now@ on-line  grudzień  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

 

Romuald Bury

STRACHY NA LACHY

Mniejszościowy rząd Prawa i Sprawiedliwości rządzi już od kilku tygodni i wydawałoby się, że na skutek nieustannych ataków mediów, punktujących każde jego potknięcie, powinien już na starcie mieć coraz niższe notowania. Jest jednak odwrotnie - ostatnie sondaże wskazują, że PiS mógłby obecnie liczyć na poparcie aż 43 procent wyborców. Jest to wynik po prostu doskonały, przewyższa bowiem prawie o połowę to, co ta partia dostała w niedawnych wyborach parlamentarnych.

Świadczy to z jednej strony o determinacji wyborców, którzy tak bardzo oczekują bardzo głębokich zmian o dalekosiężnych skutkach, z drugiej zaś o nieefektywności wielkiej kampanii medialnej, jaka toczy się w Polsce od kilku miesięcy. Byliśmy bowiem i nadal jesteśmy straszeni apokaliptyczną wizją państwa rządzonego przez bliźniaków Lecha i Jarosława Kaczyńskich, w którym obywatele będą gnębieni nocnymi rewizjami i przesłuchaniami, w których nikt, szczególnie zaś "postępowy", nie będzie mógł czuć się bezpiecznie, państwa ksenofobicznego i wyznaniowego. Słowem - po prostu państwa, w którym nie da się żyć.

Platforma Obywatelska i wielce przychylne jej media wyniki wyborów prezydenckich a następnie parlamentarnych przyjmowały z niedowierzaniem i nieukrywaną złością. Prezydentem miał przecież zostać Donald Tusk - "prezydent Tusk", jak przez miesiące oznajmiały olbrzymie i liczne billboardy - a premierem Jan Maria Rokita - "premier z Krakowa" . W związku z tym skóra na niedźwiedziu, czyli Polska, była dzielona prawie publicznie, bez skrępowania i wstydu. Miał istnieć układ, w którym politykom PiS wyznaczano podrzędne role. Aleksander Kwaśniewski z ogromną pewnością siebie uspokajał sieroty po swej prezydenturze, że Tusk będzie godnie kontynuował jego politykę, więc jakieś poważniejsze rozliczenia dotychczasowemu układowi nie grożą.
Rozpad "układu"

Postkomunistyczny układ polityczno-biznesowy, budowany w Polsce przez kilkanaście lat, rozlatuje się na naszych oczach, jak domek z kart. Analitycy mogą wskazywać na różne przyczyny, ale nie ulega wątpliwości, że obywatele mieli coraz bardziej dosyć zadowolonych twarzy Kwaśniewskiego, Millera, Cimoszewicza, Oleksego i innych, stale obecnych, dzień w dzień, czasami wielokrotnie tego samego dnia, we wszystkich prawie mediach. I ich stałego zapewniania, że jest dobrze a będzie jeszcze lepiej, iż nie powinniśmy narzekać, bo wskaźniki rosną, ogólnie żyje się dostatniej, rozliczenia nie są potrzebne, dekomunizacji i lustracji chcą tylko frustraci, którzy nie rozumieją, czym są prawa człowieka i jak powinna wyglądać europejska tolerancja.
I ciągłe straszenie - jak nie my i nam podobni, to wszystko się zawali, sytuacja się pogorszy i w ogóle nie wiadomo, co z nami będzie. Ale to "strachy na lachy", które nie mają żadnych podstaw.


Ludzie dobrze rozumieją, że tolerancja to po prostu cierpliwe znoszenie wszelkich niedogodności, osób, poglądów, warunków, w jakich nie da się żyć. Tolerancja ma swe granice, albowiem nasza cierpliwość kończy się tam, gdzie owe niedogodności stają się nie do zniesienia, trwają zbyt długo a tolerowani żądają coraz to nowych przywilejów. Tak było z poprzednią ekipą, która srodze się rozczarowała. Ciągłe afery w szeregach SLD, rosnąca pazerność ich przedstawicieli, tuszowanie przestępstw i ochrona przestępców spowodowały, że wyborcy zażądali radykalnych zmian. Postawienie w ich miejsce Platformy Obywatelskiej jako partii światłej, tolerancyjnej, europejskiej i jakiejś tam jeszcze nic nie załatwiało, nie dawało bowiem gwarancji, że będzie inaczej. I tu jest pies pogrzebany.

"Ty wiesz, o co chodzi"

Politycy PO nie kryli, że obawiają się rządów PiS, a jeszcze bardziej takiej sytuacji, w której będzie on kontrolował resorty nieodzowne przy zatrzymywaniu procesu destrukcji państwa. Chcieli mieć zatem praktycznie wszystko - prezydenta, premiera, rząd i resorty siłowe. Nawet w obliczu przegrania wyborów ich żądania nie zostały zredukowane do rozsądnych rozmiarów. Można nawet odnieść wrażenie, że w dalszym ciągu czuli się panami sytuacji, choć ta z dnia na dzień ich przerosła. Skutkiem takiej buty i wybujałych apetytów nie doszło w końcu do koalicji PO-PiS, choć takie były prawie powszechne oczekiwania. Media przedstawiały to prawie jak klęskę żywiołową. Brakowało tylko publicznego załamywania rąk i lamentu wynajętych płaczek, które oznajmiały by rozpacz głośnym wyciem i okrzykami, "co teraz z nami, sierotkami, będzie"!

Zamiast koalicji mamy więc rząd mniejszościowy, z jawnym poparciem ze strony Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin i Polskiego Stronnictwa Ludowego. I nie ma dramatu - Polska wcale nie zginęła tylko dlatego, że nie rządzi nami Donald Tusk i nic nie wskazuje, że ma z tego powodu zginąć. Jeśli dojdzie do dramatu, to raczej w szeregach jego partii, co też Tusk nie omieszkał wyjawić w jednej z rozmów z Jarosławem Kaczyńskim, tłumacząc, dlaczego PO chce tak wiele, mimo przegranych wyborów. Były to znamienne słowa, doskonale czytelne w kontekście prób kategorycznej ochrony dotychczasowego układu: "Jarek, ty wiesz, o co chodzi, ja jaśniej tego nie mogę powiedzieć". Jak nie wiadomo, o co chodzi, to na ogół rzecz dotyczy pieniędzy. W tym przypadku można jeszcze dorzucić sposoby ich zdobywania oraz środowiska, do których tak gromadzone fundusze trafiają od wielu lat. Ogólnie zaś chodzi o władzę nad państwem i jego zasobami. Tyle jeszcze jest do "sprywatyzowania", tyle jeszcze spraw nie uległo przedawnieniu. Do tego zapowiedź powołania następnych specjalnych komisji sejmowych, które zawsze ujawniają to, co na zawsze miało być przed nami ukryte. Strach PO jest więc jak najbardziej uzasadniony. Ta partia - wprawdzie pod różnymi nazwami - od tylu lat rządzi lub współrządzi Polską, tyle zostawiła po sobie śladów, że faktycznie ma się czego obawiać.


** ** **

Istnieje zatem wielka rozbieżność między społecznymi oczekiwaniami a politycznymi obawami PO, że ten wrzód należy przeciąć, choćby to bolało. Zdrowie społeczne wymaga radykalnych działań, na układy powinno być już za późno. I powinniśmy głośno mówić: "Donald, ty wiesz o co chodzi, jaśniej tego nie możemy powiedzieć". A właściwie możemy. Niech prawo wreszcie prawo znaczy, a sprawiedliwość - sprawiedliwość.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów                 http://nowamedia.w.interia.pl