| ||||
|
|
Adam T. Witczak ORGANICZNA KONCEPCJA SPOŁECZEŃSTWA I. Każda ideologia, szerzej: każdy zespół poglądów (politycznych, gospodarczych, religijnych etc.), według których określamy nasze postępowanie oraz nasz stosunek do aktualnych i wiecznych problemów - musi mieć pewne fundamenty. Chodzi tu o same podstawy całego światopoglądu, których znaczenie jest analogiczne do znaczenia aksjomatów w matematyce. Oto bowiem, wychodząc z różnych aksjomatów, zbudować można odmienne systemy geometryczne lub algebraiczne. Tak samo wychodząc z kilku najzupełniej fundamentalnych przekonań, buduje się rażąco od siebie odmienne koncepcje polityczne. O ile jednak matematyka jest nauką w dużym stopniu abstrakcyjną, stąd - o ile wnioskowanie z aksjomatów jest w pełni poprawne - owe rozmaite systemy wydają się być równouprawnione. W życiu jest jednak tak, że nasze poglądy to świadectwo stosunku do rzeczywistości oraz jej możliwie najprawdziwszy opis. Inaczej mówiąc, można mówić tu o poglądach w pełni słusznych, zawierających błędy, w pełni błędnych. Co ciekawe, te najbardziej podstawowe przekonania bardzo często nie są rzeczą rozumu, tzn. nie wynikają z racjonalnego rozumowania. To zrozumiałe - bowiem mowa tu o "aksjomatach", o czymś, co się przyjmuje niejako "na wiarę". Są to więc poglądy wyrosłe raczej z uczuć, z charakteru, z "duszy". Zmiana tych fundamentów to na ogół zmiana całego stosunku do życia, to zmiana zgoła rewolucyjna. Przechodząc do konkretów: mówię tu rzecz jasna o takich sprawach, jak stosunek do tego, czym jest i ile warte jest ludzkie życie, czy istnieje rzeczywistość "ponadnaturalna" (a więc stosunek do religii), wreszcie np.: czym jest społeczeństwo. Zajmijmy się właśnie tym ostatnim problemem - patrząc nań przez pryzmat myślenia konserwatywnego. II. OK. Można rzec tak: na wejściu wiemy już - obserwując otoczenie - że człowiek żyje wśród innych ludzi, że żyje w społeczeństwie. No tak, ale teraz pojawia się pytanie: co to właściwie znaczy? Czym jest społeczeństwo, jak je pojmować? Pozwolę sobie wyróżnić trzy zasadnicze koncepcje społeczeństwa, które ścierają się w naszych czasach - a poniekąd ścierają się od wieków. Pierwsza koncepcja to ta, którą nazwiemy - być może nieco umownie - "liberalną" lub "indywidualistyczną". Druga to jej przeciwieństwo - koncepcja "mechaniczna", "totalitarna". Wreszcie koncepcja trzecia, która jest wizją konserwatywną - a co za tym idzie, stoi nie tyle na prawo/lewo od tamtych - ile raczej wychodzi im całkiem naprzeciw. Tym właśnie sposobem pojmowania świata będziemy się najwięcej zajmować, więc najpierw opiszmy pokrótce dwie pierwsze wizje. Wizja liberalna jest w swej istocie oparta na podwalinach filozofii oświeceniowej - podobnie jak i wizja mechaniczna! Istotą tych poglądów jest przekonanie, że człowiek posiada jakąś "moc" zmieniania świata, zmiany obowiązujących w nim praw, i - o ile "rozumowo" wykombinuje, że coś jest słuszne, to jest w stanie wprowadzić to w życie. Nie będę się nad tym dłużej rozwodzić, było to tematem innych moich tekstów. Przejdźmy do kwestii społeczeństwa. Liberalna koncepcja jest w swej istocie egalitarna. Społeczeństwo jest tutaj sumą jednostek. Każda ma równe prawa i obowiązki. Wszyscy są na jednym poziomie, co