| ||||
|
w tym wydaniu:
Daniel Pipes:
ADM:
Monika Rotulska:
Cezary Rozwadowski:
Stanisław Bulza:
Romuald Bury:
Kazimierz Murasiewicz:
Marek Olżyński:
Mirosław
Kokoszkiewicz:
Jacek Zieliński:
Romuald Bury:
Marian Kałuski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Cezary Rozwadowski:
Jerzy Przystawa:
Bohdan Pękacki:
Jerzy Przystawa:
Kazimierz Murasiewicz:
Zbyszek Koreywo:
Jerzy Przystawa:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Józef Darski:
Jan Ciechanowicz:
Marek Olżyński:
Mirosław Kokoszkiewicz:
prawym okiem:
Jan Engelgard:
Stanisław Bulza:
KM:
Klara Górska:
Maciej Filipowicz:
Witold Filipowicz:
Ludwik Skurzak & Adam
Wielomski:
Maciej Giertych:
SKCh:
|
Ludwik Skurzak / Adam Wielomski Od otwartej ortodoksji do otwartej rodziny „Ten skromny i nieśmiały teolog czerpie siłę nie z bojowych hufców, a nawet nie z entuzjazmu tysięcy sympatyków, ale z niezachwianej pewności, że stoi za nim tradycja dwóch tysięcy lat Kościoła i głoszonej przez niego niewzruszonej prawdy. Tym bardziej wsłuchujmy się w słowa tego papieża – bo to jego najsilniejszy oręż”. Te słowa napisał w ostatnich dniach Dominik Zdort, odczytując sens działań nowego Ojca Świętego i wyciągając z nich praktyczne wnioski. Za taką interpretacją przemawia odrzucenie przez Benedykta XVI tanich gestów w kierunku protestantów, w ogóle cały przebieg Światowych Dni Młodzieży, rozmowy z Orianą Fallaci, czy wreszcie obiecujące jak się wydaje rozmowy z Bractwem św. Piusa X. Czyżby jednak tak postrzegali to tylko świeccy? Oto publiczne wypowiedzi dwóch kapłanów zdają się wskazywać na zupełnie inny kierunek. Ojciec Tadeusz Bartoś OP w tym samym czasie przedstawia wizję teologii katolickiej dotkniętej strachem („Teologia w pułapce strachu”, „GW” 3-4 września 2005 roku). Postrzega on problem Kościoła w Polsce w stawianiu na sukces doczesny, czego oznaką jest przeciwstawianie się praktyce udzielania Najświętszego Sakramentu na rękę, czy też sceptycznym w stosunku do nowomodnej teologii Europy Zachodniej. Trzeba przyznać, że pole dialogowe z o. Bartosiem jest dla nas niewielkie, gdyż nasza ocena jest dokładnie odwrotna. Tzw. teologia uprawiana na Zachodzie jest intelektualną przyczyną szerzącej się tam sekularyzacji, zaś wprowadzanie niezrozumiałej i „wygdybanej” procedury udzielania komunii na rękę jest liturgicznym wyrazem tej tendencji. Przechodząc jednak do lęków o. Bartosia, to biorą się one stąd, że za mało jest tolerancji, a „przecież zgoda na odmienne sposoby myślenia i rozumienia prawd wiary jest przejawem tolerancji”. Żeby nie było żadnych niedomówień. Chodzi o tolerancję dla różnych rozumień prawd wiary. „Bogactwo interpretacji, polifonia głosów oznacza życie, żywotność teologii. Natomiast jednolitość, mówienie tym samym głosem przez wszystkich to jednorodność, która sama siebie pozbawia wiarygodności”. Żeby zobrazować o co mu chodzi, o. Bartoś skarży się np. na to, że zamknięto dyskusję na temat kapłaństwa kobiet. Trzeba więc przypomnieć, że oficjalna wypowiedz na ten temat Jana Pawła II posiada według zgodnej opinii rangę nauczania nieomylnego. Tym samym widać jasno, że warszawski Dominikanin domaga się prawa reinterpretacji i zmieniania nauczania dogmatycznego Kościoła. Jego samopoczucie jest na tyle znakomite, że uważa on, iż „głoszących uznawane dotychczas za nieortodoksyjne poglądy teologiczne należy nie tyle karać, co nagradzać”. Tydzień później o. Bartosiowi OP wtóruje o. Hryniewicz OMI („Teolog nie może się bać”, „GW” 10-11 września 2005 roku). Ten z kolei wprowadza nowatorskie pojęcie „ortodoksji otwartej”: „Tak pojęta ortodoksja dopuszcza różne stanowiska w interpretacji spraw przekraczających kompetencje ludzkich autorytetów”. Już ta definicja jest wysoce zastanawiająca. Przecież teologia uprawiana jest w kontekście tego, co Pan Bóg człowiekowi objawił, właśnie dlatego, że żaden autorytet ludzki mógłby na to nie wpaść. Objawił, bo jest to potrzebne człowiekowi do zbawienia, a Kościół jest powołany do tego, żeby Prawda Boża została zachowana i wyłożona w jej autentycznej