now@ on-line  styczeń  2006

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

 

Mariusz Affek

ROK 2006

Scenariusze polityczne dla Polski na Nowy Rok

Nadszedł wreszcie Nowy Rok Pański 2006, a—wraz z nim—jak zawsze przy takich okazjach pojawia się pytanie i troska o to, co nam przyniesie najbliższa przyszłość. I to nie tylko w wymiarze osobistym, ale także w skali kraju, w świecie polityki. Miniony rok przebiegł pod znakiem intensywnych kampanii wyborczych, a czy obecny również zapowiada „powtórkę z rozrywki” i ciągłe bieganie do urn? To wszystko właśnie zależy od scenariuszy politycznych, które właśnie teraz są układane tak w ciszy gabinetów, jak i publicznie—na łamach gazet i w innych mediach.

W noc sylwestrową premier Kazimierz Marcinkiewicz udzielił telefonicznego wywiadu Radiu „Maryja”, w którym stwierdził wprost: „Zadanie naprawy i modernizacji państwa Polacy muszą realizować każdego dnia 2006 r. My wszyscy Polacy, jeśli będziemy razem, to wówczas uda nam się to zadanie wykonać”. Równocześnie też zapowiedział ruszenie od stycznia br. z realizacją szerokiego programu prorodzinnego zapowiadającego słynną już akcję dożywiania dzieci w szkołach („bułka z szynką dla każdego”), tanie kredyty i inne ulgi dla rodzin wielodzietnych itp. Wszystko to zapowiada bardzo poważne obciążenia budżetu państwa—zwłaszcza, że premier nadal nie wskazuje źródeł, z których to miałyby być finansowane tak duże wydatki socjalne. Pomimo więc faktycznego wycofania się rządu z fantastycznego pomysłu budowy 3 mln mieszkań (przynajmniej Marcinkiewicz nie wspominał już o nich w swoim sylwestrowym wywiadzie), mogą być problemy z dopięciem budżetu na najbliższy rok. Niepokoi też coś innego: to odwoływanie się do wszystkich Polaków i nakłanianie ich do codziennej realizacji solidarnościowych postulatów obecnego gabinetu. Wprawdzie za reprezentanta „wszystkich Polaków” uważał się już tow. Kwaśniewski i m.in. też i z tego powodu rosły mu wskaźniki popularności, a znaczna, naiwna część społeczeństwa darzyła go bezgranicznym wręcz zaufaniem (ok. 60-70%), to jednak w przypadku Marcinkiewicza taki wariant raczej nie przejdzie. Pamiętajmy bowiem, że polityk ten stoi na czele rządu, a nie państwa, zatem jego popularność będzie zależeć w znacznym stopniu od tego, jaką to politykę będzie realizować jego własny gabinet. Marcinkiewicz nie może sobie pozwolić na bierność—w przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który w okresie swojego urzędowania mógł wielokrotnie wylegiwać się na kanapach, nie korzystając nawet z prawa do zgłaszania inicjatywy ustawodawczej. Również ta hojność obecnego rządu w stosunku do różnych grup zawodowych (ostatnio wobec lekarzy z Porozumienia Zielonogórskiego, którym sprezentował 240 mln złotych bez pokrycia w dochodach państwa) może szybko obrócić się przeciwko niemu samemu, gdy okaże się, że nie ma z czego dawać obiecanych pieniędzy.

Obietnice bez finansowego pokrycia to zresztą będzie nie jedyny problem premiera. Nie ma przecież stabilnej większości parlamentarnej niezbędnej do długiego, spokojnego rządzenia, a to każe Marcinkiewiczowi szukać doraźnych sojuszników. Sytuacji bynajmniej nie ułatwia fakt, że w jego rządzie znajdują się tzw. fachowcy—faktycznie powiązani z PO bądź ideowo, bądź towarzysko (Zbigniew Religa, Stefan Meller, Teresa Lubińska, Andrzej Mikosz), a których zadaniem wydaje się być uwiarygodnianie całego gabinetu w oczach Platformy. Wrażenie to jeszcze bardziej się potęguje, gdy ostatnio słyszymy o możliwości „wymiany” na stanowisku ministra finansów i o obsadzeniu go przez Zytę Gilowską—niegdyś „prawą rękę” Donalda Tuska. Takie „kokietowanie” PO daje jednak mizerne rezultaty—zważywszy na uchwalenie rozszerzonego „becikowego” oraz na odrzucenie ustawy umożliwiającej wprowadzenie komisarycznego zarządu Warszawy do końca kadencji obecnego samorządu. Mówi się wprawdzie o możliwości przejścia Jana Marii Rokity i jego ludzi do PiS-u, ale też niektórzy zauważają, że Kaczyńscy dobrowolnie nie podzielą się władzą z równie autorytarnym i mającym zawsze swoje zdanie Rokitą.

Aktualnie trwa zabezpieczanie sobie przez PiS tradycyjnych źródeł władzy, czego przejawem jest przeforsowanie nowej ustawy o mediach oraz kontrolowanie szeroko pojmowanego „aparatu przemocy” (vide: groźby wicepremiera Dorna pod adresem zbuntowanych lekarzy). Bez doraźnych sojuszy z Samoobroną, LPR i PSL byłoby to niemożliwe. Liderzy PiS-u mogą jednak dojść do wniosku, że przedterminowe wybory parlamentarne w maju 2006 r. będą nieść dla ich partii zbyt duże ryzyko, a wtedy—być może—zdecydują się na powrócenie do stołu rokowań z PO. Może wtedy okazać się konieczne np. wykrojenie Ministerstwa Administracji z „resortowego imperium” Ludwika Dorna, a co już zaraz po wyborach sugerował J. M. Rokita. Dzięki temu podziałowi władzy (i tak uprzywilejowującemu PiS) uniknie się wprawdzie jednych wyborów, ale za to Kaczyńscy mogą chcieć połączyć wybory samorządowe w całym kraju z koniecznością wyłonienia nowego prezydenta Warszawy jeszcze wiosną br.—nie bacząc na to, iż wcześniejszy koniec kadencji władz samorządowych jest niezgodny z Konstytucją RP. Z kolei PO już teraz zaczyna naciskać, aby jesienią zorganizować jeszcze referendum w sprawie konstytucji europejskiej—nie zwracając uwagi na to, że ten projekt jest właściwie martwy po jego odrzuceniu przez Francję i Holandię.

Tak więc widzimy, że PiS-owski program „tanie państwo” trzeba będzie chyba zawiesić „na kołku”, skoro tyle wyda się na różne „socjały” i tyle razy znowu będziemy musieli pofatygować się do lokali wyborczych.

www.konserwatyzm.pl

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów                 http://nowamedia.w.interia.pl