now@ on-line  listopad  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Adam Wielomski:
 
Gary K. Busch:
 
Marian Kałuski:
 
Michał Żbik Żmudziński:

David M. Dastych:

 
Daniel Pipes:
 
ADM:
 
Monika Rotulska:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Stanisław Bulza:
 
Romuald Bury:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Marek Olżyński:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Jacek Zieliński:
 
Romuald Bury:
 
Marian Kałuski:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
mJPM:
 
Stanisław Michalkiewicz:
 
Piotr Włodarski:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Jerzy Przystawa:
 
Bohdan Pękacki:
 
Jerzy Przystawa:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Jerzy Przystawa:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Józef Darski:
 
Jan Ciechanowicz:
 
Marek Olżyński:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
prawym okiem:
 
Jan Engelgard:
 
Stanisław Bulza:
 
KM:
 
Klara Górska:
 
Maciej Filipowicz:
 
Witold Filipowicz:
 
Ludwik Skurzak & Adam Wielomski:
 
Maciej Giertych:
 
SKCh:
 
Solidarność IENESP:
 

 

Jacek Zieliński

KONIEC EPOKI?


Fot. Trybuna.com.pl
Polska może zacząć przekształcać się w nowoczesne państwo europejskie, uzyskując należne jej miejsce podmiotu, a nie przedmiotu polityki. Do tego konieczna jest jednak stanowczość i jasna wizja tego, co chcemy osiągnąć. Czy tacy ludzie będą nami rządzić, na miarę celów, jakie powinniśmy osiągnąć?

Ponad szesnaście lat temu ogłoszono w Polsce koniec epoki komunistycznej. Choć nie do końca była to prawda (bo na ogół rzadko w dziejach dokonują się takie zmiany bez zastosowania radykalnych środków, a to u nas nie miało miejsca(, to jednak rozpoczęte wówczas procesy doprowadziły do rozkładu obowiązującego przez prawie pół wieku układu. W następnych latach żyliśmy natomiast w epoce postkomunistycznej. Partia komunistyczna stała się "socjaldemokracją", partyjni aparatczycy przekształcili się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w liberałów, w "klasę polityczną" i niezbędnych "fachowców" - technokratów, bez których rzekomo obyć się nie mogliśmy. Z lidera zmian w całej Europie Środkowo-Wschodniej szybko znaleźliśmy się w ich niechlubnym ogonie. Teraz mamy, już po wyborach parlamentarnych i prezydenckich, początek pewnej epoki. Czy jest to także koniec epoki poprzedniej?


Symbolem mijającego czasu, gdy "nic nie można było zrobić", były rządy Aleksandra Kwaśniewskiego jako prezydenta III RP. To on zdołał tak przekształcić formy organizacyjne Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w "nowoczesną socjaldemokrację", która - zmieniając kolejno formy organizacyjne, czyli głównie nazwy - stała się dla większości Polaków "nową" partią, nie mającą ze swą poprzedniczką prawie nic wspólnego. Co więcej, potrafił on po drodze zgubić lub skutecznie zniechęcić tych towarzyszy, którzy byliby dla liberalnych socjaldemokratów olbrzymim obciążeniem. Trzeba przyznać, że mu się to udało. Dla byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, nomenklatury partyjnej i gospodarczej z okresu PRL nie było właściwie miejsca w strukturach Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP(. Nie była to strata dotkliwie bolesna - Kwaśniewski i jego otoczenie wiedzieli przecież, że ci ludzie i tak będą ich twardym elektoratem, bo przecież nie mieli gdzie pójść.

Służby nam nie służyły


Po 1989 roku nadszedł dobry czas na zmiany, i to zmiany głębokie, gruntowne, nieodwracalne. Wtedy stosunkowo łatwo, uzyskując nawet aprobatę Kwaśniewskiego, można było przeprowadzić lustrację (choćby tak ułomną, jak dzisiejsza( a nawet częściową dekomunizację - zakaz pełnienia funkcji publicznych - dla osób, które pełniły funkcje w PZPR, od I sekretarzy, po sekretarzy najniższych instancji partyjnych, bo to była przecież realna władza w PRL.


