| ||||
|
| SOBIE A MUZOM Zbyszek Koreywo Terroryści. Wbrew pozorom, tzw. Zachodnie Demokracje mają na swym koncie niechlubne praktyki zakładania zwykłym ludziom knebli, obroży oraz krótkiej smyczy po to tylko, by udaremnić jakąkolwiek, choćby najbardziej słuszną krytykę rządzących. Zaczęło się to bardzo wcześnie, bo latem 1798 roku, kiedy to drugi prezydent Stanów Zjednoczonych John Adams wraz ze swą partią Federalistów, przegłosowali w Kongresie uchwałę o dysydentach (The Alien and Sedition Acts). W wielkim skrócie, chodziło o to, by prezydent mógł mieć nadzwyczajne przywileje, czyli wolną rękę w dławieniu podstawowych praw. Niemniej nie trwało długo, gdy cała Ameryka zatrzęsła się z oburzenia i o mały włos nie skończyło się popularną rewoltą. Rzecz bowiem w tym, że nawet w najlepszej wierze ustanawiane prawa, musza spełniać podstawowe warunki legalności, tzn. zabezpieczać wolność osobista obywateli wraz z przyległościami, takimi jak swoboda wypowiadania się, zrzeszania, równouprawnienie w obliczu jurysdykcji, niezależność w wyznawaniu religii itd. Tak więc próba poszerzenia samowoli rządzących skończyła się bardzo szybko i Ameryka przez następne stulecia cieszyła się bodajże największą swobodą obywatelską na całym świecie. W rezultacie powstał kraj niesłychanie prężny, silny wiarą i wolnością osobistą, bowiem ludzie rozwijają swe talenty najlepiej tam, gdzie nie są skrępowani lub wystraszeni ewentualnymi szykanami. No, trochę to potrwało aż do czasu, kiedy to „Siły potężne aczkolwiek totalnie amoralne” obsiadły ten wspaniały kraj i jak perz nie tylko wysysają życiodajne soki, ale przy pomocy tzw. „Politycznej Poprawności” założyły kaganiec na wolność osobistą Amerykanów. Obecnie w innym, równie wspaniałym kraju bo w Australii, rządzący zakładają nam okowy na swobodę osobistą obywateli w postaci tzw. Prawa Antyterrorystycznego. Powie ktoś: „zaraz, zaraz, przecież każdy kraj ma prawo bronić się przed atakami z zewnątrz, no to potrzebne jest prawo, wymierzone ostrzem przeciwko niegodziwcom, którzy to z sobie tylko znanych przyczyn łakną australijskiej krwi”. Ano, prawda, jeśli chodzi o ochronę choćby jednego mieszkańca tego pięknego kontynentu, nie ma sprawy, niech parlament uchwala odpowiednie ustawy a premier dopilnuje, by je wykonywać we właściwy sposób. Co prawda człowiekowi naiwnemu, na przykład takiemu jak ja, mogłoby się wydawać, że mamy już w Australii cały kodeks praw, zabezpieczający nas przed atakami, tak z zewnątrz jak i wewnątrz. I co jeszcze nie jest w stanie zrozumieć człowiek prosty, taki jak ja, to dlaczego drakońskie edykty uchwalane są przeciwko terrorystom, którzy nie przeprowadzili na terenie Australii jeszcze ani jednego ataku. Natomiast z drugiej strony, bezbronni ludzie są tu na co dzień terroryzowani przez bandy chuliganów, złodziei, rzezimieszków, zwykłych bandytów, gwałcicieli nieletnich i staruszek, zbirów z piekła rodem, opryszków oraz nastolatków, którzy z nudów są w stanie sterroryzować całe ulice i dzielnice. Nie tak dawno, w podmiejskiej dzielnicy Sydney, Redfern, policja usiłowała zatrzymać aborygeńskiego nastolatka, podejrzanego o naruszenie prawa. Uciekając przed stróżami prawa chłopak usiłował przeskoczyć płot, złożony z metalowych prętów, zakończonych na górze rodzajem grotów. Jak się okazało, była to ostatnia wolta przez płot nastolatka, bowiem w trakcie jej wykonywania nadział się na szpikulce i tak zakończył swe życie. Przez następne trzy dni Redfern zamieniło się w pole bitwy pomiędzy rozeźloną hordą a policją, próbującą przywrócić spokój i porządek. I co, czy nasz australijski wódz, Johnny Howard, który z takim zapałem zwalcza międzynarodowy terroryzm zrobił coś w tej sprawie? Absolutnie nic, zero, nul i figę. I tylko żal było patrzeć na tych policjantów, godzinami obrzucanych butelkami z płonącą benzyną, kamieniami, jakimiś metalowymi przedmiotami i Bóg wie czym jeszcze. Tak więc człowiek łatwowierny nie jest w stanie zrozumieć logiki naszych kochanych przywódców, tym bardziej, że kraj zalewany jest narkotykami i setki młodych ludzi umiera co roku w wyniku przedawkowania różnego rodzaju świństw. Jeszcze więcej dzieci prostytuuje się w celu zdobycia odpowiednich funduszy, zamienia w wykwalifikowanych złodziei, włamywaczy itd. byle tylko zaspokoić narkotykowy głód. I co, czy nasz australijski wódz wprowadza jakieś specjalne prawa, ostrzem wymierzone w handlarzy śmiercią i nieszczęściem? Ano, zgadli państwo, nic podobnego. Natomiast co najbardziej powinno niepokoić ludzi, nawet niekoniecznie naiwnych, to tzw. Sedition Law czyli ustawa przeciwko dysydentom. Otóż premier Australii wraz z