| ||||
|
w tym wydaniu:
Daniel Pipes:
ADM:
Monika Rotulska:
Cezary Rozwadowski:
Stanisław Bulza:
Romuald Bury:
Kazimierz Murasiewicz:
Marek Olżyński:
Mirosław
Kokoszkiewicz:
Jacek Zieliński:
Romuald Bury:
Marian Kałuski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Cezary Rozwadowski:
Jerzy Przystawa:
Bohdan Pękacki:
Jerzy Przystawa:
Kazimierz Murasiewicz:
Zbyszek Koreywo:
Jerzy Przystawa:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Józef Darski:
Jan Ciechanowicz:
Marek Olżyński:
Mirosław Kokoszkiewicz:
prawym okiem:
Jan Engelgard:
Stanisław Bulza:
KM:
Klara Górska:
Maciej Filipowicz:
Witold Filipowicz:
Ludwik Skurzak & Adam
Wielomski:
Maciej Giertych:
SKCh:
|
Prof. Maciej Giertych Trwałość małżeństwa Jest w interesie zarówno małżonków, ich dzieci, jak i szerszej społeczności z państwem włącznie, by małżeństwa były trwałe. Kościół Katolicki, rozumiejąc ten fakt, rozwodów nie akceptuje w ogóle. Prawo państwowe wprowadziło ich dopuszczalność i od tego czasu rozwody stały się plagą naszego życia rodzinnego. Porównując z innymi krajami, w Polsce rozwodów jest niewiele: 1,2 na 1000 mieszkańców rocznie (we Francji 1,9, w Niemczech 2,4, Austrii 2,5, Danii 2,7, Czechach 3,1, na Litwie 3,2, Ukrainie 4,0, Białorusi 4,1, w Rosji 5,3). Z chrześcijańskich krajów europejskich mniej ma tylko Irlandia (0,9), Grecja (0,9) i Słowenia (1,1), natomiast kraje muzułmańskie mają dużo mniej (Turcja 0,5, Albania 0,6). Ale nie pocieszajmy się. Zjawisko ma tendencję wzrostową. Obyczaje zachodnioeuropejskie szybko do nas docierają. Sam fakt dopuszczalności rozwodu spowodował, że ślub stał się instytucją „na próbę”. Zobowiązania małżeńskie przestały być traktowane jako nieodwołalne. „Jak się nie ułoży, to się weźmie rozwód”. Taka postawa prowadzi w konsekwencji do coraz częściej występującego zjawiska kohabitacji, czyli tzw. życia na „kocią łapę”. Po co się zobowiązywać do czegoś, co nie obowiązuje? Rozwód to skomplikowana i kosztowna operacja, więc, aby go uniknąć, odracza się ślub aż do czasu, gdy będziemy pewni, że chcemy żyć razem. Czyli jak się ułoży, to się pobierzemy, a jak nie, to się rozejdziemy. Powstają więc związki z samego założenia tymczasowe, na próbę. I oto coraz częściej państwo, dostosowując się do tej anomalii, nadaje kohabitantom status prawny. Sankcjonuje taki związek w przepisach podatkowych czy spadkowych. Jest to próba nadania cech trwałości instytucji, która z samego założenia ma charakter tymczasowy. Tę tymczasowość zwykle przerywa pojawienie się dziecka. Wtedy pod presją rodziny, w obawie przed samotnym wychowywaniem dziecka, czy też ze spóźnionego poczucia odpowiedzialności, dochodzi do ślubu, który w intencji małżonków ma nadać ich związkowi cechy trwałości. Trwałość takiego związku stoi jednak już u samego zarania pod znakiem zapytania, gdyż nie jest wynikiem dojrzałej decyzji o związaniu się z drugą osobą na całe życie. Konsekwencją tego wszystkiego jest wzrastająca liczba dzieci, przeżywających dramat rozejścia się ich rodziców. Nauczyciele wiedzą najlepiej, jak bardzo dzieci to przeżywają i jak wielki ma to wpływ na ich naukę. Takie dzieci żyją w stresie, najpierw oglądając konflikty między rodzicami, potem ich rozwód, a wreszcie odczuwają brak jednego z nich. Miotają się między jednym a drugim, ukrywając przed każdym z nich swoje relacje uczuciowe z drugim. Ma