treści. Gdzie tu miejsce na rozbieżne interpretacje? Jeżeli nawet takie się zdarzają, to Kościół powinien je jak najszybciej zakończyć, by nie pozostawiać wiernych w stanie zagrożenia dla ich dusz. Wybitni teologowie katoliccy – wymieńmy tu Johna H. Newmana – przyznają wprawdzie, że w dogmatyce istnieje miejsce na interpretacje i rozwój dogmatów, ale jest to zawsze rozwój teleologiczny (celowy), mający za zadanie rozwijać Tradycję katolicką poprzez pogłębianie jej rozumienia, a nie przez rozmaite „interpretacje” wedle widzimisię poszczególnych teologów uprawiających „otwarte teologie”. Nie przypadkowo piszemy „teologie”, a nie „teologię”, gdyż w takim chaosie trudno mówić o jednolitej nauce o Bogu. Czy decyzję, która z „teologii” jest prawdziwa i będzie stanowić „otwartą ortodoksję” podejmiemy w demokratycznym głosowaniu? Jednak o. Hryniewicz widzi to następująco: „Człowiek wierzący ma prawo do zachowania wewnętrznej suwerenności ducha w imię wierności własnym przekonaniom”. Żeby nie powiedzieć mocniej: „To, co człowiek czyni wbrew wewnętrznemu przekonaniu, apostoł Paweł nazywa grzechem (Rz 14, 23). Kiedy człowiek wierzący nie jest przekonany co do słuszności pewnych historycznych doktryn w Kościele, ma prawo zastanawiać się nad tym i słuchać głosu własnego sumienia”. Autor, znany już wcześniej z szerzenia nauczania o apokatastazie, nie waha się stwierdzić nawet: „To, czy ktoś ma takie czy inne przekonania o Bogu i zbawieniu, nie przekreśla tego, że pozostaje człowiekiem wierzącym w tego samego Pana ludzkości i świata”. Także on podpisuje się pod poglądem, że „Chrześcijanin nie jest człowiekiem, który doszedł już do całej ‘pełni prawdy’.” Oczywiście pytanie w tym kontekście o sens Objawienia i dogmatycznego nauczania Kościoła byłoby również nie na miejscu… Można by tu postawić uzasadnione pytanie, czy cytowane poglądy o. Hryniewicza zawierają się jeszcze w kanonie katolickim, czy też są niczym innym jak protestancką formułą, że każdy ma prawo do indywidualnej interpretacji Biblii (sola Scriptura)? Nie zamierzamy w tym miejscu szczegółowo polemizować z twierdzeniami tych dwóch duchownych. Poprzestańmy na dwóch konstatacjach. Po pierwsze, czytając ich słowa, trudno nie przypomnieć sobie słów napisanych już dawno temu przez kard. Ratzingera, obecnego Benedykta XVI, w „Raporcie o stanie wiary”. Pytany przez Vittorio Messori’ego o przyczyny obecnego kryzysu, obecny Ojciec Święty stwierdza zdecydowanie: „Alarm dotyczy przede wszystkim kryzysu koncepcji Kościoła, eklezjologii. Tu ma swój początek większa część nieporozumień lub istotnych błędów i pułapek, w które wpadają tak teologia, jak i opinia publiczna Kościoła”. Czyż dziwne jest w tym świetle skojarzenie z omawianymi wypowiedziami polskich duchownych kolejnych słów Papieża?: „Wielu – kontynuuje papież - nie wierzy już więcej, że chodzi tu o rzeczywistość, której chciał sam Chrystus. Nawet niektórzy teologowie traktują Kościół jak budowlę wznoszoną przez człowieka, przez nas samych, a więc reorganizowaną wedle potrzeb chwili (…). Wiara zostaje zredukowana do aktu osobistego, do mojego sposobu rozumienia Boga i Jego nakazów. Boję się wprost, iż właśnie tak się dzisiaj powszechnie czuje i rozumie; jest to oznaka tego, jak bardzo świadomość wspólnoty katolickiej oddaliła się od jasnej koncepcji Kościoła”. Jednak cytowani przez nas duchowni wyraźnie nie traktują Benedykta XVI za dostateczny autorytet. Nie dziwi to nas, wszak o. Bartoś wyśmiewa, rzekomo sprzeczny z ideałem demokratycznym, „taki typ wszechwiedzącego autorytetu”, gdyż autorytety przypisują sobie „fałszywą rolę nieomylnych”. Czy ów „nieomylny” to aluzja do przyjętego przez Sobór Watykański I dogmatu o nieomylności papieża w kwestiach wiary i moralności? Oczywiście, można postawić własne sumienie ponad wyrażający Magisterium autorytet „nieomylnego”, ale to jest już jawny protestantyzm i Luterańskie postawienie własnego „ja” ponad Następcą Świętego Piotra! Druga refleksja ma wymiar bardziej praktyczny. Nie tak dawno temu, bo w marcu, Konferencja