Generalnym Prokuratorem, Philipem Ruddock, postanowili, że maja dosyć krytykantów i malkontentów w tym pięknym kraju i, jeśli uda im się przepchnąć przez Parlament i Senat odpowiednie ustawy, za krytykę, choćby najbardziej słuszną, będzie się tu zamykać ludzi na siedem lat. No, szkoda, że niejaki Uljanow, konspiracyjna ksywa „Lenin” tego nie dożył. Pewnie ze śmiechu jeszcze raz by umarł. Nie wykluczone zresztą, że w grobie razem z resztą bolszewików z radości koziołki fika bo oto jesteśmy świadkami wprowadzania w wolnym kraju cenzury. No, i jak już ją wprowadzą, Australia przestanie być wolnym krajem, choć, trzeba to przyznać szczerze, nie wolno będzie o tym ani mówić, ani pisać a co bardziej gorliwi to nawet nie będą o tym myśleć. O ile potrafią jeszcze myśleć, znaczy się, bo to w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste. Osobiście znam ludzi, w tym niestety wielu krajanów, którzy już dawno temu zamienili się na rozumy z telewizorem. Aż strach pomyśleć, co będzie gdy im prąd do domu wyłączą. Biedni ludzie nie będą wiedzieli co myślą. Natomiast samo prawo o karaniu dysydentów, czyli ludziach z jakiegoś powodu niezadowolonych z aktualnego rządu, wymierzone jest w samo serce demokracji. W dodatku, w postaci takiej jak obecnie jest prezentowane, jest tak mało precyzyjne, że nikt tak naprawdę nie wie, gdzie są granice tej ustawy. Generalnie rzecz biorąc mówi ona, że do siedmiu lat więzienia mogą być skazani obywatele, którzy „sieją niepokój, wymierzony w rząd australijski bądź są adwokatami aktów przemocy”. Ano, jako żywo, przerabialiśmy to już raz w szkole komunistycznego zamordyzmu w starym kraju. O ile dobrze pamiętam, odpowiednia ustawa była podobna: „Kto zamierza obalić ustrój socjalistyczny .... „ I co najsmutniejsze, wielu polskich patriotów siedziało w kryminałach tylko dlatego, że wyrażali swe niezadowolenie z okupacji Ojczyzny przez bandę półgłówków, wspieraną sowieckimi bagnetami. W świetle ostatnich wydarzeń na australijskiej scenie politycznej nie wykluczone, że wkrótce i tu zacznie funkcjonować system więzień politycznych, wszak początek został już zrobiony w postaci uwięzienia Pani Pauliny Hanson. Natomiast mówiąc o australijskiej scenie politycznej, to najlepiej jej aktualną kondycję obrazuje afera z nijakim Nguyen Tuong Van. Otóż ten młody człowiek próbował przemycić do Singapuru w 2002 roku 396 gramów heroiny. Wystarczyłoby to na 26 000 dawek i bardzo prawdopodobne, że spowodowałoby to śmierć iluś tam narkomanów z przedawkowania. Na szczęście, Singapurska policja znalazła heroinę i, zgodnie z prawem, które Nguyen musiał znać, skazano go na karę śmierci. Dlatego zresztą różni kamikadze starają się przemycić narkotyki do Singapuru, bo w związku z obowiązkową karą śmierci za to przestępstwo, cena za to świństwo jest tam niesłychanie wysoka. No, większość australijskich tzw. polityków (piszę „tak zwani” bo sztuka polityki to sztuka czynienia dobra) ryknęła w obronie handlarza śmiercią jednym głosem. Ba, tuż przed egzekucją Nguyena były pomysły, by bojkotować Singapurskie towary, nakładać różnego rodzaju sankcje, sam Johnny Howard odbywał konferencje z premierem Singapuru, próbując uratować życie przestępcy. Do chóru oburzonych praworządnością w Singapurze zgodnie dołączyli przedstawiciele opozycji, Generalny Gubernator, Demokraci, Zieloni, jakieś organizacje o których nikt przedtem nie słyszał, różni Łosie Dobrodzieje, którym głupota miesza się w głowach z miłosierdziem itd. itd. Jednym słowem, z wyjątkiem jednego prawdziwego polityka, który miał na tyle odwagi by stanąć po stronie Dobra, reszta naszych pożal się Boże przedstawicieli ludu pracującego zażarcie walczyła o życie kryminalisty. I już nie wiadomo było czy płakać czy się śmiać, kiedy poważnie rozważano uczczenie śmierci przestępcy minutą ciszy w parlamencie. I znowu, człowiek prostoduszny, taki jak ja, nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego ci wszyscy obrońcy życia ludzkiego nie bąknęli ani jednego słowa w obronie irackich dzieci, kiedy to, między innymi, australijska marynarka wojskowa blokowała dostawy podstawowych lekarstw i żywności do tego nieszczęsnego kraju. Jak podawał UNICEF w październiku 1996 roku: „4 500 dzieci irackich, poniżej wieku 5 lat, umiera miesięcznie w wyniku głodu i chorób. Z pozostałych, większość żyje na granicy przetrwania”. A przecież blokada trwała prawie 10 lat. Tak więc staje się teraz coraz bardziej jasne, dlaczego nasz wódz, Johnny Howard chce nam zatkać gęby w Australii prawnym kneblem. Niemniej rodzi to pytanie: „kto tak naprawdę jest tu terrorystą”. Zbyszek Koreywo http://koreywo.cjb.net | |||