I wreszcie, można było wówczas stosunkowo małym nakładem sił i środków doprowadzić do rozwiązania wszelkich tajnych służb PRL a w ich miejsce powołać nowe. Opcja zerowa była wówczas nie tylko możliwa, ale, z dzisiejszej perspektywy patrząc - po prostu konieczna. Inne kraje "obozu socjalistycznego", które tego dokonały, mają to już dawno za sobą, uniknęły wielu afer i konfliktów i mają jako tako oczyszczone życie polityczne. W Polsce tajne służby w dalszym ciągu rozdają wiele kart i mają przemożny wpływ na politykę i gospodarkę. Bez tych chorych układów nie mielibyśmy zapewne większości afer gospodarczych, które niszczą nasze codzienne życie.


Ale tajne służby to nie tylko afery, które z czasem wychodzą na jaw i częściowo poznajemy ich kulisy. To przede wszystkim ich przemożny wpływ na politykę hamuje aktywność społeczną, wpływa na nieoczekiwany rozwój karier jednych ludzi i równie nieoczekiwane upadki innych. Służby bezkarnie dopuszczały się bezpośrednich ingerencji w życie polityczne, stosując np. techniki operacyjne. Tzw. inwigilacja prawicy, mająca miejsce na początku (?( lat 90-tych jest tego ewidentnym przykładem. Miały miejsce również działania, które zapewne już nigdy nie będą wyjaśnione, a które kładą się głębokim cieniem na genezę III RP i obciążają politycznie ludzi, którzy nic właściwie w tych sprawach nie zrobili. Chodzi tu np. o aferę Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ( i związane z tym wypadki oraz zgony osób, próbujących ją wyjaśnić.


Bardziej wnikliwi obserwatorzy sceny politycznej zwracają uwagę na "tajemnicze" zjawisko, polegające na serii rozłamów i konfliktów wewnątrz partii politycznych o profilu prawicowym i niepodległościowym. Działo się to zawsze przed wyborami, co znacznie obniżało ich szanse na uzyskanie lepszego wyniku lub skutecznie eliminowało je z walki w decydującym momencie. Skłania to niektórych polityków do stawiania śmiałej tezy, że tak naprawdę to post(?(komunistyczne służby rządzą III RP. Ujawnienie agentury w otoczeniu prezydenta Kwaśniewskiego oraz w najbliższym otoczeniu premiera Leszka Millera z SLD (w wyniku ustawy lustracyjnej( odkryło częściowo kulisy tego zjawiska. Częściowo, albowiem nie cała agentura jest ujawniana. Niektórzy skutecznie potrafili zatrzeć za sobą ślady, inni działalność agenturalną przedłużyli dalej, poza PRL i też są skutecznie chronieni przed ujawnieniem przez obowiązujące prawo.


Zaprzepaszczone szanse


Geneza tych zjawisk ma miejsce oczywiście w "okrągłym stole" (1989(, czyli w nieformalnym układzie, jaki został zawarty między ówczesną komunistyczną władzą a tzw. opozycją demokratyczną. Pomijając fakt, że istniały wówczas także inne odłamy opozycji, które zostały całkowicie pominięte (lub też były zmuszone do bojkotu takich działań(, to przecież owa opozycja była w gruncie rzeczy bardzo słaba, nie miała szerszego poparcia i nie była znana szerzej w społeczeństwie. Poradzono sobie z tym jednak w taki sposób, że za parawan posłużył szyld NSZZ "Solidarność", a za plakat wyborczy - zdjęcie z Lechem Wałęsą, który stał na czele Związku. W ten sposób dużo osób, które chciały zmian autentycznych i liczyły, że mają wpływ na ich kierunek, poparło de facto ugodowców, wieloletnich współpracowników partyjnej nomenklatury, dysydentów z partii komunistycznej (często kierujących się w swych działaniach ckliwym resentymentem wobec dawnych współtowarzyszy( oraz potomków ubeckich i partyjnych rodów. Skutki tego były opłakane. Okazało się, że "nie można" doprowadzić do szybkiego wycofania Armii Czerwonej z naszego kraju( nie można doprowadzić do postawienia przed sądem ludzi odpowiedzialnych za katastrofę ekonomiczną, albowiem prowadziłoby to do waśni i niepokojów, ponadto są to "ludzie honoru", którzy przyczynili się do zmian i oddania (?( władzy, nie można ich więc za to karać( "nie można" rozwiązać tajnych służb, bo bez nich nasze państwo będzie słabsze itp. Powszechna niemoc i niemożność podjęcia zdecydowanych działań zaowocowała osławioną "wojną na górze", którą wygrało stronnictwo ugodowe i okrągłostołowe, dążące za wszelką cenę do petryfikacji układu.


