| ||||
|
|
Romuald Bury CZY TO JUŻ KONIEC KOMUNIZMU W POLSCE? W czerwcu 1989 roku Joanna Szczepkowska radośnie obwieściła w telewizji, że po wyborach, uzgodnionych w wyniku "okrągłego stołu", nastąpił koniec komunizmu w Polsce. Wiele osób w to uwierzyło, choć raczej powinniśmy zostawić aktorom ich granie, ale ocenę rzeczywistości czerpać z własnych doświadczeń i nie ulegać iluzjom. A przecież władza w dalszym ciągu znajdowała się w rękach władców PRL. Rząd Tadeusza Mazowieckiego kontrolowany był przez generała Czesława Kiszczaka, któremu całkowicie podlegały tajne służby, gospodarka przechodziła gwałtowny okres transformacji, czyli państwowy kapitał przechodził w prywatne ręce komunistów a telewizja, w której Szczepkowska wygłosiła swą kwestię, też była w dalszym ciągu "ich". W Polsce zmiany zachodziły stopniowo, raczej wolniej niż szybciej. Jedyna próba przyśpieszenia i radykalnego zerwania ze skompromitowaną przeszłością, podjęta przez rząd Jana Olszewskiego w pierwszej połowie 1992 roku, została brutalnie zahamowana. A były już zaczątki lustracji i dekomunizacji i całkowitego przeorientowania Polski na Zachód. Okazało się jednak, że nie było to na rękę nie tylko komunistom, co jest przecież zrozumiałe, ale też ich niedawnym przeciwnikom, czy też za takich uchodzących. We wspólnym froncie obrony przed "oszołomami" ujawniły się siły, których formalnie nic nie łączyło. Adam Michnik i Aleksander Kwaśniewski? Donald Tusk i Waldemar Pawlak? Leszek Moczulski i Lech Wałęsa. Powodował nimi paniczny lęk przed całkowitym zerwaniem z przeszłością i utratą kontroli nad dokonywanymi zmianami. Wówczas zakończyło się to obaleniem rządu i osławioną "nocą zmianą", która przesunęła nas z czoła zmian w Europie Środkowo-Wschodniej na jej koniec. Do dziś nie możemy uporać się z lustracją i dekomunizacją, zmiany własnościowe w gospodarce zaszły tak daleko, że dziś dawni nomenklaturowcy z PZPR są zamożnymi "biznesmenami" o mocnych powiązaniach międzynarodowych i jakakolwiek próba ich rozliczenia z dokonanej grabieży byłaby zamachem na... "święte prawo własności". AWS przełomem nie był Wydawało się, że rządy AWS i premiera Jerzego Buzka w latach 1997 – 2001 będą takim spóźnionym, ale oczekiwanym przełomem w Polsce. Nic z tego nie wyszło, było to bowiem sklecone naprędce ugrupowanie bez mocnego, wyrazistego podłoża ideowego, w dodatku całkowicie ubezwłasnowolnione przez współrządzącego koalicjanta – Unię Wolności. Ta zaś, z niejasnym rodowodem wielu jej prominentnych działaczy, za nic w świecie nie godziła się na głębokie i jednoznaczne reformy. W dodatku lustrację i dekomunizację traktowała ?jak najbardziej słusznie!? jako zagrożenie dla swych żywotnych interesów i karier swych przywódców, jak choćby wicepremiera Leszka Balcerowicza, który w latach 80-tych był przecież prorektorem komunistycznej pseudouczelni – Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu – Leninizmu. Tak więc podjęte zostały "wielkie reformy", takie jak administracyjna, służby zdrowia i ubezpieczeń społecznych, ale i one oceniane są na ogół jako nie do końca przemyślane i udane. Do prawdziwych reform ustrojowo-prawnych i zerwania z przeszłością jednak nie doszło. Cofka za Millera AWS został rozsadzony od środka przez sprzeczne interesy i zapewne nie rozpoznaną do końca agenturę. Po rządach tej formacji, które pod koniec cieszyły się znikomym poparciem społecznym, nastąpiła era Leszka Millera, czyli triumfalny powrót komunistów do władzy. SLD pod jego przywództwem uzyskało prawie połowę sejmowych mandatów i niewiele brakowało, aby mogło samodzielnie rządzić przez całą kadencję. Ale i tak epoka ich rządów cofnęła nas w cywilizacyjnym rozwoju i obniżyła wszelkie standardy. Dziś cieszymy się, jeśli politycy nie mają jawnych powiązań z kryminalnym podziemiem, nie głosują "na dwie ręce", nie wpływają zbytnio na nominacje "swoich" ludzi na intratne posady w skali lokalnej i tak dalej. Czyli cieszy nas to, co powinno być jak najbardziej oczywiste. Jest przy tym rzeczą zastanawiającą, jak wielka jest siła przyzwyczajenia i jak bardzo powoli słabną wpływy komunistów. Otrzymali oni w ostatnich wyborach wprawdzie "tylko" 10 procent głosów, ale są trzecią – czwartą siłą polityczną w Polsce i nic nie wskazuje, że po upływie tej kadencji parlamentu mogą całkiem zaniknąć. Czekamy na spełnienie obietnic Ostatnie wybory to był triumf dwóch opozycyjnych wobec rządów SLD partii? Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Obie mają "solidarnościowy" i antykomunistyczny rodowód, obie zapowiadały bardzo głębokie reformy, miały podobne stanowisko odnośnie lustracji i dekomunizacji. PiS odniósł wielki sukces (wbrew wszystkim prawie sondażom wyborczym) i przejął władzę w państwie. PO zaś przegrała wszystko i odgrywa rolę głębokiej opozycji, głosując zgodnie z SLD. Wielka koalicja PO-PiS miała zaś przynieść kres państwa postkomunistycznego, stare układy miały zostać zlikwidowane, w gospodarce miało dojść do ożywczych przemian. Rolę wielkiego reformatora wziął na siebie PiS, wspomagając się doraźnie głosami LPR i Samoobrony. Wielu wyborców oczekuje spełnienia zapowiedzi i całkowitego zerwania z epoką PRL i wynikającymi z niej zaszłościami. Są też tacy, którzy wyniki wyborów parlamentarnych przyjęli jako symboliczne zakończenie epoki komunizmu w Polsce. Czy słusznie? Niektóre nominacje rządowe i przedziwne powiązania nowej ekipy z dawnymi laty zdają się temu przeczyć, ale na pełną ocenę należy jeszcze trochę poczekać. Która prezydentura Jest jeszcze jedna płaszczyzna oceny, pomijana dotąd w takich rozważaniach. To urząd prezydenta RP. W latach 1990 1995 prezydentem był Lech Wałęsa, którego kadencję odpowiednio ocenili wyborcy w 1995 roku, wybierając Aleksandra Kwaśniewskiego. Wałęsie i jego zwolennikom wydawało się, że to był po prostu wypadek przy pracy i następne wybory prezydenckie będą dla niego prawdziwym triumfem. W 2000 roku Wałęsa otrzymał zaledwie jeden procent poparcia. Król okazał się nagi a kolejne próby powrotu byłego przywódcy "S" do polityki wywołują tylko uśmieszki zażenowania lub politowania, zależnie od skali wywoływanych tym emocji. Dla dekomunizacji państwa w powszechnym przekonaniu Wałęsa nie uczynił nic, co gorsza, jawnie wspierał "lewą nogę", aż wyhodował mutanta, którego cały czas usiłujemy się, z niewielkim skutkiem, pozbyć. Z ujawnionych do dziś danych wynika, że otoczenie pierwszego prezydenta III RP było przeżarte komunistyczną agenturą a on sam robił wszystko, aby wygodnie żyć w całkowitej symbiozie z siłami dawnego reżimu. Jego obecne ostentacyjne bratanie się z Kwaśniewskim potwierdza tylko podejrzenia, że od początku ta gra nie była czysta. W dodatku uznanie Wałęsy przez IPN za pokrzywdzonego nie wyjaśniło do końca sprawy "Bolka", wprost przeciwnie, podsyciło spory, toczone od kilkunastu lat na temat jego przeszłości. Po Wałęsie był Kwaśniewski i to przez dziesięć lat. W tym czasie zdołał on narzucić Polsce swoją konstytucję i wytworzył układ rządzący, składający się głównie z działaczy z epoki schyłkowego PRL-u, w znacznej części powiązanych z komunistycznymi tajnymi służbami. Gdyby jego następcą został na przykład usilnie lansowany Włodzimierz Cimoszewicz (a przez pewien czas wydawało się, że tak właśnie będzie), szanse na dekomunizację państwa byłyby zaprzepaszczone na kolejne lata. Co więcej, można się obawiać, że w przypadku zwycięstwa Donalda Tuska byłoby podobnie. Przecież Kwaśniewski w obawie przed zerwaniem ciągłości namaścił go publicznie jako swego następcę. Prezydentem został jednak Lech Kaczyński. W wytworzonym układzie, w którym rząd i prezydent wywodzą się z tego samego ugrupowania - głoszącego, że głównym złem w Polsce był komunizm - jest wreszcie szansa, iż w Polsce skończy się komunizm. Na spełnienie formalnych warunków czekać musieliśmy ponad szesnaście lat. Teraz głównie od nas zależy, czy za słowami pójdą czyny. ** ** ** Nie możemy biernie czekać, aż wszystko "samo się zrobi". Siła opinii publicznej może być taka, że zmiany pójdą szybciej i będą bardziej głębokie niż wtedy gdy sprawy zostawimy własnemu biegowi. Jeśli teraz nie wymusimy spełnienia wyborczych obietnic, to kiedy? Zbyt długo czekamy na obwieszczenie końca komunizmu w Polsce, aby dawać rządzącym jeszcze jedną szansę. W rękach rządzących jest wystarczająco dużo instrumentów prawnych, aby przystąpić do działania. Jeśli Ala Capone można było skazać na długoletnie więzienie wyłącznie za niepłacenie podatków, to może to jest jakaś wskazówka? Przecież komuniści czerpali z państwowej kasy pełnymi garściami, zostawiając wystarczająco dużo śladów. To, co było niezgodne z prawem, może i powinno być ścigane. www.polskiejutro.com | |||