| ||||
|
| 30 LAT ŚMIERCI FRANCO Adam Wielomski Dał nam przykład Franco jak zwyciężać mamy... Stosunkowo cicho przeszła trzydziesta rocznica śmierci gen. Francisco Franco – ostatniego wielkiego europejskiego polityka prawicy; ostatniego z tych, co się nie cackali z demoliberalnym światem i jego wartościami opartymi na relatywizmie i humanizmie. Frankizm to system od którego powinniśmy się uczyć. Nie chodzi tu tylko o jego rozwiązania prawne i strukturalne, o których możemy dziś tylko marzyć. Tak, Hiszpania Franco wydaje się jakby snem, katolicką Krainą Szczęścia immunizowaną ze świata zachodniej dekadencji, laicyzmu, nihilizmu i demagogii, czyli krajem, który nie uległ temu, co za Ernstem Jungerem moglibyśmy nazwać „budą jarmarczną zachodniej filozofii”, a którą to „jarmarczną budę” Joseph de Maistre określił niegdyś przepięknym, zaczerpniętym z neoplatonizmu, pojęciem „schizmy bytu”. Tak, świat demoliberalny, powstały w salonach XVIII wieku, a kontynuowany w saloniku Adama Michnika, z pewnością zasługuje, aby nazwać go „schizmą bytu”, która przez niezbadany wyrok Boga najechała prawdziwą rzeczywistość, unicestwiła ją i wgramoliła się na jej miejsce. Ale nie o nicości świata demoliberalnego chciałem tu pisać, lecz o wielkości teorii polityki Franco. Wielkość ta nie tkwi jedynie w fizycznym unicestwieniu lewicy. Jest we frankizmie element, który należy inkorporować do myśli współczesnej polskiej prawicy, inkorporować tu i teraz, nawet do prawicy uwikłanej w demokratyczne małe bitwy, w których jest wielki huk i rzeczywista nicość. Franco nie wygrał w 1939 roku i nie utrzymał się przy władzy do roku 1975 dzięki poparciu armii. Jego wielkość polegała na zjednoczeniu i stworzeniu wielkiego obozu. Prawica hiszpańska przed Franco była podzielona w stopniu większym niż polska w XX wieku. U nas sanatorzy i endecy się nienawidzili, gdyż strzelali do siebie w roku 1905, w roku 1914 stanęli po dwóch stronach okopów wielkiej wojny, w 1926 po dwóch stronach barykad w Warszawie, a potem jedni drugich zamykali po Berezach Kartuskich. W Hiszpanii prawica była podzielona jeszcze bardziej, jeszcze więcej przelanej krwi ją dzieliło: sto lat konfliktu karlistów z izabelianami, trzy krwawe wojny domowe. W przededniu wybuchu frankistowskiej rebelii na prawicy funkcjonowali reakcyjni karliści; liberalni i nacjonalistyczni monarchiści; katoliccy nacjonaliści, faszyzujący falangiści. Poza nienawiścią do lewicy tych ludzi dzieliło wszystko: historia, genealogia, idee, wzajemne żale, pretensje i krew, która wsiąkła w pola bitew. Wielkość Franco nie polegała na stworzeniu nowej ideologii. Tak, frankizm dorobił się własnej doktryny, ale nie jest ona nowa, gdyż czerpała garściami z doktryn prawic uprzednio istniejących. Nowością było połączenie katolicyzmu karlistów, z wolnym rynkiem izabelianistów i dyktatorskimi zapędami falangistów. Partia frankistowska powstała w 1937 roku z przymusowej unifikacji, która wywoła wielkie protesty, ale było to złączenie szczególne: Franco złączył wszystkie nurty w jeden, ale z pełną tolerancją dla każdego poszczególnego środowiska. Człony te politologia frankistowska nazwała mianem „rodzin politycznych”. Mimo dyktatury i monopartii zachowany zostaje ograniczony pluralizm polityczny w ramach obozu frankistowskiego, który zgodny jest jedynie w uznaniu rządu Franco, antykomunizmie i afirmacji katolicyzmu. Pozostałe rzeczy każda z „rodzin politycznych” widzi inaczej i realizuje elementy swojego programu wtedy, gdy dojdzie do władzy. Zasadą generalną jest, że rządząca akurat „rodzina polityczna” nie dąży do fizycznego zniszczenia konkurencyjnych „rodzin”, ani do ich – mówiąc kolokwialnym językiem współczesnej polityki – „wycięcia” ze sceny politycznej, gdyż oznaczałoby to, że rodzina „wycięta” zasiliłaby szeregi opozycji. Franco zrozumiał tedy pewną rzecz, której zdają się nie rozumieć współcześni politycy polskiej prawicy: „konserwatywną większość” się buduje, ale się jej nie podbija. Większość taką buduje się na koalicji różnych środowisk prawicy, poprzez budowanie federacji skupionej wokół jednego przywódcy, ale poprzez łączenie, a nie „wycinanie” środowisk konkurencyjnych w celu przechwycenia ich elektoratu. Nie jest możliwe – i to Franco rozumiał - aby jedno środowisko polityczne, choćby nie wiadomo jak sprawne organizacyjnie i dynamiczne, wyeliminowawszy konkurencję, zdołało zgromadzić elektorat całej prawicy. Wraz z „wyciętymi” ludźmi odchodzą ich wyborcy. Skutkiem tego jest wyłącznie rozproszkowanie prawej strony sceny politycznej. Gdyby Franco chciał rządzić sam – na czele grupki bezwzględnie oddanych wodzowi pretorianów – to nie umarłby spokojnie w łóżku, lecz w celi, skazany na dożywocie przez jakiś lewicowy reżim. www.konserwatyzm.pl | |||