobrym toksykologiem. Wyjdzie na to, że nie ma produktów nie szkodliwych, a my sami możemy tylko ograniczać spożycie tych bardziej trujących. Zapiekanka, pizza, hamburger, choć smaczne to szkodliwe, nie jedzmy ich. Nie pijmy, więc Coca-Coli, ani Toniku. Wodę w większych miastach przywoźmy sobie z przyległych mieścin i wiosek, ze studni głębinowych, gdyż ta w kranie nadaje się, co najwyżej do umycia naczyń. Wołowiny oczywiście już nie jemy, w chlebie trafiają się gwoździe (jak w moim bochenku 2 dni temu), mleko w proszku wiadomo z metalami ciężkimi, ziemniaki i w ogóle warzywa naładowane ołowiem i innym paskudztwem, a gdy nawet trafi się jakiś czysty produkt, to cechy opakowania zewnętrznego przebogate w "trucizny" skażą go skutecznie. Co zostaje? Pewnego razu Jurek Owsiak zabrał swoich znajomych na krótki przelot nad Warszawą. W pewnym momencie zawiodły silniki i Jurek założył jedyny spadochron znajdujący się na pokładzie. Szykując się do skoku krzyknął: Lecę po pomoc! Sie ma! Wycieczkowicze odparli: A co z nami Jurek? Aaaaa, róbta co chceta, i tak umrzeta!!! Pisząc ten felieton spostrzegłam leżącą gazetę, otwartą na stronie z reklamami. I co widzę? Wszyscy dbają o to, abym tylko nie przepłaciła, nie narażała się na zbędne koszty oraz wyzysk. Promocja, zimowa promocja, jedyna okazja, u nas najtaniej, tylko do końca lutego, bezpłatny transport, raty, do 6 tys. złotych taniej, itd., itp. Doszło do tego, że nawet u siebie w pracy zauważam ludzi, którzy są chętni kupić towar, ale tylko w promocji. Trafiają się i tacy, którzy jeżdżą po całej okolicy w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych cen. Gdy chodzi o duży zakup, jestem w stanie to zrozumieć, ale często są to tanie, drobne rzeczy. I z mojej obserwacji wynika, że większość nie bierze pod uwagę tego, że naraża się na koszty, w końcu czas to pieniądz, paliwo do samochodu także nie jest tanie. W efekcie płacą więcej, niż w najbliższym, osiedlowym sklepiku, gdzie zawsze wita ich uśmiechnięta buzia znajomego sprzedawcy lub sprzedawczyni. DZIĘKUJEMY CI OMO!!! | |||