Episkopatu Polski wydał normy dotyczące występowania duchownych i osób zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w mediach. Stwierdzono tam m. in.: „Wypowiadając się w sprawach nauki katolickiej lub obyczajów, duchowni i zakonnicy winni pamiętać, że są powołani do głoszenia nauki Chrystusa, a nie własnych opinii. Dlatego zobowiązani są do wiernego przekazu katolickiej nauki, zgodnie z doktryną głoszoną przez Urząd Nauczycielski Kościoła. Powinni również respektować zdanie Konferencji Episkopatu w kwestiach, które były przedmiotem jej oficjalnego stanowiska”. Wniosek jaki z tego płynie jest naszym zdaniem taki, że obecnie, jeżeli jakiś duchowny wypowiada się w mediach, zaś do jego wypowiedzi nie odniosą się w sposób przewidziany w instrukcji stosowne władze, to wypowiedz tą należy traktować jako zgodną z nauczaniem Kościoła i popieraną przez hierarchię. „Ordynariusz winien upomnieć duchownego lub członka instytutu zakonnego i zobowiązać go do naprawienia szkody, np. poprzez sprostowanie lub odwołanie błędnej czy krzywdzącej wypowiedzi. W uzasadnionych i poszczególnych przypadkach ordynariusz może zabronić wypowiadania się w mediach lub zastosować inne sankcje przewidziane przez prawo”. Póki co nie słyszeliśmy, by wypowiedzi o. Bartosia OP lub o. Hryniewicza OMI spotkały się z jakąś reakcją… Podobne zasady zresztą stosuje się w stosunku do katolików świeckich. „Powyższe zasady obowiązują także odpowiednio pozostałych wiernych, którzy wypowiadają się w mediach w sprawach nauki katolickiej lub obyczajów, zwłaszcza zaś dotyczą tych osób, których urząd kościelny, funkcja pełniona w instytucji kościelnej, przynależność do stowarzyszeń lub organizacji kościelnych sprawiają, iż wypowiedzi ich mogą być odebrane jako angażowanie autorytetu Kościoła”. Warto o tym przypomnieć w czasach, gdy postrzegana jeszcze niedawno jako konserwatywna ekipa Frondy przeniosła się do „Ozonu” i tam propaguje np. beatyfikację br. Rogera – było nie było, protestanta („Ozon” 19/2005). Oczywiście za wyrażanie takich poglądów zostaniemy okrzyknięci „zwolennikami nietolerancji” i faszyzmu. Prawda jest jednak taka, że według naszego najlepszego przekonania głoszenie „ortodoksji otwartej” czy wskazywanie jako wzoru dla katolików protestanta, ma swoje konsekwencje. My po prostu nie chcemy, żeby nasze dzieci (a może jeszcze i my…) żyły w świecie, w którym jak to określił o. Hryniewicz, wolność nie dość że jest prawem, to jest nawet obowiązkiem. Droga od „wolności ortodoksji” do np. pełnej wolności rodzajach związków międzyludzkich jest bardzo krótka. Jak czytamy na lewicowym portalu internetowym, w szwedzkiej miejscowości Oerebro odbył się kongres założycielski partii Inicjatywa Feministyczna. Ugrupowanie postuluje aby zamiast zrównywać status związków homoseksualnych i normalnych małżeństw, stworzyć „normy prawne dla w pełni otwartych form dobrowolnego współżycia dwóch lub więcej osób, niezależnie od ich płci”. Łatwo przewidzieć co się stanie, gdy za kilkadziesiąt lat ten postulat stanie się realnością, a nie jedynie dziennikarską ciekawostką. Wówczas ktoś zapyta, czy nie byłoby najlepiej, żeby wszyscy mieszkańcy danego kraju zawarli ze sobą taki związek. Złożenie oświadczenia woli przez wszystkich naraz jest nieco kłopotliwe. Ale od czego wymyślona już dawno doktryna umowy społecznej! No, a jak małżeństwo, to i łączna wspólność majątkowa. Oczywiście w praktyce taka wspólność majątkowa nie będzie niczym innym, niż komunizmem. Wraz z doktryną pełnej swobody seksualnej głoszonej przez panią Kołłątaj znajdziemy się ponownie w pierwotnym okresie tworzenia Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Najlepszym sposobem zapobieżenia temu scenariuszowi jest stanięcie obok Benedykta XVI w obronie nauczania, że Kościół posiada Prawdę powierzoną mu przez Chrystusa. Nie poddaje się ona dowolnym interpretacjom i zasadom „otwartych ortodoksji”. Ponieważ taka protestancka doktryna nie jest tegoż Kościoła nauczaniem, protestant nie może być dla katolików wzorem. www.konserwatyzm.pl | |||