to nie tylko wpływ na ich psychikę, ale i powoduje pozbawienie ich pozytywnych wzorców na przyszłość. Z reguły będą się potem bały małżeństwa, a gdy wreszcie wezmą ślub, często będą powtarzać błędy rodziców. Sprawa rozwodów ma jeszcze inny aspekt. Zawarcie małżeństwa to podpisanie określonej umowy. Jeżeli sprzedaję dom, to nie mogę po jakimś czasie powiedzieć, że się rozmyśliłem i chcę transakcję odwołać. Dlaczego więc państwo czuje się kompetentne, by anulować ważnie zawartą umowę? W naszych polskich realiach najwięcej spraw rozwodowych to wynik chęci zmiany żony przez męża, który znalazł sobie inną panią, bardziej mu się podobającą, oraz wnoszone przez żonę życzenie, by oddalić męża pijaka, zatruwającego życie jej rodziny. W pierwszym przypadku żona broni małżeństwa, próbuje przetrzymać nową miłostkę męża, chce, by wrócił do niej. Fakt istnienia instytucji rozwodu umożliwia mu porzucenie żony i złamanie zawartej z nią umowy. A przecież pragnie ona stabilizacji w życiu, ma prawo się spodziewać, że dane jej zobowiązanie będzie dotrzymane przez męża, że utrzyma swoją moc prawną, że prawo cywilne będzie w tym względzie bronić jej interesu, a nie mężowskiego romansu. Tymczasem rzeczywistość prawna jest inna. Sądy łatwo orzekają rozpad związku i anulują prawomocnie zawartą umowę. W drugim przypadku to tak naprawdę żona nie chce rozwodu, lecz chce, by mąż przestał pić. Tu nie związek małżeński jest problemem, ale alkoholizm, który trzeba pomóc opanować. Tymczasem sądy udzielają rozwodu, a nie potrafią zaproponować pijakowi leczenia, czy odrębnego mieszkania i w rezultacie eks-mąż alkoholik nadal zamieszkuje ze swoją eks-małżonką i zatruwa jej życie. W żadnym z tych przypadków rozwód nie jest korzystnym rozwiązaniem. Trzeba likwidować przyczyny problemów, cudzołóstwo i alkoholizm, a nie małżeństwo, które jest ofiarą tych patologii. Jak temu zaradzić? Walka z patologiami, takimi jak rozwiązłość płciowa, czy alkoholizm, to osobny temat. Tu skoncentrujmy się na utrwalaniu samego małżeństwa. Jednym z możliwych rozwiązań byłoby ustawowe wprowadzenie w prawie cywilnym, obok istniejącej instytucji małżeństwa podlegającego możliwości rozwodu, instytucji małżeństwa nierozerwalnego. Chodzi o to, by państwo, tak jak nie ma prawa nakazać czy zakazać małżeństwa, tak samo nie miało prawa go rozwiązać. Jedynie udowodniona nieważność zawartego związku od samego początku pozwalałaby na uznanie go za niebyłe. Wprowadzenie takiej możliwości prawnej powiększałoby zakres wolności, bo zawierający związek małżeński mieliby dodatkowy wybór, dodatkowe prawo zapewnienia sobie nieingerencji państwa w umowę małżeńską po jej zawarciu. Oczywiście wiele par decydowałoby się na takie rozwiązanie, szczególnie tych, które chciałyby swój związek usankcjonować sakramentalnie przez zawarcie go w Kościele Katolickim. Takim parom w sytuacjach skrajnych pozostałaby instytucja separacji, ale bez możności legalnego zawarcia kolejnego związku. ą Wówczas istniałyby równolegle związki rozerwalne i nierozerwalne. Samo życie wykazałoby, które rozwiązanie zapewnia lepszą kondycję rodzinie i ludzie wnet wiedzieliby, co wybierać. Oczywiście można by w inny sposób utrudniać rozwody, np. zwiększając ich koszt, wydłużając procedurę, stawiając różne wymogi wstępne itd. W gruncie rzeczy jednak chodzi o to, by w jakiejś przewidywalnej przyszłości instytucję rozwodu zlikwidować całkowicie. Może się komuś wydawać, że w wyniku różnych trudności rozwód uwolni go od nich i da mu szczęście. To nieprawda. Rozwód to klęska dla szczęścia rodzinnego. Przebaczenie winnemu, przeproszenie za winy, przełamanie czy przetrzymanie trudności, może dać szczęście. Ucieczka od nich – nigdy. Wierność Jednym z podstawowych warunków szczęścia w rodzinie jest wierność małżonków, którą w chwili zawarcia związku małżeńskiego sobie nawzajem ślubują. Ale różnie z tym bywa. Wierność nie jest w modzie. Wynika to przede wszystkim z braku czystości przedmałżeńskiej. To, że narzeczeni nagminnie współżyją ze sobą, wynika chociażby z porównania dat ślubów z datami urodzenia pierwszego dziecka. Dzisiejszy świat, by zaradzić przedmałżeńskim ciążom, zaleca „zabezpieczanie się”, czyli antykoncepcję. W obliczu problemów takich, jak alkoholizm czy narkomania, zaleca się abstynencję, a wobec rozwiązłości płciowej „zabezpieczenie”. Na Zachodzie szkoły już dawno zrezygnowały z wychowywania młodzieży, zastępując je „edukacją seksualną”, a ta jedynie zwiększa i przyśpiesza zainteresowanie płciowością. W rezultacie rozwiązłość płciowa rośnie i przemądrzałym edukatorom nie pozostaje nic innego, jak tylko rozdawać prezerwatywy, by było mniej kłopotów z ciążami i chorobami wenerycznymi. Takie rozwiązania szybkimi krokami zbliżają się też do nas. Otóż nie tędy droga. To tylko zwiększa liczbę niechcianych ciąż i częstotliwość występowania chorób wenerycznych, z AIDS włącznie. Trzeba powrócić do tradycyjnych zasad wychowania, gdzie od dzieci i młodzieży wymaga się dostosowania do obowiązujących norm. Chodzi o to, by te normy: po pierwsze – były oparte na etyce, po drugie – by były powszechnie znane, po trzecie – by były przestrzegane, a po czwarte – w razie przekraczania podlegały karaniu. Dzisiaj w szkołach nauczyciele nie mają już praktycznie możliwości zastosowania jakichkolwiek sankcji wobec niegrzecznych dzieci. Tak dalej być nie może. Muszą być sposoby na ujarzmianie dzieci. Nie tylko w szkołach trzeba wrócić do większego rygoru wychowawczego. Trudno zmusić rodziców, by bardziej pilnowali swoich pociech. Ale można zarządzić godzinę policyjną dla dzieci i młodzieży. Tak było kiedyś. Policja legitymowała nieletnich, chodzących o późnej porze bez opieki starszych. Dzisiaj przy powszechności telefonów nie byłoby problemów z połączeniem się z domem, by dowiedzieć się, czy rodzice wiedzą, co w danej chwili porabiają ich dzieci. Sama perspektywa takich rozmów przedstawicieli władzy z rodzicami, zmuszałaby do większej kontroli nad dziećmi. Rygor to nie wszystko. Chodzi jeszcze o pokazywanie właściwych wzorców. Dzisiaj ogromne znaczenie ma telewizja. W programach emitowanych w godzinach największej oglądalności przez młodzież powinny być pokazywane filmy i programy promujące dobro i normalność, pokazujące prawidłowo funkcjonujące rodziny, zmagające się z trudnościami, ale zdolne je pokonywać, a zarazem ukazujące, ile to zła przynosi odchodzenie od norm. Oczywiście chodzi o normy tradycyjne, zgodne z etyką i prawem naturalnym. Trzeba produkować takie właśnie seriale telewizyjne. Oto priorytetowe zadanie dla twórców programów telewizyjnych. Tymczasem w telewizji pokazywane są na okrągło przemoc i erotyzm. Każdy pocałunek kończy się w łóżku, a każda kłótnia – strzelaniną. Na takich wzorcach nie da się wychowywać do wierności małżeńskiej, do pokojowego wychodzenia z konfliktów. Musi powrócić moda na czystość i wierność. Trzeba lansować taką modę w mediach. Pokazywać znanych sportowców, muzyków, aktorów, polityków obojga płci gotowych głosić kult czystości przedmałżeńskiej i wierności w małżeństwie. Trzeba też pokazywać ludzi, którzy zerwali z życiem rozwiązłym i znaleźli szczęście w rodzinie i wierności drugiej osobie, tak samo, jak pokazuje się tych, co wyzwolili się z alkoholizmu, narkomanii czy uzależnienia od tytoniu. To piękne tematy zarówno na osobiste świadectwa, jak i na różne książki czy filmy. Każdemu trzeba pokazać, że jest droga, wiodąca do wyzwolenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby zapanowało przekonanie o szkodliwości życia rozwiązłego, o tym, że nie jest to droga do szczęścia. Musi być poczucie winy i potrzeba uwolnienia się od niej. Zarówno pozamałżeńskie pożycie płciowe, jak i aborcja, muszą utrzymać swe negatywne piętno, ale przecież musi być zachowana prawidłowa hierarchia win. Niestety, dzisiaj społeczeństwa łatwiej akceptują aborcję, niż panieńskie macierzyństwo. Społeczeństwo musi znaleźć sposób na karanie, rehabilitację i powrót do normalnego życia tych, co łamią obowiązujące normy. Dla pozamałżeńskiego macierzyństwa jako kara wystarczy piętno społeczne. Rehabilitacją jest pozostanie w rodzinie, a czas i uporządkowanie życia pozwolą na powrót do normalności, a nawet do założenia szczęśliwej rodziny wraz z mężem, który zaakceptuje przedwczesne macierzyństwo swej żony. Natomiast nie wolno zmuszać do małżeństwa z powodu ciąży, bo jeżeli będzie zawarte pod presją otoczenia, nie będzie trwałym. To musi być własna decyzja małżonków, a społeczeństwo musi zaakceptować zarówno decyzję o małżeństwie, jak i o pozostaniu samemu z nieślubnym dzieckiem. Z aborcją sprawa jest trudniejsza, bo wina jest większa. Dla kobiety karą na całe życie jest dręcząca świadomość, że zabiła własne dziecko. Do tego dochodzi wiele komplikacji zdrowotnych, będących częstą konsekwencją aborcji, takich jak bezpłodność, rak piersi, mięśniaki czy też przeróżne zaburzenia psychiatryczne. Stąd tak wielkie debaty na temat tego, czy należy karać matkę za to, że zabiła własne dziecko. Oczywiście karać trzeba, bo zabójstwo nie może pozostać bezkarne, ale kara może być symboliczna, np. z zawieszeniem jej wykonania. Chodzi przecież o to by rehabilitacja nastąpiła jak najszybciej. Do tego potrzebne jest uznanie winy i jakieś zadośćuczynienie za nią. Rehabilitacja nie nastąpi przy wmawianiu sobie, że winy nie ma, że przecież aborcja była rozwiązaniem najsłuszniejszym, że prawo na nią zezwala itd. Przyznanie się do winy przed samym sobą to najważniejszy element rehabilitacji. Poczętemu dziecku też należy się wierność matki i ojca. Uświadomienie sobie złamania tej wierności to warunek rehabilitacji. Dopiero potem może nastąpić powrót do normalnego życia. Zapomnieć się nie da, ale trzeba przebaczyć sobie oraz tym, którzy do tego namawiali, czy w inny sposób w tym uczestniczyli. Może tu być pomocna jakaś życzliwa osoba czy psychiatra, ale nie sposób w tym miejscu pominąć szczególnie przydatnej roli spowiednika, który nie tylko pomoże uporać się z poczuciem winy, ale i może ją odpuścić sakramentalnie. To samo dotyczy cudzołóstwa. Opoka Nr. 54 | |||