W każdej społeczności następuje rozwarstwienie,
wynikające z różnych predyspozycji, zdolności, pracowitości czy wreszcie
charyzmy poszczególnych osób. Czym większa społeczność, tym większe
rozwarstwienie i jest to rzecz całkiem naturalna. W społecznościach
zarażonych totalitaryzmem dochodzi do wynaturzeń w tym zakresie. Rządząca
warstwa przywódcza, zamiast czekać na samoistne wykształcenie się
naturalnych elit i autorytetów, dokonuje manipulacji - część osób, które
pretendują do tego miana, jest zawłaszczana a ich działalność
podporządkowuje się interesom władzy. Mamy z tym do czynienia także w
obecnej Polsce, a zjawisko to nazywane jest "kooptacją przez korupcję". W
zamian za liczne przywileje, osoby takie służą głównie siłom ustanowionym
a nie społeczeństwu. Innym nie pozwala się rozwinąć, choćby przez
ograniczenie dostępu do oświaty i nauki, przez istnienie cenzury i zakazów
dostępu do wiedzy, jeszcze inni są brutalnie eksterminowani, bo mogą
stanowić potencjalne zagrożenie. W ich miejsce władza tworzy nowe elity,
posłuszne i dyspozycyjne.
A co się dzieje w przypadku, gdy następuje drastyczna zmiana władzy, gdy
zniewolone społeczeństwo zaczyna odzyskiwać suwerenność i swobodę twórczą?
Bez zmiany dotychczasowych "elit" przemiany nie będą głębokie, rozliczenia
nie będą pełne, o naprawianiu krzywd mowy nie ma (bo wtedy trzeba
napiętnować dotychczasowych pupilków władzy i ich przywileje, płynące ze
służalstwa). Słowem - przemiany nie będą udane a poczucie społecznej
krzywdy będzie narastać. Z taką sytuacją mamy do czynienia w obecnej
Polsce, zwanej - dla odróżnienia od PRL - III Rzeczypospolitą.
Naziści i komuniści przy wspólnej pracy
Po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku Polska znalazła się pod dwoma
okupacjami: niemiecką i sowiecką. Oba totalitarne reżimy, mając
dalekosiężne plany, natychmiast przystąpiły do akcji pozbawienia Polaków
warstwy przywódczej. Niemcy już przed wojną mieli sporządzone listy osób,
które mogły najbardziej grozić okupantom i dążyli do ich ujęcia za wszelką
cenę. Od pierwszych dni wojny trwały rozstrzeliwania i egzekucje na
Pomorzu, w Wielkopolsce i na Śląsku, czyli na terenach, które od razu
"wchodziły w skład" III Rzeszy. Później to zjawisko rozprzestrzeniło się
na resztę kraju, czyli na tzw. Generalne Gubernatorstwo. Traciliśmy przede
wszystkim elity oraz wszystkich, którzy byli zdolni do organizowania
oporu.
Pod okupacją sowiecką było to samo, choć przebieg tego zjawiska był inny.
W pierwszych dniach okupacji po 17 września 1939 roku, bandy komunistyczne
(złożone głównie z przedstawicieli mniejszości narodowych) zamordowały
kilkanaście tysięcy osób. Mordowano przede wszystkim lokalną
administrację, nauczycieli, ziemian, oficerów WP. Później jednak masowe,
publiczne eksterminacje ustały. Zaczęły się "wywózki" do łagrów, na
poniewierkę i powolną śmierć z głodu i chorób. Doszło jednak do zbrodni,
jakiej nie ważyli się popełnić nawet niemieccy naziści. Wiosną 1940 roku w
Katyniu, Miednoje i Charkowie Sowieci, na rozkaz Stalina i innych członków
sowieckiego Politbiura zamordowali ponad dwadzieścia tysięcy oficerów WP.
Wśród nich oficerowie służby stałej stanowili około jednej trzeciej tej
liczby, reszta to byli oficerowie rezerwy - w cywilu uczeni, adwokaci,
inżynierowie, lekarze, pisarze... Słowem - był to kwiat inteligencji
polskiej. Za jednym zamachem doszło do "obezhołowienia", czyli pozbawienia
Polaków warstwy przywódczej, czyli "głowy". I choć od tamtych wydarzeń
minęło już ponad 65 lat, ich tragiczne skutki ciążą nad Polską do dziś. W
ich miejsce władze komunistyczne wypromowały ludzi "miernych, biernych ale
wiernych", gotowych na każde skinienie uczynić wszystko, czego tylko
partia sobie zażyczy.