więcej - tym, co ich krępuje, jest jedynie tzw. "wolność" innych ludzi. Co za tym idzie, przyjmowanie wszystkich dalszych ograniczeń - typu przynależność do narodu, do grupy etnicznej, do danej cywilizacji etc. - jest dobrowolne i zależne od chęci jednostki. Jest to wizja społeczeństwa chaotycznego, społeczeństwa, które z całą pewnością nie jest organizmem. Najlepszy wyraz postawy liberalnej: Karl Hess, koryfeusz libertarianizmu, określił w "Kapitaliźmie do lat 18-tu" społeczeństwo słowami "to po prostu pewna nazwa wymyślona na oznaczenie innych ludzi". Nie teraz miejsce na ocenę tego, tym zajmiemy się za parę chwil, czas przejść do wizji mechanicznej. Wizja mechaniczna, charakterystyczna dla systemów komunistycznych, socjalistycznych, faszystowskich - traktuje społeczeństwo jako rodzaj maszyny, mechanizmu, który da się zaprogramować. Pozornie jest w tym daleko idące podobieństwo do wizji konserwatywnej, organicznej, w praktyce jednak okazuje się, że jest inaczej. Czym innym jest bowiem żywy organizm, czym innym - bezmyślny robot. A właśnie w wizji mechanicznej człowiek jest trybem w maszynie, nie jest częścią tkanki społecznej, ale blaszanym elementem, wykonującym ścisły plan, określony przez "programistów". Sławetny aforyzm Duce nt. państwa ("Wszystko w państwie, wszystko dla państwa, nic poza państwem") dobrze oddaje ideę mechaniczną. Co więcej - pokazuje on, jak bardzo jest ta myśl oparta o wizję człowieka przekształcającego świat, zmieniającego prawa natury. Albowiem komuniści, socjaliści etc. widzieli wyraźnie, iż świat "przedrewolucyjny" nie był maszyną w ich rozumieniu, nie funkcjonował według totalitarnych zasad. Tym niemniej: doszli do wniosku, że MOŻE on się takim stać. Znów - iście "gwiezdnowojenna" wiara w MOC. III. 1. Konserwatywne pojmowanie społeczeństwa to koncepcja organiczna. Cóż to znaczy? Otóż społeczeństwo jest tu ujmowane jako organizm, jako zjawisko żywe i zarazem uporządkowane. Jak to ujął Ernest Junger: "Musimy wierzyć, że wszystko jest sensownie uporządkowane, w przeciwnym razie stoczymy się ku gromadzie wewnętrznie uciśnionych, zniechęconych poprawiaczy świata albo będziemy żyli z dnia na dzień jak cierpliwe zwierzęta." Czyli: albo popadniemy w liberalny chaos oderwania od społecznych "instytucji pośredniczących" i poruszać się będziemy w abstrakcji "równych praw" i "rynkowej wymiany" (proszę nie posądzać mnie o tendencje socjalistyczne, ja mówię tu o moralnym i duchowym zapleczu poglądów ekonomicznych!) - albo staniemy się komunistycznymi (na przykład) poprawiaczami świata, wiecznie niezadowolonymi z efektów swej społecznej inżynierii. Zauważmy, że organiczne pojmowanie społeczeństwa wyrasta z OBSERWACJI rzeczywistości, nie jest abstrakcyjnym produktem "rozumu", zasiedziałego w fotelu i projekcjach własnej wyobraźni. Doświadczenie i obserwacja pokazują bowiem, że naturalnym dla większości (albo i dla wszystkich!) grup ludzi na świecie jest traktowanie (nawet jeśli w sposób nie do końca świadomy) społeczeństwa jako organizmu. 