Co z sierotkami po PRL?


Mamy więc dziś chorą politykę, chorą gospodarkę i chore społeczeństwo. Leczenie konsekwencji zaniechania zmian, które powinny być przeprowadzone na początku lub w pierwszych latach transformacji, będzie teraz o wiele bardziej kosztowne, znacznie trudniejsze i ich zakres będzie o wiele mniejszy, niż być powinien. Co więcej, większość komunistycznych notabli zapewniło sobie miękkie lądowanie i bezkarność. Co bardziej przenikliwi zamierzają skryć się w najbliższych latach gdzieś w strukturach międzynarodowych. "Magister" Kwaśniewski zabiega o najwyższe stanowisko w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Władza to żadna, ale prestiż wielki i daje wyjście na szeroki świat. "Magister" uczelni ideologicznej (Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR( Leszek Miller wybiera się na dłuższy cykl "wykładów" do USA, skąd płyną dla niego zaproszenia z różnych ośrodków. Jest widocznie tak wszechstronnym myślicielem o zacięciu liberalnym, mającym w tym zakresie tak wielkie osiągnięcia, że Amerykanie tego właśnie (i jego właśnie( najbardziej teraz potrzebują. Tylko Polacy jakoś się na nim nie poznali i pokazali mu, jak kończy partyjny aparatczyk.
Marek Belka załatwił sobie intratną fuchę - ma objąć stanowisko szefa OECD. Inni, pomniejsi, też spadną na cztery łapy. Wspólnota międzynarodowa (jakaś międzynarodówka?( nie zapomina o nich.
Inni jednak ponoszą spektakularne porażki, jak choćby Józef Oleksy. Ten śliski funkcjonariusz PZPR i, jak się okazało, funkcjonariusz Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego PRL, co długo usiłował ukryć przed opinią publiczną, musi się obecnie liczyć z konsekwencjami, wynikającymi z ustawy lustracyjnej - z dziesięcioletnim zakazem piastowania stanowisk publicznych. Źle mu jednak nie będzie. W III RP był ministrem, wicepremierem, premierem, marszałkiem Sejmu... Tzw. stary portfel emeryta, co jest przypadłością większości ludzi w starszym wieku, absolutnie mu nie grozi. I tylko prezydentury mu żal, bo i o nią zamierzał się ubiegać.


Nowej władzy pilnujmy od początku


Po obecnych wyborach parlamentarnych nastąpiła marginalizacja SLD. Partia, która cztery lata temu była o włos od uzyskania absolutnej większości w Sejmie (w Senacie jej to się udało(, dziś jest czterokrotnie mniejsza. Co ważniejsze, nastąpił w niej szereg wstrząsów wewnętrznych i walka o władzę, co doprowadziło do zmiany pokoleniowej i bardzo poważnego osłabienia wpływów starej nomenklatury PZPR. Teraz należy zatem dbać o to, aby nie odbudowywała swych wpływów, ale to zależy przede wszystkim od jakości rządzenia nowej koalicji PiS-PO. Jeśli szybko będzie przybywać nowych niezadowolonych, to będzie działać na korzyść SLD. W konsekwencji grozi to nam recydywą w kolejnych wyborach w 2009 roku (a może i wcześniej( i triumfalnym powrotem postkomunistów (tym razem sporo młodszych( do władzy. A przecież nie tego chcemy.


****


Jeśli nowa koalicja będzie konsekwentna i na poważnie podejdzie do realizacji choćby części swych programów, to zmiany będą dla nas dość dotkliwe i uciążliwe, ale mogą zajść głęboko. Polska może zacząć przekształcać się w nowoczesne państwo europejskie, uzyskując należne jej miejsce podmiotu, a nie przedmiotu polityki. Do tego konieczna jest jednak stanowczość i jasna wizja tego, co chcemy osiągnąć. Czy tacy ludzie będą nami rządzić, na miarę celów, jakie powinniśmy osiągnąć? Tak zapowiadają. Patrzmy im więc na ręce od samego początku, bo trzymają w nich nasz los. Nie pozwólmy, aby po raz kolejny wyborcze obietnice stały się obiecankami-cacankami, a nam pozostała jedynie głupia radość.

www.polskiejutro.com

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów                   http://nowamedia.w.interia.pl