Nobilitacja Marii Turlejskiej
Jak wyglądał proces tworzenia "nowych kadr", możemy prześledzić na
przykładzie Marii Turlejskiej, która z zagorzałej stalinistki i fałszerza
najnowszych dziejów Polski, jakby pod wpływem dotyku czarodziejskiej
różdżki, stała się orędownikiem prawdy i działaczką "opozycji
demokratycznej". Jej postać jest stale spłycana i spłaszczana - pokazuje
się ją wyłącznie od tej strony, zaś cała komunistyczna, stalinowska
przeszłość po prostu nie istnieje.
Pamiętam, że gdy wiosną 1981 roku podczas strajku na Akademii Medycznej w
Warszawie wystąpiła z nadzwyczaj nudną i nie zawierającą nic ciekawego
prelekcją dla studentów, zapytałam organizatorów spotkania (z Niezależnego
Zrzeszenia Studentów) skąd wzięli akurat ją. Okazało się, że w Regionie
Mazowsze NSZZ "Solidarność", kierowanym przez Zbigniewa Bujaka, istniała
lista osób, przewidzianych do szkoleń i publicznych wystąpień pod firmą
"S". Turlejska należała do tej plejady "gwiazd", innych osób, spoza tej
listy, na ogół nie zapraszano. Przypuszczam, że jedną z osób, dokonujących
owej "selekcji" prelegentów jedynie słusznych, był Adam Michnik,
nieformalny guru Bujaka i mający ogromy, zakulisowy wpływ na życie
intelektualne pod szyldem "Solidarności".
Przypomniała mi się ta historia na skutek wspomnienia o Turlejskiej, jakie
ukazało się w "Gazecie Wyborczej" 19 lipca 2004 roku. Napisał je Adam
Michnik i jest to kolejny przykład, że jest on manipulatorem. Wg Michnika
Turlejska "należała do pokolenia i środowiska, które uległy fascynacji
komunizmem". To zaś, w takim ujęciu, ma stanowić usprawiedliwienie, a
nawet swoistą nobilitację. Wieloletnia służba złu jest tu dowartościowana
przez fascynację, która ma wszystko usprawiedliwiać. A przecież warto
podać próbkę jej tfu-rczości, np. o Powstaniu Warszawskim:
"Polityczny sens tej z dawna zamierzonej dywersji był antyradziecki,
antyludowy i antynarodowy. Powstanie miało zahamować marsz Armii
Radzieckiej na zachód, szło więc na rękę okupantowi. Przedstawiciel
wywiadu armii niemieckiej (Abwehry) w rozmowach z delegaturą rządu
emigracyjnego w lipcu 1944 r. obiecał w chwili odwrotu zostawić w
Warszawie do dyspozycji AK magazyny i artylerię. Powstanie wybuchło więc
[...] w tajnym porozumieniu z hitlerowcami, na życzenie reakcji
anglo-amerykańskiej przeciw Armii Radzieckiej, przeciw Wojsku Polskiemu,
przeciw władzy ludowej". Po czymś takim Turlejska i admiratorzy
jej osiągnięć naukowych powinni siedzieć cicho, jak myszy pod miotłą. Ale
skoro kota nie ma, to myszy nadal harcują.
Komuniści i Volksdeutsche
Aby lepiej zrozumieć, o co chodzi, musimy sięgnąć do wczesnej biografii
Marii Turlejskiej. Urodziła się w 1918 roku i już przed wybuchem wojny
(czyli w wieku zaledwie 21 lat!) miała ukończyć studia na Uniwersytecie
Warszawskim. Pochodziła z zasymilowanej rodziny żydowskiej, jej ojciec
Adam Zieleńczyk był przed wojną dyrektorem gimnazjum (a jego siostra
Stefania Baczyńska była matką znanego poety Krzysztofa Kamila).
Maria została żoną Jana Turlejskiego, działacza Komunistycznej Partii
Polski, który za działalność wymierzoną przeciwko niepodległości i
suwerenności Polski został relegowany z Politechniki Warszawskiej i był
skazany na dwa lata więzienia. Okupację sowiecką w latach 1939-1941
Turlejscy spędzili w Łomży, służąc wiernie sowieckiemu okupantowi. Jan
Turlejski został deputowanym do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej
Białorusi. Na jednym z przymusowych wieców w Łomży krzyczał do spędzonych
tam ludzi, że "nie zobaczycie nacjonalistycznej, białej Polski! Te ziemie
należą do wielkiej rodziny narodów ZSRR".