2. Biologiczne analogie? A i owszem, narzucają się same. Społeczeństwo, podobnie jak i organizm, ułożone jest hierarchicznie. Co za tym idzie, tak jak w przypadku komórek, istnieje podział na tych, co myślą i kierują, na tych co wykonują, na tych, co chronią etc. Albowiem w organizmie człowieka funkcjonują szare komórki mózgu, koordynujące - niczym arystokracja/elita w społeczeństwie - funkcjonowanie całej reszty. One prowadzą człowieka niejako naprzód - ale oczywiste jest, że ich działanie traci wiele ze swego sensu, jeśli pozbawione są łączności z całym ciałem. Inaczej mówiąc, sygnały z mózgu gdzieś muszą iść i dopiero wtedy działanie organizmu nabiera rozmachu. Tak jak w społeczeństwie: warstwa arystokratyczna ma sens, o ile stanowi szczyt (przód) całej reszty społeczeństwa. Z drugiej jednak strony społeczeństwo pozbawione intelektualnych (ale - co ważne - również duchowych, np. rycerskich) warstw, staje się tak samo zagubione, jak pojedynczy człowiek z poważnym uszkodzeniem mózgu, rdzenia kręgowego etc. Mamy również i warstwę mniej przodującą, bardziej wykonawczą, ale przecież także zhierarchizowaną i podzieloną. Tysiące, miliony komórek w mozole wykonują pracę na swoim odcinku, budując całość ludzkiego organizmu, czyniąc go jednością. Tak i w społeczeństwie: praca tysięcy, milionów ludzi, uszeregowanych w firmy, cechy etc. lub na innej płaszczyźnie - w grupy etniczne, parafialne, regionalne - buduje naród, tworzy jego wielkość. Co więcej: choć ideałem jest, gdy wszystkie warstwy działają razem i wszystkie funkcjonują poprawnie, to jednak nie można tu mówić o równości! Zwróćmy bowiem uwagę na fakt, że człowiek może jak najbardziej funkcjonować, dajmy na to, bez palca. Bez ręki lub nogi jest mu znacznie trudniej, jest to spore schorzenie, ale uszkodzenie fundamentalnych elementów - tj. mózgu, rdzenia kręgowego - jest chyba najbardziej niebezpieczne. Człowiek ze zdrowym mózgiem jest w stanie robić coś pożytecznego, nawet jeśli reszta jego organizmu jest ciężko dotknięta chorobą - przykładem niech tu będzie choćby głęboko sparaliżowany fizyk Stephen Hawking, którego mózg pracuje, choć większość ciała jest bezwładna. Ale człowiek z niepracującym, nie rozumującym mózgiem - to już klęska, nawet jeśli w reszcie organizmu trwają wegetatywne procesy. Analogia ze społeczeństwem jest oczywista: warstwa arystokratyczna od biedy poradzi sobie bez niższych warstw (ale: od biedy), lokując się na przykład w organizmach innych nacji, natomiast lud pozostawiony samemu sobie, wyjałowiony z "kadr", upada bardzo szybko, jest jak kurczak biegający bez głowy przez kilka chwil po dekapitacji. Los taki groził - i nadal grozi - Polsce, a mam tu na myśli bezprecedensową eksterminację polskich elit (intelektualnych, ale także i w dziedzinie charakteru!), dokonaną przez niemieckich narodowych socjalistów i sowieckich komunistów w czasie II wojny światowej i po niej. Bo właściwie cały PRL to było robienie z Polaków takiego dziwnego narodu, któremu prawdziwą głowę zastąpioną groteskową maską, helloweenową dynią pustą w środku - a mówię tu o pseudoelitach z kręgów Partii i zgniłej do szczętu "opozycji demokratycznej". Próby zmiany tego stanu rzeczy, próby walki o kulturę, podejmowanę przez takich ludzi jak choćby Bolesław Piasecki czy środowiska emigracyjne, miały na celu przezwyciężenie panującego chaosu, tym niemniej zgubny wpływ PRL odzywa się do dziś - i przyjdzie nam długo czekać na nowe pokolenie prawdziwych elit, cechujących się arystokratyzmem ducha i głębią intelektu. Miejmy nadzieję, że w ogóle kiedykolwiek się ich doczekamy. 3. Wróćmy do koncepcji organicznej: organizm wchodzi w relacje z innymi organizmami, z ciałami obcymi, z zarazkami etc. Takoż organizm-naród wchodzi w relacje z innymi narodami, a niekiedy pada łupem destrukcyjnych zarazków. Co ważne, ani pełna "rezygnacja" z oporu (w biologii jest to np. AIDS, czyli niezwykłe osłabienie odporności), ani też pełna izolacja nie są dobre. Albowiem organizm musi stykać się z twardą rzeczywistością, choćby po to, by nabyć nowych doświadczeń i odporności. W społeczeństwie nietrudno o element niepożyteczny, o przestępców, chuliganów, a w naszej (konserwatywnej) interpretacji także: dewiantów, lewackich bojówkarzy, feministki, hippisów itp. Ha, i dla nich istnieje analogia w biologii: no, choćby taki... brud pod paznokciami. Pasuje jak najbardziej: jest niepożyteczny, irytujący, należy go usuwać... ale on wciąż próbuje powrócić. Tu widać różnicę między społeczeństwem organicznym, a totalitarnym. Konserwatysta widzi, że najlepszą metodą na posiadanie czystych paznokci jest po prostu ich czyszczenie, ale takiemu np. komuniście ta prosta zasada nie wystarcza. On szuka "planu", on musi znaleźć uniwersalny algorytm uszczęśliwiający świat. Raz nazywa się to "opieką socjalną" dla środowisk ubogich, która to "pomoc" ma w bajeczny sposób zneutralizować złe cechy charakteru, innym razem idzie się w drugą stronę - wszak wysuwano niegdyś projekty całkowitej eksterminacji tych grup społecznych, z których ponoć wywodzi się większość przestępców. Czyli: czyszczenie paznokci przez obcinanie palców... Naród broni się przed zagrożeniem. Organizm także. Na sygnał do ataku ruszają białe krwinki, produkuje się przeciwciała, wzrasta gorączka, to jest prawdziwa wojna. I te wszystkie małe drobinki, wojownicze komórki, stają do niej bez słowa żalu i sprzeciwu. Giną tysiącami, raz zwyciężają - a innym razem nie. To jest również w społeczeństwie, ale społeczeństwo liberalne jest daleko słabsze od mocarnej społeczeństwa tradycyjnego, hierarchicznego. Albowiem w świecie dekadencji osobiste życie (oraz czerpane z niego przyjemności) urastają do rangi świętości, a społeczne więzi i obowiązki nakładane na człowieka - słabną. To rodzi zarówno postawę bierności, jak i lęk. W publicystyce "Falangi" (Piaseckiego) pojawiała się definicja: "Państwo jest organizacją wojskową Narodu". To jest podejście imperialne, ekspansywne, przyszłościowe. Takie narody wygrywają, tak do przodu parła Sparta, tak Rzym zdobywał świat, tak Europejczycy pokonywali świat. Ale społeczeństwo wychowywane w kulcie słabości, bylejakości i hedonizmu nie jest w stanie oprzeć się siłom młodym i drapieżnym. Wystarczy porównać dzisiejszy "świat Zachodu" ze światem islamskich techno-barbarzyńców, przejmujących nowoczesną technikę, ale w zgodzie ze swą tradycją. W świecie liberalnym śmierć na wojnie, na froncie - to jest coś niewyobrażalnie straszliwego. Wizja zakończenia żywota przyprawia o paniczny lęk. Człowiek wychowany w ekspansywnej cywilizacji przesiąkniętej duchem hierarchii może myśleć inaczej. Ma on ten komfort, że jest jak jedna z tych milionów białych krwinek, które bronią wielkiej całości. On być może zginie, ale przetrwa organizm. To się liczy! Uwaga: nie zachęcam tu do bezmyślnego, obcego cywilizacji łacińskiej kolektywizmu. Tym niemniej w przypadkach ekstremalnych (jak właśnie wojna) zasada, którą pozwolę sobie określić jako "swobodną depersonalizację" (pojęcie z ideologii słoweńskiej grupy artystycznej Laibach), pozwala iść naprzód i zabić w sobie lęk. Jak pisze Mikołaj Bierdiajew: "Wy, humanitarni pacyfiści, buntujący się przeciw wojnie i wzywający do wiecznego pokoju, nie wierzycie w wyższy sens życia (...) W przeciwieństwie do chrześcijan, znających życie nieskończone, przeraża was zabójstwo fizyczne, jako że oznacza dla was koniec wszystkiego." 4. Ostatecznie rzec można, iż faktycznie istnieje głęboka analogia między społeczeństwem, a organizmem. Tu i tu dostrzegamy hierarchię, porządek, ład. Co ważne, ta hierarchia ZAWSZE w społeczeństwie powstaje, liberalny fantazmat o równości i pełnym indywidualiźmie nie pozwala przed nią uciec, a jedynie doprowadza najpierw do zniszczenia tradycyjnej hierarchii, a potem do wytworzenia nowej, gorszej, bo demokratycznej, amoralnej, prostackiej i plebejskiej. Pisze Mikołaj Bierdiajew: "Jak dotąd zasada hierarchii została zachowana także we wszystkich demokracjach. Nigdy nie istniała demokracja zupełna, znosząca wszelką hierarchię; nie jest w ogóle możliwa inaczej niż jako krótkotrwały stan przejściowy, po którym na powrót kształtuje się władza poprzez zróżnicowanie i nierówność, poprzez restytucję zasady hierarchii, choćby w zupełnie nowych formach." Bo przecież w najbardziej nawet liberalnych, demokratycznych, "wolnościowych" społeczeństwach zawsze są i ci, co dziarsko harują na chleb powszedni, i ci, którzy wiedzą, jak "kiwać" tych pierwszych i zajmują przywódcze funkcje. Tylko: gdzie biurokratom-demokratom i płytkim kupczykom do rycerzy i monarchów? A dzieje się tak dlatego, że o ile konserwatywna wizja społeczeństwa to jego opis - a potem wyciąganie z niego wniosków, o tyle wizja nie-konserwatywna to garść pobożnych życzeń, zakurzone i dziurawe prześcieradło, którym próbuje się zakryć rzeczywistość. Ale... rzeczywistość wygląda na zewnątrz i krzyczy. Krzyczy głośno i ciągle wraca... IV. Jaka jest relacja między tymi trzema opisanymi wizjami społeczeństwa, czy można je łączyć, tworzyć jakiś konglomerat? Niewątpliwie próbuje się to czynić. Wizja 1: liberalizm plus konserwatyzm. Jest ona dla wielu kusząca, w praktyce okazuje się być odejściem daleko od prawdziwie reakcyjnego konserwatyzmu. Często wygląda to tak, że z konserwatyzmu przejmuje się zewnętrzne elementy, takie jak kara śmierci, religijno-patriotyczny "szlif i szyk" etc., ale niestety - fundament (czyli to, co najważniejsze!) jest liberalne. Widać to w publicystyce konserwatywnych liberałów, rzadko kiedy odwołujących się do organicznej, hierarchicznej koncepcji społeczeństwa z kolejnymi wspólnotami (nakładającymi bynajmniej nie dobrowolne obowiązki na swych członków), które w końcu tworzą stanową piramidę. Nie, dużo więcej jest tu o "wolności", o jakichś nosach, do których nie można za bardzo zbliżać pięści, o "nie czepianiu się kogoś, póki ten ktoś nie wchodzi nam BEZPOŚREDNIO w drogę" etc.etc. Moim zdaniem liberalizm konserwatywny jest oczywiście lepszy od