now@ on-line  grudzień  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

30 LAT ŚMIERCI FRANCO

Adam Wielomski

Dał nam przykład Franco jak zwyciężać mamy...

Stosunkowo cicho przeszła trzydziesta rocznica śmierci gen. Francisco Franco – ostatniego wielkiego europejskiego polityka prawicy; ostatniego z tych, co się nie cackali z demoliberalnym światem i jego wartościami opartymi na relatywizmie i humanizmie.

Frankizm to system od którego powinniśmy się uczyć. Nie chodzi tu tylko o jego rozwiązania prawne i strukturalne, o których możemy dziś tylko marzyć. Tak, Hiszpania Franco wydaje się jakby snem, katolicką Krainą Szczęścia immunizowaną ze świata zachodniej dekadencji, laicyzmu, nihilizmu i demagogii, czyli krajem, który nie uległ temu, co za Ernstem Jungerem moglibyśmy nazwać „budą jarmarczną zachodniej filozofii”, a którą to „jarmarczną budę” Joseph de Maistre określił niegdyś przepięknym, zaczerpniętym z neoplatonizmu, pojęciem „schizmy bytu”. Tak, świat demoliberalny, powstały w salonach XVIII wieku, a kontynuowany w saloniku Adama Michnika, z pewnością zasługuje, aby nazwać go „schizmą bytu”, która przez niezbadany wyrok Boga najechała prawdziwą rzeczywistość, unicestwiła ją i wgramoliła się na jej miejsce.

Ale nie o nicości świata demoliberalnego chciałem tu pisać, lecz o wielkości teorii polityki Franco. Wielkość ta nie tkwi jedynie w fizycznym unicestwieniu lewicy. Jest we frankizmie element, który należy inkorporować do myśli współczesnej polskiej prawicy, inkorporować tu i teraz, nawet do prawicy uwikłanej w demokratyczne małe bitwy, w których jest wielki huk i rzeczywista nicość. Franco nie wygrał w 1939 roku i nie utrzymał się przy władzy do roku 1975 dzięki poparciu armii. Jego wielkość polegała na zjednoczeniu i stworzeniu wielkiego obozu. Prawica hiszpańska przed Franco była podzielona w stopniu większym niż polska w XX wieku. U nas sanatorzy i endecy się nienawidzili, gdyż strzelali do siebie w roku 1905, w roku 1914 stanęli po dwóch stronach okopów wielkiej wojny, w 1926 po dwóch stronach barykad w Warszawie, a potem jedni drugich zamykali po Berezach Kartuskich. W Hiszpanii prawica była podzielona jeszcze bardziej, jeszcze więcej przelanej krwi ją dzieliło: sto lat konfliktu karlistów z izabelianami, trzy krwawe wojny domowe. W przededniu wybuchu frankistowskiej rebelii na prawicy funkcjonowali reakcyjni karliści; liberalni i nacjonalistyczni monarchiści; katoliccy nacjonaliści, faszyzujący falangiści. Poza nienawiścią do lewicy tych ludzi dzieliło wszystko: historia, genealogia, idee, wzajemne żale, pretensje i krew, która wsiąkła w pola bitew.

Wielkość Franco nie polegała na stworzeniu nowej ideologii. Tak, frankizm dorobił się własnej doktryny, ale nie jest ona nowa, gdyż czerpała garściami z doktryn prawic uprzednio istniejących. Nowością było połączenie katolicyzmu karlistów, z wolnym rynkiem izabelianistów i dyktatorskimi zapędami falangistów. Partia frankistowska powstała w 1937 roku z przymusowej unifikacji, która wywoła wielkie protesty, ale było to złączenie szczególne: Franco złączył wszystkie nurty w jeden, ale z pełną tolerancją dla każdego poszczególnego środowiska. Człony te politologia frankistowska nazwała mianem „rodzin politycznych”. Mimo dyktatury i monopartii zachowany zostaje ograniczony pluralizm polityczny w ramach obozu frankistowskiego, który zgodny jest jedynie w uznaniu rządu Franco, antykomunizmie i afirmacji katolicyzmu. Pozostałe rzeczy każda z „rodzin politycznych” widzi inaczej i realizuje elementy swojego programu wtedy, gdy dojdzie do władzy. Zasadą generalną jest, że rządząca akurat „rodzina polityczna” nie dąży do fizycznego zniszczenia konkurencyjnych „rodzin”, ani do ich – mówiąc kolokwialnym językiem współczesnej polityki – „wycięcia” ze sceny politycznej, gdyż oznaczałoby to, że rodzina „wycięta” zasiliłaby szeregi opozycji.

Franco zrozumiał tedy pewną rzecz, której zdają się nie rozumieć współcześni politycy polskiej prawicy: „konserwatywną większość” się buduje, ale się jej nie podbija. Większość taką buduje się na koalicji różnych środowisk prawicy, poprzez budowanie federacji skupionej wokół jednego przywódcy, ale poprzez łączenie, a nie „wycinanie” środowisk konkurencyjnych w celu przechwycenia ich elektoratu. Nie jest możliwe – i to Franco rozumiał - aby jedno środowisko polityczne, choćby nie wiadomo jak sprawne organizacyjnie i dynamiczne, wyeliminowawszy konkurencję, zdołało zgromadzić elektorat całej prawicy. Wraz z „wyciętymi” ludźmi odchodzą ich wyborcy. Skutkiem tego jest wyłącznie rozproszkowanie prawej strony sceny politycznej. Gdyby Franco chciał rządzić sam – na czele grupki bezwzględnie oddanych wodzowi pretorianów – to nie umarłby spokojnie w łóżku, lecz w celi, skazany na dożywocie przez jakiś lewicowy reżim.

www.konserwatyzm.pl

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów                 http://nowamedia.w.interia.pl