Ich losy rodzinne były jednak nieco poplątane: rodzice Turlejskiego
mieszkali w Łodzi, gdzie - wiernie służąc drugiemu okupantowi - przyjęli
Volkslistę i bardzo źle odnosili się do Polaków. Po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej Turlejski zdołał się ewakuować z Armią Czerwoną. W
Moskwie podjął służbę w Kominternie, który wyznaczył go do pierwszej Grupy
Inicjatywnej, mającej odbudować partię komunistyczną w Polsce. Zginął
podczas nieudanego lotu do Polski.
Zagorzała stalinistka, czyli TW "Ksenia"
Maria Turlejska nie zdołała uciec do ojczyzny światowego proletariatu wraz
z mężem. Przedostała się do Warszawy i po powstaniu PPR została
towarzyszką. Po zakończeniu wojny była ważną postacią w plejadzie
najbardziej zagorzałych stalinistów. Była m.in. kierowniczką Wydziału
Historii Partii KC PPR w latach 1947 - 1948. Partia powierzyła jej rolę
"demaskowania" przedwojennej Polski, którą ochoczo wyszydzała, zakłamując
jej dzieje. Bzdur, które wychodziły wówczas spod jej pióra, dziś nie da
się czytać, ale wtedy był to szczyt propagandowych możliwości. Szczególnie
szkodliwe były szkolne podręczniki jej autorstwa, w których nie było
krztyny prawdy.
Turlejskiej ta rola jednak nie wystarczała. Mając ścisłe kontakty z
wysokimi oficerami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, swą
komunistyczną gorliwość przejawiała także w licznych donosach na osoby i
instytucje, które były w kręgu zainteresowania "władzy ludowej". W 1949
roku doszło do formalnego werbunku na tajnego współpracownika (TW).
Otrzymała kryptonim "Ksenia". Prowadził ją ppłk Józef Lichtfarb-Światło, a
Turlejska mówiła i pisała wszystko, co wydawało się jej ważne. Do dziś
zachowało się około stu jej "meldunków" i "doniesień", które otrzymywali
Światło, Różański, Fejgin, Romkowski... A możliwości miała duże, przez
dostęp do licznych towarzyszy z różnych kręgów władzy. W 1955 roku, już po
śmierci Stalina, Turlejska została wykluczona z PZPR "za antypartyjne
zachowanie". Za takie uznano zaś nie to, że donosiła, ale to, że ujawniła
to publicznie. Była wówczas "pracownikiem naukowym" Instytutu Kształcenia
Kadr Naukowych (który został przekształcony w Instytut Nauk Społecznych
przy KC PZPR, następnie w Akademię).
Od ubeckiej dyspozycji do "demokratycznej opozycji"
Po czystkach w MBP, dokonanych po ucieczce ppłk. Światły na Zachód, gdy
jej pozanaukowa działalność wyszła na jaw, towarzysze nie darowali jej
donosów, składanych przez tyle lat. Od tej pory Turlejska staje się
formalnie bezpartyjna i powoli otaczała się aureolą "opozycyjności", choć
wykładała w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego,
gdzie żaden faktyczny opozycjonista nie miał w ogóle wstępu.
W latach 60-tych i 70-tych wydała jeszcze oficjalnie kilka książek, które
w istocie napisane były "po linii i na bazie", ale osoby, którym kiedyś w
partii szkodziła, były mściwe. Jedna z nich "Zapis pierwszej dekady"
(1972) została nawet wg Michnika "skonfiskowana i wycofana z księgarni",
co tylko przysporzyło jej wątpliwej sławy.
W 1984 roku Turlejska, mająca dostęp do materiałów archiwalnych,
niedostępnych dla zwykłych historyków, wydała w podziemiu (jako Łukasz
Socha) książkę "Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich
sędziowie 1944 - 1954". Jest to praca zakłamana, zawierająca mnóstwo
insynuacji wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego, prezentująca
spojrzenie dawnej stalinowskiej aktywistki. Ale została dobrze przyjęta w
kręgach opozycyjnych, które miały nikłe pojęcie o tamtych czasach a nie
było możliwości zawartych w tej pracy tez i informacji.
Michnik zaś pisze, że poznał Turlejską na początku lat 70-ych:
"Zaproponowałem jej, by uczestniczyła w pracach nielegalnego seminarium,
które było poświęcone najnowszej historii. Zgodziła się chętnie. Dyskusje
na tym seminarium były pasjonujące i widziałem, jak Maria Turlejska
ewoluuje. Wtedy właśnie referowała swoje badania nad stalinowskim
terrorem". Tu Michnik niewątpliwie się myli, przesuwając rzekome badania
"stalinowskiego terroru" przez Turlejską o co najmniej dekadę wstecz. Ale
ważne jest coś innego - każdy, kto choć raz słyszał jego bohaterkę na żywo
wie, że można było dostać szewskiej pasji z powodu tego, co mówiła, ale
pasjonująco dyskutować i referować czegokolwiek to ona nie potrafiła. Ale
tak się tworzy legendę, która następnie zaczyna żyć własnym życiem.
Michnik uznał też, że formą odkupienia przez nią własnej biografii była
"współpraca z ludźmi opozycji demokratycznej". O głośnej współpracy
Turlejskiej z MBP natomiast - ani słowa! Co więcej, Michnik orzekł, że
było to bardzo niebezpieczne, choć nic Turlejskiej za to nie groziło,
trudno bowiem doszukać się jakichkolwiek represji, jaki miałaby zostać
poddana. Ale w ten sposób stalinowska "robotnica na froncie propagandy i
nauki" stała się wybitną opozycjonistką, prowadzącą badania nad
"stalinowskim terrorem", która świadomie podjęła jakieś (?) ryzyko. Ot, i
legenda gotowa. Kto wie, czy dzisiejsza nienawiść Michnika do lustracji
nie ma źródeł także w takich faktach.
Po 1989 roku, za owe domniemane opozycyjne zasługi, Turlejska została
skierowana do Instytutu Nauk Politycznych Polskiej Akademii Nauk, co było
kpiną z naukowego poziomu tej placówki w III RP.
Tropicielka "niesłusznych" podręczników
Michnik w tworzeniu tej legendy nie jest osamotniony. Także
"Rzeczpospolita" (22 lipca 2004 roku) odnotowała ją jako "Demaskatorkę
stalinizmu w Polsce". Tekst, podpisany jako AKA (Andrzej Kaczyński), jest
peanem na jej cześć, pomija bowiem wszystko to, co mogłoby na nią rzucić
jakikolwiek cień.
Jest paradoksem historii, że w 1999 roku złożyła swój podpis pod apelem
samozwańczych "intelektualistów" o wycofanie podręczników historii dla
klas VII i VIII oraz szkół średnich, których autorem był dr Leszek Andrzej
Szcześniak. Podręczniki Szcześniaka, jako właściwie jedyne na rynku,
odbiegały od sztampy "poprawności politycznej", uczyły krytycyzmu wobec
"prawd obiegowych", dostarczały szerokiej wiedzy o podstawowych
wydarzeniach i ważnych postaciach, jakich ze świecą by szukać u innych
autorów. Apel okazał się skuteczny, bo - jak napisali jego sygnatariusze
"szerzą nienawiść między ludźmi, fałszują prawdę historyczną i godzą w
dobro polskiego systemu edukacyjnego".
I tak czołowa stalinistka, autorka najbardziej zakłamanych podręczników w
całej polskiej historii, stała się skutecznym cenzorem podręczników w
wolnej III Rzeczypospolitej. Wykreował ją w Polsce Ludowej aparat terroru
(z którego funkcjonariuszami utrzymywała bardzo ścisłe związki, nie tylko
towarzyskie i służbowe) a później, m.in. wspomniany Adam Michnik, o którym
Zbigniew Herbert powiedział m.in:
Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca,
oszust intelektualny. Ideologia tych panów to jest to, żeby w Polsce
zapanował socjalizm z ludzką twarzą. To jest widmo dla mnie zupełnie nie
do zniesienia - no, jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja
nie wytrzymuję takich hybryd; ja uciekam przez okno z krzykiem."
** ** **
Dziś, po latach patrząc na to, co zrobiono z Polską, jak manipuluje się
naszą historią i jakie kreatury otrzymały status "autorytetów moralnych"
oraz jakie rodzi to dramatyczne skutki, trzeba stale przypominać słowa
Herberta. I należy pamiętać, że nie chodzi tu tylko o Turlejską i
Michnika, ale o całe tabuny ludzi złej woli, o sfałszowanych, bo
skróconych i manipulowanych zależnie od okoliczności życiorysach, którzy
nadal chcą nami rządzić w sferze duchowej. Czym szybciej oczyścimy nasze
życie intelektualne z komunistycznego błota, tym szybciej zaczniemy
powracać do normalności. A o to przecież chodzi.
www.polskiejutro.com