liberalizmu nie-konserwatywnego, ale... właściwie po co tak kombinować? Wszak mamy wspaniałą tradycję myśli stricte konserwatywno-narodowej, linii: Wandea, karliści, Konfederacja Południa, Akcja Francuska, białogwardziści, ruchy narodowo-radykalne okresu międzywojennego, frankizm, salazaryzm etc. Wizja 2: konserwatyzm plus totalitaryzm. Jest to możliwe, wystarczy wspomnieć niektóre ruchy kontrrewolucyjne Europy lat międzywojennych, które zbytnio uległy fascynacji faszyzmem i nazizmem. Stało się to udziałem ReXa i części francuskich nacjonalistów, jakieś przejawy takiej fascynacji, takiego myślenia mechanicznego widać w publicystyce środowiska "Falangi" (gospodarka planowa, mono-partia). Choć tak naprawdę ruchy NR zawsze wynikały raczej z koncepcji organicznej, co widać również w polskim nacjonalizmie. Można było też napotkać sumowanie konserwatyzmu z totalitaryzmem od drugiej strony, od strony totalitarnej, co przejawiało się w koniunkturalnym wykorzystywaniu symboliki religijnej, tradycjonalistycznej i patriotycznej przez włoskich faszystów i niemieckich narodowych socjalistów. Co więcej, zdarzały się (i zdarzają do dziś) również przypadki "narodowego bolszewizmu", choć wszystko wskazuje na to, że ten ostatni zawiera mniej więcej tyle konserwatyzmu, co najbardziej libertariański anarchokapitalizm - czyli dawkę zgoła homeopatyczną. Wizja 3) liberalizm plus totalitaryzm. Nie ma co się nad tym rozwodzić, nie ulega wątpliwości, że jest to mieszanka wyjątkowo cuchnąca, w prostej linii prowadząca do gospodarczego socjalizmu oraz obyczajowej demoralizacji i rozpadu więzi społecznych. Zasadniczo łączenie wątków liberalnych z socjalistycznymi obserwujemy na każdym kroku w Unii Europejskiej (w tym i w Polsce), ale poniekąd również i w Stanach Zjednoczonych. W każdym bądź razie perspektywa liberalnego kołchozu jest dla nas, konserwatystów, wyjątkowo odstręczająca. A zwłaszcza, że mieszanka liberalno-totalitarna działa wyjątkowo podstępnie i bardziej za pomocą manipulacji, niż szybkiej rewolucji. To powoduje rozmywanie się dobra i zła, utratę kierunku przez wielu zwykłych ludzi. "Teraz jednak, gdy zepsuty świat upada i szarzy ludzie tracą swojej wiary sens..." - jak śpiewał wokalista nieodżałowanego Legionu. V. Mam szczerą nadzieję, że udało mi się pokrótce przedstawić zręby konserwatywnej koncepcji społeczeństwa, a po części - całego konserwatywnego spojrzenia na świat. Jest to spojrzenie wyrosłe z twardej, szorstkiej rzeczywistości, jest to pogląd - co istotne - nie tylko moralnie słuszny, ale i użyteczny. Bo właśnie organiczne pojmowanie społeczeństwa jest sposobem, który uruchamia Siły Rozwoju - dla kraju i Narodu. One nadal - mimo lat ćwiczenia batem Rewolucji - tkwią w narodach i mogą znów zadziałać. W organizm społeczny można wlać nową krew, pobudzić go znów do życia. Do tego potrzeba jednak zmiany paradygmatu. Przejścia od myśli demoliberalnej do konserwatywnej. Z kolei tutaj jest wymagane nie tyle "rozumowe" uzasadnienie za pomocą argumentów, ile raczej zejście na ten najniższy poziom, poziom fundamentów, do tego miejsca, gdzie działamy niejako intuicyjnie, w zgodzie z charakterem. Potrzebna jest wola działania. Adam T. Witczak, atwt@poczta.onet.pl www.republika.pl/atwt | |||