now@ on-line  październik  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Igor Torbakov:
 
Marian Kałuski:
 
Stanisław Krajski:
 
Tomasz J. Kaźmierski:

Krzysztof Ligęza:

 
Romuald Bury:
 
Mirosław Kokoszkiewicz:
 
Grzegorz Pustkowiak:
 
Gary Schneider:
 
Cezary Rozwadowski:
 
Ryan Mauro:
 
David M. Dastych:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Mirosław Owczarz:
 
Józef Darski:
 
Marek Czachor:
 
Iwo C. Pogonowski:
 
Marian Kałuski:
 
prawym okiem:
 
Krzysztof M. Raczyński:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Jacek Bartyzel:
 
John Blain:
 

Krzysztof Ligęza

Prawo do narzekania

Minionej niedzieli około trzydziestu milionów Polaków wyartykułowało swą opinię o polityce, politykach, partiach i ich programach. Czyniąc to, wybrali nadzieję na Polskę prawą i sprawiedliwą. Niestety, w tej beczce miodu znalazła się także solidna chochla dziegciu.

Krótko zrekapitulujmy. 10.665 kandydatek i kandydatów ścigało się o 460 mandatów poselskich, zaś blisko sześciuset chętnych walczyło o 100 foteli senatorskich. O jedno miejsce w ławie sejmowej rywalizowały dwadzieścia trzy osoby łase na diety oraz immunitet. Jak policzyła telewizja TVN, wśród kandydatów znalazło się między innymi dziewięciuset nauczycieli, siedmiuset ekonomistów, dwudziestu krawców, dwie aktorki oraz jeden zawodowy poeta.

Mizerny, bo na poziomie błędu statystycznego, "sukces" lewicowej partii Borowskiego, odesłanie na zieloną trawkę różowych niedobitków po Unii Wolności ("pedeki" nie załapały się nawet na przyszłoroczną subwencję z budżetu państwa), czy wreszcie czterokrotnie mniejsze niż przed paroma laty poparcie dla SLD - to wszystko powinno cieszyć. Podobnie jak uzyskanie zdecydowanej przewagi przez konserwatywną w gruncie rzeczy stronę sceny politycznej, czyli, de facto, przyznanie posłom prawej strony mandatu do przeprowadzenia radykalnych zmian układu pomagdalenkowego - co najważniejsze, w tym także zmian o charakterze konstytucjonalnym.

A jednak cieszyć się naprawdę nie potrafię, skoro te wybory to już nawet nie sygnał ostrzegawczy, lecz alarm.

Prawie osiemnaście milionów rodaków z prawa wyborczego nie chciało skorzystać, dobrowolnie lokując siebie poza marginesem decyzyjnym, a co za tym idzie, pozostawiając innym rozstrzygnięcia najważniejszych w demokracji kwestii. Tym samym zachowali się infantylnie niczym dzieci nie umiejące dostrzec konsekwencji odłożonych w czasie, przerzucające odpowiedzialność na innych, którzy za nich mieli podjąć najważniejszą w demokracji decyzję. Mogli zdecydować, co będzie działo się w kraju w najbliższych latach i kto będzie za to odpowiadał, albo nie. Wybrali milczenie. A nieobecny, pozbawiając się głosu, pozbawia się też prawa do krytyki.

Wiem: zapatrzone w liberalną ideologię państwo od szesnastu lat odwracało się tyłem do obywateli, więc teraz obywatele odwracają się od państwa. Niemniej uważam, że tak dramatycznie niska frekwencja (nie licząc wyborów unijnych najniższa w historii polskiego parlamentaryzmu po 1989 roku) to bardzo zły prognostyk na przyszłość. Kolejny raz, ponad obywatelski obowiązek, Polacy przedłożyli niechęć do polityków i nieufność do polityki. Ewidentnie zabrakło nam dojrzałości politycznej i poczucia patriotyzmu. Po mojemu, zaangażowanie w problemy kraju na poziomie frekwencji wyborczej oznacza, że, jak wspominałem przy innej okazji, coraz mniej mamy Polski w Polakach. A przecież udział w wyborach to minimum, co powinniśmy zrobić jako obywatele.

Czy naprawdę patriotyzm w tym narodzie umiera?

Wybory czerwcowe w 1989 roku decydowały o likwidacji PRL i powstaniu III RP, a i to do urn poszło zaledwie 63 procent Polaków - później było już tylko gorzej. Te minione, to były piąte z kolei, w pełni demokratyczne, polskie wybory, a każde dotychczasowe przynosiły istotną politycznie zmianę ekipy rządzącej; truizmem dziś byłoby przekonywanie, iż realny wpływ na władzę mają wyłącznie ci, którzy głosują.

Tak to już jest: demokracja nie daje etyce miar. W demokracji głos należy do tych, którzy mówią. Milczący mogą mieć słuszność, lecz ich postawa nie ma znaczenia. I nie mają oni podstaw do roszczeń.

A tak na marginesie: warto pamiętać, że żadna kobieta nie zniesie, gdy traktuje się ją lekceważąco. Żadna, nawet jeśli na imię jej Demokracja. Dlatego za swoje decyzje odpowiedzialność poniosą i ci, którzy w wyborach uczestniczyli, i ci, którzy uciekli w kompromitujące ich milczenie.

O, właśnie. W czasie powyborczego spotkania, wspominając o konieczności odnowy życia społecznego, Jarosław Kaczyński powiedział: "Musimy wyciągnąć Rzeczpospolitą ze stanu kompromitacji". Święte słowa!

Krzysztof Ligęza - Wrocław

widnokregi@op.pl

 

 

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl