| ||||
|
w tym wydaniu:
Daniel Pipes:
ADM:
Monika Rotulska:
Cezary Rozwadowski:
Stanisław Bulza:
Romuald Bury:
Kazimierz Murasiewicz:
Marek Olżyński:
Mirosław
Kokoszkiewicz:
Jacek Zieliński:
Romuald Bury:
Marian Kałuski:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Cezary Rozwadowski:
Jerzy Przystawa:
Bohdan Pękacki:
Jerzy Przystawa:
Kazimierz Murasiewicz:
Zbyszek Koreywo:
Jerzy Przystawa:
Mirosław Kokoszkiewicz:
Józef Darski:
Jan Ciechanowicz:
Marek Olżyński:
Mirosław Kokoszkiewicz:
prawym okiem:
Jan Engelgard:
Stanisław Bulza:
KM:
Klara Górska:
Maciej Filipowicz:
Witold Filipowicz:
Ludwik Skurzak & Adam
Wielomski:
Maciej Giertych:
SKCh:
| Jan Engelgard TRAGEDIA NOCY LISTOPADOWEJ 29 listopada 1830 r. rozegrał się w Warszawie jeden z największych dramatów w historii Polski. Noc listopadowa, podczas której podchorążowie Wojska Polskiego rozniecili płomień wielkiej pożogi, jest po dziś dzień przedstawiana jako czyn chwalebny, godny uczczenia i wdzięcznej pamięci Polaków. Garstka podchorążych porwała do walki o niepodległość cały Kraj – czyż nie był to wyczyn wspaniały? Niestety, nie był. Tej nocy rozpoczął się bowiem upadek kwitnącego Królestwa Polskiego, upadek polskiego Piemontu, wreszcie upadek nadziei na lepszą przyszłość. Wiedziała o tym większość patriotycznie myślących Polaków, i to już wówczas, kiedy pierwsze grupki podchorążych dotarły do śródmieścia Stolicy i usłyszano nawoływania: „Do broni!” Pierwszą reakcją ludności był przestrach, pośpiesznie zamykano okiennice, ryglowano drzwi. Ulice miasta opustoszały. Ale znaleźli się tacy, którzy w imię odpowiedzialności patriotycznej próbowali powstrzymać bieg wypadków. Pierwszy zagrodził drogę podchorążym minister wojny gen. Maurycy Hauke, weteran walk o niepodległość od 1792 r., jeden z najbardziej doświadczonych i zasłużonych wojskowych polskich. Apelował: „Idźcie do domu, dzieci” Odpowiedzią była salwa, i w tej samej chwili gen. Hauke i jego podwładny płk Filip Meciszewski padli trupem na miejscu. Polała się pierwsza polska krew, niestety nie ostatnia tej nocy. Następny padł gen. Józef Nowicki, również weteran walk o niepodległość, uczestnik kampanii wojennych 1809, 1812, i 1813 r. Przy ul. Wierzbowej z zimną krwią zamordowano gen. Stanisława Trębickiego, wybitnego wojskowego i patriotę. Szantażowano go perfidnie, wiedząc, że był świadkiem dokonanych wcześniej mordów: „Generale, połącz się ze sprawą Narodu, stań na naszym czele, widziałeś, co spotkało zdrajców!” Odpowiedź generała była jednoznaczna: „Nie stanę na waszym czele, wy jesteście nikczemni, wy jesteście mordercy!” Zginął pchnięty bagnetem. W dramatycznych okolicznościach zamordowano generałów Stanisława Potockiego i Tomasza Siemiątkowskiego. Pierwszy z nich był ulubieńcem armii, miał piękną kartę walk o niepodległość Polski. Walczył od 1792 r. Zmasakrowano go na Placu Bankowym, kiedy czynnie próbował zapobiec szaleństwu. Maurycy Mochnacki tak opisał jego ostatnie chwile: „Przyskoczyli natychmiast do Potockiego, zerwali pióro z jego kapelusza i przy pomocy pospólstwa w małym ustępie zcisnęli dokoła. Potocki zrazu broni się szpadą, a gdy mu tę złamano, pięściami odpiera nacierających. Długo trwały zapasy starego generała z pospólstwem; na koniec obalony na ziemię, po obdarciu szlif zbity, skrwawiony, już miał znaleźć bliski ratunek w patrolu nadbiegających żandarmów, gdy kilka wystrzałów z szeregu grenadierów wszelką pomoc daremną uczyniło. Ciężko ranny Potocki długo leżał na bruku, który pełny był krwi i wódki płynącej z wytoczonych przez tłuszczę beczek. Zmarł w dzień później, rozpaczając, że życie polska wydziera mu ręka”. Gen. Siemiątkowski został zastrzelony przy Arsenale. Tam również zakłuto bagnetami weterana Legionów Polskich, gen. Ignacego Blumera. Razem padło więc tej nocy sześciu polskich generałów. Historia surowo obeszła się z ofiarami tej rzezi, wychwalając zabójców jako narodowych bohaterów, a generałów nazywając zdrajcami. Do utrwalenia tej legendy przyczynił się fakt wystawienia przez władze carskie pomnika poległych generałów, co nastąpiło już po upadku powstania. Pomnik ten stał się symbolem zniewolenia Polski, a jednocześnie przedmiotem nienawiści. Często go bezczeszczono. W roku 1916 został zburzony. Wszystko to sprawiło, że nikt nie pamięta dziś o ofierze generałów polskich i nikt nie wie, w imię czego ginęli. Ohydnym kłamstwem jest twierdzenie, że stanęli w obronie cara i Rosji. Motywy postępowania tych ludzi były zupełnie inne. Historyk Marek Tarczyński tak pisze na ten temat: „Zdecydowana większość generałów starej armii uważała, że utworzenie Królestwa Polskiego było w ówczesnych warunkach dużym osiągnięciem politycznym, u podstaw którego legły walki lat 1794 – 1814. Stali oni na stanowisku, iż osiągnięcia tego nie należy wystawiać na duże ryzyko, jakim było powstanie”. Nie rezygnowali z walk o niepodległość, ale odkładali ją w czasie, twierdząc słusznie, że należy ją skorelować z wojną ogólnoeuropejską lub pomocą z zewnątrz. W tej sytuacji uznali powstanie za przedsięwzięcie całkowicie nieodpowiedzialne, pozbawione szans na zwycięstwo. Zapłacili za to życiem. Przez wiele lat narzucano nam jednostronną i nieprawdziwą wizję patriotyzmu. Lekkomyślność, fanfaronadę i brak elementarnej odpowiedzialności wyniesiono do rangi cnoty narodowej, a tych, którzy twierdzili inaczej nazywano zdrajcami. Przyniosło to Narodowi olbrzymie szkody, tragedię kolejnych przegranych powstań, przelaną daremnie krew i wszechogarniającą beznadziejność. Szaleństwo to zaczęło się późnym wieczorem 29 listopada 1830 r. Jeśli tego sobie nie uświadomimy, będziemy żyli złudzeniami. Data ta skłaniać powinna do zadumy i zastanowienia, a nie do bezkrytycznej gloryfikacji inspiratorów powstania. Korzystając więc z okazji, uczcijmy pamięć ofiar tej nocy: generałów Blumera, Haukego, Nowickiego, Potockiego, Siemiątkowskiego i Trębickiego. Zginęli za Polskę. (Przegląd Narodowy, 1990)
| |||